70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. R. Alexander/Getty

Siekiera i sieć

Przemoc jest obietnicą skutecznej interwencji w wadliwym porządku świata. Mąż bije żonę, bo zupa była za słona. Matka bije dziecko, bo nie daje jej spokoju i ciągle płacze. Dziecko bije inne dziecko, bo wygląda inaczej, albo torturuje psa, bo tak mu się podoba. Biały bije (albo zabija) czarnego, nazista Żyda, Serb bośniackiego Muzułmanina, bo ten drugi stoi od pierwszego niżej w hierarchii stworzenia i jest błędem do wyeliminowania w wadliwie skonstruowanej rzeczywistości.

Osobiście uważam, że słuszność jest po pani stronie: przemoc to obrzydlistwo.
Swidrygajłow do Duni Raskolnikow

Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara (1866)

Skupiając się na naszej misji i dostarczając wspaniałych usług, wierzymy, że długoterminowo wytwarzamy największą wartość dla naszych udziałowców i partnerów

Mark Zuckerberg, twórca i CEO Facebooka (2012)

 

Kto wie, czy największy przełom w rozumieniu zjawiska przemocy nie nastąpił za sprawą niemieckiego socjologa Maksa Webera, który w pracy Polityka jako zawód i powołanie zdefiniował państwo jako monopolistę w dziedzinie przemocy fizycznej. „Państwo jest taką wspólnotą ludzką, która w obrębie określonego terytorium (…) rości sobie (z powodzeniem) prawo monopolu na wywieranie prawomocnej przemocy fizycznej”[1]. W świecie nowoczesnym jednostka nie ma już prawa stosować przemocy i dlatego nowoczesność jest także źródłem rozszczepienia, którego nie znał świat przednowoczesny. Od Homera do Schillera znany z literatury samotny mściciel łatwo znajdował swój odpowiednik w życiu codziennym, ale nowoczesna dominacja państwa, posiadającego wyłączny przywilej stosowania przemocy, dokonała w wieku XIX odseparowania rzeczywistości, w której jednostka pod żadnym pozorem nie może używać przemocy wobec innej jednostki, od marzenia, w którym samotny rewanżysta dokonuje naprawy zaburzonego ładu tam, gdzie państwo zawodzi[2]. Klasyczny western np. należy do epoki wczesnonowoczesnej wyobraźni, albowiem nie ma w nim nadrzędnej państwowej struktury politycznej, która wzorowo wywiązywałaby się z dyscyplinowania przestępczości, i dlatego potrzebny jest dodatkowy element – nieustraszona jednostka, której moralna wyższość pozwala stać ponad prawem i to prawo jednocześnie reprezentować. Tak rozumiany western ma się znakomicie do dziś i stanowi główne paliwo fantazji hollywoodzkich, których głównym celem jest podtrzymywanie złudnego przekonania, że jednostka w świecie dzisiejszym może więcej niż bezosobowa władza.

Rambo ze Stallone, Szklana pułapka z Willisem oraz Uprowadzona z Neesonem (by pozostać tylko przy trzech różnych wersjach tego samego scenariusza z różnych dekad) pokazują dobitnie w kolejnych odcinkach, że figura samotnego mściciela, głęboko zakorzeniona w kulturze archaicznej, przechodzi na służbę ideologii w świecie, w którym przemoc indywidualna została całkowicie wyjęta spod prawa przez państwo.

Im głębsza wiara w samotnego rewanżystę, który reprezentuje wszystkie pokrzywdzone jednostki w krainie fantazji, tym mocniejsza jest dominacja scentralizowanego aparatu władzy w rzeczywistości. Filmowa fantazja obiecuje to, czego nie może dać rzeczywistość, podtrzymując jednocześnie nieusuwalną różnicę między obydwoma sferami życia.

Usankcjonowane politycznie rozdzielenie fantazji i rzeczywistości (w fantazji można robić to, czego nie można robić w rzeczywistości) przeniosło przemoc jednostkową w świat wyobrażeń, za pomocą których naprawiamy deficyt przemocy w życiu publicznym. Jeżeli wyłącznie państwo ma monopol na przemoc, jak twierdzą za Weberem wszyscy ministrowie spraw wewnętrznych[3], to tym samym wybór, przed którym stoi jednostka zafascynowana przemocą, jest następujący: albo stanie się realnym przestępcą, który łamie zakaz nałożony przez państwo (w sferze publicznej), albo odda się władzy fantazji (w sferze prywatnej). Tak czy owak, podział na sferę publiczną i sferę prywatną zostanie podtrzymany, a podział ten sam w sobie, wynaleziony i umacniany wraz z rozwojem cywilizacji mieszczańskiej (jak zwykło się przyjmować za Habermasem)[4], jest jednym z ważniejszych powodów znerwicowania kultury nowoczesnej[5]. Władza nowoczesna, uznająca i uzasadniająca tylko własną przemoc, albo penalizuje każde inne użycie przemocy, albo pozwala jej się schronić w prywatnych fantazjach, do których z zasady nie zagląda.

 

Fantazja: psychozy i nerwice

Według jednego, najbardziej rozpowszechnionego, rozumienia fantazja jest filtrem ochronnym przed rzeczywistością, która jest zbyt brutalna, by można ją było znieść. Jednostka chętnie lgnie do świata fantastycznego, gdyż nie za dobrze odnajduje się w świecie realnym, gdzie dominuje brak satysfakcji lub realna groźba fizyczna. Fantazja znakomicie rekompensuje brak zadomowienia w codziennej egzystencji lub niski poziom społecznego uznania i obłaskawia momenty symbolicznej pustki. Tak rozumiana fantazja oddziela starannie porządek wyobrażenia i porządek rzeczywistości: to, co się dzieje w fantazji, nie ma żadnego związku z tym, co się dzieje w świecie aktualnym i dzieje się właśnie dlatego, że związki między tymi dwoma porządkami są kompletnie zerwane. Jeśli fantazja jest zamiast rzeczywistości, to widowisko przemocy, w którym bierze się udział w wyobraźni (lub na porozstawianych wszędzie ekranach), odgrywa się dlatego właśnie w świecie zmyślonym, że nie może się odegrać realnie. Tak pojętą fantazję nazwiemy psychotyczną, zgodnie z intuicją Freuda[6], który psychozy charakteryzował jako zakłócenie relacji między „ja” i rzeczywistością, zakłócenie, które pod wpływem jakiejś traumy (a traumą jest zawsze nadwyżka negatywnych bodźców zewnętrznych, których psychika nie umie przerobić na znaczenie) powoduje stworzenie rzeczywistości alternatywnej, gdzie „ja” bezpiecznie się odnajduje, kreując liczne mechanizmy zabezpieczające przed wtargnięciem świata realnego. Przyjmuje się, że w fantazji psychotycznej, jako że nie ma do niej dostępu rzeczywistość, rozkoszowanie się przemocą jest niegroźne dla otoczenia, choć oczywiście fatalne dla jednostki, która traci zaczepienie w świecie realnym i pogrąża się w otchłani niekomunikacji, jak wszyscy uzależnieni od pornograficznej i wojennej przemocy, lejącej się nieprzerwanymi strumieniami z ekranów telewizorów i komputerów.

Tak rozumianej fantazji psychotycznej można przeciwstawić, znów dzięki Freudowi, fantazję nerwicową. Nerwice Freud charakteryzował jako napięcie między „ja”, czyli rozumną częścią naszej psyche, i namiętnościami, które starają się wedrzeć do „ja” i je zdominować. „Ja” na takie wtargnięcie nie pozwala, wobec czego niebezpieczne namiętności – jak fascynacja przemocą np., która jest tym intensywniejsza, im radykalniej jest potępiana w sferze publicznej zostają ze świadomości wyparte i tylko czekają w utajeniu, by ze zdwojoną energią zaatakować świadomość. Znerwicowana jednostka nie usuwa się biernie ze świata (jak jednostka psychotyczna), ale walczy sama ze sobą, ze swoimi namiętnościami i popędami i stara się za wszelką cenę przed swoimi namiętnościami uciec. Niestety, z rzadka się to jej udaje i życie tego nieudanego uciekiniera z własnej rzeczywistości jest ciągłą walką z tym, czego uznać nie chce. Nerwicowa fantazja nie chce uznać, że fascynacja przemocą jest najgłębszym pragnieniem jednostki, i udaje, że problem w ogóle jej nie dotyczy. Tym samym staje się łatwo jej ofiarą, gdyż namiętności wyparte wracają, jak wiemy, ze wzmożoną siłą i w pewnym momencie stają się nieodpartym motorem działania.

Psychotyk nie jest groźny dla otoczenia, gdyż zdecydował się zamieszkać w osobnej rzeczywistości, z której przejścia do świata nie ma. Jego szanse powrotu do rzeczywistości zamieszkanej przez innych są minimalne i zwiększenie produkcji filmowej przemocy musi powodować intensywną psychotyzację społeczeństwa, która – jak sugerowałem wcześniej – poprzez trzymanie pragnień jednostki z dala od życia publicznego jest gwarantem trwania politycznego status quo.

Co innego z fantazją nerwicową. Tu toczy się ciągła walka o uznanie wewnątrz „ja”, które albo z własnej woli, albo pod wpływem otoczenia (trudno jedno od drugiego odróżnić) nie chce się przyznać przed sobą do fascynacji przemocą. W ten sposób pozornie bezbronne fantazjowanie o przemocy staje się możliwym scenariuszem przyszłego działania, gdy namiętności, nazbyt długo trzymane w resentymentowym szachu, zastępują racjonalną ocenę rzeczywistości. To właśnie fantazje nerwicowe produkują mass shooters, którzy „ni stąd, ni zowąd” (według oceny najbliższych i sąsiadów) pakują do torby cały arsenał broni maszynowej i jadą do szkoły, kina, kościoła albo na koncert dać upust długo wypieranej namiętności. Tak jak psychotyczne fantazje prowadzą do rosnącej liczby samobójstw, czyli obrócenia sił destrukcji przeciwko zaszpuntowanej w sobie jednostce[7], tak fantazje nerwicowe szukają ujścia przemocy na zewnątrz i znajdują ją łatwo w aktach społecznej agresji.

Projekcja destrukcji

No dobrze, skąd jednak w ogóle fascynacja przemocą się bierze? Stąd, że przemoc jest obietnicą bezpośredniej, a przez to skutecznej, interwencji w wadliwym – niebezpiecznym, niezrozumiałym, niewygodnym – porządku świata. Mąż bije żonę, bo zupa była za słona. Matka bije dziecko, bo nie daje jej spokoju i ciągle płacze. Dziecko bije inne dziecko, bo wygląda inaczej, albo torturuje psa, bo tak mu się podoba. Biały bije (albo zabija) czarnego, nazista Żyda, Serb bośniackiego Muzułmanina, bo ten drugi stoi od pierwszego niżej w hierarchii stworzenia i jest błędem do wyeliminowania w wadliwie skonstruowanej rzeczywistości. Ten drugi – bity, maltretowany, torturowany, zabijany – zawsze przeszkadza w przyjętym rozumieniu świata, bo jest obcym wtrętem, podczłowiekiem, ohydnym zwierzęciem. Purytańscy misjonarze widzieli w czarnoskórych niewolnikach dzikie bestie, które należy traktować jak zwierzęta. Raskolnikow rozbija siekierą głowę starej lichwiarki, bo była dla niego pasożytem („Przecież zabiłem tylko wesz, Soniu”), naziści postanowili wytępić Żydów, bo byli dla nich groźną bakterią, Hutu wymordowali setki tysięcy Tutsi, bo widzieli w nich karaluchy. Wytępienie nieludzkiego elementu uzasadnia przemoc, jaką ludzie stosują wobec innych ludzi[8].

W porządku, ale dlaczego? Na to pytanie próbował odpowiedzieć Freud i warto się jego rozumowaniu przyjrzeć, szczególnie dlatego że na tym obszarze panuje wiele nieporozumień[9]. Freud wychodzi od energetycznego rozumienia psychiki. Nasza psyche to suma niestałych energii, czemu przyświadczy każdy, kto raz w życiu cierpiał na wahania nastrojów. Nie przypadkiem „wybuchamy”, kiedy dla energii tej brakuje już miejsca w naszym organizmie, i nie przypadkiem jesteśmy „w depresji”, gdy ta energia się wyczerpuje. Dla energii tej Freud rezerwuje miano popędu i odróżnia dwie grupy popędów. Jedna z tych grup związana jest naszymi namiętnościami, które nieustannie podtrzymują nas przy życiu i chcą, żeby nasze życie nie ustawało. Jasne jest, że popęd seksualny jest głównym popędem w tej grupie, albowiem życie seksualne, które jest środkiem reprodukcji, zmierza do podtrzymania gatunku, który reprezentujemy. Popęd seksualny nie jest „nasz”, ale wspólny i dlatego podtrzymanie życia dzięki niemu obrócić się musi jakoś przeciwko „ja”. Eros, sugeruje Freud, jest wspaniały, ale nie wspaniałomyślny. Ocala gatunek, ale niszczy jednostkę, z czym zaciekle walczył już Schopenhauer. Z tego powodu druga grupa popędów stara się zachować „ja” kosztem gatunkowego przeżycia. „Ja”, instancja rozumna i zrównoważona, jest przeciwko swoim namiętnościom, albowiem te znajdują się na służbie tego, co wykracza poza granice „ja”, które stara się za wszelką cenę tych granic bronić. Nic więc dziwnego, że choć „ja” kieruje się „zasadą rozkoszy”, to jego celem jest śmierć. Brzmi to dziwnie, lecz oparte jest na prostym, logicznym rozumowaniu. Jeżeli nasza energia seksualna – eros – troszczy się o nasze życie na poziomie gatunku, nie zaś na poziomie jednostkowym, zaś tym, co walczy z nią, jest „ja”, któremu zależy na nim samym głównie, to jasne jest, że „ja” nie może kierować się imperatywem życia. Czym więc? Imperatywem homeostazy, czyli ustalenia stałego, niższego poziomu energii, z którego wszelkie „wyskokowe” wydatki energii zostaną wykluczone, w związku z czym „ja” upodobni się do materii nieożywionej. Mówiąc najprościej, Freud uważał, że „ja”, czyli rozumna część ludzkiej psychiki, dąży do zamrożenia swej seksualnej aktywności, gdyż ta robi za dużo niepotrzebnego hałasu. Ideałem „ja” jest życie uspokojone, bez ekscesów, bo tylko ono zapewnia „ja” rozkosz, którą Freud definiuje, wbrew potocznej opinii, nie jako mnożenie bodźców, lecz jako ich brak. „Dążenie do rozkoszy to dążenie do braku podniet”, te bowiem prowadzą nas poza nas i stawiają naszą rozumność w stanie permanentnego zagrożenia. Dlatego „ja” stara się za wszelką cenę przerobić naddatki energii, które dostaje od erosa, na inne cele i w ten sposób dokonuje sublimacji. Energia seksualna zostaje „pohamowana” wewnątrz samego „ja”, które przekierowuje ją w inną stronę. Sublimacja jest deseksualizacją erosa, mówi Freud, a my wszyscy rozumiemy to tak, że wstrzemięźliwość seksualna rekompensowana jest w sztuce, dzięki czemu jedni sztukę wynoszą ponad wir życiowych trosk, drudzy zaś wyzywają artystów od impotentów.

Według Freuda w nas samych, w naszym „ja” – jak w najprostszej komórce życia organicznego – toczy się ostra walka. Energia seksualna jest po stronie życia i parcia naprzód, czemu sprzeciwia się egotyczna „zasada rozkoszy”, czyli hamowania bodźców. Libido, czyli energia seksualna, stara się za wszelką cenę pozbyć popędów destrukcyjnych (ujawnianej przez „ja” tendencji do wyciszania życia) i gdy zyskuje przewagę, udaje się mu popęd do zaniku biologicznej aktywności wyprowadzić na zewnątrz organizmu. Tu właśnie według Freuda rodzi się przemoc i trzeba ten moment precyzyjnie zinterpretować, bo sam Freud miał tu wiele wątpliwości i zastrzeżeń, gdyż wnioski, jakie się narzucają, są ryzykowne.

Przemoc w tej perspektywie wynika z odprowadzenia popędu destruktywnego przez libido. Jest więc, po pierwsze, środkiem ochrony życia gatunkowego przed samozachowawczym instynktem „ja”, które jest samolubne i chce przede wszystkim, żeby nikt mu nie przeszkadzał w błogim istnieniu. Jeśli więc celem libido jest przezwyciężenie samolubnych, autodestrukcyjnych popędów „ja” i obrona życia przeciwko śmierci, to powinniśmy być wdzięczni naszemu libido, naszej energii seksualnej, za trzymanie nas z dala od naszego „ja”. Ale „ja” trudno oddzielić od libido, bo biologia według Freuda nie jest odseparowana od rozumności. Jeśli więc „normalna” eksterioryzacja naszej biologii szkód w świecie nie powoduje, a wręcz przeciwnie, poza przyjemnością daje nam szansę przetrwania dzięki transmisji genów, to przepuszczenie jej przez filtry „ja” „zaraża” ją popędem śmierci, który wyprowadzony na zewnątrz, staje się agresją wobec innych. Wniosek, jaki się tu nasuwa, brzmi trywialnie prosto: życie seksualne broni nas przed śmiercią. Ale w przełożeniu na dyskurs o przemocy hipotezy Freuda nabierają innego, znacznie bardziej złożonego znaczenia. Otóż przemoc nie jest, jak się najczęściej uważa, ślepa, ślepe są raczej nasze seksualne popędy, bo wynikają z biologicznej potrzeby gatunku. Przemoc nie pochodzi z naszych „niskich”, zwierzęcych popędów, ale z ich przepuszczenia przez egotyczne filtry naszej psychiki. Dlatego badacze są zgodni co do tego, że zwierzęta nie używają przemocy, człowiek zaś jest najniebezpieczniejszym zwierzęciem[10] nie dlatego, że ma w sobie animalistyczną przeszłość, ale dlatego, że się tej przeszłości za bardzo chce wyprzeć. To właśnie to wyparcie każe mu, na zasadzie odwróconej projekcji, dehumanizować innych i zmieniać w karaluchy, wszy, psy, tworzące przeszkodę w prostej wizji świata, opartej na niezakłóconej dominacji ego, które bojąc się własnej śmierci, chce doprowadzić do śmierci innych.

 

Uwewnętrznienie teatru wojny

A jednak główne teorie rozwoju cywilizacyjnego poszły za całkowicie odmienną i – mam wrażenie – uproszczoną interpretacją Freuda. Najlepszym przykładem jest często w wieku XX formułowana teza, według której cywilizacja to nic innego jak udana represja namiętności. Najwyraźniej, i w sposób najbardziej wpływowy, stanowisko takie sformułował niemiecki socjolog Norbert Elias, którego dzieło O procesie cywilizacji z roku 1939 położyło podstawy pod rozumienie cywilizacji jako zbawiennej represji[11].

Rozwój cywilizacyjny według Eliasa polega na tym, że człowiek stopniowo zaczyna panować nad swoimi namiętnościami dzięki temu, że wchodzi w system złożonych interakcji z innymi ludźmi, zwanych społecznymi konwencjami. Im więcej konwencji, mówi Elias, tym mniej przemocy, im więcej grzeczności, tym mniej agresji.

Dzięki temu życie staje się „bardziej bezpieczne, ale zarazem też mniej afektywne, mniej dostarcza okazji do bezpośredniego wyładowania namiętności” (507). Postęp nowoczesnej cywilizacji polega więc na zawieszaniu sieci złożonych zapośredniczeń, w które schwytana jest jednostkowa gra namiętności. „Życie w ośrodkach tej sieci powiązań – pisze Elias – wymaga większego samoopanowania, ustawicznego tłumienia afektów i regulacji popędów” (512). Bez wątpienia mówimy tu o nowoczesnym społeczeństwie dyscyplinującym, w obrębie którego surowo karane jest spontaniczne dawanie ujścia namiętnościom. Od niewinnego z pozoru „zakłócania porządku publicznego” po akty niekontrolowanej agresji rozciąga się skala afektywnych zachowań surowo karanych przez społeczeństwo nowoczesne. Co jest w takim razie ważniejsze: wolność czy bezpieczeństwo? Z afektywnego punktu widzenia sprawa jest rozstrzygnięta. Poczucie bezpieczeństwa jest tak cenną zdobyczą cywilizacyjną, że trzyma ona w szachu imperatyw wolnej ekspresji jednostki. Dowodzi tego w oczywisty sposób tzw. sprawa Snowdena[12]. Jak wszyscy pamiętają, Edward Snowden to pracownik Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA), który w 2013 r. ujawnił tajne metody nadzoru obywateli stosowane przez tę rządową agencję amerykańską. Z puntu widzenia państwa Snowden jest przestępcą, albowiem państwo ma obowiązek zawiesić swobody obywatelskie (do których należy w Ameryce wolność od interwencji państwa w życie prywatne), gdy w grę wchodzi niebezpieczeństwo spowodowane terroryzmem. Jeśli przyjmiemy, że przemoc przejawia się nie tylko w biciu czy zabijaniu, lecz także w „przejęciu kontroli nad innym człowiekiem bez jego zgody” (takie rozumienie przemocy pozwala poszerzyć jej zakres poza fizyczne użycie siły), to inwigilacja prywatnej komunikacji Amerykanów bez ich pozwolenia jest niewątpliwie przejawem przemocy państwa nad jego obywatelami. Przemocy, dodajmy, uzasadnionej, albowiem, jak wiemy, państwo rezerwuje dla siebie wyłączny przywilej stosowania przemocy, gdy w grę wchodzi zagrożenie jego istnienia. Cywilizacja ceni bezpieczeństwo swoich podmiotów nade wszystko, nawet  bardziej niż prawdę, o którą dopominają się zwolennicy Snowdena, zapominający o tym, że ujawnianie prawdy (casus WikiLeaks) idzie często w parze z wydawaniem zdekonspirowanych agentów na łatwy łup politycznych wrogów. Z tego punktu widzenia rację mieliby ci, którzy w przedkładaniu prawdy nad bezpieczeństwo upatrują gestu obróconego przeciwko cywilizacji.

W epoce nowoczesnej siatka zależności społecznych stała się tak gęsta, że bezpośrednie odprowadzenie jednostkowych emocji nie jest już ani możliwe, ani tolerowane. W efekcie – i tu pojawia się psychologiczne podłoże teorii o cywilizacyjnym postępie – „teatr wojny zostaje w pewnym sensie zinterioryzowany” (507–508). Oznacza to, że cywilizacja z jednej strony obezwładnia chęć wyładowania emocji, dzięki czemu przestrzeń publiczna wolna jest od jednostkowej przemocy, z drugiej jednak – powoduje ich zakleszczenie w kipiącym od ich nadmiaru człowieku. Jeśli wziąć pod uwagę to, że życie nowoczesne, zwłaszcza pod wpływem postępującej urbanizacji, nie eliminuje emocji, lecz je potęguje[13], musimy dojść do wniosku, że rozwój cywilizacyjny redukuje wprawdzie przemoc zewnętrzną, lecz jednocześnie zwiększa, by tak rzec, przemoc wewnętrzną, czego dowodem jest systematycznie wzrastająca ilość zachorowań na nerwice. Jeśli, jak podaje National Alliance on Mental Illness, jedna na pięć osób w Ameryce cierpi na jakąś formę zaburzeń psychicznych[14] (co daje populację większą niż cała Polska), jasne jest, że w tak zaawansowanym cywilizacyjnie kraju represja przemocy musi przysparzać wielu niewygód, których poluzowanie kończy się od czasu do czasu masakrą w wielkim stylu.

 

W stronę aniołów?

Mimo sporadycznych zgrzytów w dobrze naoliwionej maszynie cywilizacja idzie naprzód, a postęp, wbrew powszechnemu malkontenctwu, istnieje i daje się zmierzyć. Z każdym rokiem ubywa na świecie analfabetów (jest ich już tylko na świecie 15% całej populacji, choć pół wieku temu stanowili oni większość ludzi na Ziemi), mniej ludzi żyje w skrajnym ubóstwie (czyli za mniej niż dwa dolary dziennie), każdego dnia 325 tys. ludzi więcej ma dostęp do prądu, a 300 tys. do pitnej wody. Od 1990 r. 100 mln dzieci zostało uratowanych dzięki rozmaitym szczepionkom i profilaktyce, a średnia długość życia w takim państwie jak Etiopia wzrosła przez ostatnie pół wieku o 100% od 33 lat do 65[15]. I wreszcie, co najważniejsze, „mniej jest na świecie przemocy”.

Tak brzmi główna teza bestsellerowej książki psychologa z Harvardu Stevena Pinkera, a jej tytuł – Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury (The Better Angels of Our Nature: Why Violence Has Declined)[16] – sugeruje, w którą stronę zmierza zachodnia cywilizacja. Cóż takiego sprawiło, że ewolucja naszego gatunku biegnie po trajektorii zmniejszającej ilość przemocy stosowanej wobec człowieka przez człowieka? Pinker wyróżnia sześć głównych tendencji. Po pierwsze, było to przejście od anarchicznego społeczeństwa łowiecko-zbierackiego do osiadłego społeczeństwa rolniczego zdolnego do zakładania miast, prowadzenia handlu między poszczególnymi grupami i zagwarantowania bezpieczeństwa mieszkańcom przed wrogimi najazdami. Po drugie – tu Pinker idzie drogą wyznaczoną przez Eliasa – jest to spadek ilości zabójstw między późnym średniowieczem i wiekiem XX, powiązany z centralizacją władzy i eliminacją politycznego rozdrobnienia (a więc także z ujednoliceniem regulacji prawnych powstrzymujących przed użyciem przemocy). Po trzecie, Pinker uwzględnia stopniowe pojawianie się i umacnianie ruchów walczących z rozmaitymi formami przemocy, od abolicjonizmu do kampanii na rzecz zniesienia walk byków. Po czwarte, istotna jest eliminacja po II wojnie światowej konfliktów między wielkimi mocarstwami. Po piąte, Pinker podkreśla spadek po zakończeniu zimnej wojny (1989) ilości wszelkich zorganizowanych konfliktów na świecie (w co trudno uwierzyć, ale statystyki nie kłamią). Po szóste wreszcie, nie bez znaczenia jest rozwój ruchów walczących o prawa kobiet, dzieci, mniejszości seksualnych i zwierząt.

Tych sześć tendencji musiało i nadal musi walczyć z „wewnętrznymi demonami”, których analiza daje Pinkerowi powód do opowiedzenia się po stronie złożoności ludzkiej natury, o jakiej nie sposób jednoznacznie wyrokować, czy jest dobra czy zła, czy jest naturalnie skłonna do przemocy, czy przemoc jest czymś narzuconym jej z zewnątrz. „Agresja nie jest pojedynczą pobudką, a tym bardziej narastającym popędem [mounting urge]. Agresja jest związana z szeregiem systemów psychicznych, które mają różne czynniki uruchamiające, różną logikę wewnętrzną, różne podstawy neurobiologiczne i różny rozkład społeczny”[17]. Czynniki te to: przemoc instrumentalna (stosowana do osiągnięcia jakiegoś celu), dominacja (dążenie do władzy), zemsta (pragnienie odwetu), sadyzm (czerpanie przyjemności z ludzkiego cierpienia) i ideologia (uzasadnienie użycia przemocy dla dobra jakiejś grupy). Wszystkie te negatywne skłonności ludzkie (które mogą, ale nie muszą się rozwinąć w jednostce, gdyż wszystko zależy od splotu rozmaitych czynników: od układu genów po układ sił politycznych na świecie) bywają korygowane przez „lepsze anioły” naszej natury: empatię, samokontrolę, zmysł moralny i rozum. I wreszcie Pinker wymienia pięć sił historycznych, odpowiedzialnych za odwrót przemocy z naszego życia: wspomniany już monopol państwowy na przemoc, upowszechnienie handlu (kontrahenta wymiany należy raczej szanować, niż bić), feminizację (stopniowe docenianie interesów kobiet i wzrost szacunku do nich[18]), kosmopolityzm (uznanie za istotną perspektywy innych ludzi) oraz racjonalizm, czyli zdolność oceny zysków płynących z zaniechania aktów przemocy.

Książka Pinkera to imponujące dzieło, którego teza – ewolucja człowieczeństwa zmierza w stronę spadku przemocy i poszerzenia oświecenia – jest przekonująco dowodzona na tysiącu stron za pomocą jednoznacznych wykresów i statystyk. Jednocześnie jest to książka o ludzkiej naturze z tezą pomocniczą, która głosi, że żadna z prostych teorii opisujących istotę człowieczeństwa (człowiek jest dobry, tylko okoliczności są złe, albo człowiek jest zły i trzeba go siłą powściągać przed przemocą) nie jest prawdziwa. „Natura ludzka mieści w sobie motywy, które popychają nas do przemocy, takie jak grabież [predation], dominacja i zemsta, ale również motywy, które – w odpowiednich okolicznościach – popychają nas w stronę pokoju, takie jak współczucie, sprawiedliwość, samokontrola i rozum”[19]. Dopiero uwzględnienie wszystkich tendencji, wewnętrznych demonów, lepszych aniołów i sił historycznych pozwala zrozumieć złożoną naturę człowieka, znajdującą się w kruchej symbiozie ze zmiennymi siłami cywilizacyjnego rozwoju. Zmierzch przemocy to także książka, która dość skutecznie chroni przed konserwatywną iluzją, że przeszłość jest lepsza od teraźniejszości, a objawienie chroni przed oświeceniem. Choć agresywne popędy rozwijały się w człowieku od początku hominizacji, to jednak z biegiem stuleci zaczął on rozumieć, że przemoc jest narzędziem obosiecznym, a więc niewartym kultywacji. W tym sensie Pinker jest oświeconym optymistą, o czym świadczy także najnowsza jego książka, wynikająca z poprzedniej: Enlightenment Now: The Case for Reason, Science, Humanism, and Progress (2018).

 

Groza większego terroru

A jednak książka Pinkera, choć powalająco erudycyjna i wsparta dziesiątkami wykresów, przekonuje tylko w części. Tej, w której autor dowodzi, za Eliasem w gruncie rzeczy, że nowożytność (od renesansu) i jej późniejsza mutacja nowoczesność (od oświecenia) charakteryzuje się stopniową likwidacją przemocy. Ale Pinkera interesuje tylko powierzchnia rzeczy, czyli ofiary przemocy bezpośredniej, fizycznej: zabici w czasie wojny, pobici przez partnera, molestowani przez dorosłych, widomie okaleczeni przez celowe użycie siły. Tym, co umyka jego uwadze, jest przemoc, której efektów nie sposób zobaczyć gołym okiem, której nie sposób ująć w prostych statystykach i której źródło niełatwo wskazać. Tym, czego nie ma w książce Pinkera i co tym samym znacznie osłabia jego wywód, jest przemoc systemowa. Pewnie jako jeden z pierwszych różnicę między dwoma rodzajami przemocy dostrzegł Mark Twain w powieści A Connecticut Yankee in King Arthur’s Court (1899): „Jeśli chcemy o tym pamiętać i zastanowić się, musimy dojść do wniosku, że istniały dwie »epoki terroru [Reigns of Terror]«. Jedna dokonywała morderstw w szalonej pasji, druga – bezlitośnie i z zimną krwią; jedna zadała śmierć dziesięciu tysiącom osób, druga stu milionom. Ale w nas wywołuje dreszcz tylko groza mniejszego terroru [»horrors« of the minor Terror], chwilowego terroru, że tak powiem. Tymczasem czym jest groza szybkiej śmierci od topora w porównaniu z trwającym całe życie umieraniem z głodu, zimna, zniewag, okrucieństwa i rozpaczy? (…) Tak pilnie uczono nas ubolewać nad tym krótkim terrorem, tak starannie uczono nas, byśmy przed nim drżeli – a przecież trumny z jego ofiarami zmieściłyby się na miejskim cmentarzu; lecz cała Francja nie wystarczyłaby na pochowanie trumien starszego i prawdziwego terroru”[20].

Czym jest przemoc systemowa? Nie sposób jej zobaczyć, bo swych efektów nie pokazuje wprost, natychmiast, przed naszymi przerażonymi oczami, lecz w rozproszeniu i ukryciu. Nie jest związana z żadnym konkretnym działającym podmiotem, który stosuje siłę fizyczną, lecz wpływa na działania jednostek, które – w odpowiedzi – dokonują aktów subiektywnej przemocy i następnie są przez tę samą instancję, jaka spowodowała ich działania, karani za wykroczenie przeciwko prawu. Slavoj Žižek pisze, że „powinniśmy jednak nauczyć się patrzeć na te zjawiska z większym dystansem, powinniśmy być obojętni na złudny czar rzucającej się w oczy przemocy subiektywnej, której sprawców łatwo da się zidentyfikować. Ważniejsze jest dostrzeżenie tła, na jakim dochodzi do takich wybuchów. Wystarczy zrobić krok w tył, by ukazała się przemoc wpisana w nasze własne działania podejmowane w imię tolerancji i zwalczania przemocy”[21].

Z tego powodu Žižek sugeruje, że – nie tracąc z pola widzenia przypadków przemocy subiektywnej w postaci zbrodni, aktów terroru, międzynarodowych konfliktów – musimy nauczyć się dostrzegać ich obiektywne, systemowe uzupełnienie. Po pierwsze, jest nim przemoc symboliczna, wpisana w strukturę językowej komunikacji (mechanizm ten ujawnia skutecznie dynamicznie rozwijająca się kampania #MeToo, nagłaśniająca mechanizmy seksualnej przemocy obecne w języku i zachowaniach wojującego maskulinizmu). Po drugie zaś, jest to „obiektywna” przemoc wpisana w gładkie funkcjonowanie naszych ekonomicznych i politycznych systemów. Pułapka tkwi w tym, że przemoc subiektywna i obiektywna nie mogą być postrzegane z tej samej perspektywy: przemoc subiektywna jest doświadczana jako taka na tle pozbawionego przemocy poziomu zero „uprzejmości”. Jest widziana jako zakłócenie normalności, pokojowego stanu rzeczy. Przemoc obiektywna jest niewidzialna, gdyż podtrzymuje ów standardowy poziom zero, na tle którego postrzegamy coś jako przykład przemocy subiektywnej.

Sprzeczność między tymi dwoma rodzajami przemocy jest widoczna wszędzie tam, gdzie oburza nas (słusznie) strzelanina na południu Chicago, w dzielnicy afroamerykańskiej, ale nie oburza (niesłusznie) ani segregacja rasowa, ani niesprawiedliwość amerykańskiego systemu penitencjarnego[22], będącego w dalszym ciągu podporą rasistowskiej ideologii[23]. Widoczna jest ona także wtedy, gdy oburzamy się na alterglobalistów, rzucających kamieniami w ochroniarzy najbogatszych ludzi świata, rozważających w Davos, jak stać się jeszcze bogatszymi, a nie oburza nas to, że bogactwo to stało się możliwe dzięki ograbianiu kasy publicznej, stosowaniu upokarzająco niskich stawek godzinowych albo zatrudnianiu nieletnich. Przemoc subiektywna, widzialna i karalna, jest bardzo często dramatyczną, konwulsyjną i instynktowną obroną przed własną niemocą spowodowaną przemocą obiektywną[24]. Brak zatrudnienia, segregacja rasowa i etniczna, poczucie dramatycznej alienacji społecznej, głodowe stawki za ciężką pracę, dyskryminacja rasowa, płciowa, ekonomiczna, ograniczenie praw obywatelskich, wszystkie te zjawiska, które określamy łagodnym mianem „niesprawiedliwości społecznej”, są przejawami systemowej przemocy, która w świecie opartym na gospodarce kapitalistycznej i nierówności rasowej ruguje stopniowo spektakle przemocy subiektywnej, dzięki czemu wytwarza cywilizacyjne alibi dla swojej potęgi. Jeśli kapitalizm przyczynił się do zahamowania przemocy na świecie, to znaczy, że jest najlepszym z możliwych światów – tak argumentują prawnukowie Leibniza z Wall Street po lekturze Pinkera. Tymczasem trudno nie zauważyć, że kosztem konfliktów powodowanych przez pojedynczych ludzi lub państwa rośnie intensywność przemocy niewidzialnej, wpisanej w podstawowe reguły kapitalistycznego świata, z anonimową korporacją jako głównym podmiotem i fundamentalną zasadą zysku jako celu wszelkiego działania. Papież neoliberalnej ekonomii Milton Friedman dowodził w 1970 r., że korporacji nie wiąże żadna odpowiedzialność społeczna poza pogrubianiem portfeli jej udziałowców. Biznesmen, który uważa inaczej, jest – według Friedmana – „nieświadomą kukiełką w rękach sił intelektualnych, które w ciągu ostatnich dziesięcioleci podkopywały podstawy wolnego społeczeństwa” [25]. Dziś wiemy dobrze, że na „podstawach wolnego społeczeństwa” zbudowano murszejący gmach społecznej niesprawiedliwości, w którym systemowa przemoc ekonomiczna i ideologiczna generuje niezliczone akty przemocy jednostkowej, unikając nie tylko kary, ale i potępienia[26].

 

W sieci

Między 1650 r. i 1960 r. przemoc została powstrzymana w Europie, pisze francuski historyk Robert Muchembled w książce Une histoire de la violence[27], uprzedzając argumenty Pinkera. Wspomniane daty wyznaczają dwie traumy: okres po pokoju westfalskim kończącym horror wojny 30-letniej (1618–1648), a ściślej: 100 lat krwawej walki katolików z protestantami o dominację w Europie, oraz zakończenie wojen kolonialnych, które nastąpiły po paroksyzmie dwóch wojen światowych. Nie zdecydowały o tym ani względy religijne, ani moralne (nikt nie stwierdził, że należy nagle być szlachetniejszym wobec drugich), lecz polityczne. Centralizująca się władza państwowa traktowała przemoc – tradycyjne medium rozwiązywania konfliktów społecznych – jako wewnętrzne zagrożenie dla siebie, w związku z czym dokonała podwójnej pacyfikacji: po pierwsze, uznała przemoc za uzasadnioną tam, gdzie mogła jej skutecznie użyć, czyli w ramach zewnętrznego konfliktu lub słusznej wojny, natomiast tam, gdzie przemoc stanowiła zagrożenie społecznego ładu (a więc zagrożenie dla władzy), zastosowano bezlitosną kryminalizację. W ten sposób państwo stało się wyłącznym dysponentem przemocy, czego dowodził już Weber, ale państwo dokonało czegoś więcej, mianowicie umożliwiło rozdział męskich ról społecznych, który pokrywał się z umacniającym się od XVII w. ostrym podziałem na życie publiczne i prywatne. W tym pierwszym dominował „władczy” mężczyzna, zdolny do brutalnych czynów, gdy uzasadniała to racja stanu, w tym drugim – pokojowo usposobiony obywatel, przykładny ojciec i mąż, strażnik domowego ogniska. Łatwo sobie wyobrazić, co stało się, gdy zabrakło „zewnętrznego” ujścia przemocy z powodu ustania międzynarodowych konfliktów na wielką skalę.

Przemoc nie zniknęła, lecz zmieniła adres.

„Władczy” mężczyzna bez trudu przeniósł swoją potrzebę dominacji na dom, a ten stał się odtąd – słowa Eliasa dotyczące ludzkiej psychiki – „uwewnętrznionym teatrem wojny”, gdzie mężczyzna odgrywa rolę absolutnego suwerena, w którego mocy jest wprowadzenie stanu wyjątkowego bez żadnego powodu. Nie ma co ukrywać, że rozkwit przemocy domowej w społeczeństwach nowoczesnych był na rękę władzy, która, zadowolona z przeniesienia brutalnych konfliktów z przestrzeni publicznej w sferę prywatną, długo nie chciała interweniować w intymne relacje wewnątrz rodziny. Nie ma co także ukrywać, że wykorzenienie przemocy z życia publicznego dokonało się najszybciej w potęgach kolonialnych – Francji i Anglii. W wieku XIX, jak podkreśla Muchembled, radykalna kryminalizacja społeczeństwa dokonywała się równolegle do eksportu lokalnej przemocy do zamorskich posiadłości, a że lokalna przemoc zawsze szła „od dołu” społecznej hierarchii, arystokratyczną obawę przed potencjalnymi buntownikami rozwiewano, wysyłając ich do brutalnej pracy nad zakładaniem i ochroną kolonii. Nie sposób nie dostrzec tu oczywistej analogii. Tak jak Freudowskie „ja” rządzi się zasadą rozkoszy, czyli braku nadmiernych bodźców, tak i nowoczesna władza państwowa panicznie boi się afektywnych „ruchawek”. Obydwie instancje muszą pacyfikować podniety płynące  „od dołu” za pomocą represji sporych mas energii, która niepoddana administracyjnej / rozumnej kontroli, łatwo wybucha na zewnątrz w postaci aktów przemocy.  Analogia ta wynika stąd, że zarówno nowoczesna władza dyscyplinująca, jak i nowoczesne rozumienie psychiki ludzkiej sformalizowane przez Freuda opiera się na tej samej koncepcji podmiotu, którego jedna, rozumna część musi nieustannie troszczyć się o to, żeby część nierozumna nie doszła do głosu. Choć Freud, jak wielu polityków, ciągle podkreśla, że część nierozumna i rozumna z jednej ulepione są gliny, to jednak zadaniem psychoanalizy, podobnie jak nowoczesnej polityki, jest przywrócenie podmiotowi pełnej rozumności, czyli powściągnięcie buntowniczej energii nieświadomych popędów, które znajdują łatwą analogię w bezmyślnych wyborcach niewiedzących, co czynią.

 

Od korpusu do korporacji

Prawie pół wieku temu Hannah Arendt dokonała radykalnego rozróżnienia między władzą (power) (a więc i polityką) i przemocą (violence), tę drugą przypisując jedynie tym, którzy władzy są pozbawieni[28]. Przemoc w rozumieniu Arendt wychodzi poza politykę, gdyż jest jedynie środkiem do osiągnięcia jakiegoś celu, podczas gdy władza może być celem samym w sobie.

Dziś jednak – w epoce turbokapitalizmu – wyraźnie już widać, że polityka traci swą uprzywilejowaną pozycję na rzecz nieograniczonej władzy kapitału. Oznacza to, że podmiotem władzy nie jest już żadne „ja”, lecz anonimowy mechanizm ekonomiczny, na którym zbudowane jest funkcjonowanie wielkich korporacji. Podobnie po drugiej stronie: przedmiotem władzy nie jest – jak dawniej – ciało pojedynczego człowieka, corpus, ale stworzony przez komputerowy algorytm podmiot konsumpcyjny.

Powiedzmy więc, że odróżnienie władzy od polityki, które jeszcze dla Arendt było nie do pomyślenia, opiera się na unieprzejrzystnieniu źródła, z którego władza wypływa. Tradycyjna polityka domaga się przejrzystości, gdyż transparentność życia publicznego stanowi podstawę demokracji, a i w każdym reżimie totalitarnym łatwo źródła władzy zlokalizować, a więc i także władzę zmienić. Polityka musi być widoczna, jeśli ma być poddana testowi publicznego rozliczenia, i musi być przypisana do łatwo identyfikowalnych podmiotów, działających w imieniu rozpoznawalnych grup, nawet jeśli, jak w dyktaturze, grupa ta sprawuje władzę bezpośrednio. Zasady te nie obowiązują jednak w świecie władzy kapitału, którego nieprzejrzyste mechanizmy znajdują symboliczny wyraz w odbijających światło ścianach wieżowców największych korporacji, zamienionych w gigantyczne weneckie lustra, zza których widać cały świat, lecz przez które wzrok nie może się przedrzeć. Jako że kapitał zmierzał od samego początku do zadomowienia się w przestrzeni wirtualnej[29], wolnej – co rozumiał już Marks – od bezpośredniego kontaktu między ludźmi, wirtualna przestrzeń internetu jest „naturalnym” środowiskiem turbokapitału, który śledzi każdy krok konsumenta znacznie lepiej niż najbardziej wyspecjalizowane służby państwowe[30]. Jeśli przemoc można definiować jako ubezwłasnowolnienie jednego podmiotu przez drugi, a nie tylko zadanie mu cielesnych razów, jesteśmy obecnie świadkami bezprecedensowego, postnowoczesnego zwrotu w rozumieniu przemocy, który polega na odklejeniu przemocy od identyfikowalnego sprawcy. Przemoc fizyczna, która istnieje i zawsze będzie istnieć i która zawsze będzie budziła w nas, jak w Swidrygajłowie, oburzenie i lęk, jeśli nie jest uzasadniona przez państwo (wtedy łatwiej się na nią godzimy), jest powoli, acz stanowczo wypierana przez przemoc całkiem innego rodzaju, przemoc systemową i wirtualną, której poddajemy się tym chętniej, im mniej zasadza się ona na pacyfikacji, kryminalizacji i dyscyplinowaniu, bardziej zaś na budzeniu w nas złudzenia, że jesteśmy panami naszych własnych wyborów. Wiedząc wszystko o naszych gustach, stanie majątkowym (dzięki ścisłej współpracy z firmami obsługującymi karty kredytowe), sytuacji rodzinnej, historii intymnej, tworząc na podstawie tych danych algorytm konsumenta, Facebook, bezapelacyjny monopolista w świecie reklamy cyfrowej, przemienia nas w łatwe ofiary merkantylnej przemocy, o którą sami usilnie błagamy. Choć dzięki rozmaitym zabiegom politycznym ilość przemocy fizycznej maleje w świecie, przemoc bezosobowa rozwija się w najlepsze, tworząc idealne środowisko dla przetrwania nieograniczonej władzy kapitału. W świecie postpolitycznej postnowoczesności przemoc przeniosła się do sieci i tam czeka na nasze słabości. Ludzie coraz mniej cierpią z powodu wojen, gdyż prawdziwa wojna toczy się gdzie indziej.

 

[1] M. Weber, Polityka jako zawód i powołanie, w: tenże, Racjonalność, władza, odczarowanie, wybór, wstęp, tłum. M. Holona, Poznań 2011, s. 266 (wyróżnienia autora).

[2] O tej dialektyce państwowego monopolu i „fantazmatu moralnego stanu wyjątkowego” wpisanego w akty zemsty pisze P. Sloterdijk w książce Czas i gniew. Esej polityczno-psychologiczny, tłum. A. Żychliński, Warszawa 2011, s. 59–65.

[3] Tak właśnie, niemal wiernie cytując Maksa Webera, uzasadniał działania policji wymierzone przeciwko przestępczości stadionowej w 2013 r. ówczesny minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz. Zob. http:// wyborcza.pl/1,76842,14470719,Sienkiewicz_o_ kibolach__Monopol_na_przemoc_ma_panstwo_.html (dostęp: 18 stycznia 2018).

[4] Zob. J. Habermas, Strukturalne przeobrażenia sfery publicznej, tłum. W. Lipnik,  M. Łukasiewicz; Warszawa 2007.

[5] O innych powodach tego samego zjawiska pisze Karen Horney w klasycznej już książce The Neurotic Personality Of Our Time, Norton: New York 1937 (przyswojonej w Polsce dopiero 40 lat później pod tytułem Neurotyczna osobowość naszych czasów, tłum. H. Grzegołowska, Warszawa 1976).

[6] S. Freud, Nerwica i psychoza, w: tenże, Psychologia nieświadomości, tłum. R. Reszke, Warszawa 2009.

[7] Według danych American Foundation for Suicide Prevention rocznie samobójstwo popełnia 45 tys. Amerykanów, choć próbę podejmuje 25 razy więcej, czyli ponad milion (zob. https://afsp.org/about-suicide/suicide-statistics/ (dostęp 18 stycznia 2018). Jak wynika ze światowego raportu opublikowanego w „World Psychiatry” w 2002 r. na podstawie danych zebranych przez Światową Organizację Zdrowia (WHO), 90% samobójców w chwili śmierci miało zdiagnozowaną chorobę umysłową. Zob. J.M. Bertolote, A. Fleischmann, Suicide and psychiatric diagnosis: a worldwide perspective, „World Psychiatry”, październik 2002, s. 183. Wśród tej grupy najwięcej, bo 35%, zdiagnozowanych przypadków to „wahania nastrojów” (mood disorders).

[8]  Zob. D.L. Smith, Less Than Human: Why We Demean, Enslave, And Exterminate Others, Nowy Jork 2011.

[9] Biorę w tej wykładni pod uwagę następujące teksty Freuda, zebrane w tomie: Psychologia nieświadomości, dz. cyt.: Uwagi na temat dwóch zasad procesu psychicznego, W kwestii wprowadzenia narcyzmu, Popędy i ich losy, Wyparcie, Nieświadomość, Poza zasadą rozkoszy, „Ja” i „to”, Ekonomiczny problem masochizmu.

[10] D.L. Smith, The Most Dangerous Animal: Human Nature and the Origins of War,  Nowy Jork 2007.

[11] N. Elias, O procesie cywilizacji. Analizy socjo- i psychogenetyczne, tłum. K. Markiewicz,  T. Zabłudowski, Warszawa 2011. Wszystkie cytaty z tego wydania z podaniem strony.

[12] Zob. G. Greenwald, Snowden. Nigdzie się nie ukryjesz, tłum. B. Gadomska, Warszawa 2014.

[13] Jak głosi klasyczna teza Georga Simmla wyrażona w eseju o życiu wielkomiejskim: Mentalność mieszkańców wielkich miast, w: tenże, Socjologia, tłum. M. Łukasiewicz, Warszawa 1975.

[14] Zob: https://www.nami.org/Learn-More/Mental-Health-By-the-Numbers (dostęp: 14 stycznia 2018).

[15] Dane z prowadzonej przez badacza z Oksfordu Maksa Rosera globalnej statystyki. Zob. https:// ourworldindata.org/.

[16] Dosłownie: Lepsi aniołowie naszej natury. Jest to cytat wzięty z przemówienia inaugurującego prezydenturę Abrahama Lincolna w 1861 r. W polskim przekładzie (S. Pinker, Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury, tłum. T. Bieroń, Warszawa 2015) słusznie zdecydowano się odejść od niezrozumiałego w polskim kontekście cytatu z Lincolna.

[17]  S. Pinker, The Better Angels Of Our Nature: Why Violence Has Declined, Nowy Jork 2012, s. XXV  (wersja polska: Zmierzch przemocy. Lepsza strona naszej natury, Kindle Locations 213–215).

[18] „Ponieważ przemoc jest zajęciem głównie męskim (male pastime), kultury upodmiotowiające kobiety (empower women) z reguły odchodzą od gloryfikacji przemocy i mniej sprzyjają powstawaniu niebezpiecznych subkultur złożonych z wykorzenionych młodych ludzi (The Better Angels, s. XXVI; Zmierzch przemocy, Kindle Locations 239–240). Tej maskulinizacji przemocy, dodajmy, odpowiada kilkakrotnie (3,5 raza) większy odsetek mężczyzn popełniających samobójstwo.

[19] S. Pinker, The Better Angels, s. 483; Zmierzch przemocy, Kindle Locations 11980–11982.

[20] M. Twain, Jankes na dworze króla Artura, tłum. A. Kreczmar, Warszawa 1995, s. 73.

[21] S. Žižek, Przemoc. Sześć spojrzeń z ukosa, tłum. A. Górny, Warszawa 2010, s. 5.

[22] Jak wiadomo, Stany Zjednoczone są pierwsze na czarnej światowej liście więziennictwa, z ponad 2 mln osadzonych w instytucjach korekcyjnych.

[23] M. Alexander, The New Jim Crow: Mass Incarceration in the Age of Colorblindness, Nowy Jork  2010.

[24] O tym właśnie zdaje się mówić La haine (Nienawiść), film Matthieu Kassovitza z 1995 r., opowieść o trójce zmarginalizowanych imigrantów z podparyskiego banlieu, którzy toczą ciągłą wojnę z policją francuską, ale tak naprawdę bezskutecznie walczą o własne upodmiotowienie, czyli odrzucenie roli ofiary przemocy wpisanej w etniczną segregację.

[25] M. Friedman, The Social Responsibility of Business Is To Increase Its Profits, „The New York Times”,  13 września 1970, s. 33.

[26] Jak doniósł „The New York Times” 16 stycznia 2018, Laurence D. Fink, CEO BlackRock, największego funduszu inwestycyjnego na świecie (zarządzającego 6 trylionami dolarów), wystosował do wszystkich podlegających mu korporacji list, w którym domaga się od nich zwiększenia „wkładu w życie społeczne”, a nie tylko mnożenia zysku. Czy jest to znak radykalnego odwrotu od „doktryny Friedmana” czy tylko jednostkowy performance, pokaże czas.

[27]  R. Muchenbled, Une histoire de la violence, Paryż 2008.

[28] H. Arendt, On Violence, Londyn 1970, s. 53.

[29] Najlepiej opisał to J. Vogl w książce Widmo kapitału, tłum. K. Sosnowska, Warszawa 2015, określając kapitalistyczny rynek finansowy jako „gładki, autoreferencyjny wszechświat” (s. 91).

[30] Recenzując najnowsze publikacje na temat Facebooka, John Lancaster nazwał korporację Zuckerberga „największym w historii ludzkości przedsięwzięciem opartym na nadzorowaniu” (the biggest surveillance-based enterprise in the history of mankind). Zob.: J. Lancaster, It Zucks!, „The London Review of Books”, 17 sierpnia 2017, s. 7.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter