70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Sekularyzm niejedno ma imię

Sekularyzm w kraju nominalnie katolickim bywa zwykle przedstawiany jako potwór pożerający religię i wszystkie związane z nią wartości.

Czy można pozostać wiernym sobie, nie tocząc żarliwego sporu z ideowym przeciwnikiem? Przez wieki wydawało się, że nie można. Wielu ludzi właśnie w konflikcie upatrywało główne źródło życiodajnej energii. Bez zaangażowania w wynajdywanie i zwalczanie „błędów i grzechów” oponenta ich życie traciło sens. Istnieją jednak rozwiązania alternatywne. Pisał o nich przed laty Leszek Kołakowski we wstępie do książki Co nas łączy? Dialog z niewierzącymi, zatytułowanym znamiennie Wiara dobra, niewiara dobra. Jego osąd jest mi bliski. Kołakowski wyjaśniał: „Wiara jest prawomocna. Niewiara jest prawomocna. Nie są to jednak dwa sprzeczne wzajem korpusy doktrynalne, dwa zbiory twierdzeń, ale raczej przeciwstawne postawy umysłowe i moralne. Mniemam, że obie są potrzebne naszej kulturze”. Sam filozof zawieszał swój osąd i unikał jednoznacznej deklaracji. W pełnym napięcia współistnieniu obu stron dostrzegał źródło płodności dla kultury. I dodawał, nie bez słuszności: „racji absolutnie pewnych bowiem nie ma”. Dokładnie w tym samym czasie w Niemczech pojawiły się podobne głosy, które uznano za początek postsekularyzmu. Chodzi o zapis spotkania Josepha Ratzingera z Jürgenem Habermasem, który opublikowany w Dialektyce sekularyzacji: o rozumie i religii, w pewnym sensie wyznaczył standard debaty myśli sekularnej z religijną. Książka została przełożona na wiele języków. W Polsce Ratzinger i Habermas są tłumaczeni oddzielnie. To jeszcze jeden przykład, że w naszym kraju jest to paradygmat myślenia słabo zadomowiony.

 

*

Dobrze się więc stało, że ukazała się książka Miłosza Puczydłowskiego Religia i sekularyzm. Współczesny spór o sekularyzację, gdyż wpisuje się ona właśnie w nowe myślenie postsekularne. Jej autor podąża własnymi ścieżkami i nie zauważa wielu innych propozycji bardzo zbliżonych do jego stanowiska. Stąd zapewne towarzyszące mu przekonanie, że przeciera nowe szlaki, i słabo skrywana obawa, że jego myślenie może napotkać opór. Akurat w tym się myli, jedyne, co go czeka, to obojętność, gdyż w naszym kraju ciągle jeszcze dominują polaryzacja stanowisk i misjonarska gorliwość (dla jasności – z obu stron!). Tymczasem literatura na temat postsekularyzmu jest już tak rozległa, że nie sposób odnotowywać wszystkich publikacji na ten temat. Dobrze mieć świadomość, że nie jesteśmy samotni na naszej drodze poszukiwań nowych dróg porozumienia skłóconych racji. Innym, poza wspomnianym spotkaniem Ratzingera z Habermasem (myśl Habermasa jest szeroko komentowana w pracy, ale Ratzinger pojawia się tylko raz i to w zupełnie innym kontekście), niezauważonym przez Puczydłowskiego przykładem postsekularnego myślenia jest książka filozofa prawa Ronalda Dworkina Religia bez Boga, w której podejmuje problem religii jako człowiek niewierzący. Jest to więc perspektywa z drugiej niejako strony, stąd warto ją zauważyć, gdyż ateistów zwykło się kojarzyć z agresywną niechęcią do religii.

Dworkin, podobnie zresztą jak Habermas, o religii nie pisał wiele, jednak niemal całe życie, jako filozof prawa, zmagał się z praktycznymi konsekwencjami obecności przeświadczeń religijnych w przestrzeni publicznej. Jego spojrzenie na religie jest intrygujące. Otóż zdaniem Dworkina na doświadczenie religijne można spojrzeć w nowy sposób, jeśli odłączy się je od wiary w Boga: „Tematem tej książki jest pogląd, że religia jest głębsza od Boga. Religia stanowi głęboki, wyróżniony i rozległy obraz świata: utrzymuje, że pewna inherentna, obiektywna wartość przenika wszystko, że wszechświat i jego stworzenia budzą nabożną cześć, że ludzkie życie ma cel, a wszechświat porządek. Wiara w jakiegoś boga stanowi tylko jedną z możliwych manifestacji czy konsekwencji tego głębszego widzenia świata”. W rzeczy samej, czy doświadczenie religijne zachowuje swój specyficzny status, jeśli jego przedmiotem przestaje być istota transcendentna? Konsekwencje takiego stanowiska są łatwe do przewidzenia – zapewne ani ludzie wierzący, ani ateiści nie będą propozycją Dworkina zachwyceni. Można bowiem autorowi zarzucić rozmycie podstawowych  pojęć, takich jak religia właśnie, Bóg czy wiara. Można jednak w tym spojrzeniu zobaczyć zachętę do rewizji tych zakorzenionych w naszym myśleniu kategorii.

Wspominam o powyższych przykładach nie po to, by wytykać Puczydłowskiemu braki erudycyjne (jego książka jest bardzo erudycyjna!), ale by zwrócić uwagę, że często do podobnych konkluzji prowadzą różne drogi. Właśnie dlatego moje rozważania opatrzyłem tytułem zwracającym uwagę na wielość sekularyzmów. Faktem jest, że sekularyzm w kraju przynajmniej nominalnie katolickim nie ma dobrej prasy, zwłaszcza wśród urzędowych przedstawicieli dominującego wyznania. Zwykle bywa bowiem przedstawiany jako potwór pożerający religię i wszystkie związane z nią wartości. Na szczęście nie tylko „eksperci od Pana Boga” podejmują wysiłki zrozumienia tego zjawiska, ale również umysły analityczne i nieuprzedzone. Wtedy sekularyzm przestaje być straszakiem, a staje się wyzwaniem, które warto podjąć. Ma rację Puczydłowski, gdy pisze we wstępie: „Trudno we współczesnej debacie naukowej o termin o silniejszym rezonansie i szerszym spektrum potencjalnych dyskutantów”. Dodałbym, że ostrość formułowanych tez zwykle jest proporcjonalna do stopnia ignorancji. Niestety, jest to szczególnie widoczne w tzw. mediach katolickich i narodowych. Na szczęście nie one stanowią punkt odniesienia dla autora.

 

*

Lista autorów, z którymi Puczydłowski wchodzi w dialog, jest imponująca, podobnie jak pięciostronicowa i wielojęzyczna bibliografia. Znalazło się w niej wszystko, co powinno się znaleźć, choć można dyskutować nad miejscem poświęconym poszczególnym myślicielom. Na pewno należy pochwalić skrupulatną analizę propozycji Marksa i Nietzschego, natomiast dziwi pominięcie Freuda. Cieszy wszechstronna prezentacja myśli Webera, niedosyt pozostawia pominięcie Durkheima. Ważne jest gruntowne zmierzenie się z propozycją Hansa Blumenberga i Charlesa Taylora. Jednak najważniejszy walor interpretacyjny książki  Puczydłowskiego widziałbym w poważnym skonfrontowaniu się z teologią chrześcijańską, zwłaszcza protestanckimi propozycjami Karla Bartha, Dietricha Boenheffera i Harveya Coxa. W sumie jestem skłonny zgodzić się z autorem, że: „Prawdziwemu teizmowi niezbędny jest ateizm”. Nie jestem natomiast pewien, czy „także prawdziwy ateista musi przyzywać Boga”. Przykład wspomnianego wyżej Dworkina czy innego popularnego ateisty Alana de Bottona, piszącego ciepło o religii, wskazują na coś innego. Na pewno jednak nie mam wątpliwości, że „droga do religii nie prowadzi już przez instytucjonalną praktykę”. Prawdopodobnie znaleźliśmy się wszyscy, zarówno wierzący, jak i niewierzący, w interesującym momencie historii, zwanym drugim czasem osiowym, w nawiązaniu do pojęcia wprowadzonego przez Karla Jaspersa. To jednak temat na inną okazję, jak już uporamy ze sporem o sekularyzację.

Być może jednak już teraz, zamiast o Bogu, ateistach i ludziach religijnych, warto zacząć mówić o jakiejś iskrze, którą przyrównałbym do daimoniona Sokratesa. Rzadko mówił mu, co ten miał robić, częściej – czego powinien unikać. Wierność sobie, autentyzm – to religia łącząca ateistów i teistów. Jest nią coraz rzadziej Bóg związany z niebem, a coraz częściej sprawy tego świata.

 

Miłosz Puczydłowski

Religia i sekularyzm. Współczesny spór o sekularyzację

Wydawnictwo Universitas, Kraków 2017, s. 356


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter