Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
sierpień, nr 567
wrzesień, nr 568
październik, nr 569
listopad, nr 570
grudzień, nr 571
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 12/2002 (571)
  Nasz wiek prywatny

Danuta Sosnowska

Maria Janion, Żyjąc tracimy życie, W.A.B., Warszawa 2001, ss. 425



   Najnowsza i ważna książka Marii Janion zawiera takie bogactwo tematów, przywołanych utworów literackich, zjawisk kulturowych, a wreszcie obejmuje tak rozległą perspektywę czasową, że kusi recenzenta, by odnaleźć zwornik, spajający odległe teksty. Można je oczywiście czytać jako zbiór interesujących esejów, zespolonych tylko poprzez włączenie ich do poszczególnych rozdziałów. Jednak wówczas umknąłby rodzaj "podskórnej narracji", powstałej nie w wyniku bezpośredniego komentarza, ale budowanej przez powroty tematów, dobór czytanych tekstów, wreszcie kompozycję pracy. Otwiera ją rozdział Apokalipsa bez zbawienia... To przejmujący zapis religijnego zwątpienia, gdzie dramat ateizmu oznacza także bolesną tęsknotę za pierwiastkiem nadprzyrodzonym. Religia jej nie ukoi, bo na pytanie: "Czy mamy Ojca?" nie da się już odpowiedzieć z ufnością. Rozdział pt. Nie wiem, zamykający książkę, dotyczy apokalipsy historycznej: Shoah. Początek i zakończenie książki wyznaczają więc dwie katastrofy: kryzys wiary, rozpatrywany w perspektywie kulturowej i prywatnej, oraz Zagłada - o której Adorno powiedział: "Wszelka kultura po Oświęcimiu, włącznie z jej najwnikliwszą krytyką, jest śmietniskiem" (s. 391).
   Myliłby się czytelnik, szukając między tymi zjawiskami prostego związku przyczynowo-skutkowego. Maria Janion nie formułuje moralizatorskich odpowiedzi na pytanie: "skąd zło?", natomiast rejestruje jego istnienie w kulturze. Data wydania jej książki nie wpisuje się w żadną wyrazistą cezurę, ale zarazem widać, że tekst powstawał ze świadomością "końca wieku", z potrzeby dania mu świadectwa. "Wiek" jest tu zresztą pojęciem względnym, nie ogranicza się do mechanicznego pomiaru upływu czasu - jest to raczej "wiek" naszej wrażliwości; tego, co ją kształtowało, dramatów i pytań, których ciśnienie zadecydowało o jej formie. Jak przystało na badaczkę XIX stulecia Maria Janion właśnie w tym okresie szuka wielu źródłowych doświadczeń. Nie ma tu jednak sztywnych reguł: w ujęciu autorki tragedia Sofoklesa Król Edyp objaśnia nam prywatny los równie dobrze co teksty sprzed 200 lat. Zarazem "kryzys romantyczny" pełni w myśleniu Janion ważną rolę. Warto podkreślić, że nie jest to - w jej interpretacji - kryzys pociągający za sobą w dalszej perspektywie osłabienie kultury. Jeśli zgodzimy się z pochlebnymi ocenami Janion, wystawionymi rozmaitym utworom współczesnym (w niektórych przypadkach trudno mi podzielać jej sąd), to okaże się, iż kultura niezmiennie owocuje tekstami wartościowymi. Trafniej więc byłoby mówić o dokonanym przez Janion zapisie kryzysu egzystencji, dającym się sprowadzić do prostego, a przecież zasadnego pytania: dlaczego życie zaczęło być odczuwane jako tak bardzo trudne?
    We wstępie krótkim i raczej dyskretnym, gdy idzie o ujawnianie własnych intencji, autorka przywołuje takie pojęcia jak: "paradoks istnienia", "los", "przypadek", "idea fatalności", "niewzruszone życie". To "pojęcia-klucze" - będą nam na różne sposoby towarzyszyły podczas czytania książki. Parę lat temu Janion opublikowała niewielką książeczkę pt. Czy będziesz wiedział, co przeżyłeś? Jej ostatnia praca zawiera inne, ukryte pytania: "czy wiesz, jak przeżyć?" oraz "dlaczego to czasami niemożliwe?". Przywołanie we wstępie Jaszczura Balzaca, który stał się inspiracją tytułu pracy (a Janion dodaje, że tekst ten towarzyszy jej właściwie przez całe życie), kryje w sobie pewną przewrotność. Bo choć faktycznie utwór Balzaca zawiera szereg problemów od dawna Janion interesujących, to zarazem mówi o bohaterze, który uświadomiwszy sobie powolną utratę życia, chce je desperacko zatrzymać. Choćby za cenę li tylko wegetacji. Kawał jaszczurczej skóry - przedmiot mający sens symboliczny - kurczy się wraz z każdym wyrażonym przez bohatera życzeniem. A im mniej gadzich łusek, tym mniej życia: bohater może żądać wszystkiego, ale ceną jest istnienie. Gdy skrawek skóry staje się już tak skąpy jak drastycznie skrócony czas, który pozostał bohaterowi, wartością dla mężczyzny okazuje się trwanie ogołocone z wszelkich pragnień.
   Wizja egzystencji, obrazowana w Jaszczurze, nie jest tym, o czym chcemy pamiętać. Zwłaszcza współcześnie przemijanie, strata, śmierć prowokują do pospiesznego wypierania tej wiedzy. Janion przypomina ją, ale, jak już pisałam, w użyciu przez nią Balzakowskiej metafory tkwi dwuznaczność. Bowiem wielu bohaterów, których przypadki opisuje, nie tyle pożąda istnienia, co nie może go wytrzymać. Dla innych zaś formułowanie pragnień - przed czym bohater Jaszczura musi się powstrzymywać - to zadanie niemożliwe. Bo wymagałoby "przylegania" do istnienia, wyrazistości odczucia, że się jest, że istnieje świat i że coś z tego wynika. Zaryzykowałabym tezę, iż tak jak początek i koniec książki Żyjąc tracimy życie mówi o dwu różnych rodzajach katastrofy, podobnie "paradoks istnienia", ciążący na bohaterze Jaszczura, rozwijany jest i modyfikowany w postaci paradoksów odmiennych, drążących egzystencję innych bohaterów. W ten sposób, za pomocą różnych tekstów literackich i zapisanych w nich przypadków losu Janion bada dwie sytuacje graniczne: nienasyconą żądzę istnienia, widoczną u bohatera Balzaca czy tytułowej bohaterki opowiadania E.A. Poe Ligea i niemożność wytrwania do naturalnego końca życia. Te dwa bieguny wyznaczają obszar, w którym trwa opisana przez autorkę szamotanina z losem. Odnotowany przez nią kryzys współczesnej wrażliwości polegałby między innymi na tym, że ani na życie, ani na śmierć nie jest już łatwo przystać. Jakby wymknęły się naturalnemu porządkowi, przestały być oczywiste. Czy właśnie wiek XIX nadwątlił ów porządek? Wyznaczanie "początku" zwykle bywa dyskusyjne. Z drugiej strony, XIX-wieczny kryzys wiary, ówczesne niepokoje religijne, niewystarczalność wcześniejszej formuły religijności i egzystencjalne oraz kulturowe konsekwencje tych zjawisk to fakt trudny do podważenia. Otwierający rozważania Janion tekst Jean--Paula Mowa wypowiedziana przez umarłego Chrystusa ze szczytu kosmicznego gmachu o tym, że nie ma Boga (1796) kryzys religijności antycypuje i zapowiada.
   Rozważanie bolesności życia i pokusy śmierci wyznacza osobistą perspektywę dla pisania o literaturze. Narzuca ona szczególną rolę badaczowi kultury. Zacznijmy jednak od bohaterów, których Janion opisuje, a którzy za Gombrowiczem mogą powtarzać słowa o "głupocie, okrucieństwie i nudzie egzystencji"(s. 120); dla których życie, jak dla Schopenhauera, niczym "wahadło podąża od prawej do lewej strony, od cierpienia do nudy" (s.120). Takie odczuwanie istnienia jest tematem powracającym w książce Janion i dręczy zarówno postaci z literatury XIX-wiecznej, jak i bohaterów jak najbardziej współczesnych powieści. Co znamienne, często Los nie doświadczył ich szczególnie okrutnie. Samo istnienie, samo życie jest dla nich równoznaczne z wysiłkiem i cierpieniem, niezależnie od tego, co oferuje. To stawia przed zagadką: bo jeśli można zrozumieć ofiary traumy Holocaustu i koszmaru łagrowego (Janion przypomina Paula Celana, Tadeusza Borowskiego, Jerzego Kosińskiego, Brunona Bettelheima i innych, którzy nie wytrzymali naporu wspomnień i musieli uwolnić się od życia), to co powiedzieć o bohaterce Pamiętników zza grobu Chateaubrianda, Lucylli, która nie może żyć, zanim zaczęła żyć naprawdę? Która nawet nie próbuje poradzić sobie z paraliżującym ją lękiem przed życiem? Tę kreację można złożyć na karb romantycznej maniery lub jeszcze prościej: uznać nieszczęsne dziewczę za ofiarę ówczesnej nieznajomości leków antydepresyjnych i psychoterapii. Jednakże casus Lucylli, potraktowany poważnie, radykalizuje pytanie: czy człowiek może znieść tak doświadczane istnienie? I czy takie doświadczenie po prostu wynika z choroby? A jeśli uparty smutek, melancholia, ból to formy kontaktu z rzeczywistością, która więcej mówi o życiu, a przynajmniej jakiejś jego postaci, niż o niesprawności tych, którzy nie są dość mocni, by się z życiem siłować? Przypadek Lucylli, nie sprowadzony jedynie do choroby, choćby i była ona chora, zmusza do zmierzenia się z rozpaczliwą wizją egzystencji.
   Powracający problem "czczości i nudy" Maria Janion ogląda z wielu perspektyw: jako "chorobę XIX wieku", która tyle zebrała ofiar, i jako nasze "mdłości" - one, choć trapią nas już od dziesięcioleci, wydają się wciąż przybierać na sile. Z oczywistej konieczności musi się tu pojawić temat rozprzęgnięcia się "dużych porządków"; tego ładu, który długo warunkował istnienie Kosmosu, aż ewoluował w nasz kosmos: ograniczony do powieszonego patyka, ptaka i rysy na suficie. Tak przejmująco opisane przez Gombrowicza pożądanie ładu, niemożność znoszenia nieskończoności, będącej tylko chaosem, znajduje dopełnienie w przytoczonych przez Janion rozważaniach Richarda Rorty’ego. Zyskaliśmy prywatność, ale cenę trzeba było zapłacić wysoką: jest nią - pisze Janion - przypadkowość, owa "przygodność" Rorty’ego, zakładająca "konieczność pogodzenia się z faktem własnej skończoności. Nie istnieje nic takiego jak ťzrozumienie świataŤ w sensie platońskim - zrozumienie z pozycji poza czasem, w jakiejś stałej niezmienności Idei. Dla Deleuze’a Nietzscheański zmierzch bogów to uświadomienie, że nie ma ani oryginału, ani kopii; nie ma uprzywilejowanego punktu widzenia, nadającego Sens, ani możliwej hierarchii. Pozostaje ciągle ponawiane opisywanie rzeczywistości we własnych, wyłącznie własnych słowach. Żaden opis nie może pretendować do absolutnej prawdziwości, stąd ukryta w nim wewnętrzna ironia" (s. 363). Można dodać: porządki już nie są opresorami, ale wydaje się, że trudno unieść tę wolność.
   Wiąże się z tym narastający problem komunikacji, bo "przygodne" języki rzadko mogą sprostać próbie porozumienia czy choćby przebicia się do rzeczywistości. Wiele miejsca w książce Janion zostało poświecone kłopotom z zapisem, osuwaniu się w milczenie, czy - jak powiada autorka za Ricoeurem - "pęknięciu między chęcią mówienia a niemożnością mówienia" (s. 203). Także i ten problem został zbadany pod wieloma aspektami: poczynając od powracających w kulturze marzeń o "redukcji literatury", o słowie, które "literaturze umyka i jej zaprzecza" (s. 59), przez opisy walk z formą, aż po doświadczenia, wobec których literatura staje w bezradności. Pisarz zmienia się w "emblemat milczenia", bo jego słowa zasysa niewyrażalność starości (Chateaubriand), cierpienia (Krall) czy doświadczenia mistycznego (Czapski), by podać choćby kilka przykładów "pokusy milczenia". Problem nie jest nowy: sokratejska podejrzliwość wobec słowa pisanego, dylematy mistyka: zapisywać czy przeżywać, to zagadnienia znane i opisane. Jednakże nagromadzenie w książce Janion przykładów osuwania się w milczenie, a także i to, że dotyczą one nie tylko zapisu, ale wszelkiej w ogóle wyrażalności, wskazuje na ten problem jako na zjawisko coraz bardziej dotkliwe w tej naszej gadatliwej kulturze, która zarazem silniej niż kiedykolwiek zderza się z problemem wyrażalności. Analizując literaturę Paula Austera, współczesnego pisarza amerykańskiego, Janion przytacza następujący cytat: "Cóż za daremny trud usiłować powiedzieć cokolwiek o kimkolwiek" (s. 229). A na temat jednego z tekstów pisarza dodaje: "w istocie stanowi medytację nad tym, czy w ogóle możliwe jest mówienie o kimś innym" (s. 229). "Przypadek - rozwija interpretację Janion - styka nas ze sobą. Przyglądamy się sobie i odchodzimy w samotność, w której czasem próbujemy coś zrozumieć. Piszemy jakieś przesłanie, które ktoś odczytuje, ale gubi się już po pierwszych słowach" (s. 230).
   Problem komunikacji ma jeszcze jedną, dramatyczną postać. W książce Janion pojawi się temat "zbrukanego języka" - dziedzictwa czasów nazizmu i Auschwitz. Właśnie w opozycji do niego rozwija swoją hermetyczną poezję Paul Celan: "piszący po niemiecku Żyd z Rumunii, napiętnowany swym żydowskim losem, należy do najwybitniejszych poetów XX wieku" (s. 263). Jego język "kwestionuje samym swym istnieniem możliwość hermeneutycznego porozumienia" (s. 263). Porozumienia, ale też zrozumienia Zagłady, bo do niej Celan wielokrotnie powraca. Starcie grozy i narracji, cierpienia i słowa, tego, co niepojmowalne i tego, co wyrażalne - Shoah w bolesny sposób uzmysławia nie tylko niewystarczalność mowy, ale - co gorsza - dostępnych sposobów rozumienia i tłumaczenia. Zagłada położyła się cieniem na naszym racjonalnym języku, pokazała szaleństwo w obrębie rozumu. Przewodnikiem po takim piekle może być Hurbinek - "trzyletnie dziecko z wytatuowanym na przedramieniu numerem w Oświęcimiu. Więźniowie nazywali je Hurbinek. Mowa jego sprowadzała się do jednego, niezrozumiałego słowa: ťmasskloŤ czy ťmatiskloŤ. Hurbinek zmarł w pierwszych dniach marca 1945 roku" (s. 397).
    Janion przypomina, że każda, choćby najokropniejsza historia formuje w końcu swój język, którym można mówić z zewnątrz doświadczenia. To jeszcze jeden paradoks niewyrażalności: mówić można o wszystkim i każdy może mówić. Omawia sprawę sfałszowanych dzienników Binjamina Wilkomirskiego, rzekomego dziecka Oświęcimia. Ta sprawa, niezależnie od tego, że Wilkomirski płaci dramatyczną cenę za swoje utożsamienie z losem Żyda, uzmysławia "kryzys świadka". Nie ma bowiem przeżyć tak strasznych, których formy wyrazu nie dałoby się podrobić. Dlatego zapis doświadczonego horroru, związanych z tym dylematów formalnych i moralnych to ważny wątek w książce Janion. Co wolno literaturze? I czemu literatura może sprostać? Te pytania wydają się o wiele bardziej wyraźne niż potencjalne odpowiedzi. Trudno się dziwić, skoro jakąś odpowiedź sformułować można tylko na drodze indywidualnych poszukiwań i wrażliwości. A i tak pozostaniemy w sferze wysoce subiektywnej. Janion przypomina spory krytyków o pisarstwo Krall (dla niektórych "zbyt estetyczne"), a także wątpliwości, jakie wzbudziła okładka zbioru wierszy Różewicza: na pierwszy rzut oka - piękny akt nagiej kobiety, w istocie - ciało martwej więźniarki na śniegu. Doświadczenia Zagłady, tak drastyczne, że nie mieszczą się w wyobraźni, stają się kontekstem dla nie wyrażonego wprost, lecz przecież obecnego w książce Janion pytania o powinności kultury i tych, którzy ją tworzą. Janion cytuje Krall, która odbierając w roku 2000 Nagrodę Porozumienia Europejskiego, mówiła: "Czy w ogóle zrozumienie jest wartością nadrzędną? Może coś innego nią jest? Na przykład współczucie? Może należałoby ustanowić nagrodę współczucia europejskiego?" (s. 405).
   Współczucie przeciwko zrozumieniu - to warta przemyślenia sugestia. Jednakże raczej mnoży wątpliwości, niż podsuwa rozwiązania. Pogodzenie postulatu współczucia, tak okropnie dziś potrzebnego, ze sceptycyzmem i racjonalizmem, którymi nasza kultura przesiąkła do kości, (a co więcej, wiąże się z nimi fragment wartościowego dziedzictwa), to zadanie przypominające kwadraturę koła. Wszystkie podejrzliwe pytania, zrodzone z nieuniknionej potrzeby zrozumienia, będą wciąż i od nowa naruszać ufność i spontaniczność współczucia. Tej kolizji nie da się przezwyciężyć, bo jest jednym z wcieleń starego konfliktu Uczucia i Rozumu. Mimo to pytanie Hanny Krall, pytanie o potrzebę współczucia, jako kategorii będącej formą zastępczą dla rozumienia, zachowuje ważność. Zwłaszcza dziś, gdy serwuje się szczegóły "śmierci na żywo", skadrowane sceny tortur, detaliczne ujęcia cudzej rozpaczy pod pretekstem oświecenia i "zaświadczenia". Te drastyczne obrazy czy opisy często niewiele wnoszą do wiedzy o tym, co się dzieje, za to intensyfikują pytanie: kim jest człowiek, który - klatka po klatce - rejestruje sceny zabijania?
   W książce Żyjąc tracimy życie Maria Janion, mówiąc o sensie działania intelektualnego i artystycznego, wielokrotnie wraca do przesłania, by nie oddzielać myśli od życia. Przypomina szok, doznany przez Józefa Czapskiego, gdy w roku 1943 zobaczył na wystawie w Paryżu pogodny obraz Matisse’a. Powstanie takiego płótna wydało mu się niemożliwe w Europie tamtego czasu; w Europie Katynia, likwidacji getta, straszliwej okupacji. Czapski z wojennych przeżyć wyniósł "obowiązek obywatelski artysty (...) dawania świadectwa ťinnej rzeczywistościŤ" (s. 95). Dziwnie to brzmi, prawda? Kto dziś zawraca sobie głowę obowiązkiem, w dodatku - obywatelskim (!), artysty? Albo obowiązkiem filozofa, który wydaje się mieć prawo do podążania w stronę "myśli czystej". Zbyt często taki język "trąci myszką", co nie znaczy, by nie było ludzi mających odwagę go używać. Janion do nich należy, dlatego jej książka, w której tak wiele miejsca poświęcono formie artystycznej, równolegle rozwija wątek etycznych obowiązków artysty czy intelektualisty.
   Janion wraca do, zawartego w książce Psie lata, literackiego ataku Güntera Grassa na Martina Heideggera. Nie zgadza się na sprowadzenie utworu do "trywialnej parodii" języka i filozofii niemieckiego myśliciela. Zdaniem Janion, Grass "ukazuje jak Heideggerowski żargon filozoficzny mógł zasłaniać i unieważniać górę ludzkich kości, pochodzących z obozu koncentracyjnego" (s. 262). Język może być formą niepamięci, drogą ku niepamięci, wreszcie sposobem na pamięć niewygodną, brzmi ostrzeżenie. A to nie pozwala traktować związku Heideggera z hitleryzmem jako przelotnego epizodu, który ostatecznie nie ma znaczenia dla jego filozofii. Przeciwnie, ta filozofia i jej język błąd umożliwiły, a potem pozwoliły nigdy się z niego nie rozliczyć. Janion nawiązuje też do przypadku Gadamera, którego postawa - pisze, przywołując książkę Christiana Delacampagne’a Historia filozofii w XX wieku - "jest symptomatyczna dla większości filozofów. Podjęli oni swą działalność po roku 1945 w taki sposób, jakby nigdy nie było Auschwitz" (s. 266). Gadamer, który w III Rzeszy pełnił obowiązki akademickie, pisze swoje najważniejsze dzieło Prawda i metafora, tak jakby Oświęcimia nie było, jakby nie było konieczności pytania o to, w jaki sposób wielka kultura niemiecka mogła zostać wprzęgnięta w służbę barbarzyńskiego ludobójstwa.
   Dla Grassa "ponadczasowa i pozaczasowa" pozycja intelektualisty sprzyja błazeństwu. W Moim stuleciu komentuje ukazanie się w 1927 roku Bycia i czasu: "Ta książka ťwniosła na rynek pompatyczną podniosłość słówŤ", która wydała się pisarzowi "wielce tandetna", "po wojnie, głodzie i inflacji (...) można było fetować życie jako ťrzucenieŤ albo przy szampanie lub wciąż jeszcze szklaneczce martini roztrząsać jako ťbycie ku śmierciŤ" (s. 263).
   Po drugiej wojnie światowej kolizja "bycia ku śmierci" i "góry ludzkich kości" stała się jeszcze bardziej dramatyczna. Lub może raczej - stać się powinna. Bo kultura, nie radząc sobie z tym, chce zapomnieć. Zderzanie się niepamięci z pamięcią, figury Nieobecności, Oddalania się to stałe wątki w książce Janion. Ona sama staje po stronie pamięci, pokazuje, że choćby zapisanie Zagłady oznaczało zadanie niemożliwe, to zarazem nie można już myśleć tak, jakby Shoah nie było. Przypomina komentarz francuskiej gazety "Le Monde" do archiwalnych zbiorów uniwersytetu Yale - zgromadzonych w latach 1979-1995 zeznań ponad 50 tysięcy świadków Shoah: "To tak jakby pod moją skórą była inna skóra, która nazywa się Auschwitz. Nie mogę z niej wyjść, ona istnieje w każdej chwili" (s. 399). Tylko że wydaje się, iż ta skóra kurczy się tak, jak jaszczurcza skóra w tekście Balzaca. Będziemy ją mieli już zawsze, wydaje się mówić Janion, a zarazem mamy jej coraz mniej. To także jeden z paradoksów naszego wspólnego losu, który - gdy pójdziemy tropem metafor - skłania do postawienia pytania: Czy to znaczy, że mamy coraz "mniej życia"? Nie w perspektywie jednostkowej, ale kulturowej?
    Właśnie książka Żyjąc tracimy życie uświadomiła mi, że ten tekst, zawierający tak wiele odniesień do literatury najnowszej, do głośnych prac, do modnych teorii, kryje w sobie postulaty jak najbardziej tradycyjne, zawarte w postawie intelektualnej Marii Janion. Jej tyluletnia obecność w kulturze znaczona była zawsze zainteresowaniem czasem bieżącym, jego niepokojami, tym, co się działo w humanistycznych teoriach, ale też we wrażliwości konkretnych dziesięcioleci. Jednakże, używając rozmaitych narzędzi dla interpretowania znaczeń kultury, Maria Janion pozostawała blisko myślenia, które włoski pisarz i eseista Nicola Chiaromonte opisał jako postawę człowieka, co: "Nie zabiegając o to, co użyteczne, i nie wierząc w absolutność czasu bieżącego, akcentuje możliwe - idealne - znaczenie tego życia, to znaczy możliwy ład, w którym to, co istnieje, może uzyskać swoje ostateczne dopełnienie. A akcentując znaczenie życia sprawia, że to znaczenie istnieje" (Co pozostaje. Notesy 1955-1971, s. 46). Takie odwołanie może zdziwić, bo przecież Janion pisze głównie z perspektywy tekstów, które obrysowują wyrwę po utraconym Ładzie. Tekstów, w których szukanie sensu tak często naznaczone jest zwątpieniem. A jednak dziwić się nie należy: i w jej książkach, i w książkach Chiaromontego od optymizmu ważniejsza jest dzielność. Grecka dzielność, która pozwoliła Edypowi przeżyć tragizm poznania, a gdy jej zabrakło, Jokasta skończyła ze sznurem na szyi.

DANUTA SOSNOWSKA, ur. 1962, dr, pracuje w Instytucie Filologii Słowiańskich UW. Zajmuje się historią kultury i literatury polskiej, czeskiej i ukraińskiej. Współpracownik kwartalnika "Kresy". Wydała wybór listów romantycznych Dzikie nasze położenie (1995) oraz monografię Seweryn Goszczyński: biografia duchowa (2000).

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek