fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Magdalena Smoczyńska / fot. A. Bedyńska / Agencja Gazeta

Siedzę na kupie gruzów

Gdy zdarzało mi się być na mszy, to podczas Credo milkłam, gdy inni mówili: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Nie mogłam tak powiedzieć.

W trakcie kilku publicznych dyskusji wyznała Pani, że nie uważa się już za katoliczkę. Co to w praktyce oznacza?

Ostateczne odejście od Kościoła katolickiego. Byłam w nim ponad 70 lat. A teraz jestem byłą katoliczką.

Ale nie dokonała Pani formalnej apostazji.

Nie. I nie zamierzam jej dokonywać. Każdy ma prawo sam określać swoją tożsamość, w tym wyznaniową. Dlaczego miałabym prosić o cokolwiek instytucję, w której autorytet nie wierzę? Dla mnie to nie ma sensu.

Co wywołało Pani decyzję?

To był długi proces. Od dawna wiele rzeczy w polskim Kościele mi się nie podobało. Trzymałam się jednak zasady wpojonej mi w domu i w środowisku, w którym się obracałam, że można, a nawet trzeba, krytykować złe zachowania osób reprezentujących Kościół, ale z wewnątrz, jako katolicy. Żeby zawsze pamiętać, że księża, biskupi to tylko ludzie, którzy mogą być grzeszni, ale Kościół jest święty.

Jednak z roku na rok narastało we mnie zgorszenie – w sensie ewangelicznym. Coraz bardziej stawało się dla mnie jasne, że wielu księży i biskupów nie wierzy w naukę Chrystusa i nawet nie próbują się do niej stosować, bo mają inne priorytety. I że Kościołowi jako instytucji to wcale nie przeszkadza.

Co było powodem tego zgorszenia?

Działalność Tadeusza Rydzyka, której nikt nie potrafił (czytaj: nie chciał) przerwać. Radia, które propaguje wrogość i pogardę wobec wszystkich ludzi innych niż sztandarowy Polak-katolik. Które, żerując na kompleksach prostych ludzi, budzi nacjonalizm i ksenofobię; a strasząc starych ludzi piekłem, bezwstydnie wyciąga od nich wdowi grosz. Nazwa tego radia: „Maryja” jest bezwstydną uzurpacją i obelgą rzuconą w twarz Matki Boskiej. To jest prawdziwym skandalem, a nie tęczowe aureole na częstochowskim wizerunku, które miały powiedzieć tylko tyle, że Maryja z Dzieciątkiem obejmują swą miłością wszystkich, a szczególnie osoby wykluczone i prześladowane, a takimi są u nas niewątpliwie osoby nieheteronormatywne.

A inne rażące Panią sprawy?

Jawne, aktywne popieranie nacjonalizmu przez paulinów na Jasnej Górze, organizowanie za aprobatą władz kościelnych i państwowych mityngów kiboli i narodowców. Gołym okiem widać, że to faszyzm. On się nie rodzi – on już jest, i hula w najlepsze. A przecież wiemy, do czego faszyzm doprowadził w XX w.


Więcej tekstów o byciu w Kościele i odejściach od niego w wydaniu papierowym i elektronicznym „ZNAKU” (nr 775, grudzień 2019 r.).


 

Następnie coraz bardziej otwarcie demonstrowany alians przedstawicieli kleru i episkopatu z obecną władzą, pielęgnowany przez obie strony dla wzajemnych zysków politycznych i ekonomicznych.

Tolerowanie przez kościelnych zwierzchników wypowiedzi pojedynczych księży, w tym i księży profesorów, które nie tylko urągają zdrowemu rozsądkowi, ale stoją w jawnej sprzeczności z przesłaniem Ewangelii. I jednocześnie brutalne i nader skuteczne uciszanie odważnych księży-sygnalistów. Których zresztą jest bardzo mało, zdumiewająco mało.

Last but not least, otwarte ignorowanie i podważanie autorytetu papieża Franciszka i jego prób przywracania zasad ewangelicznych.

Ostatni rok można by nazwać Festiwalem Grzechów Głównych z kościelną pedofilią jako motywem wiodącym. Ale molestowanie seksualne dzieci przez duchownych, to nie jest „zwykły” grzech nieczystości, jak się wielu księżom i biskupom wydaje. To zbrodnia. Może wypadałoby zaktualizować listę grzechów wołających o pomstę do nieba? Dorzućmy jeszcze do 7 grzechów głównych: hipokryzję, zakłamanie, milczenie wobec nieprawości. Wszystko to ciasno upakowane w oblężonej twierdzy, rozpaczliwie broniącej się przed atakami wrogich sił. Lud Boży wzywany jest przez pasterzy na krucjaty. Znowu będziemy przedmurzem.

Dziesiątki lat usiłowałam zbalansować jakoś „grzeszność ludzi” i „świętość Kościoła”, ale w pewnym momencie doszłam do ściany i stwierdziłam: Non possum. Moja wiara w świętość Kościoła katolickiego legła w gruzach. Uznałam, że pozostawanie w nim byłoby hipokryzją.

Pani odejście nie dokonało się z dnia na dzień.

Już parę lat wcześniej przestałam chodzić w niedzielę do kościoła. Zauważyłam, że co tydzień wracam z niego wściekła z powodu tego, co usłyszałam. Jawna propaganda polityczna, szczucie ludzi jednych na drugich, a czasem opowiadanie jakichś niesłychanych głupot. A nade wszystko zajmowanie się wybranymi aspektami życia, którymi Kościół akurat zechciał się zainteresować, a milczenie w sprawach społecznych wymagających pilnej interwencji. Kto słyszał kazanie o przemocy w rodzinie? O złym traktowaniu dzieci (tych, które już się urodziły)? O mowie nienawiści? O bezinteresownej polskiej zawiści? O szerzeniu się chamstwa? O nieczułości na ból i nieszczęścia innych? O megalomanii narodowej?

Potem, gdy zdarzało mi się okazjonalnie być na mszy, to podczas Credo milkłam, gdy inni mówili: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”. Nie mogłam tak powiedzieć.

Przyjaciele doradzali mi, żebym sobie poszukała w Krakowie takiego kościoła, który będzie mi odpowiadał. Ale niby dlaczego mam się poruszać wśród krakowskich parafii jak po polu minowym, szukając bezpiecznego miejsca? To ma być święty powszechny Kościół, który ma głosić Ewangelię, a nie telewizja, żeby sobie zmieniać kanały.

Myślała Pani o zmianie wyznania?

Doszłam do wniosku, że już nie chcę należeć do żadnego Kościoła. Postanowiłam obejść się bez pośredników i bez wspólnoty. Staram się dobrze żyć i jeżeli jest coś potem, jeżeli jest Bóg, to ufam, że On już sobie ze mną poradzi. W każdym razie zapowiedziałam rodzinie, że mój pogrzeb ma być świecki.

A czy próbowała Pani angażować się na rzecz zmian w Kościele, protestować przeciw temu, co w nim złe?

Już nie, już jestem out. Pojawiają się teraz u nas – zresztą zdumiewająco późno – protesty świeckich, którzy domagają się zmian. Ale oni piszą: „my katolicy” i ja już się z tym nie mogę utożsamić. To byłoby nieuczciwe. Ktoś mi nawet niedawno miał za złe, że odmówiłam podpisu.

Natomiast po skandalicznej wypowiedzi metropolity krakowskiego Marka Jędraszewskiego nt. osób LGBT+ stanęłam solidarnie razem z tymi osobami pod kurią na Franciszkańskiej i zabrałam tam publicznie głos. Szczucie na osoby o odmiennej orientacji seksualnej przez chrześcijanina, więcej: przez księdza katolickiego, do tego jeszcze: metropolity krakowskiego, to coś naprawdę niesłychanego. To ma bardzo konkretne i straszliwe konsekwencje. Ci niedouczeni konsekrowani „teoretycy seksu” (chciałabym zrozumieć, dlaczego mają taką obsesję na punkcie płci, naprawdę nic ich bardziej nie interesuje?) nie wiedzą, że homoseksualności nie nabywa się na lekcjach edukacji seksualnej i że nie można jej oduczyć żadną terapią. Nie mają pojęcia, na czym polega dramat młodej osoby odkrywającej swoją nietypową tożsamość płciową w tak nietolerancyjnym społeczeństwie jak nasze. I zamiast starać się ten stan zmienić, zamiast pomóc tym ludziom, księża, z abp. Jędraszewskim na czele, ładują do głowy niekoniecznie wykształconym wiernym, że to jest zaraza, z którą trzeba walczyć. I bywa, że rodzice tych osób, czasem w najlepszej wierze, wyrzucają swoje dzieci z domu, katują je pseudoterapiami czy egzorcyzmami, zamiast je zaakceptować i dać tak bardzo im potrzebne wsparcie. Trzeba powiedzieć, że ci ludzie, te dzieci stosunkowo często popełniają samobójstwa. Propagując taką postawę, polski Kościół będzie miał (i niestety już ma) krew na rękach.

To nie są ich jakieś rozpasane fanaberie przywleczone ze zgniłego Zachodu, oni tacy się po prostu urodzili. Czy metropolita uważa, że Pan Bóg się pomylił, że takimi ich stworzył? Na pewno łatwiej przyszłoby abp. Jędraszewskiemu zmienić swoje poglądy na bardziej chrześcijańskie, niż im zmienić swoją tożsamość płciową. Problem w tym, że księdza metropolity ich los nie obchodzi. Ujmę to tak: abp Marek Jędraszewski obraża moje uczucia religijne. A nawet więcej niż tylko uczucia.

Ale są też dobrzy biskupi i księża.

Z tymi „dobrymi biskupami” to ja mam duży kłopot. Owszem, jest takich paru, ale oni prawie się nie odzywają. To, że ktoś raz od wielkiego dzwonu delikatnie powie, co myśli, absolutnie nie wystarcza. Być biskupem to nie tylko honor, ale przede wszystkim odpowiedzialność. Jeśli dzieje się zło, to nie wolno się wykręcać tym, że nie mogę ingerować w sprawy drugiego biskupa, czy że plotący androny ksiądz profesor nie podlega mojej jurysdykcji. Są przecież priorytety: czy ważniejsza jest pragmatyka kościelna czy Ewangelia Jezusa?

Zszokowała mnie niedawna wypowiedź abpa Polaka, człowieka, wydawałoby się, poczciwego, który komentując skandaliczne określenie przez sąd kościelny dziewięciolatka gwałconego przez księdza jako „wspólnika w grzechu cudzołóstwa”, wytłumaczył, że to nieistotne, bo to tylko takie „sformułowanie bardziej kanoniczne”. Ta nieporadna wypowiedź ujawniła całkowity brak empatii w stosunku do ofiary. Aż się prosi przypomnieć słowa Jezusa: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40). I to ma być jeden z tzw. dobrych biskupów!

Jest na pewno dużo dobrych księży. Ja im bardzo współczuję. Wiem po sobie, jak zdruzgotana, jak oszukana się czuję, odkąd poczułam się zmuszona do opuszczenia Kościoła.

Ale oni muszą to odbierać znacznie bardziej dotkliwie, to ich rani znacznie głębiej, poświęcili Kościołowi całe swoje życie. Może ich ratuje głęboka wiara? Mam taką nadzieję. Ale musi im być strasznie trudno. Myślę, że wielu z nich jest w rozpaczy.

Oczywiście oglądałam Kler i film braci Sekielskich. A także kolejny czarny film: relację telewizyjną z konferencji prasowej episkopatu nt. pedofilii. Ale ostatnio przeczytałam także książkę Pawła Reszki Czarni stanowiącą reporterską relację o stanie ducha polskich księży na podstawie anonimowych rozmów. To dopiero przerażający obraz: najczęściej ludzie bez prawdziwego powołania, źle przygotowani do swej roli, bardzo kiepsko wykształceni, źle traktowani w ramach struktury hierarchicznej i zdemoralizowani przez instytucję, której służą. Jak niewiele czasu trzeba, by poczuli się wypaleni, cyniczni i często ewidentnie niewierzący w to, co mają głosić. Dziennikarz pokazuje wikarych: młodych mężczyzn, którzy marzą, by jak najszybciej „odwalić” posługę i poświęcić się temu, co ich naprawdę cieszy: oglądaniu filmów i grom komputerowym. No i poważny problem praktyczny, zwłaszcza na prowincji: jak się zaopatrzyć w alkohol, żeby parafianie nie widzieli. Hipokryzja jako przewodnia zasada życia. Naprawdę nie potrzebuję takich pośredników. Żal mi tych chłopaków, ale to raczej oni potrzebują pomocy.

Czy mimo odejścia z Kościoła, zachowała Pani wiarę?

Sama nie wiem. Ja jeszcze się nie pozbierałam. Jestem kompletnie wytrącona z tego, czym żyłam przez ponad 70 lat, dosłownie siedzę na kupie gruzu. I mam straszny żal do tych złych ludzi, którzy mi to zrobili.

Wierzę, że Chrystus był dobry, Jego przesłanie bardzo do mnie przemawia. To jest ktoś bardzo mi bliski. Ale czy wierzę, że jest Bogiem? Nie wiem. W tej chwili nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć.

Na pewno nie szukam teraz porad duchowych ani pobożnych lektur, które by mi pomogły odbudować wiarę. Natomiast od pewnego czasu zauważam u siebie niejasne, podświadome impulsy w kierunku powrotu do źródeł.

Od kilku lat zbieram materiał do książki o sierotach ocalałych z Holokaustu i często jeżdżę do Izraela. I jakoś niedawno zaczęłam się rozglądać za lekkim, poręcznym wydaniem Nowego Testamentu, żeby je można było zabrać ze sobą. I jedna pani, zresztą ewangeliczka, mi taką książeczkę ofiarowała. A teraz, znów kierowana niejasnym impulsem, kupiłam książkę Daniel-Ropsa Życie codzienne w Palestynie w czasach Chrystusa. Też ją pewnie wrzucę do walizki.

Ta ziemia bardzo do mnie przemawia. Nie poruszają mnie budowle sakralne wzniesione później w miejscach związanych z Chrystusem, ale sama przyroda, same miejsca – owszem. Zupełnie wyjątkowo mnie porusza Galilea i jezioro Kinneret, czyli Genezaret. Wracam tam przy każdej okazji. Staję na brzegu, widzę góry po drugiej stronie i wiem, że Jezus widział dokładnie to samo. Nie mogło być inaczej.

Więc wierzę Jezusowi, ale tym, którzy podają się za Jego ziemskich pośredników, już nie – z tymi panami nie chcę mieć nic wspólnego.

Magdalena Smoczyńska

Dr hab., psycholingwistka, emerytowana docentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie kierowała Pracownią Badań nad Językiem Dziecka; od 2015 r. związana z warszawskim Instytutem Badań Edukacyjnych, a od 2017 r. także profesorka UMCS na Wydziale Pedagogiki i Psychologii


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter