70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Bettmann Getty

Steven Pinker myli się w sprawie przemocy i wojny

Istnieje wpływowa grupa wybitnych myślicieli, dla których przemoc jest objawem swego rodzaju zacofania. Przekonują nas oni, że w nowoczesnym świecie wojny praktycznie zanikły. Największe mocarstwa nie doświadczają konfliktów wewnętrznych ani nie mają najmniejszej ochoty wojować ze sobą nawzajem. Zamiast tego przewodzą rozwojowi demokracji, przyswajaniu oświeceniowych wartości oraz ekspansji dobrobytu – epoce postępu, jakiej świat dotąd nie zaznał.

Wprawdzie minione stulecie uchodzi na tym tle za skąpane we krwi, jest to ponoć jednak subiektywne odczucie tych, którym przyszło w nim żyć. Z naukowego punktu widzenia liczba ludzi zabitych w konfliktach zbrojnych nieprzerwanie maleje i nie ma powodu zakładać, by ten trend miał się odwrócić. Dokonuje się zatem potężna zmiana – po tysiącleciach krwawych rzezi ludzkość wkracza na ścieżkę Długiego Pokoju.

Tę popularną tezę głosi m.in. Steven Pinker, psycholog i językoznawca z Uniwersytetu Harvarda, autor liczącej niemal tysiąc stron książki Zmierzch przemocy[1], zawierającej dodatkowo imponującą liczbę wykresów i statystyk. Praca ta nie tylko stała się międzynarodowym bestsellerem, ale i zapoczątkowała coś na kształt współczesnej ortodoksji, gdzie o przejściu od przemocy do altruizmu mówi się tak powszechnie, jakby to była oczywistość. Należy przyznać, że Pinker uzasadnia swój pogląd z niesłychaną erudycją, śmiało łącząc rozważania o prehistorii z analizą dzisiejszych czasów. Stara się wykazać przede wszystkim, że świat przednowoczesny był o wiele bardziej brutalny, niż nam się wydaje. Przykładowo, choć antropolodzy wielokrotnie z uznaniem pisali o pokojowym współżyciu Inuitów czy członków plemienia Kung, to wskaźnik morderstw sięga tam poziomu współczesnego, upadłego Detroit. W Europie natomiast ryzyko śmierci z rąk drugiego człowieka jest dziś bez porównania mniejsze niż kilkaset lat temu i nie chodzi tylko o spadek liczby zabójstw, ale i zniesienie barbarzyńskich praktyk, takich jak ofiary z ludzi, tortury czy kara śmierci. Również przemoc w stosunku do kobiet, dzieci i zwierząt ciągle maleje. Ten „proces cywilizacji”, jak za Norbertem Eliasem nazywa go Pinker[2], ma wynikać w dużej mierze z rosnącej siły państwa, które w większości wysoko rozwiniętych krajów skutecznie zapewniło sobie monopol na stosowanie przemocy. Należy do tego oczywiście dodać inne zjawiska, tak zróżnicowane, jak wynalazek druku, emancypacja kobiet, ideały Oświecenia czy rozwój empatii.

Pinker nie jest pierwszym ani jedynym głosicielem tej nowej ortodoksji. Warto przy okazji wspomnieć choćby Joshuę Goldsteina, specjalistę od stosunków międzynarodowych, który jakiś czas temu opublikował z Pinkerem w „The New York Timesie” artykuł zatytułowany War Really Is Going Out of Style (Wojna wychodzi z mody)[3], a podobne tezy głosił też w swojej pracy Winning the War on War (Zwycięstwo w walce z wojną), wydanej w tym samym roku co książka Pinkera[4]. O wiele wcześniej, bo już w 1989 r., politolog John Mueller twierdził w Retreat from Doomsday (Odwrocie od zagłady)[5], że instytucja wojny zanika, konflikty zbrojne zaś będą odtąd bardziej przypominały porachunki gangów. W ogóle wydawało się wtedy, że liberalna demokracja właśnie rozpoczyna swój triumfalny pochód, który Francis Fukuyama ochrzcił mianem „końca historii”, co oznaczać miało kres wojen na szeroką skalę, toczonych przez rywalizujące ze sobą ustroje polityczne[6].

 

Idealizacja Oświecenia

Współcześnie jeszcze jednym zwolennikiem teorii długiego pokoju zdaje się Peter Singer, słynny utylitarysta, który w „The New York Timesie” chwalił Zmierzch przemocy jako „mistrzowskie dokonanie Pinkera, przekonująco wyjaśniające, dlaczego przemoc traci na znaczeniu”[7]. W najnowszej książce opisuje on dodatkowo altruizm jako „wyłaniający się ruch”, mający potencjał, aby fundamentalnie zmienić nasz dotychczasowy sposób życia[8]. Zdaniem Pinkera i Singera ta fala altruizmu to głównie dziedzictwo myślenia oświeceniowego. We wspomnianej recenzji Zmierzchu przemocy Singer pisze, że „w XVII i XVIII w., czyli w dobie Oświecenia, w Europie i na obszarach jej podległych dokonała się istotna zmiana. Zaczęto krzywo patrzeć na formy przemocy, które dotąd wydawały się oczywiste: niewolnictwo, tortury, tyranię, pojedynkowanie się czy brutalne sposoby karania. Pinker nazywa to »rewolucją humanitarną«”[9].

Także tutaj obydwaj autorzy wyglądają jak współcześni ortodoksi, którzy w obliczu kryzysu wartości chcieliby za wszelką cenę powrócić do mitycznych „ideałów Oświecenia”. Tyle że nie były one wcale tak jednoznacznie dobroczynne, jak się dziś często sądzi. Warto pamiętać, że John Locke odmawiał rdzennym Amerykanom wszelkich praw do ich ojczystego terytorium, a Wolter głosił „preadamicką” teorię rozwoju ludzkiego, zgodnie z którą Żydzi są potomkami istot człekokształtnych „gorszego sortu”. Jakby tego było mało, Immanuel Kant utrzymywał przecież, że osoby czarnoskóre są z natury predysponowane do niewolnictwa, utylitarysta Jeremy Bentham wsławił się zaś projektem Panoptikonu, czyli więzienia doskonałego, w którym skazańców poddawano by bezustannemu nadzorowi. Żadne z tych pomysłów nie są oczywiście przez Pinkera i Singera komentowane. Nie ma u nich również wzmianki o bardziej ogólnym zjawisku, jakim w myśleniu oświeceniowym był silny nurt antyliberalny, doskonale widoczny u jakobinów czy później u bolszewików, dla których metodyczna przemoc stanowiła narzędzie inżynierii społecznej.

Pinker, jak wielu innych, zaprzecza istnieniu ciemnej strony Oświecenia. Jak bowiem filozofia rozumu i tolerancji mogłaby być uwikłana w masowe morderstwa?

Za ich przyczynę należy uznać wyłącznie złowrogie hasła kontroświecenia. Kiedy Pinker omawia XX-wieczne zbrodnie, z Holokaustem na czele, daje do zrozumienia, że wspólnym mianownikiem nazizmu i komunizmu była kontroświeceniowa utopia, którą głosiły. Czytając Zmierzch przemocy, nie dowiemy się, że „naukowy rasizm” nazistów opierał się na teoriach, których rodowód sięga tak prominentnych myślicieli Oświecenia jak Francis Galton, wiktoriański psycholog i pasjonat eugeniki. Takie związki dla Pinkera są co najwyżej aberracją i wypaczeniem myślenia, które w swojej istocie pozostaje nieskazitelne. Innymi słowy, wszystkie okropności, których dopuszczono się w imię Oświecenia, albo brały się z niezrozumienia jego przesłania, albo były skutkiem obcych wpływów. Dziecinna prostota tego rozumowania przywodzi na myśl niektórych chrześcijan pytających, jak religia miłości może odpowiadać za zbrodnie inkwizycji. W obydwu przypadkach polemika jest niemożliwa, są to bowiem wyznania wiary, a nie logiczna argumentacja.

Pogląd głoszący, że wojny zanikają wraz z „procesem cywilizacji”, nie jest zresztą niczym nowym. August Comte już na początku XIX w. sugerował, że nasza zdolność do empatii zależy od wzrostu racjonalności, i zmierzał do ustanowienia „religii ludzkości” – świeckiego credo, opartego na frenologii, czyli najbardziej zaawansowanej „nauce” tamtych czasów. Pinker i Singer nie odwołują się wprawdzie do Comte’a, ale jego idee mocno kształtują ich sposób myślenia. Comte – notabene, autor terminu „altruizm” – także wierzył, że ludzkość, a przynajmniej jej najwyżej rozwinięci przedstawiciele, staje się coraz bardziej dobroczynna i bezinteresowna. Równocześnie był zajadłym krytykiem liberalizmu, przekonanym, że samodoskonalenie się ludzi doprowadzi w końcu do wykształcenia się organicznego sposobu życia, czegoś na kształt średniowiecznego ładu społecznego, który (mimo całej swojej niechęci do tradycyjnych religii) zawsze podziwiał. Nieprzejednany antyliberalizm Comte’a niepokoił jego ucznia Johna Stuarta Milla, który przewidywał nawet, że w niedalekiej przyszłości troska o przyrost naturalny stanie się powszechnym obowiązkiem ludzkości, co położy kres jednostkowej wolności. Wygląda jednak na to, że prognozy te były przedwczesne. Choć ludzie istotnie zdolni są do empatii, nie stają się przez to automatycznie bardziej altruistyczni ani pokojowo nastawieni.

 

Równowaga strachu

Wróćmy jednak do obrazu kurczącej się przemocy, który malują przed nami nowi ortodoksi, i spróbujmy uważniej przyjrzeć się ich uzasadnieniom. Jednym z koronnych argumentów ma być malejąca liczba ofiar wśród żołnierzy biorących udział w walkach. Część krytyków, takich jak John Arquilla, słusznie wskazuje jednak, że główną tego przyczyną jest tzw. równowaga strachu, czyli zaniechanie działań zbrojnych na szeroką skalę z obawy przed użyciem broni jądrowej. Pinker pomniejsza rolę atomu, wskazując, że stosowanie innych środków masowego rażenia, takich jak gaz trujący, nigdy w przeszłości skutecznie nie przeciwdziałało wojnom. Tyle tylko że broń jądrowa jest bez porównania bardziej niszczycielska. Żaden poważny historyk wojskowości nie wątpi, że to strach przed jej użyciem zapewnia dziś pokój między mocarstwami. Inni zaś przypominają, że mniejszej śmiertelności wśród żołnierzy towarzyszy stale rosnąca liczba ofiar wśród ludności cywilnej. W I wojnie światowej cywile stanowili jeszcze tylko 10% ofiar, w II już ok. 50%, a w trakcie wyniszczającego konfliktu w Kongu ich odsetek sięgał 90%.

Pinker ma naturalnie rację, że światowe potęgi unikają dziś bezpośrednich konfliktów zbrojnych, ale nie zapominajmy, że wielokrotnie wykorzystywały one do walki wojny zastępcze. Wystarczy wspomnieć neokolonialne konflikty w Azji Południowo-Wschodniej, tłumienie powstań w Kenii i Malezji przez Brytyjczyków, wojnę domową w Angoli, inwazję ZSRR na Węgry, Czechosłowację i Afganistan, wojny w Wietnamie i w Zatoce Perskiej, tajne operacje na Bałkanach i na Kaukazie, agresję na Irak, naloty na Libię, cyberataki Rosji w republikach bałtyckich czy wreszcie wojnę między Rosją a Stanami Zjednoczonymi, która nadal toczy się na Ukrainie – a to i tak nieliczne spośród przykładów. Prawdą jest również, że zmienił się sposób prowadzenia wojen, przez co wcale nie stały się one jednak mniej niszczycielskie. Kiedyś były głównie pojedynkiem stabilnych państw, które w każdym momencie mogły ogłosić rozejm. Dziś są to najczęściej konflikty wielostronne, toczone w dodatku na terytorium państw upadłych, które nie są w stanie ich zakończyć. W tych wojnach walczą zarówno uzbrojeni partyzanci, zabijający z zemsty lub w imię religii, jak i wysoko opłacani najemnicy, rekrutujący się z najlepszych armii świata. Dla jednych i drugich normalnością stały się ataki na cywilów. Przykładem takiego typu wojny jest wyniszczający konflikt w Syrii, gdzie głodzenie ludności i rujnowanie miast stosuje się jako strategiczne metody walki.

Kolejny argument Pinkera, o tym, że do zmniejszenia liczby zabójstw przyczynił się monopol państw na stosowanie przemocy, również nie jest pozbawiony racji. Pamiętajmy jednak, że władzy państwowej używano także do mordowania na masową skalę. Dzięki odkryciom historyków wiemy dziś, że eksterminacji Żydów w czasie II wojny światowej, zwłaszcza w Związku Radzieckim (tzw. Holokaust od kul), dopuszczono się na skalę o wiele większą, niż dotąd przypuszczano. Miliony istnień pochłonęła kolektywizacja wsi, oznaczająca w praktyce klęskę głodu, zsyłki do gułagów i operacje wojskowe przeciwko opornym regionom. Z kolei państwowy terror Mao Tse-tunga odebrał życie ok. 70 mln ludzi, a ilu bezpowrotnie je zniszczył, trudno nawet oszacować. Nie jest jasne, jak te wszystkie okropności mają się do wizji Długiego Pokoju. Pinker w każdym razie posuwa się do stwierdzenia, że liczba ofiar zbrodni XX w. może być przeszacowana, a uznawanie minionego stulecia za szczególnie krwawe wynika co najwyżej z potrzeby „spójnej narracji historycznej”. Równie, jeśli nie bardziej, dyskusyjne wydaje mi się jednak porzucenie tej pouczającej narracji dla wątpliwej statystycznej buchalterii.

 

Niejednoznaczne statystyki

Weźmy pod uwagę, że obok suchych liczb istnieją złożone związki przyczynowo-skutkowe, których nie sposób oddzielić od sądów moralnych. Istnieje przecież wiele rodzajów śmiercionośnych broni, które nie powodują natychmiastowego zgonu. Czy zatem wliczać w bilans ofiar wojny tych, którzy giną z głodu lub na skutek chorób? Albo uchodźców? A czy uwzględniać w statystykach jeńców, poddawanych torturom, które nieodwracalnie uszkadzają ich ciała i umysły? I noworodki, którym życie skróciły takie wynalazki jak tęczowe herbicydy i zubożony uran? Wreszcie – kobiety, brutalnie zgwałcone przez żołnierzy?

Statystyczna precyzja robi wrażenie, ale nie powinna nam przesłaniać niemożliwych do oszacowania kosztów cierpienia, jakie powoduje wojna. Nie można tych wszystkich przypadków ze sobą zrównywać. Śmierć poborowego w okopie czy cywila w nalocie bombowym jest zawsze tragedią, co jednak powiedzieć o tych, którzy zginęli z wycieńczenia w łagrach albo padli ofiarą systematycznej eksterminacji w obozach koncentracyjnych? Lekceważenie tych różnic, aby dzięki statystykom odtrąbić nastanie Długiego Pokoju, jest co najmniej moralnie wątpliwe.

Liczb nie należy traktować jak świętości również dlatego, że są one z natury dziełem przypadku. Przecież gdyby w sierpniu 1918 r. powiódł się zamach na Lenina, komuniści mogli zostać zmarginalizowani, a Stalin nie doszedłby nigdy do władzy. Bez Churchilla zaś Wielka Brytania uległaby zapewne III Rzeszy albo – co gorsza – zawarłaby z nią pokój, czego chciała większość ówczesnych elit. Dla Europy oznaczałoby to wieloletnią dyktaturę nazistów i ludobójstwo na jeszcze większą skalę. Tymczasem Pinker, omawiając kryzys kubański, który nieomal doprowadził do użycia broni atomowej, wyklucza jakąkolwiek rolę szczęśliwego trafu, przypisując jego zakończenie wyłącznie racjonalności Kennedy’ego i Chruszczowa, mających rzekomo „wyczucie teorii gier”. A przecież całkiem możliwe, że katastrofalnej eskalacji konfliktu zapobiegł tak naprawdę Wasilij Archipow, oficer, który sprzeciwił się rozkazom i nie dopuścił do odpalenia torpedy. Gdyby nie przypadkowa obecność jednego odważnego człowieka, konflikt mógłby zakończyć się nuklearną pożogą.

Idźmy dalej. Kluczowe twierdzenie Pinkera, jakoby wojna była oznaką wstecznictwa, zakrawa na czysty absurd. Niszczycielskie wojny, które nawiedziły Azję Południowo-Wschodnią w II połowie XX w., to przecież dzieło potęg kolonialnych; jedną z przyczyn ludobójstwa w Rwandzie była segregacja ludności wprowadzona tam przez Belgów i Niemców, niekończącą się zaś wojnę w Kongu podsycało zapotrzebowanie Zachodu na tamtejsze zasoby naturalne. Jeśli zatem w krajach rozwiniętych przemoc zanika, to głównie dlatego, że została przez nie wyeksportowana do innych regionów świata.

Ale przecież owo zanikanie także można zakwestionować. To w końcu Stany Zjednoczone, uchodzące na najwyżej rozwinięte z państw, mają równocześnie najwyższy na świecie odsetek więźniów. Wyroki, nieraz przez długie lata, odsiaduje tam co czwarty z nich. Wielu jest starych, zniedołężniałych lub chorych psychicznie, niepokojąco nadreprezentowani są również czarnoskórzy. Na porządku dziennym jest znęcanie się i zamykanie w karcerach, a więc praktyki całkiem słusznie zakwalifikowane jako tortury. Amerykanie nadal stosują również kary chłosty i okaleczania, które w większości innych cywilizowanych krajów zostały dawno zniesione.

Sądzę, że tortury wróciły do łask na skutek przemian w samej naturze prowadzenia wojny. Do metod „walki z terrorem” wlicza się dziś przecież zabijanie za pomocą dronów i działalność najemników, którzy przed nikim nie odpowiadają za swoje czyny. Dodatkowo jedna trzecia Iraku, zrujnowanego na skutek amerykańskiej interwencji, jest dziś pod kontrolą tzw. Państwa Islamskiego, które wypowiedziało wojnę chrześcijaństwu i niemal bezkarnie likwiduje tysiące jazydów. A w obliczu zamachów w Paryżu czy Kopenhadze rozróżnienie na uczestników walki i ludność cywilną staje się anachronizmem. Państwa Zachodu stały się poligonem doświadczalnym tego nowego typu działań zbrojnych, czy nam się to podoba czy nie.

Dlatego choć liczba ofiar wśród żołnierzy faktycznie spadła i niewykluczone, że będzie maleć nadal, trudno to uznać za zwiastun, że wojny odchodzą w przeszłość.

Jeśli istotnie wchodzimy w okres Długiego Pokoju, to nie będzie on wcale sielanką, lecz czasem konfliktu tak permanentnego, że różnica między wojną a pokojem ulegnie całkowitemu zatarciu.

 

***

Jak widzieliśmy, statystyki przytaczane przez Pinkera i jemu podobnych pomijają całą masę ofiar przemocy. Ich atrakcyjność kryje się jednak właśnie w tej mętności. Rzędy liczb są jak lustra z obsydianu, których Aztecy używali do przepowiadania przyszłości – dają obraz na tyle mglisty, aby wyznawcy Długiego Pokoju mogli spokojnie trwać przy swoich wizjach. Przepowiadanie przyszłości jest zresztą bardzo charakterystyczne dla nowożytności, a magia nieprzypadkowo rozwija się od czasów Renesansu równie szybko jak nauka. Po tym jak Hiszpanie podbili Amerykę Łacińską i zagrabili tamtejsze dobra, jedno z owych luster było używane przez Johna Dee, angielskiego astrologa i nadwornego doradcę Elżbiety I, jako „kryształowa kula”, służąca do porozumiewania się z aniołami. W trakcie jednej z magicznych sesji archanioł Michał miał mu obwieścić rychłe nastanie nowego ładu, w pełni opartego na Bożych przykazaniach. Tacy jak Dee doskonale rozumieli, że na skutek rewolucji naukowej ludzkość nie będzie już stanowiła centrum wszechświata, potrzebuje zatem innego utwierdzenia swojej doniosłości. Temu m.in. miało służyć owo anielskie objawienie. Po upływie niemal 500 lat wielu nadal takiego utwierdzenia potrzebuje. W czasach elżbietańskich przepowiadano przyszłość, aby upewnić się, że historia skrywa boski zamysł, a wraz z nim obietnicę nowego porządku. Dzisiaj natomiast wróży się ze statystyk nadejście świata opartego na racjonalnej etyce. W obydwu przypadkach chodzi o identyczną potrzebę nadania naszym dziejom sensu. Chcemy wierzyć, że polityka i moralność stają się coraz doskonalsze, a każdy kolejny krok na drodze postępu umacnia dotychczasowe osiągnięcia. Tu i ówdzie może wprawdzie przydarzyć się regres, ale jest to jedynie „błąd w systemie”. Powoli, lecz konsekwentnie, świat staje się coraz lepszym miejscem do życia.

Starożytni mieli na te kwestie bardziej trzeźwy pogląd. Sądzono wówczas, że postęp cywilizacji daje się wprawdzie zaobserwować, nie jest on jednak dany raz na zawsze, postępująca zaś kumulacja wiedzy wcale nie oznacza, że taki sam proces zachodzi w dziedzinie polityki i moralności. Okresy pokoju przeplatają się z czasem wojny, a epoki dobrobytu z kryzysami gospodarczymi. Cywilizacja nie umacnia się zatem, wręcz przeciwnie – pozostaje krucha i nieustannie narażona na odradzające się barbarzyństwo. Dziś natomiast ten pogląd, jeszcze w początkach XVIII w. uważany za oczywistość, większości z nas wydaje się trudny do zrozumienia.

Ci, którym szczególnie ciężko go zaakceptować, rozpaczliwie poszukują oznak dokonującego się postępu. Trudno nie podchodzić do tego ze zrozumieniem. To naturalne, że w świecie tak pełnym wątpliwości zawierza się magii liczb. Cóż innego miałoby nadać sens życiu tych, którzy nadal chcą jeszcze wierzyć w siłę rozumu? Naukowi wróżbici, żonglujący statystyczną numerologią, obiecują ukoić wszystkie nasze obawy i nie sposób zaprzeczyć, że stoją za tym humanistyczne odruchy oraz autentyczna intelektualna pasja. Ich książkowe wywody wymagają jednak cierpliwej lektury i nie mogą przynieść natychmiastowej ulgi. Stąd właśnie popularność takich wynalazków jak wykresy i dane statystyczne, te bowiem potrafią nam ulżyć w mgnieniu oka.

Inspiracje do tego rodzaju praktyk nie są wcale nowe. Przychodzi mi na myśl tybetański młynek modlitewny – walec na obrotowej osi z wypisanymi na powierzchni mantrami, wprawiany w ruch ludzką ręką. Służy jako religijny automat, który nie tylko zapewnia użytkownikom doczesne powodzenie, ale i może wyzwolić ich z ciągu reinkarnacji. Urządzenie to, niepozbawione archaicznego uroku, nie ma w sobie oczywiście nic z naukowości. Gdyby tak jednak zaprojektować nowoczesną wersję młynka – tablet z danymi statystycznymi i algorytmami, wykazującymi niezbicie, że ludzkość rozwija się i będzie rozwijać nadal?

W przeciwieństwie do tybetańskiego oryginału, nasz zaawansowany młynek bazowałby, naturalnie, na najnowszych osiągnięciach nauki. Zaprogramowany do zbierania i przetwarzana ogromnych ilości danych, dostarczałby statystyk niezawodnie potwierdzających nasze doskonalenie się. A w razie ewentualnych wątpliwości, które mogą się pojawić nawet u najgorliwszych wyznawców, urządzenie wzbogacałoby wyświetlane liczby racjonalnym uzasadnieniem. I, co najlepsze, byłoby z nami zawsze, w każdej chwili gotowe do użycia. Nie byłby to wcale pierwszy przypadek wykorzystywania nauki do umocnienia wiary w przyszłość. Wystarczy przypomnieć, że adepci Comte’owskiej religii ludzkości rytualnie ostukiwali określone punkty na głowie – te mianowicie, w których zdaniem frenologów tkwiły impulsy altruizmu i rozwoju. Żeby zaś nigdy nie zapomnieli, jak ważna jest współpraca, zalecano im dodatkowo noszenie strojów z guzikami na plecach, które zapiąć mogła jedynie druga osoba. Dzisiejsi wyznawcy postępu ludzkości mogą oczywiście praktykować swą wiarę na inne sposoby, np. recytując na głos rzędy danych statystycznych, skutecznie przepędzających z ich głów wszystkie niewygodne myśli. Dotychczas sens naszemu życiu nadawały co najwyżej mity i przesądy, teraz nareszcie czynimy to nowoczesnymi metodami.

Można oczywiście obruszyć się, że sensu niepodobna wyprodukować, gdyż ten – jeśli w ogóle – ujawnia się raczej mimochodem, w naszym poczuciu śmiertelności i kruchości życia. Na nic jednak wszystkie sprzeciwy. Postępu wiedzy nie sposób zatrzymać, tak jak i dążeń do ulepszania ludzkości. W odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie supernowoczesne tablety odsłaniające sens w morzu liczb już niedługo ukoją wszystkie nasze lęki o wiele skuteczniej, niż czynią to poczciwe tybetańskie młynki.

_

Tłumaczył Piotr Sawczyński

Copyright Guardian News & Media Ltd 2016

 _

[1] S. Pinker, Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury, tłum. T. Bieroń, Poznań 2015.

[2] Por. N. Elias, O procesie cywilizacji, tłum. T. Zabłudowski, K. Markiewicz, Warszawa 2011.

[3] J.S. Goldstein, S. Pinker, War Really Is Going Out of Style, „The New York Times”, 17 grudnia 2011.

[4] J.S. Goldstein, Winning the War on War: The Decline of Armed Conflict Worldwide, Londyn 2011.

[5] J.E. Mueller, Retreat from Doomsday: The Obsolence of Major War, Nowy Jork 1989.

[6] Zob. F. Fukuyama, Koniec historii, tłum. T. Bieroń, M. Wichrowski, Poznań 1996.

[7] P. Singer, Is Violence History?, „The New York Times”, 6 października 2011.

[8] Tenże, The Most Good You Can Do: How Effective Altruism Is Changing Ideas About Living Ethically, New Haven–Londyn 2015.

[9] Tenże, Is Violence History?, dz. cyt.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata