70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Serce matki

Jeśli jesteś synem pierworodnym nadopiekuńczej matki, mieszkasz w Paryżu i piszesz po francusku, kochasz, z wzajemnością, swoją matkę najbardziej na świecie – masz duże szanse na zostanie geniuszem. Problemy z drogami oddechowymi, brak ojca i / lub żydowskie pochodzenie nie są niezbędne, ale będą dodatkowym atutem w drodze na intelektualny szczyt.

Najważniejsza jest jednak matka. Brzmi banalnie, bo każdy matkę posiadać musi, ale tak się składa, że Marcel Proust, Romain Gary i Roland Barthes mieli matki szczególne: inteligentne, oczytane, silne, niezłomne. Bez cienia przesady można powiedzieć, że pisali dzięki nim, a czasem też dla nich i o nich. Trzy bardzo różne kobiety łączyła ponadczasowa siła matczynej miłości, którą ofiarowały swoim synom z dodatkowym bonusem w postaci niezachwianej wiary w ich zdolności. Ten rodzaj miłości uzależnia. Gdy jej zabraknie, pozostaje człowiekowi tylko smutne życie na emocjonalnym odwyku. Rozgrzebywanie własnych wspomnień, wpatrywanie się w stare fotografie, chowanie pod nowym nazwiskiem i zmyśloną osobowością. Pisanie. Końcowy wniosek jest zawsze ten sam: nikt nigdy nie pokocha cię tak mocno i bezwarunkowo jak twoja matka.

 

Mój mały wilczku

Do Jeanne Weil nie pasuje słowo „piękna”, raczej „przystojna” – jej rysy były regularne, czarne oczy intrygujące. Wymagająca wobec służby, zapatrzona w męża, wykształcona (znała cztery języki) i kochająca literaturę. Wraz z matką (słynną babką Marcela) potrafiły ponoć rozmawiać za pomocą cytatów z książek. „Biedny tatuś” – wzdychał z rozrzewnieniem Marcel, wspominając, jak niestrudzona Jeanne w wolnych chwilach czytała mężowi książki na głos lub niby mimochodem przybliżała mu nowinki ze świata kultury, aby był odpowiednio elokwentny podczas rozmów na salonach. Podobno pięknie grała na pianinie i urządzała wspaniałe przyjęcia – ani za huczne, ani za skromne. Zajmowała się również finansami męża i dodawała mu otuchy podczas konferencji w szpitalu swoją niemą obecnością. W doktorze widziała tylko to, co uważała za stosowne widzieć – jego romanse wymazywała z rodzinnego krajobrazu.

Jeanne wyszła za starszego o 15 lat doktora Adriana Prousta w wieku 21 lat, dzień przed upadkiem II Cesarstwa Francuskiego. Parę tygodni później zaszła w ciążę, a za kilka kolejnych wybuchła Komuna Paryska. Być może ta korelacja niełatwej historii Francji z osobistą historią Jeanne spowodowała, że pierwsze dziecko Proustów urodziło się wątłe i choć wbrew prognozom przeżyło, wyrosło na chorowitego chłopca, co odgrywało znaczącą rolę na linii matka–syn.

Ponoć Marcel wykorzystywał słabość organizmu, by przyciągnąć jej uwagę. Ona z kolei manifestować miała zazdrość o te momenty w jego życiu, gdy zdrowie pozwalało mu na rozrywki poza domem.

Wyrzucał jej: „(…) kiedy tylko czuję się dobrze, doprowadzona do wściekłości trybem życia, który mi poprawił samopoczucie, burzysz wszystko, aż z powrotem wpadam w chorobę… To smutne nie móc posiadać równocześnie zdrowia i Twoich uczuć”. W 1873 r. Proustom rodzi się drugi syn, Robert, zdrowy i spokojny, zaprzeczenie pierworodnego, nie potrzebował tak wiele matczynej uwagi. Do Marcela miała więc zwracać się „mój mały wilczku” (mon petit loup), a do Roberta zawsze „mój drugi wilczku” (mon autre loup). Różnica niewielka, a jakże znacząca.

„Prowadzę błogie życie, pełne spokoju, lektur, wypełnione pracą i obecnością mojej matki” – miał powiedzieć jednemu z przyjaciół Proust w 1905 r., już po śmierci ojca. O ten spokój dbała również ona, strofując służbę, by zachowywała się jak najciszej i w niczym nie przeszkadzała Marcelowi podczas snu (dzień) i pracy (noc). „I pomyśleć, że z powodu tych nawyków pana Prousta i wynikających z nich zmian w rozkładzie dnia doszło do tego, że matka i syn pisywali do siebie listy, żyjąc pod jednym dachem!” – dziwi się Céleste, wieloletnia gospodyni Prousta. Listów zresztą wymieniali tysiące, zarówno gdy mieszkali razem, jak i podczas podróży. Ich symbioza była posunięta tak daleko, że w jednym z nich Jeanne ze zgrozą przyjmuje wiadomość, że Marcel odprawił fryzjera, i pisze: „Kiedy myślę o Tobie, twoje włosy wchodzą mi do oczu”.

O zachwianie tej symbiozy walczył Adrian Proust, ponosił na tym polu liczne porażki, aż w końcu skapitulował i odtąd, razem z poukładanym, racjonalnym „drugim wilczkiem”, żył niejako obok zatroskanej sobą nawzajem trójki, jaką tworzyła babcia, Jeanne i Marcel, z czego później została jedynie matka z synem. Z tematów do kłótni z pierworodnym pozostał mu jeszcze jeden, niezmienny – pieniądze. Do szewskiej pasji doprowadzały doktora Prousta niebotyczne sumy, które jego syn potrafił lekką ręką wydać w jeden wieczór. W listach Marcela z wakacji jak refren obok dokładnego opisu stanu zdrowia powtarza się prośba o pieniądze, na co dobrotliwa matka bez mrugnięcia okiem odpowiada: „[przesyłam] sto franków i sto tysięcy całusów”.

Choć Proust sprzeczał się głównie z ojcem, matce również nie szczędził wybuchów gniewu. Po śmierci doktora, gdy chory spędzał większość czasu w domu, a właściwie w łóżku, miał zwyczaj posyłać matkę po rozmaite wymyślne sprawunki. Pewnego razu matka nie dostała upragnionych żółtych rękawiczek, kupiła więc szare („Mój Marcelku, jestem zrozpaczona; nie mogłam znaleźć takich, jakie chciałeś!”), w czym syn dopatrzył się celowego sabotażu jego stroju i wpadł we wściekłość: „Rozglądałem się, myśląc, co robić, żeby sprawić mamie jak największą przykrość. Byliśmy w salonie. Stał tam na jakimś meblu bardzo piękny stary wazon, prezent, do którego, jak wiedziałem, była niezmiernie przywiązana. Chwyciłem go i roztrzaskałem, rzucając na ziemię… (…) Ani drgnęła. Powiedziała tylko najspokojniejszym na świecie głosem: »No cóż, Marcelku, to tak jak na żydowskich ślubach… Stłukłeś kielich; to tylko wzmocni nasze uczucia«”. Być może porównanie do małżeństwa nie jest bez znaczenia. Podobno zwierzył się Céleste, że zrezygnował z ożenku, gdy tylko matka nie wyraziła aprobaty co do jego wybranki. O homoseksualizmie syna miała nie dowiedzieć się nigdy.

Jeanne Proust zmarła dwa lata po mężu. Niezłomna do ostatniej chwili życia – na łożu śmierci troszczyła się głównie o to, by starszy syn martwił się o nią możliwie jak najmniej. Jej ostatnie słowa – tak do niej pasujące, że aż niewiarygodne – nawiązują do sztuki Corneille’a: „Mój biedny mały ptaszku – miała westchnąć – co ty beze mnie zrobisz? Pamiętaj, bądź dzielny jak Rzymianin”. Gdy jej zabrakło, Marcel pogrążył się w rozpaczy i poczuciu winy. Kontakt ze światem zewnętrznym ograniczył do minimum. Zamknął się w domu, okopał w codziennych rytuałach i rozpoczął najdziwniejszą podróż w głąb własnych wspomnień, jaka istnieje w historii literatury. Na pytanie Céleste, czy wierzy w życie pozagrobowe, odpowiada: „Gdybym był pewny, że w Dolinie Jozafata albo gdzie indziej odnajdę matkę, chciałbym umrzeć natychmiast”.

 

Będziesz ambasadorem Francji

„Wiedziałem, że była córką żydowskiego zegarmistrza z rosyjskich stepów, a ściślej mówiąc, z Kurska; że była bardzo piękna i opuściła dom, mając szesnaście lat; że miała męża, rozwiodła się, znów wyszła za mąż i znów się rozwiodła – a wszystko, co istniało dla mnie poza tym, to był policzek przyciśnięty do mego policzka i melodyjny głos, który szeptał, mówił, śpiewał, śmiał się – głos pełen beztroski, zadziwiająco radosny, którego na próżno odtąd wyczekuję, szukam wokół siebie”. Romain Gary wspominał swoją matkę jako kobietę o niezwykłej sile i harcie ducha; zdeterminowana, pełna artystycznej pasji, czuła, odważna. Jego kolega z lat szkolnych opisze ją raczej jako „krzykliwą, władczą, nadpobudliwą staruszkę”. Prawda leży pewnie gdzieś pośrodku.

O matce Gary’ego wiadomo bardzo dużo i równocześnie tyle co nic. Dużo, bo syn poświęcił jej co najmniej jedną ze swoich książek. Tyle co nic, bo zmyślał na potęgę. Mina (lub Nina) Owczyńska była Żydówką i mieszkała w Wilnie. Jej pierwszy mąż nazywał się Bregsztein, a drugi – Leiba Kacew. Roman najprawdopodobniej znał ojca, który wypełniał swój rodzicielski obowiązek przez 11 pierwszych lat życia syna, z czego, jeśli odjąć czasy wojenne, przynajmniej pięć mieszkali wspólnie, aż do 1925 r., gdy Leiba zostawia żonę z dzieckiem, by przenieść się do rodziny numer dwa. Podwójne życie prowadził już od pewnego czasu. W autobiograficznej Obietnicy poranka Gary wymazuje jednak ojca z życiorysu, wspominając o nim zaledwie dwa razy.

Niezależnie od chronologii wydarzeń Mina Kacew w końcu zostaje samotną matką. Po rozwodzie zabiera dziecko i przenosi się do rodziny w Święcianach, następnie zaś jedzie do brata, do Warszawy. Mina uparcie dąży do celu i w końcu dociera do Nicei, gdzie dożyje swoich dni. Jak pisał Gary, cierpiała na galopującą frankofilię. Niezależnie, czy przebywali w wileńskim mieszkaniu na Wielkiej Pohulance czy na Poznańskiej w Warszawie; czy wyzywani byli od Żydów czy od Rosjan, mały Roman wyrosnąć miał na Francuza z krwi i kości.

Żeby przetrwać i wychować syna na „prawdziwego mężczyznę”, imała się najróżniejszych zajęć. Utrzymywała, że za młodu była „artystką dramatyczną”, prawdopodobnie jednak jej kariera aktorska nigdy nie rozwinęła skrzydeł. Gdy została z dzieckiem sama, starała się handlować czym popadnie, nieraz przemierzając długie kilometry od mieszkania do mieszkania jako akwizytorka. W Warszawie zaczęła skupować wyrwane zęby i z zyskiem odsprzedawała wydobyte z nich złoto i platynę. Już we Francji zaczęła prowadzić Hotel Mermonts, lecz zanim jej talent do zarządzania został zauważony, zajmowała się zabiegami kosmetycznym dla kobiet i psów, prowadziła komis, handlowała jarzynami na targu. Przez chwilę była wziętą modystką, jednak większość czasu w domu Kacewów się nie przelewało. Mimo to Roman nigdy nie chodził głodny, zawsze był dobrze ubrany, starannie uczesany. Dla niego zdobywała befsztyki, sama żywiąc się jedynie warzywami i herbatą, której potrafiła wypić 20 szklanek dziennie. Dzięki jej gigantycznemu wysiłkowi Roman otrzymał odpowiednie wykształcenie, bo Mina Kacew miała co do syna nie byle jakie plany.

Choć na swoją ojczyznę wybrała Francję, zachowywała się jak stereotypowa jewish mother. Jeśli jakieś drzwi były dla jej syna zamknięte, otwierała je siłą, czasem biorąc potężny rozbieg. Jak wtedy gdy nie stać ich było na członkostwo Romana w klubie tenisowym, więc matka wymogła na samym królu Szwecji (grającym akurat na jednym z kortów) opłacenie karty wstępu. Dla swojego dziecka przewidziała karierę pisarską ( „Będziesz drugim D’Annunzio, Wiktorem Hugo, laureatem Nobla!”), taneczną („Będziesz drugim Niżyńskim! Wiem, co mówię!”), aktorską („Będziesz wielkim artystą!”) i dyplomatyczną ( „Będziesz ambasadorem Francji, twoja matka ci to mówi”). Muzykę i malarstwo odpuściła wcześnie, pierwszą z powodu rażącego braku talentu syna, drugie z obawy przed jego nieuchronną śmiercią w nędzy. Oprócz miejsca pośród panteonu gwiazd świata sztuki i polityki swojego syna widziała w roli Don Juana wszech czasów, chciała, by kobiety mdlały na jego widok ( „Będziesz miał wszystkie kobiety – zakończyła kategorycznie, omiatając niebo papierosem”).

Tymczasem Roman, którego pewnie już wtedy nazywają z francuska „Romain” (dla matki niezmiennie Romuszka lub Romanczik), kończy szkołę i rozpoczyna studia prawnicze w Paryżu. Z wszystkich talentów, których szlifowanie rozważała jego matka, on sam już we wczesnym dzieciństwie postawił na literaturę i godzinami w skupieniu cyzelował swój warsztat. Gdy odkrywa pilnie strzeżony matczyny sekret – jej postępującą cukrzycę, czas zaczyna go gonić: „Czułem, że muszę się śpieszyć, że na łeb, na szyję muszę pisać moje nieśmiertelne arcydzieło, które uczyni mnie najmłodszym Tołstojem w dziejach świata, przyniesie matce zadośćuczynienie za wszystkie trudy i ukoronuje jej życie”.

Pisze opowiadania, parę publikuje, ale zanim rozkręci się na dobre, trafia do wojska, szkoli się na pilota. Wybucha wojna. Podczas służby w środkowej Afryce w 1941 r. Gary dostaje telegram, że jego matka zmarła na raka żołądka. W Obietnicy poranka utrzymuje, że o jej śmierci dowiedział się znacznie później, już po wojnie, trzy i pół roku po pogrzebie. Przez cały ten czas miał dostawać od niej listy, które przezornie napisała do syna przed śmiercią w liczbie 250 i powierzyła przyjaciółce z prośbą o stopniowe wysyłanie.

Nie zobaczyła już odznaczeń, którymi został uhonorowany jej syn, jego zdjęć w gazetach, nagród literackich, kobiet wlepiających w niego maślany wzrok. Nie musiała jednak być naocznym świadkiem tych zdarzeń, gdyż jak nieraz powtarzał Gary „jego matka wiedziała”. Wiedziała, że jest geniuszem, bohaterem, ideałem. To głębokie przeświadczenie i jej bezwarunkowa miłość okazały się jego przekleństwem. Świat po śmierci Miny Kacew stał się niezamieszkaną pustynią na obcej planecie, żadne uczucie nie mogło mu zastąpić tego, co otrzymał od zwariowanej rosyjskiej Żydówki w dzieciństwie. Na chłód niezaspokojonego pragnienia miłości, które będzie go prześladować resztę życia, polecał wygrzewanie się w słońcu, dłuższy pobyt w klimacie podzwrotnikowym, ogień w kominku, alkohol lub piżamę ogrzewaną elektrycznie. Prawdopodobnie żadna z tych metod w jego przypadku nie zadziałała. „Nie twierdzę, że należałoby zabraniać matkom zbytniej miłości do dzieci – pisał. – Mówię tylko, że lepiej jest, kiedy matka ma kogoś jeszcze do kochania. Gdyby moja matka miała kochanka, nie umierałbym przez całe życie z pragnienia przy każdym źródle”.

 

Źle siedzisz

Jest rok 1893; we Francji, 20 km od Paryża, rodzi się mała dziewczynka – Henriette Binger. Za pięć lat zostanie sfotografowana i na tym zdjęciu parę dekad później Roland Barthes odnajdzie „prawdę twarzy, którą kochał”. Uczucie, które ogarnęło go w momencie przyglądania się temu dziecku, skłoni Barthes’a do napisania Światła obrazu. Patrząc na fotografię Henriette i jej starszego brata, grzecznie pozujących na końcu drewnianego mostka, napisze: „Przyglądałem się dziewczynce i wreszcie znalazłem matkę. (…) Na tej twarzy, dziewczynki, widziałem dobroć, która uformowała natychmiast i na zawsze jej istotę (…)”. Od momentu, w którym Henriette Binger zapozowała ze złożonymi rączkami na drewnianym mostku, aż do chwili, w której jej pogrążony w rozpaczy syn Roland Barthes sięgnie po stare fotografie, minie 79 lat. Sześćdziesiąt z nich matka i syn spędzą razem, większość czasu mieszkając pod jednym dachem.

Zacznijmy od początku. Na razie Henriette dorasta w miasteczku niedaleko Paryża. Ma 20 lat, gdy zostaje żoną Louisa Barthes’a. 22 lata, gdy zostaje matką; 23, gdy zostaje wdową. Jej mąż, oficer marynarki wojennej, ginie podczas I wojny światowej i odtąd funkcjonuje „poza dyskursem”. W nostalgicznych wspomnieniach matki pojawia się rzadko. Ich rodzina – on, matka i później przyrodni brat – nie potrzebowała nikogo więcej, by być rodziną przez duże „R”, rodziną pełną, jeśli nie wręcz przepełnioną miłością. Miłością i silnymi kobietami. W domach zarówno po stronie matki, jak i ojca rządzą babki ( „Matriarchat?” – notuje Barthes pod zdjęciami babć). Żaden z dziadków, choć w przeciwieństwie do ojca obaj dożyli późnej starości, „nie bierze udziału w dyskursie”.

Po śmierci męża Henriette z dzieckiem przenosi się z Cherbourga do Bayonne, stamtąd do Paryża. Rodzina jest zamożna (dziadek był odkrywcą i zarządcą w koloniach francuskich), wsparcie finansowe jednak się kończy, gdy Henriette rodzi drugie – nieślubne – dziecko. Matka stara się utrzymać rodzinę z pracy w introligatorni, zaczyna się walka o każdy grosz. Dzieciństwo Rolanda upływa pod znakiem „znośnego niedostatku”: „Sztuka ta [życia] trwała bez uszczerbku pośród finansowych kryzysów; nie oznaczały one nędzy, lecz zakłopotanie; to znaczy: goniące terminy spłaty, problem z wyjazdem na wakacje, z kupnem butów, podręczników, a nawet żywności”.

Nie była to jedyna przeszkoda życiowa, z jaką musiał się zmagać. Tuż przed rozpoczęciem nauki na Sorbonie wykryto u niego gruźlicę. Odtąd jego studia stale przerywają pogarszający się stan zdrowia i pobyty w sanatoriach, gdzie spędza czas, czytając i nudząc się (nuda towarzyszyła Barthes’owi przez całe życie. „Czyżby nuda była moją histerią?” – zanotuje pod zdjęciem z dzieciństwa, na którym ewidentnie straszliwie się nudzi). Mimo choroby kończy studia, zdobywa dyplom z literatury klasycznej na Sorbonie. Zaczyna uczyć, pisać i publikować, przy nieustającym wsparciu matki. Rok spędza w Bukareszcie, kolejny rok w Aleksandrii. Jego pozycję w świecie naukowym ugruntuje słynna Śmierć autora ogłoszona w eseju opublikowanym w 1968 r. Pisze książki, pisanie staje się sensem jego życia. Wiele lat później, przez pół roku, podczas którego całkowicie poświęca się opiece nad chorą matką, nie pisze nic, a wręcz zapomina, że kiedyś się tym zajmował. „Wcześniej ona starała się być przezroczysta, abym ja mógł pisać” – zanotuje w Dzienniku żałobnym. Henriette Barthes z domu Binger starała się być przezroczysta przez 60 lat ich wspólnego życia. Zmarła 24 października 1977 r., Roland Barthes wpadł pod samochód trzy lata później i zmarł w szpitalu.

Dzień po jej śmierci zaczyna prowadzić dziennik, w którym opisuje swoją żałobę. Z tych zapisków Barthes’a, jak również z krótkich autobiograficznych notatek i podpisów pod rodzinnymi zdjęciami, można zlepić obraz kobiety wielkodusznej, spokojnej, dystyngowanej. Nigdy nie była przesadnie wesoła ani głośna, zawsze silna, czuła, kochająca. Inteligentna – co nieraz podkreślał i wyrzucał innym, że nie zwracali uwagi na inteligencję matki, jakby ta cecha nie mogła do niej pasować, jakby inteligencja coś matce ujmowała. Pod datą 27 października 1977 r. zapisał krótki dialog: „– Nigdy nie poznał pan ciała Kobiety! – Poznałem ciało mojej chorej, a później umierającej matki”.

Nie wiadomo, czy podejrzewała, że syn był homoseksualistą. Ich relacja była raczej cicha, pełna wzajemnej akceptacji, rozmów bez słów. „Mama: (całe jej życie): przestrzeń bez agresji, bez małostkowości. – Nigdy nie zwróciła mi uwagi (mam wstręt do tego słowa i do tej czynności)”. Jak na ironię jej ostatnimi słowami wypowiedzianymi do syna zaraz po westchnieniu „Mój R! Mój R!” było niespodziewane „Źle siedzisz”. Jest to jedyna wypowiedź Henriette Barthes, którą notuje syn. Nigdy nie wspomina jej „powiedzonek”, nie przywołuje związanych z nią anegdot. Matka nie wydaje się osobnym bytem, ale częścią jego ciała, jaźni. Jak nieraz podkreślał, postanowił spędzić z nią życie, nie dlatego że była jego matką, lecz dlatego że była wyjątkowym człowiekiem.

W pierwszych miesiącach żałoby Roland Barthes odczuwa silną potrzebę pisania o niej. Myśli o książce, która będzie miała swój początek w matce. Pragnie stworzyć jej pomnik; chce pokazać ją światu, sprawić, by ludzie ją poznali. Szuka jej twarzy na starych zdjęciach. Początkowo patrzenie na nie sprawia mu ból, ale po pewnym czasie te uczucia stają się inspirujące, zaczyna kiełkować pomysł na książkę o fotografii, którą w Dzienniku… roboczo tytułuje „Foto-mama” (Photo-Mam). W ten sposób powstaje Światło obrazu, jedna z najsłynniejszych rozpraw o teorii fotografii.

 

Obietnica poranka

Mistrz syntezy Roland Barthes ujął sedno żałoby po matce w jednym zdaniu: „Wiele osób nadal mnie kocha, jednakże odtąd moja śmierć nie zabiłaby już nikogo – i to jest właśnie nowe”. Drogi tych trzech wielkich postaci – Prousta, Gary’ego i Barthes’a – przecinają się, gdy Roland szuka (i znajduje) pocieszenia w lekturze W poszukiwaniu straconego czasu. Zaledwie parę miesięcy po śmierci Barthesa, również w Paryżu, umiera Romain Gary. Tym jednak, co naprawdę łączy trzech pisarzy, jest symbiotyczna miłość między matką a synem, która w każdym z tych trzech przypadków zaowocowała wielkim cierpieniem i wielką literaturą.

Romain Gary ofiarował swojej matce więcej niż jedno życie. Pisał pod paroma pseudonimami, nad ich idealnym brzmieniem pracował od wczesnego dzieciństwa. Najsłynniejszym z nich był Émile Ajar, dzięki któremu Gary jako jedyny pisarz w historii, otrzymał Nagrodę Goncourtów dwukrotnie. O tęsknocie za matczyną miłością napisał pod obydwoma nazwiskami. Większość swoich książek samodzielnie przekładał na języki obce; łącznie z adaptacjami napisał 52 książki. Został odznaczony Legią Honorową za zasługi podczas II wojny światowej. Po wojnie zgodnie z wolą matki został dyplomatą. Spełnił się również w roli Casanovy. Miał dwie żony (nie licząc tej poślubionej w Afryce), z czego druga, Jean Seberg, była znacznie młodszą od niego hollywoodzką gwiazdą, i całą listę kochanek, której długość spokojnie pozwala podejrzewać go o erotomanię.

„Męczyło mnie już, że jestem tylko sobą” – napisał w swoim ostatnim tekście, tak jakby życie jednego człowieka – Romana Kacewa z Wilna – to było za mało. 2 grudnia 1980 r. Gary strzelił sobie w głowę. Jest autorem jednego z najpiękniejszych fragmentów o matczynej miłości – a być może o każdej wielkiej miłości – na świecie: „Miłość macierzyńska to obietnica, którą życie daje nam u progu i której nie dotrzymuje nigdy. I z tym niedosytem pozostać trzeba do końca życia. Ilekroć kobieta bierze nas w ramiona i przyciska do serca, są to tylko kondolencje. Zawsze powracamy na grób matki, by wyć nad nim jak opuszczony pies. Już nigdy, już nigdy, już nigdy. Wspaniałe ramiona otaczają szyję, najsłodsze wargi szepczą o miłości, ale już się wie. Kiedy znów przychodzi pragnienie, można miotać się na wszystkie strony – nie ma już studzien, są tylko miraże”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter