70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Słowo „lesbijka” wtedy nie istniało

O doświadczeniu bycia lesbijką na wsi opowiadają Dorota Walicka i Marzena Frąckowiak z Grzebieniska w Wielkopolskiem.

Dorota

W małej wsi na Pomorzu, gdzie się urodziłam, nie było żadnej lesbijki. Podobnie jak w miasteczku, do którego przeniosła się moja rodzina, kiedy miałam 10 lat. Zresztą chyba w całej Polsce nie było żadnej les­bijki. To znaczy były, ale niewidoczne. Widoczne być nie mogły, w końcu nikt nawet nie używał takiego słowa. „Pedał”, „ciota” – tak, ale „lesbijka” – nie. Kiedy dorastałam, bardzo brakowało mi tej nazwy. Zanim jej użyłam w stosunku do siebie, musiało minąć wiele lat.

Od dzieciństwa czułam, że jestem inna. Już w przedszkolu zapowiadałam, że nie będę miała męża. Później marzyłam, żeby zostać księdzem. Podczas zabawy w dom zawsze odgrywałam rolę chłopaka, żeby móc mieć żonę.

To paradoks, ale w latach 90., kiedy dorastałam, nie było tyle homofobii co teraz. O gejach i lesbijkach nie mówiło się w ogóle – ani dobrze, ani źle. Czasem dzieci w szkole wyzywały się od pedałów, ale chyba żadne nie wiedziało, co to znaczy. To milczenie bywało jednak na swój sposób okrutne, bo osobom takim jak ja nie pozwalało zrozumieć tego, kim jesteśmy.

Pod koniec podstawówki zafascynowałam się dziewczyną poznaną na koloniach. Okazało się, że jest taka jak ja. Przeżyłyśmy fascynację, która wprawdzie szybko się skończyła, ale od tej pory miałam przynaj­mniej poczucie, że gdzieś na świecie oprócz mnie też są dziewczyny, które wolą dziewczyny.

Zastanawiałam się, czy to normalne, modliłam się, żeby Bóg pozwolił mi zrozumieć moją inność.

W szkole średniej poszłam m.in. w tej intencji na pielgrzymkę do Częstochowy z Kołobrzegu, jedną z najdłuższych w Polsce. Przez 17 dni drogi zadawałam sobie pytanie: „Panie Boże, co mam z tym dalej zrobić?”.

Odpowiedzi nie dostałam, ale znów poczułam, że nie jestem sama. Na trasie poznałam chłopaka i dwie dziewczyny, cała trójka wydawała mi się homoseksu­alna. Oczywiście nie rozmawialiśmy na ten temat, ale i tak czułam z nimi więź. Z jedną z dziewczyn mam kontakt do dziś, po latach okazało się, że też woli kobiety, czyli mój radar wtedy nie zawiódł.

Rok później znowu poszłam na pielgrzymkę. Właśnie kończyłam technikum i czułam społeczną presję, żeby z kimś być. Ponieważ nie znałam kobiet, które spotykałyby się z kobietami, umawiałam się z facetami. Każdy związek kończył się szybko.

Do Częstochowy szłam z chłopakiem. Ale chciałam dostać odpowiedź, jaką drogą w życiu mam iść. Czy mogę kochać kobiety?

Na początku pielgrzymki poznałam kleryka. Szliśmy obok siebie cały dzień. Zaczęliśmy standar­dowo od tematu pęcherzy, które – jak to na piel­grzymce – zaczęły nam się robić na stopach. Póź­niej zwierzaliśmy się z problemów w domu, na koniec zeszło na temat uczuć. Nie wiem dlaczego, ale poczułam, że mogę mu powiedzieć. To był mój pierwszy coming out. Najwspanialsze było to, że nie miał dla mnie żadnej odpowiedzi. Nawet nie próbował mieć, po prostu mnie wysłuchał i milczał. Ta cisza była bardzo uspokajająca. A więc nie potępił, nie przekreślił, dalej był życzliwy, szedł obok w sutannie, jakby w ogóle nic się nie stało.

Z pielgrzymki wróciłam sama. Rozstaliśmy się, ale nie umiałam mu powiedzieć, że to, co do niego czuję, to nie jest miłość, jaka bywa między kobietą a mężczyzną. Uczucie, jakim go darzyłam, było ogromne, jednak nie wychodziło poza ramy przyjaźni. Wyjaśniliśmy to sobie dopiero to po wielu latach.

Kilkanaście lat temu, kiedy na czacie dla lesbijek napisała do mnie Marzena, poczułam z nią silną więź. Na początku wydawało się, że to przyjaźń, ponieważ nie wypytywała mnie, jak inne dziewczyny, czego szukam, co lubię i jaka jestem w łóżku, tylko zaczęła się zwierzać.

Marzena

W dzieciństwie mama mówiła do mnie Felek, może dlatego, że nigdy nie byłam słodką córeczką. Zawsze wolałam samochodziki od lalek, lubiłam sport, fascy­nowała mnie motoryzacja. Miałam młodszego brata, zresztą trochę ciamajdę, więc w podstawówce ciągle wdawałam się w bójki w jego obronie. Kiedyś na jakąś szkolną imprezę mama przebrała mnie za księżniczkę, wszystkie koleżanki się zachwycały, tylko nie ja. To było tylko raz, później na balach zawsze już byłam piratem.

Od małego mieszkam w Grzebienisku, wsi poło­żonej 20 km od Poznania. Pamiętam, jak w drugiej czy trzeciej klasie podstawówki graliśmy przedstawienie. Dostałam dziewczęcą rolę, ale zazdrościłam koledze, który miał grać łobuziaka. Kilka dni później o coś się pożarłam z pięcioletnią córką znajomych i w kłótni ona rzuciła we mnie baterią R-20. Wyskoczyło mi fanta­styczne limo na pół gęby. Nie było wyjścia, nauczycielka musiała zmienić obsadę przestawienia i wzięła mnie na łobuza. Byłam przeszczęśliwa, choć mocno obolała.

Nie pamiętam, kiedy zrozumiałam, że pociągają mnie dziewczyny. Mam wrażenie, że wiedziałam od zawsze. Urodziłam się w 1979 r., kiedy dorastałam, nie było jeszcze Internetu, a w telewizji się o takich spra­wach nie mówiło.

Miałam dziesięć, może 11 lat, gdy usłyszałam, że czeska tenisistka Martina Navrátilová jest lesbijką. Strasznie jej zazdrościłam, choć do końca nie wie­działam czego. Przecież sama tak siebie nie nazywałam. W podstawówce czułam, że jedna z moich koleżanek, też jest „taka” jak Navrátilová i „taka” jak ja. Nie wiem, skąd wiedziałam. Dziwna intuicja, grunt, że na ogół niezawodna.

Od szóstej klasy trenowałam bieganie na średnich dystansach. Gdy miałam 15 lat, na obozie sportowym poznałam swoją pierwszą miłość. Odwzajemnioną, intensywną, ale krótką, ponieważ niebawem prze­stałam trenować i nasz kontakt się urwał. Długo nie mogłam się pozbierać, odchorowałam to bardzo.

Później pojawił się pewien chłopak z sąsiedniej wsi, któremu bardzo podobała się moja przyjaciółka. Ona jednak nie odwzajemniała tej fascynacji. Było mi przykro, że im nie wyszło, rozmawialiśmy godzinami, okazało się, że jest fantastycznym kumplem i facetem. Strasznie go polubiłam. Czy pokochałam? Nie wiem. Nie twierdzę, że nie było między nami uczucia. Przy­jaźniliśmy się chyba sześć lat, do ślubu namówili nas rodzice. Pomyślałam, że skoro wszyscy tego chcą, to dlaczego ja mam być przeciw? Zgodziłam się pójść drogą, którą wskazało mi otoczenie. Innej nie znałam.

Ślub wzięliśmy kościelny, choć już wtedy chyba nie miało to dla mnie większego znaczenia. Choć pochodzę z religijnej rodziny, to w wieku 18 lat przestałam czuć potrzebę chodzenia do kościoła. Uznałam, że księża nie są mi do niczego potrzebni. Tak jest do dziś. Nie neguję, że istnieje „siła wyższa”, jednak nie czuję, bym musiała się z nią kontaktować przez pośredników.

Coś we mnie pękło, gdy urodziła się Asia. Myślę, że po porodzie nastąpił jakiś wybuch hormonów, bo nagle poczułam wielką potrzebę miłości i czułości, ale takiej, której ojciec Asi nie mógł mi dać. Dwa lata po ślubie weszłam na czat dla lesbijek po raz pierwszy, później wchodziłam coraz częściej. Internet był wtedy nowością, strasznie wolno działał, ale po godz. 22 transfer przyspieszał, a połączenia były tańsze. Te 256 kilobajtów na sekundę stało się przepustką do innego świata. Dziecko już spało, a ja wchodziłam na czat i przez chwilę mogłam być sobą.

Najpierw tylko czytałam – długo nie miałam odwagi nic napisać.

Kiedy się odważyłam, obrażano mnie: „ty lesbo”, „cioto”, „pedale”, „zboku”. Okazało się, że nawet na „branżowym” forum są hejterzy!

Strasznie mnie to psychicznie sponiewierało. Chciałam opu­ścić dyskusję, ale przez przypadek kliknęłam w pry­watny czat Doroty. Zaczęłam się jej zwierzać z tego, jak zostałam potraktowana. Dorota zaczęła mnie pocie­szać. Nie pamiętam, co pisała, pamiętam tylko, że fan­tastycznie nam się gadało.

Dorota i Marzena

Dorota: Gadałyśmy na tym czacie chyba miesiąc. Pra­cowałam wtedy w szkolnej świetlicy, ale były wakacje i akurat miałam jechać pod Poznań jako wychowawczyni na koloniach sportowych. Zaledwie 60 km od Marzeny, co za zbieg okoliczności! Wiedziałyśmy, że musimy się spotkać.

Marzena: To nie miała być randka, chciałyśmy po prostu ze sobą porozmawiać. Wreszcie na żywo. Poje­chałam do Sierakowa, gdzie Dorota była jedyną opie­kunką 20-osobowej grupy. Nie mogła ich zostawić nawet na chwilę, więc miałyśmy szansę pogadać dopiero, gdy dzieciaki poszły spać. Przesiedziałyśmy na ławce między namiotami do wpół do czwartej nad ranem.

Wiedziałyśmy, że to nie może być nasze ostatnie spo­tkanie. Chyba już czułyśmy, że chcemy być ze sobą, ale żadna się do tego nie przyznała.

W sumie w czasie tych kolonii spotkałyśmy się trzy razy. 5 września, w imieniny Doroty, pojechałam do niej nad morze. Wprawdzie Dorota obchodzi imieniny w lutym, ale był pretekst, żeby się spotkać.

Zaczął się czas pełen dylematów, szczególnie dla mnie – miałam męża.

Odkrył nasz romans przypadkowo. Zobaczył SMS, później ze znajomym informatykiem sprawdzili moje wiadomości z Gadu-Gadu. Byłam pewna, że je pousuwałam, ale okazało się, że jednak nie. Bolało go, że zdradziłam, ale jeszcze bardziej, że z kobietą. Moja pierwsza myśl? Że za wszelką cenę trzeba ratować związek. Ze względu na dziecko. Zadzwoniłam do Doroty, że definitywnie zrywamy.

Przez dwa miesiące nie miałyśmy kontaktu. Zmie­niłam numer telefonu, ale się modliłam, żeby jeszcze ją zobaczyć. Nie czułam, że modlitwa może być grzeszna.

Przyszły święta Bożego Narodzenia, a ja cho­dziłam po ścianach. Pomyślałam, że wyślę Dorocie jeszcze tylko jeden SMS. Z pytaniem, czy u niej wszystko w porządku.

Coś mnie podkusiło, żeby na pół godziny włożyć do telefonu starą kartę. Akurat wtedy napisała Marzena.

Znowu się spotykałyśmy, choć teraz w konspiracji. Mąż zaczął się domyślać. Poprosiłam, żeby ostatni raz pozwolił mi pojechać do Doroty i się z nią pożegnać. Pozwolił, ale się nie pożegnałyśmy. Wtedy poprosił o spotkanie z Dorotą. Pojechaliśmy do niej do Koło­brzegu. Pamiętam, że był koniec marca, trzaskający mróz, oni usiedli w jakiejś knajpie, a ja chodziłam na zewnątrz i nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie wiem do dziś, o czym rozmawiali.

Umówiliśmy się, że to zostanie między nami.

Do ojca Asi chyba coś wtedy dotarło. Wrócił spo­kojniejszy, wtedy dowiedzieli się też moi rodzice. Mama chciała, żebym poszła do psychiatry, pokłóciłyśmy się, bo ja już wiedziałam, że to nie choroba.

Stan przejściowy trwał jeszcze kilka miesięcy. W końcu usiedliśmy z ówczesnym mężem i bez kłótni ustaliliśmy, że trzeba się rozstać. Wyprowadziłam się z dzieckiem do rodziców. Na rozprawie rozwodowej bałam się, że sąd się dowie o mojej orientacji i odbiorą mi dziecko. Na szczęście ojciec Asi nic nie powiedział.

Marzena dostała rozwód pod koniec czerwca, akurat zaczynały się wakacje, a u mnie urlop. Na początku lipca spakowałam się i wyjechałam do Poznania. Żeby być bliżej.

Ze względu na Asię postanowiłyśmy, że na razie nie będziemy ze sobą mieszkać. Moi rodzice także jeszcze nie akceptowali naszego związku.

Dzieliło nas już jednak tylko 30 km, więc kładłam dziecko spać i mówiłam mamie: „Jadę do Doroty”. Nie podobało jej się to, ale nie protestowała.

Nie było łatwo, ale za wszelką cenę walczyłyśmy o siebie. Wiele heteroseksualnych związków naszych znajomych przez ten czas się rozpadło, a my jesteśmy już ze sobą 13 lat. Wiemy, jaka to wartość.

Przeszłam swoje, ale widocznie tak miało być. Nawet jeśli małżeństwo było błędem, to go nie żałuję. Gdyby nie ten „błąd”, nie miałabym Aśki.

Dorota, Marzena, Asia

Coraz częściej odwiedzałam Marzenę w Grzebienisku. Jej córka pokochała mnie właściwie od razu, stałam się jej ulubioną ciocią. Zaczęłam zostawać na noc. Pewnego razu Asia spontanicznie spytała ojca Marzeny: „Dziadek, czy ciocia Dorota może u nas zamieszkać?”. A on odrzekł: „Dobrze. Czemu nie?”.

Kupiłyśmy razem działkę budowlaną. Powie­działam rodzicom, że pieniądze, które Dorota wydaje na stancję, a ja na dojazdy do Poznania, będziemy odkładać na nasz przyszły dom. To ich przekonało. Ostatecznie kupiłyśmy mieszkanie w Grzebienisku, tuż obok moich rodziców. Działka czeka na lepsze czasy

Okazała się ona ważnym argumentem także dla mojej mamy. Mniej więcej wtedy się pogodziła. Zrozu­miała, że nasz związek to nie fanaberia.

Chociaż na początku jak przyjeżdżałam do niej do domu, traktowała mnie trochę jak powietrze. Wcho­dziłam do kuchni, ona wychodziła. Od razu natomiast pokochała Aśkę, może dlatego, że jest nauczycielką.

Pojechałyśmy razem na wesele siostry Doroty, ofi­cjalnie jako para, razem tańczyłyśmy, jeden taniec nawet bardzo romantyczny. Było w porządku. W pewnym momencie mama Doroty podeszła do mnie i dała mi kluczyk od kantorka z alkoholem. „Trzymaj, Marzena, jesteś najbardziej ogarnięta w rodzinie”. Niby drobiazg, ale dla mnie ważny.

Do mojej mamy Asia mówi „ciociu”. Do ojca „dziadku” – sam tak chciał.

Trochę się bałyśmy, jak zareaguje wieś, ale Dorotę przyjęto bardzo dobrze. W marcu 2015 r. wybierano sołtysa Grzebieniska. Zgłosił się tylko jeden kandydat, który mi nie odpowiadał. Gdy ktoś zaproponował mnie, niewiele myśląc, się zgodziłam. Dostałam ponad 90% głosów. Podobno zostałam pierwszą lesbijką-soł­tyską w Polsce. Konkurent, który przegrał, był wściekły. Powiedział znajomemu, że wieś „wybrała ciotę”. „Ta ciota ma większe jaja niż ty” – usłyszał w odpowiedzi. Więcej się nie odezwał.

Mieszkańcy Grzebieniska poznawali mnie przez nor­malne, codzienne życie. Chodziłam do kościoła, sklepu, odbierałam dziecko ze szkoły. Nauczycielki się przyzwy­czaiły, że raz przychodzi mama, a raz ciocia. Zaczęłyśmy się razem pojawiać na wiejskich imprezach.

W szkole się cieszyli, bo jesteśmy na każde zawo­łanie. Kiedy trzeba załatwić dzieciom transport na wycieczkę, zapewnić opiekę w czasie zabawy czy zorga­nizować nocne podchody w lesie, zawsze któraś z nas pomoże. Dla innych to bardzo wygodne.

Za rękę po wsi nie chodzimy, ale chyba nie mamy takiej potrzeby. Wszędzie funkcjonujemy we dwie. Jak opo­wiadamy o tym znajomym, mówią, że to niemożliwe. Że żyjemy w jakiejś sielance.

Nigdy nie myślałyśmy, żeby wyjechać do miasta. 1,5 km od domu mamy las, gdzie chodzimy na grzyby, a w promieniu 8 km są trzy jeziora. Najbliższe kino jest w miasteczku obok, dwa razy tańsze niż w Poznaniu.

Asia w szkole miała jedno niezbyt miłe zdarzenie. W pierwszej gimnazjum przyszedł nowy katecheta i zaczął obrażać gejów. Opowiedz, Dorota, ty znasz lepiej tę historię.

Asia, chyba po Marzenie, ma cięty język. Wypaliła więc mu prosto w oczy: „Wie pan, że moja mama ma dziewczynę? Pan obraża uczucia dzieci, które są wycho­wywane w takich rodzinach!”. Katecheta strasznie się usprawiedliwiał, tłumaczył, że sam ma znajomych gejów. Nie wrócił więcej do tematu.

Ostatnio zmienił się u nas proboszcz. Przyszedł po kolędzie, niby było miło, ale później się dowiedziałam, że w rozmowie z dziennikarzem mówił o nas nega­tywnie. Bardzo mnie to zirytowało.

Mnie też do siebie zraził. Moja siostra poprosiła mnie, żebym została chrzestną jej dziecka. Proboszcz powie­dział, że nie może mi dać zaświadczenia. Poczułam, że nas odrzuca. Nie czuję już więzi z parafią, jeżdżę na mszę do innej. Posłuchałam Franciszka, który powiedział, że jeśli jakiś ksiądz nas irytuje, powinniśmy poszukać dru­giego. Proboszcz w sąsiedniej miejscowości jest zupełnie inny. U niego czuję, że przyszłam, by słuchać słowa Bożego, homilie mnie umacniają, a nie przytłaczają.

Od lat co niedzielę chodzę do kościoła. Zawsze zabie­rałam ze sobą Asię, ale coraz częściej mówi, że nie chce iść. Widocznie przeżywa bunt, widać taki wiek. Mówi, że prze­cież mama też nie chodzi. Boję się, że i Asia straci wiarę. Modlę się za nią, za Marzenę, za całą naszą rodzinę.

W domu to ja jestem od spraw technicznych. Dorota od tego, żeby wysłuchać, przytulić. To jej Asia zawsze się wypłakiwała w rękaw. Podzieliłyśmy się też ­przedmiotami – ja pomagam młodej w historii i biologii, Dorota w matematyce i fizyce.

Marzena nie mogła pójść na uroczystość zakoń­czenia szkoły podstawowej, więc poszłam tylko ja. Pani dyrektor wręczała listy gratulacyjne rodzicom najbar­dziej zaangażowanym w życie szkoły. Wyczytano moje nazwisko, dostałam dyplom.

Mamy go do dziś. „Niniejszym listem gratula­cyjnym Dyrektor i Rada Pedagogiczna pragną złożyć paniom Marzenie Frąckowiak i Dorocie Walickiej wyrazy uznania i szacunku za wzorowe wychowanie córki”. Na dyplomie wydrukowano „państwu”, ale pani dyrektor przekreśliła i ręcznie napisała „paniom”.

Kiedy odbierałam ten dyplom, miałam gulę w gardle. Potraktowano nas jak rodzinę, choć zgodnie z prawem zarówno dla Marzeny, jak i dla Asi jestem obca.

Jesteśmy ze sobą 13 lat. Wspólnie wychowujemy dziecko, razem się dorabiamy, ale z punktu widzenia państwa nic nas nie łączy. Oczywiście uregulowałyśmy u notariusza to, co mogłyśmy. Jeśli jednak, nie daj Boże, umrę, Dorota będzie musiała zapłacić tak wielki podatek od spadku, że zbankrutuje.

Asia jest już duża, za trzy lata będzie pełnoletnia. Ale jeszcze pięć lat temu martwiłyśmy się, co by było, gdyby Marzenie coś się stało. Nie miałabym do dziecka żadnych praw. Kiedy idę z Asią do przychodni, martwię się, czy lekarz nie spyta, kim jestem. Przecież formalnie nie mam prawa się nią opiekować.

Znajome pary homoseksualne coraz częściej biorą śluby na Zachodzie. Mają papier, chociaż w Polsce nikt go nie uznaje. Dorota długo się upierała, że ze ślubem poczekamy do czasu, kiedy będzie on możliwy w Polsce. Ale ostatnio dochodzimy do wniosku, że się nie docze­kamy. Poważnie myślimy, żeby pobrać się w Danii. Może kiedyś także polskie państwo uzna, że jesteśmy rodziną.

Asia już uznała. Chociaż zwraca się do mnie „ciociu”, coraz częściej mówi też „moje mamy”. Kiedy jeszcze była w przedszkolu, wszystkie dzieci robiły laurki na Dzień Matki. Asia wymyśliła, że na drugi dzień będziemy obcho­dzić dzień cioci i zrobiła drugą laurkę. Dostałam ją naza­jutrz. Marzena swoją zgubiła, ja moją mam do dziś.

Od kilku lat dostajemy już kwiaty, a nie laurki. Obie tego samego dnia.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter