70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Aizar Raldes/AFP/East News

Słońce nie gaśnie. Na razie

Dzieje Boliwii reguluje wahadło rozwoju i upadku, porządku i chaosu. Chaos wkracza, kiedy państwo nie ma czego rozdawać i przestaje oliwić pasy transmisyjne klientelizmu. Tak upadła poprzednia rewolucja. Ostatnio rząd stąpa po kruchym lodzie społecznego gniewu. Czy przejdzie po nim suchą stopą, a nowy kataklizm zostanie odroczony?

Rok 2017 był dla władzy nadzwyczaj niespokojny. W lutym wybuchł konflikt w Achacachi, gdzie ludność zażądała usunięcia skorumpowanego wójta wywodzącego się z partii rządzącej. Spalono budynek gminy, było kilkunastu rannych. Rząd centralny stanął w obronie swojego człowieka i użył siły. Protesty ciągnęły się jednak przez cały rok, a konfliktu nie rozwiązano. Ostatni kwartał doprowadził do kumulacji politycznych wydarzeń w całej Boliwii. W głównych miastach co chwilę odbywały się manifestacje przeciw reelekcji prezydenta. Jego partia organizowała natomiast wiece poparcia, mobilizując wierne organizacje społeczne. Przeciwnicy protestowali też przeciw grudniowym wyborom do sądów. W Boliwii kandydatów do władz sądowniczych wyłania się bowiem w wyborach powszechnych, ale muszą przejść preselekcję w kongresie, więc prawie wszyscy kojarzeni są z władzą. Opozycja pragnęła zamienić grudniowe wybory w antyrządowy plebiscyt, nawołując do oddawania nieważnych głosów jako wyrazu dezaprobaty dla prezydenta i pomysłu jego reelekcji. Na początku nowego roku antyrządowe protesty tylko eskalowały, paraliżując cały kraj.

Evo Morales to najdłużej urzędujący prezydent w historii Boliwii. I choć od objęcia urzędu w styczniu 2006 r. jego notowania spadły, to wciąż są imponująco wysokie.

Nie jest to poparcie 70-procentowe, jak w pierwszej kadencji, ale 57% aprobaty w ostatnich badaniach sondażowych po latach urzędowania wciąż robi wrażenie. Morales wygrał wybory w 2005 r., zdobywając prawie 54% głosów. Był pierwszym kandydatem we współczesnej boliwijskiej demokracji, który wygrał prezydenturę w I turze. Potem w 2009 r. poprawił wynik – ponad 64%. I znów świetnie było w 2014 r. – ponad 61%. Wciąż ma apetyt na więcej. Pod koniec listopada 2017 r., przy okazji szczytu krajów eksportujących gaz Morales, gościł u siebie przywódcę Gwinei Równikowej Teodora Obianga Nguema Mbasogo, który sprawuje dyktatorskie rządy od 1979 r. Gospodarz wywołał spory niesmak, honorując afrykańskiego gościa najwyższym odznaczeniem państwowym, czyli Orderem Kondora Andów, zwyczajowo nadawanym za zasługi dla narodu i ludzkości. Poprosił dyktatora o radę, jak zapewnić sobie rekordowe poparcie społeczeństwa. „Nasz brat Teodor zawsze wygrywa wybory, otrzymując ponad 90% głosów… Jak ułożyć się z różnymi sektorami? – pytał. – Bo przecież jest opozycja… My tu też mamy różnicę między demokracją zachodnią i demokracją wspólnotową, ale zbliżyć się do tych 90% albo nawet je przekroczyć, to dla mnie prawdziwa demokracja wspólnotowa” – kontynuował.

Kultura kompromisu

„Stabilność polityczna i społeczna gwarantują stabilność ekonomiczną” – wyjaśniał prezydent Morales swoje rozumowanie. Jednak dzieje Boliwii pokazują, że sytuacja wygląda odwrotnie. To kraj, który jeszcze od czasów hiszpańskiej kolonii uzależniony jest od eksportu surowców naturalnych i do dziś opiera swoją gospodarkę na ich wydobyciu – najpierw było to srebro, od II poł. XIX w. do kryzysu z lat 80. XX w. głównie cyna. Dzisiaj motorem boliwijskiej gospodarki jest eksport gazu. Gaz ziemny i ropa naftowa razem z tradycyjnym górnictwem to aż 80% całego boliwijskiego eksportu. Kraj żył i żyje z górnictwa, uzależniony od koniunktury surowcowej na świecie. Każde załamanie cen odbija się boleśnie na boliwijskich portfelach. Tym bardziej że to państwo jest głównym rozgrywającym. Po ostatniej nacjonalizacji przemysłu wydobywczego w 2006 r. to znów ono decyduje o rozwoju, dysponuje i rozdziela bogactwo dla dobra narodu. W Boliwii zawsze zaczyna być niespokojnie, kiedy finansowe źródełko wysycha i wyczerpują się dostępne środki do podziału. Tak skończyła się poprzednia rewolucja. To już tradycja i podstawowa cecha boliwijskiej kultury politycznej. Relacje władzy ze społeczeństwem oparte są na klientelizmie i paternalizmie. Państwo używa kontrolowanych przez siebie surowców, żeby zaspokajać roszczenia różnych grup społecznych, zorganizowanych w polityczne korporacje. Zaspokajanie roszczeń poprzez klientelistyczne pasy transmisyjne ma zapewniać poparcie dla władzy, stabilność i porządek.

Życie polityczno-społeczne Boliwii wydaje się chronicznie niestabilne i chaotyczne, przepełnione ciągłymi protestami, strajkami i blokadami, które dla Boliwijczyków są naturalne jak oddychanie. Kiedy mieszkańcy Achacachi blokowali drogę, żądając usunięcia wójta, korporacja przewoźników zablokowała inną drogę, domagając się zdjęcia blokady, bo uderzała w ich interesy. Brzmi jak paranoja. Ale w rzeczywistości to bardzo logiczne kontrolowanie konfliktu. Kultura Boliwii to wbrew pozorom kultura kompromisu. Każdego dnia można się tu natknąć na inny protest – niepełnosprawnych, górników, transportowców, lekarzy, studentów, chłopów, organizacji sąsiedzkich, importerów odzieży używanej, importerów używanych aut… Lista nie ma końca. Protesty to wywieranie presji na władzę, żeby coś uzyskać. Prawdziwe problemy zaczynają się, kiedy władza nie chce przekazać środków lub po prostu nimi nie dysponuje. Kiedy reaguje przesadną przemocą, aby opanować sytuację. Albo kiedy korupcja, nieodłączny element systemu klientelistycznego w Boliwii, przestaje być mechanizmem regulacyjnym i odrywa się od agendy społecznej. Gdy rządzący kradną, ale rozdają dobra dla ludu, ten to akceptuje. Gdy jednak kradną za dużo, kierowani już tylko nienasyconym, egoistycznym apetytem, lud jest wściekły.

Właśnie takie okoliczności splotły się w ostatnich kilku latach.

Od 2014 r. ceny surowców i dochody państwa spadły. Na domiar złego przez kraj przetoczyła się fala korupcyjnych skandali. Pokrzyżowało to plany Moralesa i jego obozu.

Rozeźlony lud w referendum w lutym 2016 r. odrzucił propozycję takiej modyfikacji konstytucji, by możliwy był wybór Moralesa na kolejną kadencję z rzędu. Kiedy pisano nową ustawę zasadniczą w latach 2006–2008, prezydent proponował brak ograniczeń, ale ostatecznie w 2009 r. została przyjęta wersja z możliwością tylko jednej bezpośredniej reelekcji. Jego obóz stwierdził jednak, że skoro mamy nową konstytucję, to pierwsza kadencja się nie liczy. Rozpisano nowe wybory przed czasem, a kolejne dwie kadencje uznano za pierwszą i drugą.

Przodkowie

Evo de nuevo (znów Evo) – można przeczytać na murach La Paz. widnieją na nich również hasła, że oddawanie nieważnych głosów w grudniowych wyborach sądowniczych to powrót starych, złych czasów neoliberalizmu, jankeskiego imperializmu i kolonializmu. W trakcie kampanii przed referendum o modyfikacji konstytucji w 2016 r. wiceprezydent Álvaro García Linera straszył Indian w jednej z andyjskich wiosek, gdzie otwierał nową szkołę: „Jeśli prezydent ma poparcie, to buduje szkoły, jeśli nie ma poparcia, to wrócą gringos, wrócą sprzedawczyki, zdrajcy ojczyzny, mordercy i zabiorą dzieciom wszystko, nie będzie przyszłości. Będzie płacz i Słońce się skryje, Księżyc ucieknie i nastanie wielki smutek”.

Słowa te wywołały falę kpin, nawiązują one jednak do kosmowizji i filozofii Indian andyjskich, którzy postrzegają świat jako istniejący dzięki kosmicznej równowadze przeciwstawnych sił. Cały kosmos i czas, w którym on istnieje, to wiecznie powtarzający się cykl przemian, zniszczenia i kreacji, stałe odnawianie epok. Przyszłość zawsze wraca do przeszłości jak spirala, a losy świata toczą się kołem od epoki chaosu i ciemności do czasów porządku i światła. Cykliczne przejście między epokami to pachakuti, w języku ajmara zmiana, powrót, odwrócenie czasu / świata. Hiszpańska konkwista i kolonizacja od XVI w. przyniosły czasy ciemności, zakończone ostatecznie zwycięstwem Evo i jego Rewolucją Demokratyczną i Kulturalną, jak się ją oficjalnie nazywa. Koniec proceso de cambio, procesu przemian, jak najbardziej lubią określać politykę Moralesa jego stronnicy, byłby jak kolejny kataklizm.

W kraju, w którym dyskoteka może nazywać się „Przodkowie” (hiszp. Ancestros), a rdzenni mieszkańcy to nawet 2/3 11-milionowej populacji, indiańskie tradycje mają ogromne znaczenie w każdej dziedzinie życia. Jednak do niedawna podkreślanie rdzennych tożsamości etnicznych i duma z własnej kultury nie były ani oczywiste, ani proste. Historia kraju stoi pod znakiem rasizmu, dyskryminacji i wykluczenia Indian. Bezpośrednio po konkwiście Hiszpanie zagarnęli najlepsze ziemie, zamieniając je w hacjendy i zmuszając ludność do pracy. W innych, mniej atrakcyjnych miejscach kolonialna władza pozwoliła trwać indiańskim wspólnotom na okrojonych obszarach w zamian za płacenie trybutu oraz delegowanie kolejnych indiańskich kontyngentów do przymusowej, katorżniczej pracy w kopalniach srebra. Czarna legenda najważniejszej z nich, Cerro Rico de Potosí, mówi o 8 mln Indian, którzy stracili tam życie, aby Hiszpania mogła dzięki andyjskiemu srebru budować globalną potęgę. Zniewolenie i ekonomiczny wyzysk Indian podbudowane były rasistowską ideologią, która legitymizowała strukturalne wykluczenie „niższych” kultur rdzennych i dominację białych.

W Boliwii miały miejsce trzy wielkie rewolucje. Pierwszą była rewolucja Kreoli, amery kańskich Hiszpanów niezadowolonych z gorszego traktowania przez system kolonialny względem peninsulares, Hiszpanów urodzonych w Starym Świecie. Jednak kreolska rewolucja, która przyniosła proklamowanie Republiki Boliwii w 1825 r., w niczym nie poprawiła sytuacji Indian. Choć ufundowana na wartościach liberalnych, republika wykluczyła ich z jakiegokolwiek wpływu na losy własnego kraju, wprowadzając warunki wykształcenia i posiadania udokumentowanego majątku lub stałego, oficjalnego dochodu do korzystania z praw obywatelskich, w tym do udziału w wyborach. W efekcie do poł. XX w.  boliwijski elektorat nie przekraczał 5% populacji kraju. Choć nie wprowadzano żadnych praw wykluczających ze względu na rasę lub przynależność etniczną i pozornie wszyscy byli równi, rasistowskie przekonania i pogarda wobec Indian były jeszcze silniejsze, wspomagane przez importowany z Europy darwinizm społeczny i modny „rasizm naukowy”, polegający na mierzeniu indiańskich czaszek i udowadnianiu biologicznej degeneracji ich właścicieli. Kreolskie elity zagarniały ziemie pozostałych wspólnot indiańskich, przekonując, że tubylcy są niższą rasą, niezdolną do jakiegokolwiek rozwoju i skazaną na wymarcie w drodze naturalnej selekcji. Powtarzające się indiańskie rebelie były krwawo tłumione, a w intelektualnej debacie na przełomie XIX i XX w. rozważano nawet zorganizowaną fizyczną eliminację tubylców. Nigdy się tego nie podjęto, bo w końcu elity żyły z pracy „niższej rasy”.

Drugą była Rewolucja Narodowa rozpoczęta w 1952 r. Znacjonalizowała kopalnie, tworząc model „kapitalizmu państwowego”. Doprowadziła również do reformy rolnej – latyfundia rozparcelowano między indiańskich chłopów, którzy zostali wyzwoleni od faktycznego niewolnictwa: pracy na pańskiej ziemi i licznych posług. Zniesiono ograniczenia praw obywatelskich, po raz pierwszy umożliwiając wszystkim uczestnictwo w formalnej demokracji. Wprowadzono powszechne szkolnictwo, które miało zlikwidować kulturowe różnice i zintegrować boliwijskie społeczeństwo. Według rewolucyjnej ideologii indiańskie kultury ze swoimi językami i tradycjami tylko przeszkadzały w budowie nowego społeczeństwa. Faktyczna dyskryminacja i uprzedzenia rasowo-klasowe nie znikły więc z Boliwii, a Indianie nadal postrzegani byli jako głupie, zacofane, brudne dzikusy. Cały projekt „Państwa ’52” pogrzebany został katastrofalnym kryzysem ekonomicznym. Od 1985 r. zamknięto nierentowne kopalnie i sprzedawano te bardziej perspektywiczne, a rzesze pracowników zatrudnionych w państwowych przedsiębiorstwach z dnia na dzień traciły pracę. Prywatyzowano kolejne gałęzie gospodarki.

Neoliberalna ortodoksja skłoniła nawet krajowych polityków nawet do prywatyzacji sieci wodociągów w Cochabambie, co doprowadziło do ogromnych protestów społecznych w 2000 r. W wyniku tzw. Wojny o Wodę rząd ostatecznie wycofał się z reformy. Był to pierwszy triumf ruchów społecznych, które do 2005 r. obaliły kolejnych dwóch prezydentów. Wielki sojusz organizacji indiańskich i związków zawodowych domagał się nacjonalizacji zasobów gazu, nowego bogactwa odkrytego pod koniec lat 90., zwołania Zgromadzenia Konstytucyjnego i zakończenia neoliberalnego modelu odpowiedzialnego za zwiększenie nierówności oraz grabież bogactw naturalnych i narodowego majątku przez korporacje i państwa zagraniczne. Jednocześnie domagano się uznania praw Indian do własnej tożsamości i kultury oraz autonomii terytorialnych. Na porządku dziennym wciąż były rasistowskie uprzedzenia i nieformalna dyskryminacja Indian. Uważano, że Indianinowi wolno być co najwyżej windziarzem, sprzątaczką lub służącym (w Boliwii nadal popularne jest posiadanie służby mieszkającej w osobnym pokoiku, wyposażonym najwyżej w łóżko i radio, z oddzielną toaletą). Mnożyć można historie o tym, jak indiańska kobieta nie została wpuszczona do hotelu albo jak „odświeżano” powietrze dezodorantem w gabinecie wiceprezydenta po wizycie indiańskich liderów.

W okresie społecznego gniewu w latach 2000–2005 czołowym liderem bloku indiańsko-ludowego stał się Evo Morales, przywódca cocaleros, chłopów uprawiających kokę (Evo został liderem związku w 1988 r. i pomimo prezydentury państwowej pozostaje przywódcą organizacji do dziś). To cocaleros razem z konfederacją związkową indiańskich chłopów CSUTCB (Confederación Sindical Única de Trabajadores Campesinos de Bolivia, Jednolita Konfederacja Związkowa Pracowników Rolnych Boliwii) założyli w 1995 r. rządzący Ruch na rzecz Socjalizmu (Movimiento al Socialismo, MAS). Krytykując jankeski imperializm, narzucający represyjną politykę wobec koki, w większości stosowanej do produkcji kokainy, domagali się zniesienia zakazu upraw, argumentując to indiańską tradycją oraz statusem świętej rośliny, jaką koka odgrywa w kulturze andyjskich Indian (używa się jej w rytuałach, ofiarach dla bóstw, do wróżb czy w medycynie naturalnej, ale również jako źródło energii, na złagodzenie głodu, pokonanie zmęczenia).

Zegar wstecz, cała naprzód!

Zaraz po zwycięskich wyborach Morales zwołał w 2006 r. Zgromadzenie Konstytucyjne, otwierając drogę do trzeciej wielkiej rewolucji w historii państwa. Po raz pierwszy w historii indiańska większość współtworzyła jego prawne fundamenty. Boliwia została przemianowana z republiki na Wielonarodowe Państwo Boliwii, uznając, że polityczny naród złożony jest z 36 narodów rdzennych i mieszkańców nieindiańskich. Nowa konstytucja wprowadziła indiańskie prawo do terytorium, z własnymi systemami politycznymi oraz sądownictwem na szczeblu lokalnym. Nowe państwo nawiązuje do historii i symboliki indiańskiej. Wiphala, siedmiokolorowa szachownica używana przez ruchy indiańskie, została równorzędnym symbolem państwowym, ozdabiając każdy możliwy gmach administracji, i nie tylko. Wprowadzono indiańskie nazewnictwo w przestrzeni publicznej. Morales uroczyście inaugurował swoją prezydenturę najpierw w pałacu, a następnie pośród prekolumbijskich ruin w Tiwanaku, stolicy starożytnego imperium. Indiańskie rytuały weszły do kanonu ceremonii państwowych. W 2014 r. udoskonalony został zegar wiszący na wieży siedziby parlamentu. Wskazówki zmieniły kierunek ruchu, odliczając teraz kolejne godziny w lewą stronę. Oficjele tłumaczyli, że jest to „zegar Południa”, a Południe nie musi wszystkiego naśladować. „Boliwijczycy mają własną godność i też mogą być kreatywni” – twierdzili.

Evo i jego MAS nawiązują do kultury indiańskiej na prawo i lewo. Promując tradycję rdzennej ludności, odwołują się do Pachamamy, Matki Ziemi, która na mocy ustawy została uznana za podmiot i zyskała specjalne prawa, mające pomóc w ochronie środowiska i bioróżnorodności.

Ale polityka MAS to także nacjonalizacja surowców naturalnych i odzyskanie kontroli nad rozwojem. Do państwa znów należą najlepsze kopalnie, kolejnictwo, energetyka, telekomunikacja oraz przedsiębiorstwa wodne i gazowe. Priorytetem jest eksport surowców, więc pomimo pięknej retoryki w praktyce indiańskie prawa terytorialne są mocno ograniczane (to z terytoriów indiańskich wydobywa się gaz) czy wręcz gwałcone. Lecz silne państwo zarabia i rozdziela gromadzone bogactwo poprzez programy socjalne. Renta Godność (Renta Dignidad) to np. program dla seniorów, których ogromna większość wcześniej nie miała żadnego zabezpieczenia finansowego na starość, często kończyła więc jako żebracy. Są także bony pieniężne dla rodziców uczniów, którzy nie opuszczają zajęć w szkole. Do tej pory dzieci często musiały pomagać swoim biednym rodzinom w pracy, zamiast się uczyć. Dzięki programowi poziom absencji obniżono ponad trzykrotnie. Dla kobiet w ciąży i świeżo upieczonych matek wprowadzono bony, aby mogły zadbać o zdrowie swoje i dziecka, lepiej się odżywiać i wykonać konieczne badania. W ciągu ośmiu lat udało się obniżyć śmiertelność najmłodszych dzieci o połowę. Taryfa Godność zapewnia natomiast tańszą energię elektryczną dla ubogich. Do tego wprowadzono niezliczone obras, czyli projekty finansowane z rządowego programu „Boliwia się zmienia, Evo spełnia” – m.in. powstają szkoły, placówki medyczne, na wsi pojawiają się elektryczność, wodociągi i kanalizacja, coraz lepsza infrastruktura drogowa, instalacje gazowe (choć Boliwia eksportuje gaz, w 2006 r. tylko 40 tys. mieszkańców miało stałą instalację gazową w domu, obecnie 3,5 mln), hale widowiskowo-sportowe, boiska.

Osiągnięcia społeczno-ekonomiczne rządu chwali nawet Bank Światowy i trudno się dziwić. Polityka Moralesa pozwoliła obniżyć poziom ubóstwa w latach 2005–2015 z 59,6% do niecałych 38,6%. Ubóstwo skrajne spadło w tym czasie z 36,7% do 16,8%. W strefie wiejskiej, niemal całkowicie zamieszkanej przez Indian, to wynik z 80% do 55%. Redystrybucja i intensywne inwestycje publiczne, które wspomagały dobrą koniunkturę na rynku wewnętrznym, wyraźnie zredukowały  również rozwarstwienie społeczne – klasa średnia urosła z 35% do 56%, a niższa spadła z 61% do 40%. W wizji władz proces przemian ma likwidować historyczne nierówności, ale również unowocześniać i rozwijać Boliwię. Oficjalny program „Boliwia godna i suwerenna” to również m.in. zbudowany przy rosyjskiej pomocy ośrodek badań jądrowych, nowa rafineria, fabryka nawozów sztucznych, elektrownie wodne. Oznaką boliwijskiej godności i suwerenności są wreszcie satelita telekomunikacyjny Tupac Katari oraz odbierające jego sygnał pomarańczowe talerze Tupac, zdobiące coraz liczniejsze domy również na wsi. Wystrzelony z chińskiej stacji satelita otrzymał nazwę na cześć przywódcy wielkiego powstania antyhiszpańskiego z 1781 r. Godność i suwerenność to również polityka niezależna od Stanów Zjednoczonych. Opowiada się, że przed Evo wiele nowych boliwijskich aktów prawnych pisanych było najpierw po angielsku w ambasadzie amerykańskiej. Jednak w kraju, w którym prezydent czci jako bohatera Che Guevarę, choć ten w 1967 r. ze swoją partyzantką zabijał boliwijskich żołnierzy, trzeba było skończyć z dyktatem gringos. Boliwia prowadzi niezależną politykę wobec koki, nie bacząc na jankeskie dąsy, a w polityce zagranicznej partnerami są Chiny, Rosja i Iran.

Życie rewolucjonisty jest nowelą

„Evo es pueblo” (Evo to lud) – mówi jeden z popularnych sloganów rządowych. Filmowa biografia prezydenta zatytułowana została Evo Pueblo. Co roku w listopadzie w Peñas, gdzie w 1781 r. po upadku antykolonialnej rebelii Tupac Katari został rozszarpany końmi przez Hiszpanów, inscenizowana jest historia tego indiańskiego bohatera. W drugiej części przedstawienia pojawia się postać Evo jako jego współczesne wcielenie, kontynuator historycznej walki z kolonializmem i imperializmem, wieńczący dzieło pokonaniem gringos i nacjonalizacją surowców. Kiedy Tupac Katari konał, wykrzyczał: „Zabijacie tylko mnie. Powrócę i będę milionami”. Evo to inkarnacja Katari, ale też emanacja ludu. Choć symboliczne zrośnięcie się postaci prezydenta z ludem wspomagane jest aparatem państwowym i propagandową machiną, baza była gotowa już wcześniej. Przez swoje etniczne garnitury Evo został swego czasu uznany za jednego z najgorzej ubranych przywódców na świecie. Ludzie wciąż drwią sobie z jego obciachowej fryzury. Jednocześnie należy on dziś do czołówki najpopularniejszych polityków świata. Pochodzi z ajmarskiej wioski, z rodziny pasterskiej. Jest jednym z siedmiorga rodzeństwa (ze względu na trudne warunki życia troje z nich zmarło we wczesnym dzieciństwie). Jako nastolatek pracował w fabryce cegieł i piekarni. Na początku lat 80. wraz z rodziną przeniósł się w tropiki i zajął uprawą koki, dającą więcej nadziei na godne życie. Tam rozpoczął karierę związkową. Jego indiańskie pochodzenie i ubóstwo, w którym dorastał, pozwalają ludziom widzieć w nim swojego człowieka.

Evo jest milionami, bo Evo jest wszędzie. Uśmiecha się z niezliczonych bilboardów informujących o finansowanych projektach infrastrukturalno-rozwojowych. Otwiera osobiście kolejne wykonane inwestycje. Prezentuje kupione samoloty. Jego twarz upiększa nawet opakowania przekąsek serwowanych w państwowych liniach lotniczych. Osobiście inauguruje nowe połączenia lotnicze. Państwowe firmy działają niczym przedsiębiorstwa prezydenta. Evo jest jak dobry ojciec, który o wszystko zadba, zaopiekuje się, dopilnuje. Jego rządy mają ogromne znaczenie symboliczne. Pierwszy raz w historii Indianin stoi na czele kraju. Jest dowodem, że Indianie mogą teraz wszystko, nikt nie może im niczego odmówić. Koniec z wykluczeniem. Jeśli rasizm przetrwał, to ukryty, lepiej się z nim nie zdradzać. To bardzo ważny element cementujący zachodzące przemiany. Państwowa telewizja promuje indiańskie prezenterki. Mówi się już nie tylko po hiszpańsku, a programy telewizyjne propagują rdzenną kulturę. Lecz promocja indiańskości jest dzięki Evo jeszcze silniejsza. Rewolucja to Evo.

Prezydent potrafi zachować się grubiańsko i seksistowsko. Kiedyś powiedział, że kobiety mogłyby rządzić, gdyby nie były takie kapryśne. Zdarza mu się bardzo niestosowne żartować, np.: „Kiedy jadę na wieś, wszystkie kobiety zachodzą w ciążę, a na ich brzuchach zostaje napis Evo spełnia”; „Kobiety wiele mi zawdzięczają. Jak mi zapłacą? Nie wiem…”. Otwierając kolejny odwiert gazowy, pracownice firmy gazowej zapytał: „Wiertniczki czy wiercone?”. Po kraju krążą legendy o jego niezliczonych miłosnych podbojach – łatwych dla wszechwładnego polityka. Jednak najgłośniej było w 2016 r. Prasa ujawniła, że młoda menadżerka z krajowej filii chińskiej spółki CAMC Engineering to była dziewczyna prezydenta, która w 2007 r. urodziła mu dziecko. Gabriela Zapata swoją pozycję miała zawdzięczać bliskiej relacji z Evo, a firma zawiązała „strategiczny” sojusz z rządem, zdobywając najbardziej intratne państwowe kontrakty, w sumie na ponad 560 mln $. Morales przyznał, że to rzeczywiście jego była dziewczyna, a ich dziecko zmarło wkrótce po narodzinach. Zaraz potem mieli się rozstać i nie utrzymywać kontaktów. Przeczyły temu publikowane w mediach wspólne fotografie uśmiechniętej pary z 2015 r. Wkroczyła prokuratura, zarzucając Zapacie powoływanie się na wpływy u prezydenta, by zdobywać państwowe zlecenia. Na biznesowych spotkaniach z państwowymi urzędnikami miała pokazywać akt narodzin dziecka z prezydentem jako ojcem. Ale gdzie jest dziecko? Ciocia kobiety ujawniła, że Ernesto Fidel wciąż żyje. „Jeśli mój syn żyje, chcę go odebrać” – oświadczył prezydent i zwrócił się do sądu, aby ustalił, jaki jest los dziecka. Wkrótce prezydent nabrał wątpliwości co do swego ojcostwa. Podobno wcześniej podpisał dokumenty w ciemno. Teraz zażądał badań DNA. W 2017 r. sąd skazał kobietę na 10 lat więzienia, obwiniając ją również o posługiwanie się fałszywymi dokumentami. Dziecko miało nigdy nie przyjść na świat, a kobieta zapłaciła pewnej rodzinie, by użyczyła swoje do odegrania farsy i załatwienia aktu narodzin.

Kataklizm odwołany?

Koniec telenoweli. Tylko że ta bomba wybuchła na chwilę przed przegranym referendum o modyfikacji konstytucji i według obozu władzy skandal wpłynął na wyniki. To był największy cios wizerunkowy dla prezydenta. Już po wyroku skazującym Zapata wyznała, że nigdy nie było dziecka, a cały temat został stworzony na potrzeby sensacji. Ciągłe wolty i masa niejasności każą zapytać, czy oczyszczający prezydenta finał nie był przypilnowany przez służby i usłużny wymiar sprawiedliwości.

Inny z licznych skandali korupcyjnych również bardzo rozeźlił obywateli. Fundusz Indiański, stworzony w celu realizacji projektów rozwojowych na wsi, okazał się fasadą dla projektów widm, które nigdy nie powstały, a zaksięgowane na nie 6 mln $ ostatecznie utknęło na prywatnych kontach wielu lokalnych indiańskich liderów i działaczy MAS. Nadzieja na odnowę moralną po latach niesprawiedliwości i złodziejstwa okazała się płonna. Ludzie wyliczają bezsensowne inwestycje Moralesa, np. stadion w malutkim miasteczku, który może pomieścić więcej widzów, niż mieszka tam ludzi. Albo wysoki na 28 pięter Wielki Dom Ludu, nowa siedziba prezydenta, wciśnięta między kolonialne zabytki La Paz i dewastująca piękny niegdyś widok. Korupcja – w Boliwii odwieczna i warunkowo akceptowana – przerosła tolerowane poziomy. Demonstracja wspaniałości władzy, zamiast potwierdzać pozytywne przemiany, zaczęła coraz częściej raczej ujawniać tej władzy arogancję. Wreszcie oficjalny kult prezydenta, który jako uosobienie ludu i wcielenie antykolonialnych herosów multiplikuje się w kraju we wszelkich wyobrażalnych formach, stał się przesadny i zaczął drażnić. W lutym 2017 r. z wielką pompą otwarto w rodzinnej miejscowości prezydenta wspaniałe muzeum, którego stworzenie kosztowało równowartość 25 mln zł. Choć formalnie to Muzeum Rewolucji Demokratycznej i Kulturalnej, wewnątrz podziwiać można głównie oficjalne prezenty, jakie prezydent otrzymał w kraju i zagranicą, jego zdjęcia i podobne atrakcje. Dla krytyków to muzeum prezydenta, nie rewolucji. Zbudowane za jego życia i urzędowania. Bardzo daleko od większych miast. Dostać się tam i odwiedzić je to nie lada wyczyn, więc świeci pustkami. Jakby tego było mało, przed ostatnimi świętami w ramach dekoracji bożonarodzeniowych na placu przed Pałacem Prezydenckim obok choinki stanęła atrapa rodzinnego domu Moralesa. Z okna ubogiej chatki do przechodniów uśmiechał się i machał mały Evito. Urzędnicy tłumaczyli, że to atrakcja dla dzieci, ale skojarzenia z betlejemską stajenką nasuwają się same. Zbawiciel ludu?

Pod koniec listopada 2017 r., kiedy gorączka przedwyborcza sięgnęła zenitu, a uliczne pokazy siły między rządem a opozycją nie dawały wytchnienia, państwo Moralesa jeszcze dolało oliwy do ognia. Trybunał Konstytucyjny, opanowany przez ludzi MAS, przyznał rację przedstawicielom partii rządzącej, którzy zaskarżyli zapis konstytucji o ograniczeniu reelekcji, powołując się na dokument prawa międzynarodowego, pakt z San José, który mówi o równych prawach politycznych wszystkich obywateli. Zdaniem MAS konstytucja, którą ludzie Evo sami wcześniej pisali, łamie polityczne prawa człowieka (a konkretnie: samego Evo) do równego udziału w wyborach przez ograniczenie udziału dla tego, kto już rządził. Powołali się przy tym na inny zapis tej konstytucji, który daje pierwszeństwo ratyfikowanemu prawu międzynarodowemu, jeśli dostarcza korzystniejszej interpretacji praw niż ustawa zasadnicza. Prezydent może więc startować ponownie w 2019 r. i w każdych kolejnych wyborach. Rozpętała się burza. Padły oskarżenia o dyktaturę, kpinę władzy z obywateli i zlekceważenie ich woli wyrażonej już w referendum z 2016 r. Masowe protesty rozlały się po kraju. W jednym z miast zniszczono budynek państwowej komisji wyborczej, gdzie indziej nie pozwolono zainstalować urn do głosowania. Powiązanie decyzji TK z wyborami do sądów na nową kadencję było oczywiste, bo cały wymiar sprawiedliwości kojarzony jest z rządem.

Trzeciego grudnia wyborcy pozwalali sobie na artystyczną ekspresję i na karty do głosowania naklejali zdjęcia byłej dziewczyny Evo, pani Zapaty, jednak do katastrofy nie doszło. Opozycja liczyła na pokazanie wielkiej dezaprobaty przez naród, lecz liczba nieważnych głosów nie była drastycznie większa niż w poprzednich wyborach do sądów. Wściekłość obywateli okazała się nie aż tak wielka? Naród przełknie wszystko? Kiedy ludzie zaczęli odczuwać dekoniunkturę, niezadowolenie z wielu przykrych zjawisk, jak korupcja czy arogancja władzy, potęgowało się. Ale wielu wciąż wierzy, że Evo jest gwarantem kontynuacji i że z nim mimo wszystko nadal będzie dobrze. Są zniesmaczeni lub oburzeni kolejnymi aferami i skandalami, naśmiewają się z ułomności i przewin prezydenta. Kalkulują jednak, że na dłuższą metę to Evo zabezpiecza to, co już udało się osiągnąć. Bez niego trudno myśleć o „procesie przemian”. Jego prezydentura jest tak symboliczna, a on zrośnięty z przemianami, że krótsze urzędowanie mogłoby osłabić cały projekt rewolucji, a pozytywne zmiany dla Indian okazałyby się przejściowe. Rewolucja to Evo. Bez niego zbyt dużo jest do stracenia. Tym bardziej że ceny surowców powoli rosną i prognozy na nowy rok są pomyślne.

Tylko że oburzenie obywateli nie osłabło, a protesty dopiero się rozpędzają. W styczniu kolejne grupy dołączały do protestów przeciw kontrowersyjnej nowelizacji kodeksu karnego, paraliżując funkcjonowanie kraju. Ludzie próbowali też blokować przejazd uczestników Rajdu Dakar, przeszkadzając w prestiżowej imprezie, będącej oczkiem w głowie prezydenta. Kolejne tematy tylko kumulowały furię przeciw arogancji władzy, która chce się przyspawać do tronu. Ostatnio rząd stąpa po kruchym lodzie społecznego gniewu i dopiero okaże się, czy przejdzie przez ten niepewny okres suchą stopą. Osłabiony? Tak. Zagrożony? Zależy, jakie nastroje ostatecznie przeważą. Do wyborów prezydenckich w grudniu 2019 r. jest sporo czasu, aby wyciszyć emocje. Nie widać też żadnego poważnego rywala i wieści o bliskim końcu świata mogą okazać się przesadzone. Słońce nie gaśnie. Na razie.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter