Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000  Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
- maj, nr 552
- czerwiec, nr 553
- lipiec, nr 554
- sierpień, nr 555

 Fundacja


Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Znak, nr 07/2001 (552)
KIEDY DÓŁ
BIERZE GÓRĘ


Tadeusz Sobolewski



   Długo zwlekałem z odpowiedzią na propozycję skomentowania świetnego eseju Ewy Bieńkowskiej, wywiedzionego z myśli Ortegi y Gasseta oraz Nicola Chiaromontego, z ich pesymistycznego rozpoznania szans umasowionej kultury. Przed podjęciem dyskusji z tym tekstem onieśmielała mnie rozległość jego perspektyw i przyziemność perspektywy własnej - "dziecka Peerelu", które nie zna innego społeczeństwa niż społeczeństwo masowe i samo grzeszy w obrządku kultury masowej.
   Ale któregoś dnia pocieszył mnie i dodał odwagi widok mojego rówieśnika, stojącego - jakby nigdy nic - z plecakiem przy ladzie muzycznej w Megastorze i słuchającego swojej codziennej porcji Bacha, Schuberta czy Szostakowicza. Pomyślałem: jest nadzieja indywidualnego zbawienia - w tej kulturze, w tym obrządku, w tym ustroju.
   
   Mógłbym się założyć o Nic lub o Byt,
   że nie słucha rapu z kompaktowych płyt;
   prędzej już Schuberta - to ten chyba typ.

Stanisław Barańczak, Podróż zimowa

   
   Czytając esej Ewy Bieńkowskiej, odnajdywałem ten sam niepokój, jaki towarzyszył mi przy lekturze innych radykalnych krytyków "cywilizacji kupna i sprzedaży", jak o niej mówi Miłosz. Od dziesięciu lat do niej zmierzamy, jak spóźnieni goście, pędzący na przyjęcie, które w pewnym momencie zdążyło przybrać niebezpieczny obrót i z którego niektórzy, wcześniej przybyli, rejterują w popłochu. Przypomnę dwa radykalne głosy. Nieżyjący już amerykański socjolog kultury, Christopher Lasch, w książce noszącej znamienny tytuł Bunt elit (Wydawnictwo Platan, Kraków 1997), przytacza pogląd innego badacza, Phillipa Rieffa, interpretatora freudowskiej "historii pewnego złudzenia". Rieff opisuje Stany Zjednoczone jako "społeczeństwo pozbawione kultury", gdzie "nic nie jest święte", w którym pojęcie "kultury" zostało zredukowane do "sposobu życia". Rieff uważa, że w dzisiejszym świecie "opinia publiczna przestała istnieć; istnieje tylko rynek literacki, zdominowany przez handel rozrywką kulturalną (do której należy także ťkrytycyzmŤ i ťprofetyzmŤ)", a "forum publiczne jest miejscem jedynie dla popisów teatralnych". Wynika stąd apel do środowisk uniwersyteckich: "naszym obowiązkiem jako wykładowców jest nie być postaciami publicznymi". "Nowocześni intelektualiści nie powinni aspirować do stania się następcami duchownych". "Być może nowoczesny projekt dobiegł już końca" - dopowiada Lasch, mając na myśli wizję społeczeństwa, w którym przyzwalająca, wyzwolona z konwenansów i z poczucia winy modernistyczna kultura zajęła miejsce religii, sama stając się obiektem czci i podziwu. "Dlatego - powiada Lasch - należy zawsze przedkładać uczciwego ateistę nad chrześcijanina czczącego kulturę (tzw. culture-Christian)".
   Innym krytykiem kultury współczesnej, którego diagnoza ostro przemówiła do mnie - etatowego pracownika mediów - u schyłku lat 90., był George Steiner, który w książce Rzeczywiste obecności nazwał epokę mediów, informacji i reklamy - czasem "zaniku znaczenia". Steinerowi chodzi o coś więcej niż zwykłe kłamstwo kultury masowej, polegające na podmianie sensów. Oto "zanika znaczenie samego znaczenia", staje się ono nieważne, jest bowiem "dowolnie przydzielane przez medialnych komentatorów". "O zmierzchu dnia najwyższe piękno czy groza zostają poszatkowane na standardowe plastry relacji TV" - pisze Steiner.
   Przestrogi te znajdują potwierdzenie w potocznym doświadczeniu ostatniej dekady, ale ich fetyszyzowanie, uznawanie obecnej cywilizacji za "orwellowską" byłoby chyba podobnym nadużyciem jak uznawanie za "orwellowską" rzeczywistości polskiej czasów Peerelu. Prowadziłoby do uznania panującego systemu za nienaruszalny i do odgrodzenia murem dwóch sfer działalności, publicznej i prywatnej. Mój znajomy, pracujący w dużej gazecie i skłaniający się w stronę buddyzmu (buddyzm szerzy się wśród pracowników mediów), redagując kolumny depeszowe, powtarza: to wszystko iluzja. Czy nie lepiej by było - dla jego własnego samopoczucia - gdyby wyobrażał sobie, że wszystko to robi dla kogoś w rodzaju Starej Paniusi z opowiadania Salingera Franny i Zooey? Czy wiara w bezpośredni kontakt z drugim człowiekiem ponad głowami systemu, która tak bardzo pomagała żyć za komunizmu, miałaby zaniknąć w demokracji?
   Piszę tę wypowiedź po godzinach, w boksie redakcyjnym, gdzie spędzam większą część dnia przed ekranem komputera. Na tym ekranie pojawiają się czasem teksty Ewy Bieńkowskiej (choć Autorka przysyła je nam staroświeckim faksem). Zastanawiam się, jak obecność tego ekranu wpłynęła na moje myślenie o kulturze? Po pierwsze, spłaszczyła perspektywę, dając poczucie bliskiej komunikacji zarówno w przestrzeni, jak w czasie. W internetowym świecie spełnia się Norwidowskie "przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej" - wszystko zdaje się istnieć na wyciągnięcie ręki. Po drugie, za sprawą komputera, czy w ogóle za sprawą mediów, zostaje zniwelowany przedział między kulturą elitarną a masową. Sieć internetowa niesie olbrzymią rzekę informacji, która bez przerwy przelewa się przez mój ekran i znika jak wodospad (na kontemplowaniu tego potoku polega nasz gazetowy "zen"). Ale ten sam ekran pozwala wniknąć - przynajmniej teoretycznie - w głąb zasobów bibliotecznych świata. "Elitarne" i "masowe" - istnieje więc na równi, jest równie dostępne.
   A jednak mamy poczucie nie tyle postępu, co regresu. Pomimo niebywałych możliwości kontaktu, rozkwitu poczty internetowej, forów dyskusyjnych i najróżniejszych form komputerowego życia od tej kultury wieje chłodem, konwencjonalnością, samotnością. Co z tego, że możesz rozmawiać z całym światem, skoro na tę rozmowę, jak na dworski bal, większość uczestników przychodzi w maskach i pod pseudonimem? Otwartość kultury i dostępność mediów nie oznacza bliższego kontaktu - rzeczywistość została pożarta przez media. Karykaturą tej sytuacji może być obrazek z chińskiego filmu, scena w małżeńskim łóżku nocą: ona śpi, on wpatruje się w migający ekran z filmem porno.
   Równocześnie mamy do czynienia z ucieczką od mediów, powrotem do najprostszych, archaicznych form spędzania czasu. Inteligencka zabawa bez elektroniki, z muzyką na żywo, z ludowymi tańcami, ze wspólnym śpiewem, jak na wsi przed wojną - to dziś najbardziej elitarne formy kultury...
   Dramat naszej kultury rozgrywa się w dwóch płaszczyznach. Z jednej strony zwiększa się dystans między "górą" a "dołem". Dół bierze górę. Co do niedawna wydawało się telewizyjną masówką, naraz okazuje się szczytem wyrafinowania wobec kariery nowych teleturniejów, talk shows czy reality shows w rodzaju "Big Brothera", nad którymi pochylają się z szacunkiem intelektualiści od mediów, a którymi głęboko gardzą szeregowi pracownicy samej telewizji.
   Dla mnie, jako pracownika gazety, istotniejsze jest inne rozwarstwienie, to, które postępuje w płaszczyźnie poziomej. Żyjemy w kulturze fanów. Jej cechą jest osobność, atomizacja, niezależne istnienie niezliczonych centrów, gromadzących swoich wyznawców, pomiędzy którymi nie ma żadnej komunikacji. Gdybym miał podać naprędce definicję kultury, jaka jest mi najbliższa, użyłbym słowa "spotkanie". Wydaje się, że wartości kultury rodzą się zawsze w spotkaniu - tradycji z nowoczesnością, młodości ze starością, wysokiego z niskim, powagi z komizmem, męskiego z żeńskim, elitarnego z ludowym, tego, co swojskie, z tym, co obce, lokalnego z uniwersalnym.
   A wracając na gazetowe podwórko, kolumn kulturalnych we współczesnej gazecie nie powinno się adresować do "określonego czytelnika". Musi być na tych łamach miejsce i dla prof. Swieżawskiego, i dla gwiazd popu, dla klasyki i dla neoawangardy, dla kina "oscarowego" i "alternatywnego". O każdym z tych zjawisk można mówić tak prosto i przejrzyście (ideał pisania gazetowego: przejrzystość), żeby móc trafić również do fana nie tej muzyki, nie tej literatury, nie tego kina. Jeśli można mówić dziś o misji inteligenckiej, polegałaby ona na przerzucaniu pomostów, łączeniu nisz, zacieraniu podziałów, a nie ich podkreślaniu. Nie wiem, czy da się na dłuższą metę stosować tę poziomą strategię, czy da się przełamać spór zwolenników "elitarności" i "masowości". Ten spór wydaje mi się coraz mniej istotny. Sam, pracując w mediach jako popularyzator, nie czuję się ani elitarny, ani popularny, ani młody, ani stary, ani nowoczesny, ani tradycyjny.
   Czy nie przemawia przeze mnie naiwny optymizm neofity, który w latach 90. odkrył dla siebie na nowo gazetę i telewizję (wolną prasę, wolną telewizję...), żywiąc złudzenie, że "wszędzie można być sobą"? A może to nie naiwność, tylko doświadczenie kogoś, kto żył w czasach schyłkowego komunizmu (długo trwał ten schyłek, pół życia) i nauczył się sprytnie szukać luk w systemie?
   Nie interesuje mnie konflikt: elita i tłum - ponieważ nie wiem, kto należy do elity, wiem natomiast, że sam żyję w tłoku. Pasjonuje mnie inna relacja: ja i tłum.
   Kto dawał mi przez ostatnie kilkadziesiąt lat największe oparcie w opieraniu się tłumowi? Nie intelektualista jest moim bohaterem, ale poeta - ten, który nie zdradził. Najpierw na życie w tłumie uodparniał nas Różewicz, opisując degrengoladę kultury jako "spadanie poziome". Oto poemat o mieście z lat 60., które porównuje do "roju bez matki":
   
   zaczynamy żyć coraz samotniej
   odległość od człowieka do
   rośnie pod neonami
   w przeludnionych miastach
   ocierając się o siebie do krwi
   żyjemy jak na wyspie
   zamieszkałej przez nieliczne istoty
   zostajemy z garstką najbliższych
   ale i oni odchodzą
   każde w swoją stronę
   biorą ze sobą
   odkurzacze kiepskie obrazy
   kobiety dzieci
   pewien zasób wiadomości
   popioły pseudonimy
   jakieś resztki estetyki
   wiary
   coś w rodzaju boga
   coś w rodzaju miłości

   Tadeusz Różewicz, Zielona róża

   
   Później, w czasach blokowisk Białoszewski przypatrywał się nowej cywilizacji ze swojego mrówkowca, mając słuszną nadzieję, że może nie jest ona "taka całkiem poważna". Szukał sobie wśród niej gniazda, jak dziki ptak pośród najgęstszej zabudowy. Wyglądał ze swojego wysokiego okna na Chamowie, mistyk dnia powszedniego, pełen współczucia:
   
   Moloch dziś niebieski
   (...)
   Na tej wieży
   w tej latarni
   sam na sam z białością
   z przezroczystością
   z widokami
   sam na sam
   targają windą za ścianami
   biegają przez sen
   po schodach
   jako ci co mają być ofiarowani
   obsuwani
   oszukani
   a wymagają

   Miron Białoszewski, Odczepić się

   
   Gdy przyszła pora solidarności, poeta nie chciał "kołysać się razem z innymi".
   
   A tu
   ożywienie, jeżenie włosów,
   faluje, nadchodzi
   Jednocha!
   
   Szydzili, a kłaniają się.
   Myślicie, że to udawanie?
   nie.
   Skrót. Czyn. Tłum.
   Już ją kocha.

   Miron Białoszewski, Oho

   
   Świat przekręcił się do góry nogami. Ale my wciąż znajdujemy się w tym samym przedszkolu. Odkrywa to inny poeta - młodszy o całe pokolenie.
   
   Skończyło się dzieciństwo. Baczność! - mówi Pani.
   Wszyscy wejdziemy przez Europę do
   supermarketu katedry (...)
   Napiszemy felieton do kolorowego
   pisemka. To doprawdy jest
   zajęcie dla prawdziwych mężczyzn. I poprowadzimy
   telewizyjny program kulturalny.
   Mieliśmy tonąć, jednak utrzymamy
   się na powierzchni. Baczność! Już skończyło się.
   Więc wywalczymy sobie dostęp
   do ciepłych zagranicznych mórz i internetu.

   Marcin Świetlicki, Czynny do odwołania


   Nie demonizujmy współczesności. Nigdy nie było lepiej. Ale to chyba dobrze, że jesteśmy trochę anachroniczni i płynąc wraz z innymi w nurcie medialnej rzeki, nie pozbywamy się poglądów ukształtowanych w innym świecie. Żyjemy wciąż na konto dawnych, rzekomo przezwyciężonych wartości. W naszej świadomości tkwią nieprzezwyciężone resztki "starego": przywiązanie dla klasycznej tradycji, wyniesione ze szkolnych lekcji łaciny, intuicyjnie przyswojone prawdy wiary oraz niepoważnie traktowane przekonanie o misji inteligenta, która jednak sprawdziła się, nie tylko pod zaborami, ale i w Peerelu.
   Urodzeni w czasach pieśni masowych, nauczeni dystansu do panującego w Polsce ustroju, zachowajmy podobny dystans do nienazwanego systemu, który nas zagarnął i w którym reklama towarów zajęła miejsce dawnej reklamy ideologii. Dystans do tej reklamy - w szerokim sensie - jest przywilejem i sekretem naszego pokolenia. Dobrze, kiedy sceptycyzm podstarzałego "dziecka Peerelu" spotyka się ze sceptycyzmem i niewiarą kogoś młodego. Czekam na takie filmy, takie wiersze, takie powieści - stworzone przez ludzi, którzy potrafią na czas, w którym żyją, spojrzeć z dystansu, tak jak na niedobry czas swojej młodości patrzyli ich wielcy poprzednicy.
   A jeśli kogoś razi zestawienie dwóch niewoli - dawnej i nowej, tej "sowieckiej" i "kapitalistycznej" - odeślę go do Norwida, do wiersza o dwóch Syberiach, dwóch pustkach duchowych, tej zesłańczej i tej, do której trafili po powrocie: Syberii "pieniędzy i pracy, / Gdzie wolnym - grób!". Poeta nie wstydzi się wierzyć, że kiedyś obie te niewole "odepchnie nogą, jak stare liberie,/ Wielki-Pan... Duch!"

TADEUSZ SOBOLEWSKI, ur. 1947, krytyk filmowy, dziennikarz "Gazety Wyborczej". Opublikował m.in.: Stare grzechy (1988), Dziecko Peerelu (2000).

   1998-2000 Verbanet s.c.