70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ślepota nie odbierze mi radości życia

My, niewidomi, dopiero niedawno przebiliśmy się ze swoimi sprawami i powiedzieliśmy: istniejemy! Zobaczcie nas! Wyszliśmy z domu z naszymi laskami i powiedzieliśmy, że pragniemy żyć, cieszyć się światem, chcemy dostępu do kultury i sztuki, chcemy pełnić normalne funkcje w społeczeństwie i w rodzinie.

Artur Zaborski: Ludzie niewidomi nie występują często w mediach. A Ty nie tylko aktywnie działasz dla swojego środowiska, prowadzisz w szkołach i przedszkolach lekcje wychowawcze przełamujące stereotypy na temat osób dotkniętych taką niepełnosprawnością, ale jeszcze wydałaś książkę kucharską dla niewidomych Kuchnia czterech zmysłów. Co Cię zainspirowało? To jest innowacyjne dzieło czy też takie publikacje były wcześniej?

Ewa Maksymowicz: Nie było. Kiedyś redaktor naczelny miesięcznika dla niewidomych „Pochodnia” i jego zastępczyni zaproponowali mi – ponieważ mój mąż Leszek wydał mnie, że gotuję – prowadzenie kącika kulinarnego. Zatytułowałam go W mojej magicznej kuchni i piszę tam do dzisiaj. Potem uczestniczyłam w warsztatach dziennikarskich i doszłam do wniosku, że wszyscy teraz gotują, na rynku jest multum książek kucharskich, a żadna nie jest dostępna dla niewidomych. No to jak mamy się kulinarnie rozwijać? Stwierdziłam, że moim marzeniem jest napisanie takiej książki dla niewidomych, i to było moją inspiracją.

 

Czy to było wyzwanie?

Ogromne. Nie umiałam jeszcze pisać na komputerze, nie miałam oprogramowania mówiącego. Przyjechałam do domu z postanowieniem, że muszę się nauczyć. Nauka rozmieszczenia klawiszy zajęła mi 15 minut. Słowo honoru! I potem ćwiczyłam codziennie, a Leszek przychodził z pracy i sprawdzał. Mówił na przykład, że mylę „i” z „o”. Są obok siebie na klawiaturze, wbijam je serdecznym i środkowym palcem. Bo ja dziesięcioma palcami zaiwaniam, a mój mąż dwoma dziubie. No i w końcu się nauczyłam. A potem – uważaj! – bez asystenta, bez żadnej pomocy biegłam do kuchni: gotowałam, odmierzałam wszystko na garści, na szklanki czy łyżki, w czym pomagały mi elektroniczne gadżety, jak PenFriend, czytak, dyktafon i czasomierz. Przecież nawet ty, widzący, nie wiesz, ile to jest 123 g cukru, jak podają w zwykłych przepisach! Wobec tego odmierzałam tak, żeby wszystkim było łatwo, myłam ręce i znów biegłam do komputera, żeby wszystko dokładnie zapisać. Zależało mi na tym, żeby książka zawierała czarnodruk. Jest piękna – w formacie A4, w twardej okładce. Dodam z dumą, że wymyśliłam ją sama. Jest kolorowa, przebarwna, apetyczna. Na środku ja – z taką trochę tajemniczą miną jak Mona Lisa – a wokół warzywa, owoce, mięso, sery. Druk w książce jest powiększony, a wydanie zawiera audiobook. To książka, z której może korzystać cała rodzinka: widzący, słabowidzący i niewidomi.

 

Jakie przepisy w niej zawarłaś?

Są zupy, dania główne, surówki, sałatki, desery. Śniadanka i kolacyjki, przetwory na zimę. Pokazałam tym samym, że bezwzrokowo można ugotować wszystko. Dopilnowałam, żeby książka nie była zbyt gruba. Czytelnicy tego nie lubią.

 

Będą następne?

Nie, nie będzie. Wydaje mi się, że to trochę za dużo – samemu ugotować, samemu napisać, samemu wymyślić okładkę, samemu znaleźć wydawcę, a potem jeszcze samemu na własny koszt organizować wieczory autorskie, samemu dystrybuować.

Polski Związek Niewidomych, który powinien wspierać takie osoby jak ja, w ogóle nie był zainteresowany pomocą.

Podczas warsztatów dla niewidomych dostajemy zeszyty, długopisy, czapeczki baseballowe albo kolejną smycz. Tak to wygląda. A przecież moja książka byłaby doskonałym prezentem z okazji wejścia w dorosłe życie dla absolwentów szkół dla dzieci niewidomych, prawda?

 

Co jest dziś według Ciebie największym problemem osób niewidomych i niedowidzących? Mam na myśli bariery i uciążliwości w waszym otoczeniu – nad czym trzeba najintensywniej pracować, co najpilniej zmienić?

Priorytetem jest doprowadzenie do zmiany sposobu myślenia o nas, o naszym środowisku. Oba Bez tego nie możemy nawet znaleźć przejścia przez jezdnię. W ostatnim czasie wiele zejść na zebry przystosowano dla wózkowiczów – zlikwidowano lub obniżono krawężniki i osoby niewidzące nie są w stanie wyczuć ich laską. Płyty w jaskrawożółtym kolorze, z odpowiednią fakturą są nam wobec tego niezbędne nawet tam, gdzie jest sygnalizacja świetlna.

 

Poprawiono coś dla jednych niepełnosprawnych, utrudniając życie innym? Jak to możliwe?

Zmian na przejściach dla pieszych dokonano w idiotyczny sposób, bo w Polsce za osoby niepełnosprawne urzędnicy uznali tylko te na wózkach. Jakoś wypadło im z głowy, że istnieją inne niepełnosprawności…

 

Z czego to wynika?

Myślę, że ludzi na wózkach jest więcej, ale prawda jest też taka, że oni lepiej zabiegają o swoje prawa. My, niewidomi, dopiero niedawno przebiliśmy się ze swoimi sprawami i powiedzieliśmy: istniejemy! Zobaczcie nas! Wyszliśmy z domu z naszymi laskami i powiedzieliśmy, że pragniemy żyć, cieszyć się światem, chcemy dostępu do kultury i sztuki, chcemy pełnić normalne funkcje w społeczeństwie i w rodzinie.

 

Na jakim etapie jest wasza emancypacja?

Bardzo wczesnym. Na samym początku. Od niedawna zaczęto dostosowywać do naszych potrzeb przestrzeń publiczną; udostępniać nam kulturę i sztukę.

 

Dlaczego to zaczęło się właśnie teraz?

Bo teraz na nas się świetnie zarabia. W ostatnich latach powstało wiele projektów unijnych uwzględniających nasze potrzeby. To, że nareszcie zauważono naszą grupę społeczną i zaczęto dużo dla nas robić, jest oczywiście korzystne dla środowiska niewidomych i niedowidzących. Pojawiły się naprawdę świetne inicjatywy, dzięki którym mamy dostęp do kultury i sztuki – jak choćby projekty Mazowieckiego Stowarzyszenia Pracy dla Niepełnosprawnych „De Facto”, które organizuje dla nas rokrocznie festiwal filmów z audiodeskrypcją. Jest założycielem jedynego w Europie e-kiosku z prasą i Niewidzialnej Galerii.

 

Jak było wcześniej?

Dostęp do kultury był zerowy. Ja radziłam sobie, chodząc do kina i na spektakle z koleżankami.

Jestem wielbicielką teatru i nigdy, nawet kiedy przestałam widzieć, nie zrezygnowałam z obecności na przedstawieniach. I nie zrezygnuję.

Zanim pojawiła się audiodeskrypcja, koleżanka zniżała się na fotelu obok, kładła głowę na moim ramieniu i do ucha szeptała mi, co się dzieje na scenie, kiedy milkły dialogi.

Zdarza się coraz częściej, że przed rozpoczęciem spektaklu kurtyna jest w górze, co umożliwia takiej osobie opowiedzenie mi, jaka jest scenografia. Natomiast bardzo trudno na gorąco wybrać to, co jest najważniejsze. Koleżanki musiały się tego uczyć. Pierwszy i drugi raz wyszedł średnio, ale kolejne coraz lepiej. Dużo zależy od osoby, która ma opisywać spektakl, od jej zasobu słownictwa – bo nie ma ona czasu na zastanawianie się, jak co się nazywa.

 

Ta metoda pozwalała Ci też obcować ze sztuką filmową?

Nie, bo film jest bardziej dynamiczny, a jeśli obcojęzyczny, to trzeba jeszcze czytać napisy. Koleżanki nigdy nie nadążały z przeczytaniem wszystkiego. Czasami moja towarzyszka najpierw sama oglądała film, a potem szłyśmy na niego razem i wtedy nie musiała już tak uważnie oglądać, mogła skupić się na opisach dla mnie.

 

Wcześniej ze strony osób niewidomych pojawiały się jakieś próby walki o dostęp do kultury?

Oczywiście, sama byłam jedną z krzyczących najgłośniej.

 

Jak to wyglądało?

Dzwoniłam do PZN i mówiłam, że moglibyśmy coś zrobić. Mówiłam w pierwszej osobie, bo jestem szalenie dynamiczna, nieroszczeniowa, raczej sama chcę dawać innym i kreować swoje życie. Wiele spraw biorę we własne ręce i nie oglądam się na innych. W umożliwienie nam dostępu do kultury też chciałam się zaangażować. Nie idę przez życie jak taka bidulka ślepa, tylko wyprostowana. Ewa Maksymowicz, która mówi: chcę bezpiecznie przechodzić przez ulicę i mieć dostęp do kultury, i chętnie na to zapracuję, tylko mi pomóżcie.

 

To częsta postawa wśród osób niewidomych?

Nie, bardzo rzadka, co wynika z zachowania otoczenia wobec nas.

 

Wraz z utratą wzroku nie straciłaś zadziorności.

Przeciwnie. Jestem wojowniczką, działam zadaniowo. Postanowiłam, że ślepota nigdy nie odbierze mi radości życia. Wprawdzie straciłam wzrok, ale zachowałam poczucie humoru, uśmiech i miłość do życia.

 

Miałaś chwile załamania?

Oczywiście, nie jestem przecież człowiekiem bezrefleksyjnym. Jestem ogromnie wrażliwa, a dotyczy to zarówno filmu czy teatru, jak i np. wyglądu. Pytania: „Czy jestem dobrze ubrana?”, „Czy dobrze wyglądam?” czasem sprawiają mi ból, bo przecież nie mogę się przejrzeć w lustrze. Mam świadomość, ile z tego powodu tracę. Z drugiej strony, wiem też, że pozawzrokowo można znakomicie funkcjonować, cieszyć się życiem i czerpać z niego garściami. Nigdy nie przestałam czytać, kiedy powoli traciłam wzrok. Najpierw czytałam przez lupę, później mąż mi kupił lampę, taką do oceniania autentyczności dokumentów i banknotów. A potem już słuchałam, używając walkmana. 40 książek mówionych przywożono do biblioteki w moim Kętrzynie każdego półrocza, a i to mi nie wystarczało. Taszczyliśmy resztę z Książnicy Płockiej.

 

Biblioteka była zaopatrzona w audiobooki od początku czy też musiałaś o to zawalczyć?

Kiedy sprowadziłam się do Kętrzyna, był tylko maleńki kącik z książkami na kasetach. Dzisiaj mamy kasety, audiobooki i urządzenia odtwarzające książki z kart pamięci. Poprosiłam dyrektora biblioteki o poszerzenie tej oferty. Przystał na to. Zaczęliśmy działać razem i współpracujemy do dziś. Z dumą powiem, że w tym roku będziemy mieli już drugi bezpłatny czytak. Jest taki projekt „120 czytaków dla miejskich bibliotek”, który nam to umożliwił. Bo niewidomych otrzymujących 600–800 zł renty miesięcznie nie stać na taki zakup.

 

Powiedziałaś, że priorytetem dla niewidomych jest zmiana nastawienia do waszego środowiska. Czy kiedy udaje Ci się wywalczyć powiększenie działu audiobooków w bibliotece albo jakieś zmiany w infrastrukturze, spotykasz się z krytyką osób widzących za to, że przeznacza się pieniądze publiczne na coś, czego potrzebuje wąska grupa osób niewidomych?

Przeciwnie! Nie wiem, czy wypada o tym mówić w wywiadzie, ale kiedyś Andrzej Liczmonik, prozaik, któremu zorganizowałam wieczór autorski w Kętrzynie, gdy zobaczył, jak życzliwie rozmawia ze mną burmistrz, zażartował: „Ty jesteś tutaj szara eminencja!”. Jestem dumna z tego, że ludzie zaczepiają mnie na ulicy i mówią: „Pani Ewuniu, świat się dzięki pani zmienia na lepsze!”. Mieszkańcy Kętrzyna są przyzwyczajeni do tego, że maszeruję z laską, że sama chodzę do sklepów, robię zakupy, organizuję wernisaże, wieczory autorskie, uczę dzieci… Poza tym odkąd mieszkam w Kętrzynie, a więc od 30 lat, w jakiś sposób edukuję też ludzi i dzięki temu już nie tylko kupuję w sklepikach osiedlowych, ale nawet wchodzę do marketów. Mówię: „Dzień dobry, pani Aniu, potrzebuję pomocy, czy może mi ktoś pomóc?”. Szybko nauczyłam ludzi, w jaki sposób mogą mi ułatwić codzienne obowiązki. Są życzliwi, uroczy i kochani.

 

Rozumiem, że przed Twoim pojawieniem się to nie było oczywiste?

Nie. Wylałam wiele łez, bo kiedy wchodziłam do sklepu i pytałam o coś, to sprzedawczyni mówiła: „Co, nie widać?!”. „No nie widać” – odpowiadałam. Wtedy od razu zmieniała ton: „Ooo, jaka szkoda, a leczy się pani?”. Zawsze miałam ochotę odpowiedzieć: „Ależ nie! Kocham być ślepa!”. Ludzie różnie reagują. Czy raczej reagowali, bo teraz bardzo rzadko się z czymś takim spotykam.

 

Jakie są najczęstsze reakcje osób, które nie miały wcześniej styczności z niewidomymi?

„W ogóle po pani nie widać, że pani nie widzi!” – słyszę najczęściej. A czy widać zawał serca, wrzody żołądka, nadciśnienie i głuchotę?

Starsze osoby mówią do nas głośniej. Ślepy równa się dla nich: głuchy.

Najbardziej mi się podoba, gdy wręcz skandują słowa, tak jakby wyszczekiwali. Uśmiecham się wtedy i mówię, że bardzo dobrze słyszę, że tylko nie widzę. Często muszę to powtarzać.

 

Czyli takie postawy wynikają z nieobycia, z braku kontaktu z niewidomymi?

Zgadza się, biorą się z nieświadomości i lęku przed nami. No, ale nie ma w tym nic dziwnego. Skąd bowiem ludzie mają czerpać taką wiedzę? Staram się to zmieniać. W niemal wszystkich szkołach w Kętrzynie prowadziłam lekcje według własnego pomysłu. Wchodziłam i mówiłam do dyrektora: „Dzień dobry, chcę nauczyć dzieci, jak obcować z niewidomymi, jak przeprowadzać nas przez jezdnię”.

 

W jaki sposób dzieciaki do tego podchodzą?

Fantastycznie. Taka lekcja jest dla dzieci ciekawa, bo to coś innego niż matematyka, przyroda, fizyka. Przychodzi babka, która mówi, że nie widzi. Ale zaiwania z laską! Uśmiechnięta od ucha do ucha opowiada, jak prowadzi dom, jak czyta książki, prasę, ogląda filmy i pracuje na komputerze. Nie spotkałam się z tym, żeby dzieci nie wiedziały, do czego służy biała laska, ale pokutuje wśród nich mit, że „ślepak” musi nosić czarne okulary, musi być biedny, źle ubrany. Niekoniecznie uśmiechnięty, a właściwie to musi być smutny.

 

No bo jak tu się z czegoś cieszyć, będąc pozbawionym wzroku…

Otóż to. Zaczynam zawsze od tego: „Kochani, płaczę jak wy i kocham jak wy. Naprawdę czuję jak wy i mam identyczne potrzeby. Tak samo chce mi się pić, tak samo chce mi się jeść. I tak samo pragnę mieć rodzinę, przyjaciół, znajomych, dostęp do kultury”. A potem mówię, jak bardzo mi przykro, gdy ktoś do mnie mówi, że nie widać po mnie, że jestem niewidoma. Jaką miałabym korzyść z tego, gdybym udawała osobę niewidomą? Zapewnianie kogoś o swojej niepełnosprawności jest ostatnią rzeczą, jaką chciałabym robić, i bardzo nieprzyjemną. Nikt, kto porusza się na wózku, nie jest posądzany o to, że siedzi na nim tak sobie dla żartu. Dzieci to rozumieją – chętnie i szybko się uczą, a ta nauka się na nich nie kończy. Spotykam potem ich rodziców i słyszę: „Syn wrócił ze szkoły z wypiekami – cały dzień opowiadał o pani i ja już to wszystko wiem”. I faktycznie wiedzą, że np. musiałam się nauczyć na pamięć, jak działa terminal, gdy płacę kartą, bo przecież on do mnie nie gada. Pamięć mam na szczęście znakomitą.

 

Oferujesz coś naprawdę unikalnego, popartego ogromnym doświadczeniem i autentycznością.

Jestem ekspertem od ślepoty. Nie wstydzę się tak o tym mówić. Przez te wszystkie lata swojej niepełnosprawności opracowałam konspekty odpowiednie dla różnych grup wiekowych, bo takie widowisko prezentowałam młodzieży, dzieciom, a nawet przedszkolakom. Tytułuję swoje spotkania Malowane białą laską, bo wydaje mi się, że faktycznie tą laską coś maluję. Te lekcje są dynamiczne, wesołe. Z dziećmi zawsze trochę ćwiczę, pokazuję im filmy. Podobne zajęcia mam też z dorosłymi.

 

Z takimi grupami jak nauczyciele?

Nauczyciele bardzo chętnie uczestniczą w takich spotkaniach. Z zainteresowaniem spotkałam się też na Uniwersytecie Trzeciego Wieku. Bardzo mnie natomiast dziwi brak zainteresowania w takich instytucjach jak Ośrodek Pomocy Społecznej czy Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie. Tam są przecież opiekunki środowiskowe, pracownicy socjalni. W Kętrzynie proponowałam tym instytucjom, że przyjadę, że zrobię to dla nich za darmo. Panie były oczywiście „zainteresowane”, ale do tej pory się nie odezwały. Tym, jak obsłużyć niewidomego klienta, powinny być też zainteresowane banki, bo ich pracownicy w kontaktach z nami robią mnóstwo błędów… Wiem, że to wynika z niewiedzy, ale również – uwierz mi – z głupoty, z bezrefleksyjności, wręcz z tępoty.

 

Traciłaś wzrok przez prawie 30 lat. Jakie w tym czasie zaszły w naszym kraju zmiany w podejściu do osób niewidomych i niedowidzących?

Coraz mniej osób dziwi to, że chodzimy z laskami do urzędów i na zakupy, że podróżujemy, że pragniemy dostępu do kultury i sztuki. To dla nas naprawdę ważne. Że śpiewamy, czytamy, gotujemy. Że mamy rodziny i rodzimy dzieci. Dużo się zmieniło, a najwięcej chyba w ciągu ostatnich pięciu lat – w tym czasie informacje na nasz temat gruchnęły z dużą siłą. Telewizja Polska ma obowiązek zapewniania audiodeskrypcji przy określonym procencie czasu antenowego – i faktycznie się z tego wywiązuje. Poza tym te zmiany wynikają również z tego, że sami wyszliśmy na ulice. Ja np. zatrudniam asystentkę, bo żyję bardzo aktywnie. Potrzebuję dostać się do miejsca, w którym jeszcze nie byłam, albo zaadresować kopertę, a to przecież są rzeczy, których sama nie zrobię. Asystentka uczy się, jak się ze mną przemieszczać, jakie czytać sygnały, do jakiego stopnia jest mi potrzebna. A potem wiadomo, że ma swoje życie, i opowiada o tym innym ludziom.

 

I świadomość społeczna wzrasta.

Tak, a media bardzo przysłużyły się nam tym, że zaczęły o nas mówić. Powstają filmy o niewidomych, szczególnie pochwaliłabym Carte Blanche Jacka Lusińskiego z 2015 r. Wspaniale, że był taki chłopak – mam na myśli Macieja Białka, pierwowzór głównego bohatera. Pracował jako nauczyciel. Tracił wzrok, ale nie chciał się do tego przyznać i ukrywał to, bo zależało mu, żeby doprowadzić swoją klasę do matury. Bardzo dobrze, że film opatrzono też audiodeskrypcją. Cieszyłam się, że udało nam się z Damianem Nietrzebą, zastępcą burmistrza Kętrzyna, zorganizować bezpłatną projekcję – zaprosiliśmy niewidomych, ich rodziny, pracowników socjalnych. I nauczycielki ze szkół, gdzie uczyłam – stawiły się wszystkie. Ludzie płakali ze wzruszenia. Poza tym widzący mówili potem, że próbowali zamykać oczy i słuchać – dopiero wtedy docierało do nich, jakie to trudne, bo faktycznie wymaga od nas nieprawdopodobnego skupienia i uruchomienia galopującej wyobraźni.

 

Mówiłaś, że sytuacja niewidomych zmieniła się, gdy pojawiła się możliwość zarabiania na skierowanych do was projektach. Jak wygląda ta pomoc ze strony różnych instytucji? Wspominałaś o działaniach państwa i samorządów, o programach unijnych, a jak to wygląda w wykonaniu innych organizacji czy Kościoła?

Z Kościołem nie jestem za pan brat, więc niewiele Ci powiem, ale nie słyszałam, żeby ta instytucja, która tyle mówi o miłosierdziu, wykształciła jakąś wolontariuszkę dla ślepca albo zachęcała do pomocy czy zorganizowania czegoś dla naszego środowiska. Nie ma mowy, żeby zaadresować za niewidomego kopertę albo pójść z nim na spacer. Jeśli natomiast chodzi o zarabianie na nas, to podam konkretny przykład. Dzwoniła do mnie oburzona koleżanka, która jest psychologiem w Trójmieście. Zaproponowano jej funkcję kierownika projektu, ale z tego zrezygnowała. Projekt miał polegać na tym, żeby wskazać niebezpieczne dla niewidomych miejsca – takie, jakie sama kiedyś wskazałam w Kętrzynie. Widzący, którzy obsługiwali ten projekt, dostali 20 tys. zł z 35 tys., które pozyskano na jego realizację. Moja koleżanka dostała 800 zł na integrację. A niewidomych werbowano jako wolontariuszy – za darmo mieli biegać i wskazywać te miejsca.

 

Próbowała coś z tym zrobić?

Wygarnęła im, że są cyniczni, ale myślisz, że powiedzieli: „Ma pani rację, może coś trzeba zmienić?”. Nie, ona jest już na czarnej liście i do żadnego projektu nie chcą jej brać. Wspomnę jeszcze raz o PZN. Kiedy organizują nam warsztaty, nie ma wolontariuszy – tak jak w „De Facto” – którzy by nam towarzyszyli.

Przemieszczamy się komunikacją miejską, z przesiadkami. Jeden przewodnik i szóstka niewidomych. To niezły surwiwal w jesiennym deszczu! Podczas warsztatów dziennikarskich mój mąż poprosił panią prezes o udostępnienie busa dla niewidomych – bo nie mógł zabrać wszystkich do swojego samochodu.

Stwierdziła, że bus ma służyć tylko niewidomym, a mój mąż przecież widzi. Wtedy nie wytrzymałam i spytałam: „To dlaczego pani prezes ma asystentkę i jeździ służbowym samochodem?”. Uprosiłam wydawcę o duży rabat na moją książkę dla Związku. Tłumaczyłam, że nie o mnie chodzi, tylko o pokazanie ludziom i ich rodzinom, że można przełamywać bariery. Nie wzięli ani jednej sztuki, podczas gdy ja sama na spotkaniach autorskich sprzedałam 450. PZN jest też prawdziwym mistrzem w organizowaniu warsztatów i szkoleń dla środowiska. W końcu mają 60 lat praktyki! Kurs szkolący sprzątaczki, ochroniarzy i florystki zwalił mnie z nóg. Upierałam się, że chcę ukończyć kurs na ochroniarza. „Pani jest niewidoma, nie może pani być ochroniarzem” – słyszałam. „No, ale to przecież jest projekt dla niewidomych” – upierałam się. Poza tym wyszło z wywiadu, że jestem zbyt inteligentna. To akurat ucieszyło mnie niezmiernie. I tak nie zostałam ochroniarką. Kto teraz będzie pilnował, żeby ludzie w sklepach nie kradli? To nie był projekt dla niewidomych, ale prawdziwa komedia absurdu, która nadaje się na film.

 

Skoro wróciliśmy na zakończenie do Twojej książki – co dalej z tą kulinarną przygodą?

Dla rodziny, przyjaciół i znajomych jest już druga część pt. Sekrety mojej kuchni. To płyta. Moim najnowszym pomysłem jest książeczka Alfabet z koszyczka – bogato ilustrowane rymowanki o warzywach i owocach. W ten kolorowy sposób chcę zachęcić dzieci do zdrowego odżywiania. Jestem pomysłodawczynią i koordynatorką projektu. Wkrótce w Kętrzyńskim Centrum Kultury odbędą się spotkania: Wierszowanie na straganie, Malowanie na dywanie i Zgadywanie na śniadanie. Opracowałam je specjalnie dla najmłodszych mieszkańców Kętrzyna.

 

Ewa MaksymowiczW wyniku zwyrodnienia barwnikowego siatkówki straciła wzrok, ale pełni wszystkie role społeczne tak jak wtedy, kiedy widziała. Lubi tańczyć, pływać, jeździć na motorze. Żona, matka, kreatorka życia społecznego i kulturalnego. Napisała książkę kucharską dla niewidomych Kuchnia czterech zmysłów.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata