70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Patrycja Podkościelny

Schodami w górę, schodami w dół

Sto siedemnaście na sto sześćdziesiąt dwa centymetry. Olej na desce

Sto siedemnaście na sto sześćdziesiąt dwa centymetry. Olej na desce.

Triumf śmierci Pieter Bruegel namalował ok. 1562 r. Na co dzień obraz wisi w madryckim muzeum Prado.

W Kunsthistorisches Museum w Wiedniu trwa właśnie monograficzna wystawa.

Przyglądam się, w tłumie innych, jak śmierć kosi życie. Nie jest sama, ma pomocników – tysiące kościotrupów. Patrzę, jak popycha ludzi w kierunku zapadni, na wierzchu której siedzi żołnierz kościotrup i wali w bęben. Wokół spalona, wyschnięta ziemia. Ogień, skażona woda. Rozrzedzone powietrze. Wszyscy muszą tędy przejść, Adam i Ewa, jeszcze nadzy, kobiety, dzieci. Klerycy, chłopi, mieszkańcy miast. Ludzie wszystkich ras i warstw społecznych. Prawie słychać ich krzyki. Śmierć ujednolica. To pewne. Jakaś kobieta wpadła pod wóz, też nie żyje. Są i zwierzęta. Koń. Wychudzony pies wącha ciało kobiety, która leży na ziemi i ramieniem oplata niemowlę. Ptak, jak na wielu obrazach Bruegla. Rozpacz, brak nadziei? Nie do końca. Przy życiu pozostaje para zakochanych. Wpatrzeni w siebie nie dowierzają zagładzie.

Gapię się na ten obraz. A w głowie stukają mi słowa.

„Lubię, jak rzeczy się powtarzają”. To wyznanie nie jest moje. To były jego pierwsze słowa podczas spotkania. Przyszłam do niego, żeby posłuchać o śmierci. I powtarzalności.

Opowiedział.

– Wiem, trochę tu ciemno. Światła tyle co w prześwitach. Dziś już tak gęsto nie sadzą. Powiem pani, wrosłem w to miejsce. Przez 30 lat dzień w dzień tu przychodziłem. Ubrania szykowałem dzień wcześniej. Jeszcze przed snem wszystko dokładnie sprawdzałem. Koszula, krawat, czyściłem buty. Zawsze lubiłem ładnie mieć. Budziłem się o piątej, czasem wcześniej. Schodami w dół, schodami w górę. Szukałem drobnych w kieszeni. Na bilet. Bo to daleko i trzeba podjechać tramwajem. Zazwyczaj miałem trochę czasu, więc szedłem do kiosku, przeglądałem czasopisma. Tramwaj musiał być dwanaście lub sześć. Wyjmowałem bilet z kieszeni płaszcza, kasowałem. Dopiero na miejscu przebierałem się w robocze ciuchy. Przeglądałem zamówienia. Ktoś chciał lipową trumnę, bo w lipowej trumnie to się najlepiej śpi, „bo lipa człowieka uspokaja”. Ale takiej nie ma. Proponowałem więc z sosny albo jesionki, dębu. Dębowa długo leży, tyle że droga. A sosna to zaraz spróchnieje. Ważne, żeby sęków nie było.

Dawniej póki trumny nie zbiłem, trup leżał na słomie, obok. Trumna jak ma być sklepista, to się brało dwie deski na boki, jedną na spodek, a dwie małe w końce. I deska przy desce tak ściśle zbite, że najmniejszej szpary. Ale i tak nie wszystkim się dogodzi, choćby człowiek się bardzo starał.

Trumnę ustawiało się przy grobie i ostatni raz otwierało, trzeba było poprawić ułożenie ciała, sprawdzić, czy wszystko ze sobą zabrał.

Chodziłem tam czasem, patrzyłem, jak ta trumna wygląda. A na cmentarzu tyle ksiądz, co pokropił trumnę, rzucił bryłkę I poszedł.

Kiedy wracałem do domu, natychmiast oddychałem głębiej. Ledwo zdjąłem płaszcz i cisnąłem w kąt buty. Jak mawiała moja żona, otaczała mnie „atmosfera sprzyjająca dobremu samopoczuciu”. W wazonie stoją kwiaty, bo dbam, żeby kupić prawie codziennie.

Ludzie umierają. Cmentarz się rozrasta, coraz dalej i dalej.

A ja schodami w górę, schodami w dół.

O… biorą już liny… teraz rodzina będzie czekać, aż zakopią grób.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter