70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sukienka w sprawie

Zespołowej pracy – jak gry w piłkę – trzeba się nauczyć. Jak duże to zadanie? Wystarczy przypomnieć niechęć do wpisywania się w tradycję działań kobiecych: pisarki i poetki pytane o inspiracje, o mistrzynie najczęściej odpowiadają, że nie mają takich – jakby odwołanie się do osiągnięć Zofii Nałkowskiej czy Anny Świrszczyńskiej groziło posądzeniem o wtórność. Czy przyznajemy się do tego czy nie, to wchodzimy po ich plecach i wspierając się na ich ramionach, widzimy więcej, dalej, bo nie musimy zaczynać od nowa.

Mamy II połowę 2016 r. i tyle już zdążyło się wydarzyć: nie tylko przez ostatnie miesiące, ale lata, dziesięcio-, a nawet stulecia. Emancypacyjne ruchy i organizacje wymusiły przyznanie kobietom biernych i czynnych praw wyborczych, praw do edukacji (włączając poziom uniwersytecki), praw dziedziczenia i obejmowania coraz wyższych stanowisk, a wreszcie umożliwiły (jako taką, ponieważ różnice w płacach pracowników i pracownic wciąż są zauważalne) samodzielność ekonomiczną. Autorki (poetki, prozaiczki, eseistki, tłumaczki i naukowczynie) nie tylko publikują, ale nawet od czasu do czasu święcą triumfy (popularność, nagrody, wysokie miejsca w zestawieniach sprzedaży). Niby nie jest tak źle, jak było, niby nawet lepiej, ale co i rusz okazuje się, że jeszcze dużo trzeba zrobić w sprawie wykluczeń, nierówności, niedoreprezentacji, przełamywania stereotypów i uprzedzeń. Emancypacja realna, w obyczajach i mentalności, umożliwiająca pokonanie uprzedzeń i przyzwyczajeń zachodzi znacznie wolniej niż ta ustawodawcza. Zresztą nawet egzekwowanie już istniejących praw wymaga determinacji, odwagi oraz świadomości – trzeba wiedzieć, że można, trzeba chcieć móc i mieć ochotę domagać się. Robimy to? My? Autorki i czytelniczki?

 

Co robić?

W tym roku o Międzynarodowym Festiwalu Poezji Silesius było głośno nie tylko dlatego, że lubimy poezję czy też lubimy emocjonować się literackimi konkursami (festiwal towarzyszył Wrocławskiej Nagrodzie Poetyckiej Silesius przyznawanej w trzech kategoriach: za całokształt twórczości, za książkę roku i za debiut). Obserwowanie tych niesportowych zawodów to nie lada gratka: nie da się zmierzyć ani zważyć ocenianej książki, dzięki czemu kłótnie o to, która jest bezdyskusyjnie lepsza, mogą trwać w nieskończoność (nie ma szans na zdobycie dowodu podobnego do tych z bieżni czy skoczni; pomaga za to wystarczająco silny głos). Temperaturę tych twórczych sporów podnosi nie tylko prestiżowy wymiar wyróżnień, rozgłos (współczesne życie literackie toczy się w niszy, przez co bardziej dotkliwie odczuwane są podziały, układ hierarchiczny czy – było nie było – lokalna sława; nie o same statuetki gra się toczy), ale i pieniądze.

Dostać honorową nagrodę to miłe wyróżnienie, ale uwagę (tak czytelników, jak i mediów) przykuwają zwłaszcza te wydarzenia, które związane są z wysoką finansową wygraną.

Świat czytających poezję czekał wiosną na werdykt; zwyczajowo wcześniej wiadomo było, kto dostanie nagrodę za całokształt twórczości (Julian Kornhauser), ale gorączka rosła na samą myśl o tym, komu przypadnie 50 tys. zł za książkę roku i 20 tys. zł za debiut. Na rozgrzewkę przygotowano mnóstwo atrakcji, przede wszystkim spotkania z poetami i poetkami, panele dyskusyjne. Protest Justyny Bargielskiej, cenionej i wielokrotnie do tej pory nagradzanej poetki, wywołał burzę. Odmówiła ona udziału w zbiorowym spotkaniu, ponieważ miała być w nim jedyną kobietą (gdyby wziąć pod uwagę wszystkie wydarzenia festiwalowe, wyszłoby na to, że aż 80% stanowili mężczyźni). Protest w tak drastycznej formie jest wymowny aż nadto – stał się językiem tych, których głos miał być niesłyszalny. Znakomita poetka została postawiona przed wyborem legitymizacji takiej formuły poetyckiego spotkania, w której autorki pozostają na marginesie, albo odrzuceniem jej. Można by zapytać, czy rezygnacja to rzeczywiście dobra strategia: może lepiej mieć mały udział, niż nie mieć go wcale, a z czasem wypracować większy udział? Ale może w 2016 r. poetki mogą już zwyczajnie się wkurzyć i nie muszą już zadowalać się okrawkami? Może mogą wreszcie chcieć wszystkiego, co im się tylko zamarzy? I nie muszą godzić się na przyjmowanie roli aspirującej mniejszości, z którą na dodatek się nie dyskutuje (Bargielska twierdzi, że na listy w sprawie składu dyskutantów organizatorzy nie reagowali)?

Odmowa niekoniecznie musi być gestem słabych – przeciwnie, może być wyrazem buntu silnych wystarczająco, by mówić „nie”.

Wygląda na to, że mamy do czynienia z tym właśnie przypadkiem. W geście solidarności z uczestnictwa w spotkaniu zrezygnował również poeta, krytyk i tłumacz Jerzy Jarniewicz, a wśród pozostałych uczestników zapanowały nastroje bojowo-wywrotowe. Poeci młodszego pokolenia Jaś Kapela, Szczepan Kopyt i Przemysław Witkowski[1] postanowili wykonać rodzaj performance’u. Sięgnęli po dość prosty, choć ryzykowny (o innym niż w przypadku odmowy Bargielskiej ryzyku tutaj mowa), ale pasujący klucz. Pełni (niewątpliwie) dobrych chęci, postanowili na własną rękę uwidocznić brak koleżanek przy stole. Wystąpili w kupionych na tę okazję kusych i wydekoltowanych sukienkach (do kompletu dołożyli naszyjniki, był też turban). Kostium tzw. kobiecy oczywiście zwrócił uwagę na sprawę, ale pierwsza fala komentarzy poświęcona była tym poprzebieranym za „kobiety” (czy też za kulturowe wyobrażenia kobiet) chłopakom rycerzom broniącym koleżanek w przegięty sposób. Ci, którzy wierzą w dobre zamiary poetów, wskazywali na ironiczny charakter tej akcji (krytyczne głosy podkreślały, że chłopaki jak zwykle skupiły uwagę na sobie): podział na „kobiece” i „męskie” w szafach ma się na tyle mocno, że sukienka (najlepiej bez rękawów, obcisła, niezakrywająca nawet kolan), „robi” kobietę i odróżnia ją od „mężczyzny”. Fizyczny brak poetek zastąpiono nałożonym na męskie ciała ubraniem odnoszącym się do seksualności, podkreślającym ciało (męskie jest na tyle poważne, że zniesie nawet takie przebieranki; kobiece zaś jest bierne i podatne na zranienie i śmieszność), kolejny raz okazało się, że dziewczyny można pokazać właśnie w ten sposób. W drugą stronę takiej akcji przeprowadzić by się nie dało: dziewczyny ubrane w, dajmy na to, dżinsy i luźne bawełniane koszulki (jeśli umówimy się, że spodnie są męskie w przeciwieństwie do sukienek) byłyby nadal dziewczynami w spodniach i koszulkach, jakby chłopackie ubranie było ubraniem po prostu, uniwersalnym strojem, a sukienka zaś „kobieca” i koniecznie „uwodzicielska”. Ten ubraniowy eksperyment odsyła nas do innego podziału: na literaturę „prawdziwą”, uniwersalną (czyli „męską”, choć nikt tak nie mówi, bo męskie „jest” uniwersalne i już) i tę „kobiecą” (czyli przez to słabszą i zdecydowanie nie dla wszystkich).

Co z tym fantem zrobić? Czy w ogóle trzeba coś robić, skoro nagrody przypadły Barbarze Klickiej za tom Nice i Aldonie Kopkiewicz za debiutancki sierpień? Przecież poetki wygrały? Tym razem – owszem. Wygrały, czyli: zgarnęły nagrody. Ale na nagrodach świat się nie kończy.

Festiwale to święta, ekstrakt z praktyki codziennej albo – inaczej – wynik obowiązującego sposobu myślenia i oceniania groźniejszego tam, gdzie niekoniecznie jest widoczny.

Na scenie, w czasie kolejnego festiwalu, kolejnej imprezy gromadzącej animatorów i animatorki kultury, krytyków i krytyczki trzeba dopominać się o równy udział dziewczyn i kobiet. Tylko jak to zrobić? Czy rozwiązaniem jest wprowadzenie sztywnych regulacji, czyli parytetów, na czas dojrzewania społeczności „robiącej w literaturze”? Sprzeciw, jaki wywołuje hasło „parytety”, jest częściowo zrozumiały: nie rzecz w tym, by promować kiepskie, ale jednak autorki (argument o forsowaniu słabych autorek wciąż wraca, jakby nigdy nie promowano słabych autorów).

Rzecz w tym, by wymusić – jednak! – powszechne stosowanie się do normy odpowiadającej współczesnym koncepcjom wyemancypowanego społeczeństwa. Ta zamiana powinna przyjść z wewnątrz, mówią przeciwnicy odgórnych ustaleń, wyraźnie jeszcze nie czas. Ale kiedy ten czas nadejdzie? Wydaje mi się, że nie ma już czasu, każdy z pomysłów ma jakieś słabsze strony. Normy są po to, by się do nich przyzwyczajać, jeszcze niedawno opór budziły dziewczęta kierujące autami albo wybierające się do szkoły. Tylko dzięki temu, że zagwarantowano im prawo np. do edukacji, z czasem nauczyliśmy się traktować uczennice i studentki jako przejaw normalności (no, przynajmniej część z nas). Okazało się, że to możliwe, że nikomu nie stała się z tego powodu krzywda, nie zabrakło miejsc w szkołach i za kierownicami dla chłopców. Nie zabraknie też tych miejsc przy stołach dla panelistów i dyskutantów. Chłopakom tylko się wydaje, że dziewczyny im zagrażają – jakby w myśl teorii o ograniczonej ilości praw: jeśli dziewczyny dostaną ich więcej, trzeba będzie zabrać je nam. Może warto pokazać – kolejny raz, do znudzenia, a może nawet do skutku – że jest możliwy drugi model, w którym przyznawanie następnym grupom praw nie sprawia wcale, że te, które już są „w prawach”, zbiednieją. A zmiana właśnie na tym polega, w ten sposób pomnażamy wspólne dobro. Takie zewnętrzne regulacje pomagają (na pewno na początku) przekraczać własne ograniczenia: jurorzy konkursów i organizatorzy festiwali kierują się własnymi upodobaniami i nic w tym dziwnego, że nie widzą więcej. Ale – można im pomóc.

 

Wszyscy gotowi? Można zaczynać?

Trzeba tylko wiedzieć, jak się do tego zabrać. Hasłowe, bez specjalnego przekonania czy przemyślenia wprowadzane działania takie jak Port: Dżender w ramach 19. Europejskiego Portu Literackiego (2014) kończą się głębokimi nieporozumieniami, ale i odsłaniają potężne i kluczowe problemy. Tamto wydanie festiwalu przyniosło demonstrację bezsilności poetów wobec nowych języków krytycznych podejmujących próby myślenia na wspak portowej, chłopackiej (nie uniwersalnej) perspektywie. Piszę o bezsilności, a może powinnam powiedzieć o odmowie rozmowy na „zadany” przez organizatorów temat o „trybie męskim” – już nie o buncie (jak w przypadku Bargielskiej), ale o zwyczajnym lekceważeniu niepoważnej propozycji. Mocną reakcją na tamte wydarzenia był felieton Ingi Iwasiów Nie są gotowi, w którym badaczka zauważyła: „We Wrocławiu pisarze występowali jakby na dwóch scenach: własnej oraz instytucji literatury. Własnej, gdyż pytano ich, czy »piszą jako mężczyźni«. Instytucji, ponieważ ich bycie mężczyznami zostało nazwane i zamienione w program imprezy kulturalnej. Może dlatego część z nich tak się broniła? Ale przed czym – przed stwierdzeniem, że bycie mężczyzną warunkuje relacje ze światem, biografię, język? To chyba oczywiste. Gra toczy się na styku tej oczywistości i jej konsekwencji: skoro wyrażacie podmiotowość nazwaną, nie jest ona uniwersalna. Nawet wschód słońca widzicie okiem męskiej, romantycznej duszy. Ojcami bywacie, nie matkami. Bywaliście w wojsku, nie na porodówce”[2].

Dzisiaj jeszcze wyraźniej widać, że nie tylko poeci nie byli gotowi do rozmowy – krytycy literaccy i krytyczki literackie jeszcze bardziej[3]. Poza wspomnianym przenikliwym tekstem Iwasiów nie pojawiło się wiele śladów namysłu nad ówczesnymi wrocławskimi wydarzeniami, jakby uznano je za niewystarczająco poważne. Inaczej dzieje się teraz, czyli dwa lata później. Rozgorzała dyskusja wywołana zarówno przez bunt Justyny Bargielskiej, jak i akcję „sukienka w sprawie” Kapeli, Kopyta i Witkowskiego, z której najcenniejsze wydają się teksty zamieszczone na stronach Biura Literackiego. W debacie Jeszcze jedna dyskusja o parytetach głos zabrały: Oliwia Betcher (Parytety niestety, czyli jak zwykle lament, krzyki i szukanie powodów), Joanna Mueller (Pod włos, o głos „Czego się nauczyłam, miotając Warkoczami”), Julia Fiedorczuk (Ryzykujmy), Maja Staśko (Przeciw poetom), Katarzyna Szopa i Monika Glosowitz ( „Not in our name”. Paradoksy parytetu), Inga Iwasiów (Leżąc na polu z oderwaną nogą, gdy górą idzie parada) i Wioletta Grzegorzewska (Parytety, kwoty i gender mainstreaming – wszystkie chwyty dozwolone), analizując nie tylko samą festiwalową historię, ale wychodząc dużo dalej: np. w rynek książki (jak Iwasiów), diagnozując lub przypominając starsze (prawie nieużywane) rozpoznania. W tych głosach pobrzmiewa znużenie: bo przecież skoro wszystko już zostało powiedziane, dlaczego leczenie nie działa? Może dlatego że za każdym razem zachłystujemy się sprawą jak gorącą nowinką (albo kartoflem), nie budujemy ciągłości (a tyle zostało zrobione, tyle dzieje się dzisiaj), nie odwołujemy się do dokonań poprzedniczek, jakby tylko wyskoki „na solo” dawały nam poczucie wartości, ważności i atrakcyjności. Zmiany, zauważają dyskutantki, wprowadzać można, tylko działając w grupie. A zespołowej pracy – jak gry w piłkę (nożną, ręczną, koszykową czy siatkową) – trzeba się nauczyć. Jak duże to zadanie? Wystarczy przypomnieć niechęć do wpisywania się w tradycje działań kobiecych: pisarki i poetki pytane o inspiracje, o mistrzynie najczęściej odpowiadają, że nie mają takich – jakby odwołanie się do osiągnięć Zofii Nałkowskiej czy Anny Świrszczyńskiej groziło posądzeniem o wtórność. Czy przyznajemy się do tego czy nie, to wchodzimy po ich plecach i wspierając się na ich ramionach, widzimy więcej, dalej, bo nie musimy zaczynać od nowa.

 

Śmielej! Mniej gadania, więcej działania, poproszę

Zamiast zaczynać od nowa, może lepiej spróbować wprowadzać w życie postulaty poprzedniczek? Korzystać z ich doświadczeń? A gdy już trzeba rozmawiać (no dobrze, trzeba), to możliwie konstruktywnie. Już nie fantazjować o zmianie (albo: nie tylko fantazjować), ale zrobić tyle, ile każda z nas jest w stanie – i przede wszystkim chce – zrobić. Do tego namawia Oliwia Betcher w błyskotliwym tekście Parytety niestety, czyli jak zwykle lament, krzyk i szukanie powodów[4]. Krytyczka wątpi w rozwojowe znaczenie odmowy udziału (analizuje decyzję Justyny Bargielskiej); nie podoba się jej taki rodzaj buntu, właściwie nawet nie chce uznać go za bunt (sama wolałabym zachować prawo do buntu na tyle sposobów, na ile tylko będę miała ochotę – to podstawa bycia wolną). Wymuszenie uznania ocenia Betcher najwyżej, ale to nie jest najłatwiejsza z metod – wymaga wyjątkowo grubej skóry, determinacji, odporności na odrzucenie i upokorzenie oraz zwyczajnie: nauczenia się tego. Krytyczka podkreśla nieproduktywność wyraźnie wyjątkowo irytującego ją narzekania, zachęca do podjęcia aktywności. Betcher kończy artykuł następująco: „A może napisz, Kobieto, Mężczyzno. Napisz, Działaj. Istniejesz, jesteś. Więc wysil się jeszcze odrobinę. Przestań szukać winnych, przestań szukać powodów. Poszukaj sposobów”. Nie jest aż tak źle, jak mogłoby się wydawać: przejawów aktywności nie brakuje nie tylko w środowiskach akademickich.

Nie byłoby jednak tego tekstu (a może i całej debaty), gdyby nie wcześniejszy, opublikowany na stronach Krytyki Politycznej, szeroko komentowany szkic Mai Staśko Dlaczego poeci są wiecznie niezaspokojeni[5]. Krytyczka śmiało portretuje współczesne życie literackie, wykazując nie tylko powszechność wykluczeń ze względu na płeć (czyli wykluczeni dotykających kobiety), pielęgnowanie patriarchalnych wzorców zachowania i kultury dyskryminacji, ale i przyzwolenie na molestowania seksualne. Staśko domaga się prawa do subwersywnego przejęcia kulturowych wyznaczników kobiecości (ba! ona po to prawo sama sięga), ale nie chce, rzecz jasna, wpaść w żadną z pułapek, jakie owe wyznaczniki zastawiają (prawo do sukienki jak do własności dziewcząt, nie chłopaków). Chce, by dziewczęta w sukienkach, krótkich, jak tylko mają na to ochotę, długich, trzy czwarte czy z głębokim dekoltem, nie były już tylko przynętami. Staśko pisze, jakby nad głową trzymała słynne już hasło: „Nie mogę uwierzyć, że muszę protestować w tej sprawie w 2016 roku”, które to towarzyszyło protestom przeciw przemocy wobec kobiet. Jej zdaniem sprawa jest jasna: polski światek poetycki to chłopackie podwórko i dziewczyny (jeśli chcą się do niego dostać) muszą wikłać się w romanse, czyli używać jedynej waluty mającej jakąś wartość w chłopackim świecie: ciał w sukienkach.

Ale (ale!) można też inaczej, bo naprawdę mamy 2016 r. Można budować własne środowiska, festiwale czy nagrody, jak to miało miejsce w przypadku zniszczonej już (niestety), choć nadal przyznawanej Nagrody dla Autorki „Gryfia” i Festiwalu Literatury Kobiet. Pomysłodawczynią obu była wspominana niestrudzona Inga Iwasiów. W najnowszej dyskusji wybitna literaturoznawczyni zwraca uwagę, że imprezy literackie nie są najważniejsze, choć widowiskowe. Prawdziwa bitwa toczy się na rynku książki, w wydawnictwach i działach promocji, które dziś mają znacznie większy wpływ na świadomość czytelników i czytelniczek niż wszystkie środowiska krytycznoliterackie. Właśnie, może skoro my to wszystko już wiemy i tak niewiele się zmienia (ale jednak), to w jakiś przedziwny sposób musi się taka sytuacja opłacać – nam, autorkom i czytelniczkom. Może wyuczona bezradność, może złe doświadczenia, a może perwersyjna przyjemność czerpana z występowania w roli ofiary i przedmiotu. Ale – może już dość z tym (ponieważ mamy rok 2016). Tyle możesz zrobić, tyle jest do zrobienia, już nie czekaj, aż ktoś poda ci mikrofon, sama sobie pozwól, zabierz głos, napisz tekst, wykorzystaj uniwersyteckie wykształcenie. Lubialność nadal jest w modzie, tyle uwagi poświęcamy, by być lubianymi i by pielęgnować to, co jest w nas lubiane – przez innych. A co same w sobie lubimy? I czego nam brakuje w sobie? Niech będzie nieposłuszeństwo własnym głosem wypowiedziane, niech będzie, że cichym, ale za to wyraźnym. Lub się i rób, co chcesz. A tyle jest do zrobienia.


[1] Przemysław Witkowski opublikował na stronach Krytyki Politycznej obszerny felieton, w którym wytłumaczył swoje motywacje.
Zob. http://www. krytykapolityczna.pl/felietony/20160517/dlaczego-ubralem-sie-w-sukienke (dostęp: 23 września 2016).

[2] I. Iwasiów, Nie są gotowi, Magazyn Literacki „Książki w Tygodniku”, „Tygodnik Powszechny” 2014, nr 21.

[3] Trzeba tutaj wspomnieć o ważnej dyskusji, jaką wczesną wiosną 2014 r. wywołał artykuł Andrzeja Franaszka Poezja jak bluza z kapturem (znany jest również pod tytułem z internetowego wydania: Dlaczego nikt nie lubi nowej poezji?), „Gazeta Wyborcza”, „Magazyn Świąteczny”, 22–23 marca 2014 r. Krakowski krytyk nie ujął w swoim obszernym szkicu ani jednej poetki. Na owe nieintencjonalne być może niedowidzenia krakowskiego krytyka jako pierwsza zwróciła uwagę Julia Fiedorczuk w polemicznej odpowiedzi: A gdzie poetki? ( „Gazeta Wyborcza”, „Magazyn Świąteczny”, 29–30 marca 2014).

[4] http://www.biuroliterackie.pl/biblioteka/debaty/parytety-niestety-czyli-zwyklelament-krzyk-szukanie-powodow/ (dostęp: 23 września 2016).

[5] http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/czytaj-dalej/20160509/dlaczegopoeci-sa-wiecznie-niezaspokojeni (dostęp: 23 września 2016).

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata