70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Śmierć pięknych saren

Myśliwi często przypisują sobie rzekomo naturalną rolę drapieżników, które dbają, by populacje innych gatunków nie wymknęły się spod kontroli. To bzdura

Od roku próbuję wyśledzić dwóch myśliwych. Przejeżdżają co jakiś czas swoim dżipem polną drogą niedaleko mojego domu. Wieczorem widzę reflektory rozcinające mrok na polach, w stronę lasu. W końcu spotkałem ich w sklepie. Nosili niedbale myśliwskie kamizelki z tysiącem kieszeni i drelichowe czapeczki ze sklepu rolniczego. Kupili kiełbasę, boczek i parę butelek wódki. Wyszedłem i jechałem tuż za nimi. Znów skręcili w tę samą drogę. Zrozumiałem, że mają tam swoją dziuplę, pewnie jakiś domek myśliwski. Niepokoiło mnie to, bo wydawało mi się, że znam w tych stronach już każdy zagajnik. Myśliwi potrafią się dobrze ukryć. Umieją też bronić swojej pasji zgrabną opowieścią, argumentami wystrzeliwanymi jak z dubeltówki, z którymi trudno polemizować osobie niekompetentnej, a więc takiej, która nie przeczytała książki Zenona Kruczyńskiego Farba znaczy krew. Powstała ona m.in., by uzbroić laików w niezbędną wiedzę i nie pozwolić się manipulować.

Jednym z koronnych argumentów łowczych na obronę myślistwa jest niebezpieczny dla upraw, ba, człowieka, rozrost populacji niektórych gatunków, choćby dzika czy saren. Nie wierzycie? – powiedzą tacy panowie z dżipa. To przespacerujcie się późnym wieczorem po polach, nadstawcie uszu. Mają rację. Dawno nie widziałem tylu saren. Nocą podchodzą pod mój dom. O świcie, zanim na drogę wyjeżdżają pierwsze samochody, spacerują drogą. Słyszę wyraźnie lekkie tarcie racic o asfalt. Idą pokracznie, niezdarnie, inaczej niż po runie leśnym. Co im się stało? Dlaczego nie trzymają się lasu?

Zenon Kruczyński, przed laty zapalony myśliwy, ze spokojem i zrozumieniem mistrza zen rozmontowuje myśliwską narrację. W sezonie 2014/2015 – pisze – zabito w Polsce 83 262 jelenie, 195 045 saren, 291 450 dzików. Masowe dokarmiane zwierząt w lesie to wynalazek ostatnich dekad. Wiązało się ono również z nadprodukcją żywności. Bajka o zmarzniętych sarenkach trafiła na podatny grunt. Myśliwi nie dokarmiają leśnych zwierząt, oni je tuczą. Robią to, by się rozmnażały. Im więcej dzików, tym większą troskę myśliwy może wykazać o stan gospodarstw. Myśliwi często przypisują sobie – rzekomo naturalną – rolę drapieżników, które dbają, by populacje innych gatunków nie wymknęły się spod kontroli. To bzdura, tłumaczy rzeczowo autor. Po pierwsze, nie zna przypadku, by wilk zaatakował człowieka. Po drugie, drapieżniki nie zabijają dla przyjemności, kierują się zupełnie innymi przesłankami: ich łupem padają zwykle osobniki najsłabsze, co pozwala przetrwać tym silniejszym. Często widzi się watahę wilków spokojnie przechodzącą obok jeleni. Jeleń zachowuje się, jakby wiedział, że nie dojdzie do ataku. To wciąż nieprzenikniona dla człowieka gra między stworzeniami.

W przyrodzie od milionów lat panuje równowaga, którą myśliwi niszczą, nie tylko posyłając w kierunku zwierząt ołów, ale nieodpowiedzialnie je dokarmiając. Czas zimowy pełni w ekosystemie określone funkcje. To czas postu, naturalny środek kontrolujący rozrost pewnych gatunków, a więc potencjalne niebezpieczeństwo dla innych. Gdzie w wielu rejonach kraju podziały się zające? W Niemczech obowiązuje zakaz dokarmiania dzikich zwierząt! Skoro, jak chcą myśliwi, przyroda bez nich nie da sobie rady, to w jaki sposób naturalnie reguluje swoje populacje 600 bytujących w Polsce kręgowców, mimo że w sferze zainteresowania myśliwych pozostaje tylko 30 z nich?

Autor przywołuje słowa Michaela J. Sandela: „Problem polega na tym, że im bardziej jest ktoś wykształcony i inteligentny, tym łatwiej sformułuje jakąś szlachetną, dobrze brzmiącą zasadę, która usprawiedliwi jego nieprawości”. To może jednak obrócić się szybko przeciwko zwolennikom polowań. Rośnie liczba osób świadomych zasad, wokół których organizuje się myślistwo. Nie jest to dla łowczych dobra wiadomość. W fast świecie i w środowisku myśliwskim przybywa pozerów, osobników, którzy z trudem zdają egzaminy, nie rozróżniając jelenia od sarny. Butne samce chcą sobie szybko kupić najdroższy sprzęt, podsłuchy, które instalują na nęciskach, usługę podprowadzenia ofiary na ogrodzonym terenie, wypatroszenia i transport trofeum. Autor w przejmującej rozmowie z łowczym wojewódzkim Piotrem Ławrynowiczem wykłada zasadnicze różnice między myśliwskim etosem sprzed lat a komercyjną rzezią zwierząt bezbronnych w obliczu dzisiejszej techniki. Rozmówca przywitał autora słowami: „Taki myśliwy! … Syn takiego myśliwego! K…a! Nie rozumiem!”. Z tej rozmowy dowiadujemy się też o polowaniach w trakcie godów. Zabija się zwierzęta z rozwiniętymi płodami. Gdy się je patroszy, krew miesza się z mlekiem.

Inteligentni ludzie potrafią powiedzieć wiele, by obronić poczucie własnej wygody. Zwykle prawda znajduje się gdzie indziej niż źródło naszego duchowego komfortu. Wygodnie jest być panem i władcą innego gatunku. Wygodnie jest interpretować (albo tłumaczyć) nakazy religijne tak, by bez wyrzutów sumienia czynić sobie ziemię poddaną.

To świadectwo wrażliwego człowieka, praktykującego buddysty. Nie mam złudzeń: nie trafi bezpośrednio do moich sąsiadów myśliwych zza płotu. Jest jednak rewelacyjnym narzędziem, by móc budować wśród ludzi świadomość, a przez to pozwolić odzyskać przyrodzie swój rytm, warunek jej trwania. Nie oszukujmy się – reportaże czyta co do zasady to samo grono czytelników. Śmiało szukajmy swoich języków, by dotrzeć z książkowym przekazem dalej i głębiej. Malejąca akceptacja dla myślistwa to trwały trend.

Farba znaczy krew ukazała się po raz pierwszy przed boomem na rynku książek non-fiction. Słusznie, że Czarne zdecydowało się ponownie wydać tę pozycję (rozszerzoną), gdy waży się los Puszczy Białowieskiej. „Myślistwo wyssałem z mlekiem matki” – chwalił się minister Jan Szyszko. W przedmowie do książki Olga Tokarczuk opowiada o istocie wglądu – nagłego, całościowego, spontanicznego uświadomienia istoty tego, co postrzegamy. Farba znaczy krew daje na niego szansę. Nigdy nie polowałem, ale zdarza mi się parę razy w roku przejechać swoją terenówką na skróty leśną drogą. Po lekturze tej książki zamierzam tego unikać. Nie zdajemy sobie sprawy, jak silną presję wywieramy na dzikie zwierzęta.

Buddyjska wrażliwość autora zapewne tworzy jeszcze trudniejszą barierę dla zapalonych łowczych. Pewnie łatwiej też przez to zarzucić autorowi idealizację. Kruczyński pisze, że dzikie zwierzęta nie atakują ludzi. Przywołuje za to kilka scen ze swojego życia w sposób uznawany współcześnie za ckliwy (mnie daleko do takiej opinii), gdy dzikie zwierzęta zbliżały się chrapami do jego dłoni. Wygląda jednak na to, o czym donosi prasa, że ataki drapieżników na ludzi – choćby co roku niedźwiedzi w górach – się zdarzają. Ich powodem nie zawsze jest ludzka prowokacja.

Dla mnie ta książka, a w szczególności zamieszczony w niej wywiad autora z Bożeną Montwiłł, lekarzem weterynarii, jest również punktem wyjścia do dyskusji o etyce ubezpładniania zwierząt. Rozmówcy koncentrują się na etyce usypiania zwierząt, ale, co intrygujące, nie dotykają tego drugiego problemu. Wygodnie jest mieć kota, który nie przychodzi podrapany do domu. Łatwo jest inteligentnie tłumaczyć, że to dla jego dobra. Jakim prawem pozbawiamy inne stworzenia wolności do rodzicielstwa? Gdzie przebiega granica ingerencji w tętniące obok nas życie, również w tych najmniejszych organizmach? Czy definiuje ją stopień biologicznego rozwoju? A może, jak wydaje się sugerować autor, stopień przemocy, jakiego się dopuszczamy, by móc jeść, a więc żyć?

 

Zenon Kruczyński

Farba znaczy krew

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, wydanie II, s. 312


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter