|

Zdarzenia-Ksiażki-Ludzie
Apologia chrześcijańskiej Europy
Zbigniew Stawrowski
Joseph H. H. Weiler, Chrześcijańska Europa.
Konstytucyjny imperializm czy wielokulturowość, W drodze, Poznań
2003, z włoskiego przełożył Wojciech Michera
O duchowej kondycji Europy z pewnością niezbyt
dobrze świadczy to, że dyskusja nad jej przyszłym kształtem została
zredukowana do ekonomiczno-politycznych sporów o wpłaty, dopłaty,
udziały i parytety. Tym bardziej więc cieszy, gdy pojawiają się
publikacje wprowadzające debatę na zupełnie inny poziom. Niewielka
książka Josepha H. H. Weilera to lektura obowiązkowa dla tych wszystkich,
którzy w sprawach europejskich zamierzają zabrać głos. Autor, wybitny
znawca prawa konstytucyjnego i europejskiego, łączy pracę naukową
z ogromnym doświadczeniem praktycznym: był miedzy innymi członkiem
komisji prawnej przygotowującej traktaty z Maastricht i Amsterdamu,
doradzał także podczas niedawnych prac Konwentu.
Choć w książce znajdziemy wiele analiz instytucjonalnych,
służą one za ilustrację znacznie ważniejszego wątku. Weiler stwierdza
wprost: obecna debata konstytucyjna jest odbiciem, a zarazem budowaniem
europejskiej tożsamości. Europa ma ambicje stworzenia wspólnoty
etycznej, tzn. takiej, którą łączy wspólna pamięć i wspólne fundamentalne
wartości. W tym kontekście musi budzić głęboką refleksję fakt, że
na kontynencie ukształtowanym pod dominującym wpływem kultury chrześcijańskiej
słowo "chrześcijaństwo" stało się tabu, a sami chrześcijanie
- gdy chodzi o ich obecność w toczącej się debacie - znaleźli się
w getcie. Wbrew pozorom nie należy za to obwiniać wyłącznie zwolenników
świeckiego modelu państwa, reprezentowanych w Konwencie. Getto otaczają
nie tylko mury zewnętrzne, ale i wewnętrzne. "W znacznej mierze
mamy tu do czynienia z milczeniem, które chrześcijanie narzucili
sobie sami" (s. 13).
Weiler uważa taką sytuację za skandal, stara się to milczenie przełamać,
zburzyć mury getta. Zaczyna od oczyszczenia terenu. W pierwszej
części książki odpiera argument, jakoby nawiązanie w europejskiej
konstytucji do chrześcijaństwa nie znajdowało racjonalnego uzasadnienia
w teorii państwa; taki argument w dyskusji konstytucyjnej to tylko
wymówka, a na marginalizację kultury chrześcijańskiej faktyczny
wpływ mają zupełnie inne czynniki. Następnie, w drugiej części książki,
przedstawia program pozytywny. Wydobywa z doktryny katolickiej fundamentalny
wątek, który uznaje za najgłębszą i najbardziej obiecującą podstawę
dla jednoczącej się Europy. Jest to wzorzec pluralistycznej przestrzeni
społecznej, gdzie ludzie o różnej tożsamości religijnej i etycznej
mogą prowadzić wspólne życie z pełnym poszanowaniem ich absolutnej
godności.
Trzeba w tym miejscu od razu podkreślić, że zawarta
w książce obrona chrześcijaństwa oraz roli, jaką ma ono do spełnienia
w jednoczącej się Europie, nie została podjęta z pozycji wąsko konfesyjnych.
Weiler - wbrew pozorom - nie jest katolikiem ani nawet chrześcijaninem,
lecz wierzącym Żydem, który zdecydowanie akcentuje specyficzną tożsamość
judaizmu i protestuje przeciwko zbyt łatwemu posługiwaniu się przez
chrześcijan wspólną "judeochrześcijańską" etykietką, znoszącą
istotne odrębności i różnice. Nie przeszkadza mu to jednak docenić
kulturowego wkładu chrześcijaństwa i w nim przede wszystkim szukać
źródeł tego, czym jest i czym powinna stać się Europa.
Argument konstytucyjny
Zasadnicza teza pierwszej części książki brzmi: "w kontekście
konstytucjonalizmu europejskiego odwołanie do Boga i chrześcijaństwa
lub religii nie tylko nie jest wykluczone, ale wręcz niezbędne"
(s. 28-29). Aby ją uzasadnić, Weiler opisuje trzy funkcje, które
wypełniać musi każda konstytucja. Po pierwsze, ustanawia ona strukturę
władz i podział kompetencji między instytucjami państwowymi. Po
wtóre, wyznacza relacje między obywatelami a władzą publiczną, określając
ich obowiązki oraz podstawowe prawa. Po trzecie wreszcie, "konstytucja
jest także pewnego rodzaju depozytem, który odzwierciedla i chroni
wartości, ideały oraz symbole podzielane przez określoną społeczność.
Jest więc odbiciem tej społeczności, istotnym elementem jej samoświadomości"
(s. 30). Ta ostatnia funkcja może być realizowana pośrednio, poprzez
regulacje prawne wynikające z dwóch pierwszych funkcji. Konkretne
rozwiązania instytucjonalne, zwłaszcza takie, a nie inne treści
zawarte w katalogu praw podstawowych, pozwalają łatwo zrekonstruować
system wartości, który stanowi o etycznej tożsamości danej wspólnoty.
Bywa jednak i tak, że etyczne fundamenty społeczności państwowej
zostają wyrażone osobno i bezpośrednio, w szczególnie wzniosłej
formie. Temu właśnie celowi służą poprzedzające konstytucje preambuły.
Oba rozwiązania - z preambułą i bez niej - są zresztą całkowicie
dopuszczalne. Jak wiadomo, przy konstruowaniu zarówno karty praw
podstawowych, jak i projektu Konstytucji zdecydowano się ostatecznie
na dołączenie owych preambuł mających w sposób syntetyczny przedstawić
aksjologiczne założenia przyjętych rozwiązań, a także opisać i jednocześnie
zaprojektować etyczny fundament europejskiej wspólnoty. Doszło tu
jednak do znamiennego ideowego pęknięcia. Oto deklaruje się uroczyście,
że główną ideę integrującej się Europy ma stanowić zasada "jedność
w różnorodności", poszukiwanie "wspólnych wartości przy
poszanowaniu odmienności kultur i tradycji narodów europejskich".
Można by więc sądzić, że również zróżnicowanie rozwiązań ustrojowych
poszczególnych krajów zostanie uszanowane i uwzględnione przy tworzeniu
projektu konstytucji. Stało się jednak inaczej. Zaproponowane preambuły
w ewidentny sposób nie spełniają tego założenia w kwestii najbardziej
podstawowej - obecności religii w życiu publicznym.
Wszystkie kraje Europy - stwierdza Weiler - wspólnie przyjmują
dziś za aksjomat, że porządek konstytucyjny powinien ochraniać zarówno
wolność do religii, jak i wolność od religii. Chodzi o to, by żyć
w przestrzeni prawnej, która gwarantuje wierzącym wolność praktykowania
ich religii, a niewierzącym wolność od jakiejkolwiek formy przymusu
religijnego. Z drugiej strony przykłady państw europejskich pokazują,
że owemu wspólnie podzielanemu założeniu może towarzyszyć różnorodna
stylistyka konstytucyjna osadzona na konkretnym doświadczeniu historycznym
i specyficznej etycznej tożsamości danego narodu. Obok laickiej
formuły państwowości Francji i Włoch istnieją, na przeciwnym biegunie,
tradycje konstytucyjne, których preambuły zawierają odwołanie do
Boga (Niemcy), do Trójcy Przenajświętszej (Irlandia), zaś modele
ustrojowe uwzględniają istnienie oficjalnej religii państwowej (Malta),
religii panującej (Grecja) czy też Kościoła narodowego (Dania).
Nie widać więc powodu, by wspólne europejskie rozwiązanie miało
oznaczać rezygnację z wszelkiego odwołania do religii. Wybór opcji
laickiej dokonany przez autorów projektu Konstytucji nie ma nic
wspólnego z neutralnością, lecz stanowi po prostu uprzywilejowanie
w symbolice państwowej określonej wizji świata: takiej, która akcentuje
nie wolność religijną, lecz wolność od religii. Choć publicznie
głosi się, iż wszystkie konstytucje są równie ważne, to ostatecznie
okazuje się, że niektóre z nich są ważniejsze. Weiler stwierdza
jednoznacznie: "Przyjęcie pluralistycznej retoryki, a jednocześnie
prowadzenie imperialistycznej polityki konstytucyjnej jest (...)
niedopuszczalne. To nie jest Europa" (s. 41). Nie wynika stąd
wcale, że opcja laicka ma być z Europy wykluczona, lecz chodzi o
to, by w preambule, jako deklaracji fundamentalnych wartości, znalazło
się miejsce na tolerancyjny pluralizm, obejmujący sobą obie opcje.
Zdaniem Weilera, dobrym punktem wyjścia mogłoby tu być na przykład
rozwiązanie przyjęte w preambule polskiej konstytucji z 1997 roku.
Chrystofobia Europy
Co jest źródłem oporu, z jakim przyjęto postulat odwołania się
do Boga i chrześcijaństwa, skoro argument konstytucyjny przy bliższej
analizie okazuje się jedynie pretekstem? Weiler wymienia szereg
socjologicznych i psychologicznych przyczyn tej - jak ją nazywa
- "chrystofobii", nie usiłując ich jednak porządkować
i głębiej analizować. Ową niechęć wiąże m.in. z aktualną dominacją
w mediach i polityce pokolenia 68 roku, które kształtowało swój
światopogląd w buncie wobec "kultury zachodniej", utożsamianej
nie bez powodu z chrześcijaństwem. Zwraca również uwagę na znaczenie
egzystencjalnego rozczarowania i psychologicznej klęski, jaką dla
sporej przecież na Zachodzie grupy ludzi wierzących w komunistyczną
utopię stanowił upadek imperium sowieckiego. Zwyczajny resentyment
wobec Kościoła, a szczególnie wobec Papieża, który w tym procesie
odegrał istotną rolę, wydaje się w ich przypadku całkowicie zrozumiały.
Wreszcie działają tutaj również zwykłe namiętności polityczne. Dla
wielu wpływowych europejskich polityków chrześcijanie są jedynie
pewnego rodzaju siłą polityczną, która za pomocą ewangelicznego
słownictwa dąży do zdobycia władzy.
Opór, z którym spotyka się publiczna działalność Kościoła, wzmacniany
jest dodatkowo przez bierną postawę samych chrześcijan. Wielu z
nich ukrywa się dziś, zupełnie tak jak ongiś w czasach Inkwizycji
hiszpańscy marranos - Żydzi, którzy oficjalnie przyjmowali chrzest,
a potajemnie dalej wykonywali swoje praktyki religijne. Rzecz w
tym, że współcześni chrześcijańscy marranos ukrywają własne poglądy
nie z lęku przed prześladowaniem, lecz dlatego że się ich wstydzą.
Właśnie ze względu na swoją pasywność - stwierdza Weiler - "chrześcijanie
w Europie są współwinni z powodu zbanalizowania, któremu poddano
w debacie nad Europą całą kwestię chrześcijaństwa" (s. 72).
Milczenie chrześcijan w owej intelektualnej debacie wiąże się,
z tym, że wielu z nich przyjęło rozpowszechnianą tezę, która myli
państwo laickie z państwem neutralnym. Trudno się jednak temu dziwić,
skoro takie utożsamienie stanowi dogmat, który dominuje na europejskich
fakultetach prawniczych i stamtąd potężnie oddziałuje na życie publiczne.
Weiler zwraca przy okazji uwagę na niebezpieczną tendencję panującą
w europejskim środowisku akademickim: na postulat, by naukę uprawiać
w sposób wolny. Od pewnego czasu działają nawet wolne uniwersytety,
które w przeciwieństwie do zwykłych uniwersytetów (w domyśle: "niewolnych"),
chcą prowadzić badania niezniekształcone ideologicznym obciążeniem.
Weiler przytacza "Deklarację Wolnych Badań", jaką muszą
podpisywać profesorowie pewnego znanego Uniwersytetu: "Ja niżej
podpisany, zobowiązuję się na mój honor, że będę wspierał i kontynuował
Wolne Badania, czyli bezinteresowne dążenie do prawdy za pomocą
nauki, co wymaga odrzucenia wszelkich autorytetów na polu intelektualnym,
filozoficznym i moralnym, podobnie jak odrzucenia wszelkiej prawdy
objawionej" (s. 74). Przesądowi, że bycie chrześcijaninem i
prowadzenie badań z perspektywy religijnej jest równoznaczne z porzuceniem
naukowego rygoru pracy, poddają się nawet naukowcy pracujący na
uczelniach katolickich. Istnieją wręcz uniwersytety katolickie,
które uważają za właściwe dodanie do swej nazwy określenia "wolny".
Misja czy tolerancja
Wśród tych, którzy z podejrzliwością patrzą na chrześcijaństwo,
to wcale nie doktrynalne stanowisko Kościoła dotyczące aborcji,
antykoncepcji, rozwodów czy celibatu wzbudza największą niechęć,
lecz jego posłannictwo misyjne. Postulat misyjności - wychodzenia
ku innym z jasnym przesłaniem własnej wiary i zaproszeniem, by również
oni odkryli jej wartość - jest postrzegany jako brak szacunku, nietolerancja
i ingerowanie w sferę prywatną. Koncepcja posłannictwa misyjnego
wydaje się stanowić zaprzeczenie standardu zachowań obowiązującego
w wielokulturowym społeczeństwie Europy, który sprowadzić można
do zasady: "Żyj i pozwól żyć innym". Natomiast chrześcijanie,
którzy swym przesłaniem pragną dzielić się z innymi, czyli, mówiąc
wprost: chcą uczynić wszystkich chrześcijanami, w ewidentny sposób
zdają się ją naruszać.
Weiler, nie ucieka od problemu, lecz proponuje, by sprawę gruntownie
rozważyć, sięgając do samego źródła - do encykliki Jana Pawła II
Redemptoris missio. Odnajduje w niej wzorzec myślenia o stosunku
do ludzi różniących się od nas, wzorzec nie tylko konkurencyjny
wobec zasady, która wydaje się dominować dziś w Europie, ale o wiele
bardziej obiecujący dla jej przyszłości.
W encyklice znajdujemy jasne i bezkompromisowe potwierdzenie chrześcijańskiej
Prawdy: "Chrystus jest jedynym pośrednikiem między Bogiem a
ludźmi" (RM, 5) oraz jednoznaczne odrzucenie relatywistycznej
tezy, że "jedna religia ma taką samą wartość jak druga"
(RM, 36). Czy takie stanowisko nie rani i nie obraża ludzi innej
wiary: Żydów, muzułmanów, niewierzących? Wręcz przeciwnie - mówi
Weiler - jasne potwierdzenie własnej tożsamości to konieczny warunek
wzajemnego dialogu, który musi dokonywać się w prawdzie. Jest dostrzeżeniem
i uznaniem odrębności i inności człowieka należącego do odmiennej
tradycji religijnej czy światopoglądowej, a tym samym wyrażeniem
głębokiego szacunku wobec niego i jego tożsamości.
Aby to lepiej zrozumieć, spróbujmy przeprowadzić w myśli taki oto
eksperyment: wyobraźmy sobie spotkanie z muzułmanami czy Żydami,
podczas którego chrześcijanie w najlepszych intencjach, by nie urazić
swych rozmówców, unikaliby jasnego określenie, kim są i w co naprawdę
wierzą, zwracając się do nich mniej więcej tak: "Wszyscy wierzymy
w tego samego Boga i, przynajmniej w tym, co najważniejsze, nie
różnimy się od siebie". Czy rzeczywiście takie podejście -
pyta Weiler - byłoby dla Żydów i muzułmanów mniej obraźliwe? Zapewne
- dodaje - zapytaliby oni po chwili zakłopotani: "Czy zatem
nie wierzycie, że zbawienie może przyjść tylko od Jezusa Chrystusa?"
(s. 96).
Nietrudno zauważyć, że budowanie wspólnoty z ludźmi różniącymi
się od nas zasadniczo przy pomocy unikania niewygodnych prawd prowadzi
do odwrotnych skutków. Budzi w nich podejrzenie o brak dobrej woli
z naszej strony oraz zrozumiałe poczucie lekceważenie wobec kogoś,
kto lęka się przyznać, jakie są podstawy jego własnej wiary. Musi
zrodzić się w nich wtedy oczywiste pytanie: "Czy ten, kto nie
szanuje własnej tożsamości, będzie potrafił uszanować moją?".
Perspektywa, jaką otwiera encyklika Redemptoris missio, jest całkowicie
odmienna. Chodzi o to, by jasno i bezkompromisowo głosić prawdę
o swojej tożsamości, by swoją religią czy też, szerzej, swoim światopoglądem,
który przecież w naturalny sposób postrzega się jako to, co najlepsze
i najcenniejsze, obdarowywać innych. "Ten bowiem - czytamy
w encyklice - kto miłuje, pragnie dawać samego siebie" (RM
7). Każdy człowiek dobrej woli, który w coś autentycznie wierzy
i jest autentycznie przekonany co do słuszności pewnych wartości
czy idei, będzie starał się dzielić z innymi tym, co dla niego najlepsze
- będzie ich zatem nieustannie nawracał.
Czy nie grozi nam tutaj jednak poważne niebezpieczeństwo, że nawracanie
na uznawaną przez siebie prawdę okaże się jej narzucaniem? Wspólnota
ludzi, którzy nie pozostawiają siebie obojętnie w spokoju, lecz
starają się wzajemnie nawrócić, czyli - innymi słowy - wewnętrznie
zróżnicowana wspólnota misyjna, zbudowana na prawdzie i autentycznym
zainteresowaniu drugim, istotnie innym człowiekiem, wymaga w sposób
konieczny spełnienia dodatkowego warunku. Również ten warunek zostaje
w encyklice jednoznacznie sformułowany: "Kościół zwraca się
do człowieka w pełnym poszanowaniu jego wolności: misja nie uszczupla
wolności, ale działa na jej korzyść. Kościół proponuje, niczego
nie narzuca: szanuje ludzi i kultury, zatrzymuje się przed sanktuarium
sumienia" (RM, 39).
Model wspólnoty, do której encyklika się odwołuje, opiera się więc
na bezwzględnym poszanowaniu nie tylko prawdy, ale i wolności, których
związek w ludzkim życiu pozostaje nierozerwalny. Nie ma bowiem innej
bramy niż wolność, by prawda, także Prawda Absolutna, mogła dotrzeć
do człowieka. "Człowiek jest wolny. Człowiek może powiedzieć
Bogu: nie" (RM, 7). Dlatego wszelkie próby narzucenia prawdy
z pominięciem wolności są z góry skazane na niepowodzenie. Powtórzmy
jednak, by uniknąć nieporozumień: jasne prezentowanie własnego stanowiska
nie oznacza jeszcze żadnego narzucania, żadnego gwałtu na wolności
innego człowieka. Przeciwnie, jest uszanowaniem jego godności jako
osoby, która chce żyć w prawdzie i chce, by zawsze mówiono jej prawdę,
nawet wtedy, jeśli się z nią nie zgadza lub jej nie rozumie.
Europa proponuje
Zarysowany w encyklice obraz wspólnoty misyjnej, zbudowanej na
wolności, prawdzie i autentycznym zainteresowaniu ludźmi o innej
tożsamości etycznej, może - co do swej zasadniczej idei - okazać
się pomocny w refleksji nad procesem integracji europejskiej. Czyż
bowiem w najgłębszej swej istocie Europa nie szuka odpowiedzi na
pytania podobne do tych, jakie legły u podstaw Redemptoris missio?
Przede wszystkim na pytanie: "Jak odnosić się - w Europie i
poza Europą - do Innych, którzy nie są tacy sami jak my?" (s.
105). Nauka, jaka płynie z encykliki, jest jasna. Po pierwsze, nie
wolno ukrywać własnej tożsamości. Po drugie, ważna jest strategia
usuwania uprzedzeń i budowania mostów nad murem obojętności, duch
misji, który mówi: "przyjdź, stań się jednym z nas" i
który świadczy o tym, że choć się różnimy, jest coś, co nas łączy
- należymy przecież do tej samej ludzkiej wspólnoty. Po trzecie,
przerzucanie mostów i budowanie wspólnoty musi zawsze odbywać się
z pełnym poszanowaniem wolności każdego człowieka i jego osobistej
drogi do prawdy.
Wyzwanie, wobec którego dziś stoimy w obliczu integrującej się
Europy, polega na tym, by konstrukcję wspólnego europejskiego domu
przenikał taki właśnie duch. Jeśli jednak istotnym rysem powstającej
Unii miałaby być formuła: "Europa proponuje, niczego nie narzuca",
niezbędne będzie wypracowanie nowatorskich form instytucji politycznych.
Chodzi przede wszystkim o to, by zgoda na posłuszeństwo wspólnym
ustaleniom i wspólnym instytucjom nie była podjęta przez narody
europejskie raz na zawsze w jednorazowym nieodwracalnym akcie akcesji,
lecz wciąż dobrowolnie odnawiana i potwierdzana. Wspólnota oparta
na takiej formule nie może być więc po prostu nowym federacyjnym
państwem, ponieważ państwo jako takie zawiera w sobie jako konstytutywną
zasadę przymusu. Czy taką wizję uda się zrealizować? Weiler wydaje
się być optymistą, choć świadom jest również trudności, jakie czekają
nas na tej drodze. (W trzeciej, ostatniej części książki odnajdziemy
krótki, lecz precyzyjny wykaz zagrożeń związanych z bezprecedensową
formą organizacji politycznej powstającej Unii).
Europa proponuje?
Preambuła Konstytucji europejskiej kończy się stwierdzeniem, że
przyszła Europa zjednoczona w swej różnorodności: okaże się "szczególnym
obszarem ludzkiej nadziei". Z pewnością zarysowana przez Weilera
idea wspólnoty - o wiele bardziej niż projekty, które przyszłość
Europy postrzegają jedynie przez pryzmat unii gospodarczej i politycznej
- wychodzi naprzeciw takim oczekiwaniom. Atoli warunkiem spełnienia
nadziei jest również świadomość niebezpieczeństw, które mogą ją
zniweczyć. Można jednak odnieść wrażenie, że Weiler nie do końca
rozpoznaje charakter oraz główne źródło owych zagrożeń. Na przeszkodzie
stoi tu jego bezkrytyczne przywiązanie do idei pluralizmu (tak jakby
był on szczególną wartością, nie zaś po prostu faktem) oraz nie
dość precyzyjne ujęcie sensu, jaki niesie w sobie gwarantowana przez
porządek konstytucyjny idea wolności religijnej. Wobec argumentacji
przedstawionej przez Weilera nasuwają się trzy uwagi, z czego ostatnia
ma charakter zasadniczy.
Pierwsza wątpliwość - najbardziej banalna - brzmi: czy to rzeczywiście
owa piękna idea Europy, która proponuje i niczego nie narzuca, określa
w sposób decydujący proces powstawania Unii? Owszem, w procesie
jednoczenia nie ma miejsca na bezpośrednią fizyczną przemoc, ale
sam przebieg negocjacji, począwszy od subtelnych nacisków po elementy
ewidentnego szantażu, jest najlepszym przykładem tego, że wśród
państw europejskich, zwłaszcza największych, nadal obowiązuje wizja
polityki, gdzie nie argumenty, lecz realna moc ma ostatnie słowo.
Zapewne naciski i przetargi są nieuniknione w dziedzinach, w których
rządzi logika konfliktu interesów, na przykład przy negocjowaniu
wspólnie ponoszonych kosztów czy też ustalaniu udziału we władzy,
jednak ich otwarta wręcz obecność w obszarach, gdzie powinno się
wytrwale szukać tego, co naprawdę wszystkich łączy, stanowi ostrzeżenie,
że do głosu próbuje dojść zupełnie inna idea integracji. Twarde
obstawanie przy zakłamanej formule preambuły, mającej rzekomo wyrażać
wspólnie wyznawane wartości, jest jawnym znakiem obecności i działania
w Europie sił, które robią wszystko, by ją zjednoczyć na zupełnie
innej podstawie niż zasada poszanowania prawdy i wolności.
Drugie zastrzeżenie wobec wywodu Weilera dotyczy jego - generalnie
słusznego - postulatu, by przy tworzeniu europejskiej konstytucji
wziąć pod uwagę różnorodne tradycje konstytucyjne poszczególnych
narodów europejskich. Problem polega jednak na tym, że choć z pewnością
istnieje trwała tradycja angielska czy francuska, to powstaje pytanie,
o jakiej tradycji konstytucyjnej mamy mówić w przypadku krajów byłego
imperium sowieckiego. Weźmy przykład Polski. Weiler, przywołując
preambułę konstytucji z 1997 roku, traktuje ją tak, jakby to w niej
właśnie zawierała się kwintesencja naszej kultury konstytucyjnej.
A przecież jest dokładnie odwrotnie. Owszem, preambuła stanowi jeden
z bardziej wartościowych elementów tej konstytucji, ale tak naprawdę,
wraz z kilkoma dopisanymi w ostatnim momencie artykułami, pełni
w niej jedynie rolę listka figowego. Specyficznego "ducha"
polskiej ustawy zasadniczej oraz tożsamość etyczną wspólnoty, którą
konstytucja wyraża i wspiera, można natomiast z łatwością odczytać
w przyjętych rozwiązaniach instytucjonalnych i kształcie "karty
praw podstawowych" . Chronią one wspólnotę interesów ludzi
należących do "ponadpartyjnej kasty zawodowych polityków",
głównie postkomunistycznego pochodzenia, do której dołączył nowy,
równie bezideowy narybek.
Skądinąd, gdyby rzeczywiście - w ramach postulowanego przez Weilera
poszanowania pluralizmu - chciano uwzględnić polskie rozwiązanie,
to w Konstytucji Europejskiej powinno się bez trudu znaleźć miejsce
dla takiej czy innej formuły powołującej się na chrześcijańskie
dziedzictwo, przy faktycznym marginalizowaniu jego istotnych komponentów
w przyjętych formach porządku państwowego oraz katalogu elementarnych
praw. Co ciekawe, sam Weiler przyznaje, że tego typu rozwiązanie
okazałoby się dla Europy czymś najgorszym: "ostateczna zgoda
na zamieszczenie jakiegoś odwołania do tradycji chrześcijańskiej,
w ciszy i bez rozgłosu, byłaby błyskotliwym makiawelicznym zagraniem
tych sił, które w większości są przeciwne istnieniu jakichkolwiek
związków między państwem a Kościołem. Rozwiązanie takie pewnych
chrześcijan by uszczęśliwiło, pozostałej większości pozwoliło zachować
obojętność, problem zaś można by uznać za zamknięty" (s. 71).
Wygląda więc na to, że zasiadający w konwencie twórcy projektu konstytucji
europejskiej sfuszerowali robotę, dogmatycznie i uparcie usuwając
z niej wszelkie ślady chrześcijaństwa. Gdyby bowiem zechcieli skorzystać
z rad i doświadczeń swoich polskich ideowych współtowarzyszy - prawdziwych
mistrzów elastyczności i kompromisu - mogliby bez trudu zrealizować
swój cel i uniknąć tego, co dla nich najgorsze - poruszenia opinii
publicznej i konieczności podjęcia rzeczowej dyskusji.
Najważniejsze zastrzeżenie wobec argumentacji Weilera dotyczy
kwestii fundamentalnej, a mianowicie określenia miejsca wspólnot
religijnych w ramach nowoczesnego porządku państwowego. Powszechnie
uważa się, że kwestia ta znalazła dostatecznie jasne, powszechnie
akceptowane rozwiązanie i przestała już być nieustannym źródłem
nieporozumień. Tak sądzi również Weiler, który - przypominam - podkreśla,
iż w ramach cywilizacji europejskiej panuje dziś zgoda, że porządek
konstytucyjny powinien ochraniać zarówno wolność do religii, tzn.
swobodę jej praktykowania, jak i wolność od religii, tzn. swobodę
jej niepraktykowania. Na tym właśnie ma polegać ów postulowany przez
niego i obejmujący obie te opcje "tolerancyjny pluralizm"
(s. 42) Przedstawiona formuła, jak można by sądzić, gwarantuje wolność
zarówno ludziom wierzącym, którzy posiadając konkretną tożsamość
religijną, pragną ją wyrażać publicznie, jak i ludziom niereligijnym,
tzn. tym, którzy - zgodnie z zasadą: "żyj i pozwól żyć innym"
- chcą, by wyznawcy wszelkich religii zostawili ich w spokoju.
Pozostając przy "pluralistycznej" formule uregulowania
kwestii religii w porządku konstytucyjnym, Weiler sprawia wrażenie,
jakby sam do końca nie zrozumiał wagi tego, co naprawdę odkrył,
kiedy roztaczał przed nami wizję wspólnoty misyjnej. Owszem, gdy
trzeba się zmierzyć z "imperializmem, który sam odwołuje się
do pluralistycznej retoryki", argument pluralistyczny ukazujący
różnorodność istniejących w Europie rozwiązań może być przydatny
po to, aby pokazać, że w gruncie rzeczy w projekcie preambuły do
Konstytucji Europejskiej nie chodzi o żaden pluralizm, ale wyłącznie
o jedno, i to bardzo wątpliwe, "laickie" rozwiązanie.
W wymiarze praktycznym, tzn. w konkretnym układzie sił politycznych
w Europie, proponowanie formuły, która w imię "pluralistycznej
tolerancji" obok owego intensywnie promowanego "laickiego"
modelu uwzględni również inną, bardziej sensowną zasadę, faktycznie
wydaje się krokiem we właściwym kierunku. Natomiast w wymiarze teoretycznym
tego typu eklektyczną propozycję trudno uznać za zadawalającą. Trzeba
raczej poszukiwać jednej spójnej formuły, obejmującej we właściwym
związku wszystkie istotne elementy, jakie muszą tutaj zostać uwzględnione.
Warunek ten spełnia zasada wolności religijnej, jeśli rozumiana
będzie w swym wymiarze misyjnym: "nawracajcie się wzajemnie
z pełnym poszanowaniem wolności". Jest ona zasadą uniwersalną
i nie potrzebuje żadnego dodatkowego uzupełnienia. Zasada "wolności
od religii", która głosi, by nie nawracać nikogo, kto nie chce
być nawracanym, mieści się bowiem całkowicie w "pełnym poszanowaniu
wolności", nie ma więc powodu, by ją specjalnie wyodrębniać.
Największą zasługą książki Weilera - zasługą, jak widać, nie do
końca przez autora zamierzoną - jest ponowne otwarcie dyskusji nad
sensem zasady wolności religijnej, to znaczy nad możliwością zgodnego
współżycia w ramach jednego organizmu politycznego ludzi różniących
się etycznie, religijnie i światopoglądowo. Wypracowany w Europie
i stanowiący podstawę nowoczesnej cywilizacji zachodniej model pokojowej
koegzystencji różnorodnych wspólnot etycznych wydaje się przeżywać
głęboki kryzys nie tylko w obliczu zewnętrznych zagrożeń płynących
z innych kręgów kulturowych, przede wszystkim z islamu, ale i w
ramach samego zachodniego świata. Ponowne jego przemyślenie jest
kwestią "być czy nie być" naszej cywilizacji.
Sytuacja wydaje się analogiczna do tej, która panowała w XVI-wiecznej
Europie w przeddzień wybuchu wojen religijnych. Zadanie jest jednak
o wiele trudniejsze, bo tym razem naprawdę uniwersalne. W epoce
reformacji chodziło o budowę wspólnego domu dla różnych odłamów
chrześcijan, których poza świadomością własnej wyjątkowości i odrębności
pod względem etycznym łączyło przecież niemal wszystko. Dziś stoimy
przed koniecznością wypracowania zasad przyjaznego współżycia nie
tylko dla wspólnot odwołujących się do znacznie bardziej odległych
od siebie tradycji religijnych, ale także - co stanowi bodaj najpoważniejsze
wyzwanie - musimy uwzględnić obecność coraz liczniejszych grup ludzi,
których łączy niechęć do wszystkich konkretnych religii i którzy
wyrugowanie z przestrzeni publicznej wszelkich śladów religijności
uznają za swoją misję.
ZBIGNIEW STAWROWSKI, ur. 1958, dr filozofii polityki, pracuje w
Instytucie Studiów Politycznych PAN i Papieskiej Akademii Teologicznej
w Krakowie. Wydał: Państwo i prawo w filozofii Hegla ( 1994 ).
Możesz skomentować ten artykuł.
Kliknij tutaj.
POCZĄTEK
STRONY |