fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Alberto Cristofari/A3/Contrasto/East News

Nietypowe światy Olivera Sacksa

Gdy czytamy opowieści Sacksa, najpierw pojawia się zdumienie. Zaczynamy myśleć o różnych światach, w których żyjemy jako ludzie, jako istoty żywe, kształtowane przez specyfikę naszej percepcji, pamięci, zdolności intelektualnych. Następnie zaś przychodzą uczucia głębokiego szacunku i empatii dla przedstawionych bohaterów.

Poznałem jego książki na I roku studiów. Kurs wprowadzający do filozofii prowadził znakomity wykładowca, który analizowane teksty uzupełniał przykładami z literatury pięknej i z prac popularnonaukowych. Gdy więc biedziliśmy się nad Kartezjuszem, Lockiem i Kantem oraz pytaniami o to, które elementy naszego poznania są wrodzone, a które nabyte dzięki doświadczeniu, nasz nauczyciel przyniósł Antropologa na Marsie Sacksa. Przeczytał fragmenty jednego z rozdziałów, a nasza trójka – zajęcia były prowadzone dla kameralnej grupy – słuchała ich niczym nieco smutnej baśni albo opowieści o niezwykłej, dalekiej krainie.

Bohaterem był Virgil, mężczyzna niewidomy od wczesnego dzieciństwa, ceniony masażysta, wiodący spokojne życie. Gdy miał 50 lat, okazało się, że otrzymał w przeszłości błędną diagnozę i po stosunkowo prostym zabiegu zdjęcia katarakty będzie mógł odzyskać wzrok. Mimo pewnych wahań zdecydował się na operację. Inaczej jednak niż w przypadku opisanych w Nowym Testamencie Jezusowych cudów niewidomy Virgil nie przejrzał od razu. Początkowo dostrzegał tylko chaos światła, barw i ruchu. Przez długie tygodnie uczył się łączenia różnych obiektów w całość (widział łapy, nos, ogon, ale nie dostrzegał całego kota) i umieszczania ich w trójwymiarowej przestrzeni. Okazało się, że wizualna percepcja nie jest czymś naturalnym, lecz wymaga długiej nauki. U małych dzieci, których kora mózgowa gotowa jest zaadaptować się do różnych form postrzegania, proces uczenia przebiega dość szybko – inaczej jest z człowiekiem dorosłym. Przypadki przywrócenia wzroku po dekadach niewidzenia są niezwykle rzadkie. Virgil wraz z (niepełnym) odzyskaniem wzroku i odłożeniem laski dla niewidomych stracił dawną pewność ruchów i samowystarczalność. Gdy po kilku miesiącach w wyniku ataku innej choroby ponownie utracił wzrok, poczuł ulgę. Jak pisze Sacks: wrócił do świata tych zmysłów, które dobrze zna, do swojego prawdziwego domu.

Pierwszy wniosek był dość klarowny: nawet tak, zdawałoby się, prosta czynność jak widzenie jest czymś nabytym i wyuczonym – od urodzenia mamy zdolność jedynie do postrzegania niezorganizowanych barw i ruchu. Jednak brytyjski neurolog w tej krótkiej historii swojego pacjenta przemycił o wiele więcej niż argument w filozoficznej dyskusji. Pokazał bowiem nie tylko kliniczny przypadek, ale i żywego człowieka z jego nadziejami i rozczarowaniami. A niejako na marginesie opowiedział o tym, jak złożonym i pasjonującym procesem jest samo postrzeganie świata (wiedzą o tym też artyści i dzieci), od jakich czynników zależy nasza tożsamość i jak mylące mogą być nasze potoczne wyobrażenia o zdrowiu i normalności. Chyba to wszystko sprawiło, że sięgałem później częściej po prace Olivera Sacksa niż XVII-wiecznych filozofów.

Przykłady

„Książka mogłaby składać się tylko z przykładów” – Sacks upodobał sobie to powiedzenie Ludwiga Wittgensteina.

Oto kilka z nich.

Jimmie był marynarzem w średnim wieku, którego Sacks poznał w domu opieki w poł. lat 70. Przez personel został opisany jako „bezradny, otępiały, w stanie dezorientacji”. Można było z nim swobodnie i interesująco gawędzić na różne tematy, ale po kilku minutach nie pamiętał już, o czym i z kim mówił. Co więcej, był przekonany, że właśnie skończyła się II wojna światowa, ma 19 lat i służy na okręcie marynarki. Gdy patrzył w lustro, był przerażony widokiem siwizny i zmarszczek na swojej twarzy. Jego pamięć do roku 1945 była znakomicie zachowana, ale późniejsze wydarzenia, w tym te sprzed kilku chwil, ginęły w otchłani niepamięci. Żył tylko w dalekiej przeszłości i w ciągłym „teraz”, wyizolowanych pojedynczych zdarzeniach. Przyczyną okazał się zespół Korsakowa, wynikający z długotrwałego alkoholizmu, który doprowadził do szczególnego rodzaju amnezji. Tracąc pamięć, stracił olbrzymią część siebie, zamknięty na zawsze tylko w kilkuminutowych bańkach, w których był w stanie skoncentrować się na jednym zadaniu. Tragiczność jego położenia (którą sam Jimmie jedynie przeczuwał, ale nie był jej świadom) łagodził nieco fakt, że znajdował ukojenie w obrzędach religijnych i muzyce, do których podchodził z niesłychaną uważnością i skupieniem.

Przeciwieństwem Jimmiego, jeżeli chodzi o pamięć, byli autystyczni bliźniacy: John i Michael. Stanowili oni przez jakiś czas telewizyjną atrakcję: dysponowali niespotykaną pamięcią (potrafili dokładnie, choć bez żadnych emocji, przywołać, co się stało i o czym usłyszeli w dowolnym dniu ich życia) i zdolnościami matematycznymi (podawali daty, w które w danym roku – na przestrzeni 80 tys. lat – wypadnie Wielkanoc). Tajemnicą pozostawała metoda ich obliczeń, ponieważ jednocześnie robili błędy w prostym dodawaniu i odejmowaniu – typowe dla osób o 60-punktowym ilorazie inteligencji. Jak przekonywał Sacks, bliźniacy niejako „widzieli” liczby niczym ogromny pejzaż. Pewnego razu był świadkiem, jak ze spokojną, podniosłą radością wymieniali się sześciocyfrowymi liczbami. Zdawali się je smakować niczym koneserzy wina, cieszący się z jego jakości. Okazało się, że to liczby pierwsze (te, które dzielą się jedynie przez jeden i przez samą siebie). Następnego dnia Sacks na chwilę dołączył do „zabawy” z kilkoma wypisanymi na kartce liczbami pierwszymi. Spotkał się z uznaniem bliźniaków, ale szybko odpadł, bo byli oni w stanie – po dłuższej kontemplacji – podawać nawet kilkunastocyfrowe liczby pierwsze! Matematyczny świat, do którego podchodzili z czcią i podziwem, tworzył ich duchowe królestwo. Niestety, musieli z niego zrezygnować, gdy w wieku trzydziestu kilku lat zostali rozdzieleni po to, by przerwać ich rzekomo „niezdrową komunikację”. Nauczyli się jeździć autobusem i wykonywać proste prace, ale każdy z nich utracił towarzysza, z którym mógł się cieszyć pięknymi liczbami.

I jeszcze jeden przykład – nieco pogodniejszy. Carl cierpiał na zespół Tourette’a objawiający się konwulsyjnymi tikami, brakiem kontroli nad mimiką, mimowolnym powtarzaniem pewnych czynności bądź słów, niekiedy wulgarnych i sprośnych. Choć takie tiki i drgawki w wielu zawodach nie muszą przeszkadzać, to do innych wydają się zamykać drogę. Carl jednakże postanowił zostać chirurgiem – i dopiął swego (Sacks zaznacza, że po opublikowaniu tekstu o nim otrzymał listy od jeszcze czterech chirurgów-tourettyków). Choć w czasie jazdy samochodem czy spacerów wykonywał szereg nietypowych ruchów i wyrzucał z siebie zasłyszane gdzieś słowa (lubił zwłaszcza dziwaczne nazwiska), to podczas długiej i wymagającej operacji potrafił się tak skoncentrować, że tiki w ogóle znikały. Wracały natychmiast po odejściu od stołu operacyjnego. Po początkowych trudnościach Carl został zaakceptowany przez pacjentów i lekarzy. Co więcej – zrobił licencję pilota i niekiedy wyruszał swoim małym samolotem na lotnicze wyprawy nad Górami Skalistymi, poprawiając wciąż okulary, postukując w szybę i wykonując inne niekontrolowane ruchy.

Małe i wielkie narracje

Prace Sacksa zbudowane są często właśnie z takich krótkich opowieści o jego pacjentach (ukrywanych z reguły za fikcyjnymi imionami). Trudno właściwie określić, z jakim gatunkiem pisarstwa mamy tutaj do czynienia. Nie są to artykuły stricte specjalistyczne prezentujące przekrojowe wyniki badań. Sacks bowiem – jak wspominał – dość szybko, ze względu na swoją niedbałość i chaotyczność, pożegnał się z pracą badawczą (zostawianie na laboratoryjnych próbkach okruchów hamburgerów, które podjadał przy pracy, nie było mile widziane). Z pewnością bliżej mu do literatury popularnonaukowej, choć jednocześnie Sacks nie tyle przybliża w przystępnym języku specjalistyczne badania, ile dzieli się precyzyjnym opisem własnych pacjentów – niekiedy bardzo interesujących klinicznie. Wykonywał solidną pracę neurologiczną, która jednak – jak twierdził – nie spotykała się ze szczególnym zainteresowaniem środowiska medycznego. Przemawiała zaś do wyobraźni szerokiej publiczności, a jego publikacje – w tym najsłynniejsza Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem – stawały się bestsellerami.

Można powiedzieć, że pisał książki w duchu dawnej nauki: w formie narracyjnej, uzupełnianej o nawiązania do filozofii, literatury i sztuki.

Jego styl wynikał z fascynacji XIX-wieczną literaturą medyczną i przyrodniczą. Chętnie czytał prace Darwina, Wallace’a czy Freuda, którzy łączyli teoretyczne bogactwo z urodą literackiego opisu. Wspominał, że w szpitalu ze zdziwieniem traktowano jego propozycje, by szukać inspiracji u wielkich neurologów sprzed stulecia i porównywać ich obserwacje ze współczesnymi. Z reguły teksty mające więcej niż pięć lat postrzegano jako przestarzałe. Inspiracje znajdował także w książkach znakomitego rosyjskiego uczonego, twórcy neuropsychologii Aleksandra Łurii (po polsku dostępne jest m.in. jego błyskotliwe studium o wybitnym mnemoniście – chciałoby się powiedzieć, że w „Sacksowskim” stylu, choć napisane przecież nieco wcześniej – O pamięci, która nie znała granic). Można sobie wyobrazić wzruszenie Sacksa, gdy po publikacji książki Przebudzenia otrzymał list od swojego mistrza. Łuria pisał: „Zawsze uważałem, a nawet byłem pewien, że dobry kliniczny opis przypadków chorobowych ma wielkie znaczenie w medycynie, a zwłaszcza w neurologii i psychiatrii. Na nieszczęście talent opisowy, tak powszechny u wielkich dziewiętnastowiecznych neurologów i psychiatrów, jest teraz w zaniku, niewykluczone, iż na skutek fundamentalnie błędnego przekonania, że urządzenia mechaniczne i elektryczne mogą zastąpić badanie osobowości. Pański znakomity przykład pokazuje, że ta ważna tradycja szczegółowego badania przypadków może znowu odżyć, i to z jakim wspaniałym skutkiem!”. W innym liście Łuria opisywał, jak w wieku 19 lat otrzymał list od Freuda – autor Objaśniania marzeń sennych nie wiedział najpewniej, że założycielem dumnie się prezentującego Towarzystwa Psychoanalitycznego w Kazaniu jest aż tak młody człowiek. W ten sposób epistolograficzna więź niejako połączyła Sacksa ze światem jego wielkich poprzedników.

W XIX-wiecznej nauce urzekała brytyjskiego neurologa szczególna atmosfera, napędzana w dużym stopniu przez poznawczą ciekawość amatorów samouków. Sacks w bogactwie swoich zainteresowań (pisał o najrozmaitszych zagadnieniach neurologicznych i psychiatrycznych, a żywo interesował się też m.in. biologią morską, układem nerwowym różnych prymitywnych organizmów, był również członkiem Amerykańskiego Towarzystwa Paproci) dobrze chyba czułby się w ich towarzystwie. Interesowały go problemy konkretnych pacjentów i to, jak wyłaniają się z nich wielkie tematy filozoficzne i medyczne. Mniej uwagi potrafił poświęcić żmudnemu badaniu stojących za chorobą mechanizmów. Jednakże również w czasach nieuniknionej specjalizacji Sacks był cenionym uczestnikiem dyskusji z akademikami z innych dziedzin, z filozofami i badaczami mózgu, którzy chętnie nawiązywali do jego książek. Przyjaźnił się i korespondował z biologiem ewolucjonistą Stephenem J. Gouldem, odkrywcą struktury DNA Francisem Crickiem czy neurobiologiem Semirem Zekim. Znamienna jest jego wymiana zdań z noblistą, biologiem Geraldem Edelmanem. Gdy dyskutowali o świadomości, w końcu Edelman powiedział do niego: „– Nie jest pan teoretykiem i tyle. – Owszem – zgodził się Sacks, dodając zarazem – ale jestem zbieraczem faktów, których pan potrzebuje do swojej teorii”. Na to zaś chętnie przystał Edelman.

Stale w ruchu

Sacks, którego możemy oglądać na filmach dokumentalnych i na dostępnych online zapisach jego popularnych odczytów, to z reguły starszy pan, siwy, w okularach, z delikatnym, nieśmiałym uśmiechem. Gdy sięgniemy po jego autobiografię pt. Stale w ruchu, zobaczymy na okładce młodego, potężnie zbudowanego, witalnego mężczyznę, w obcisłej skórzanej kurtce, na lśniącym motocyklu BMW R60. Aż trudno uwierzyć, że to ten sam człowiek!

Ten pierwszy Sacks, nieśmiały i nieco safandułowaty, znalazł swój filmowy odpowiednik w postaci granej przez Robina Williamsa w Przebudzeniach.

Film powstał na początku lat 90., a oparty został na słynnej książce Sacksa, pod tym samym tytułem, w której opisywał niezwykłe wydarzenia ze swojej praktyki szpitalnej z II poł. lat 60. Spotkał wówczas grupę osób dotkniętych śpiączkowym zapaleniem mózgu. Epidemia tej choroby miała miejsce kilka dekad wcześniej, zabijając tysiące ludzi, a ci, którzy – jak się zdawało – wyzdrowieli, zaczęli mieć dziwne objawy. Część z nich po jakimś czasie zastygała w nietypowych pozach – i trwała tak wiele lat, „budząc się” tylko na chwilę i poruszając np. pod wpływem muzyki. Sacks postanowił podać im L-DOPĘ – nowy, eksperymentalny lek stosowany w terapii choroby Parkinsona. Rezultaty okazały się oszałamiające: na oddziale nastąpiło radosne przebudzenie, chorzy od lat znajdujący się w stanie zawieszenia odzyskiwali świadomość i zdolność poruszania się. Jednakże niedługo później pojawiły się dotkliwe efekty uboczne – nieznośne fluktuacje stanu chorych – którym towarzyszyło ograniczenie  pierwotnej skuteczności leku. Powrót pacjentów do pełnej życiowej sprawności okazał się chwilowy.

Na planie Przebudzeń Sacks pracował zarówno z Robinem Williamsem, grającym lekarza, jak i z odgrywającym rolę pacjenta Robertem De Niro. Wspominał, jak niezwykłe, ale i krępujące, było przypatrywanie się, gdy Williams – obdarzony fantastycznymi zdolnościami do naśladowania – powoli przejmował jego postawę, gesty, sposób mówienia. De Niro spędził zaś wiele czasu na rozmowach i obserwacji chorych. Obaj stworzyli pamiętne kreacje, a film – przedstawiający całą historię w sposób dodatkowo udramatyzowany i nieco hollywoodzki – budzi autentyczne wzruszenie.

Drugiego Sacksa, motocyklistę w skórzanej kurtce, poznajemy na kartach jego autobiografii. Urodzony w 1933 r. w Londynie, w rodzinie zasymilowanych Żydów, lekarzy, od dzieciństwa przejawiał rozmaite zdolności naukowe. Jeden z nauczycieli pouczał młodego Olivera, mówiąc mu, że „zajdzie daleko, jeśli nie posunie się za daleko”. Po skończeniu studiów na Oksfordzie, konstatując żartobliwie, że w jego otoczeniu jest i tak zbyt wielu lekarzy o nazwisku Sacks (również jego bracia zdecydowali się na ten zawód), wyjechał do USA, gdzie mieszkał już do końca życia. O ile pierwszy motocykl kupił w wieku 18 lat, o tyle to właśnie za oceanem w pełni wykorzystywał ten środek transportu, objeżdżając całe Stany wzdłuż i wszerz. To niejedyna oryginalna pasja Sacksa. Postanowił też spróbować swoich sił w podnoszeniu ciężarów. Nie bez dumy opisuje w autobiografii swoje rekordy – w tym pełen przysiad z 270 kg na barkach. Częścią kolorytu Ameryki lat 60., ale i jego osobistych zainteresowań mechanizmami percepcji były też eksperymenty z narkotykami. Choć niekiedy przynosiły one „amfetaminowe olśnienia”, to doprowadziły też do uzależnienia, z którego wydobywał się przez kilka dobrych lat.

Długo nieznany pozostawał homoseksualizm Sacksa. W autobiografii, w której dokonał coming-outu, opisywał, że gdy w wieku 18 lat powiedział rodzicom o swojej orientacji, jego matka, lekarka i osoba, z którą do końca życia miał dobry kontakt, powiedziała mu: „Jesteś sprośny. Żałuję, że cię w ogóle urodziłam”. W Anglii lat 50. stosunki homoseksualne były karane. Sankcji doświadczył m.in. Alan Turing, słynny matematyk i kryptolog, który aby uniknąć więzienia za seks z mężczyzną, poddał się terapii hormonalnej, a niedługo po jej ukończeniu popełnił samobójstwo. Młody Oliver nawiązywał krótsze i dłuższe znajomości z innymi gejami, niekiedy wyjeżdżając w tym do celu do bardziej liberalnego Amsterdamu, a później korzystając ze swobodnej atmosfery Kalifornii. Z czasem zdecydował się na życie w samotności. W Stale w ruchu bez skrępowania przywołuje zabawną anegdotę. Gdy w 2007 r., jako 74-latek, miał objąć stanowisko profesora na Uniwersytecie Columbia, musiał przejść standardowy wywiad medyczny. Towarzyszyła mu jego asystentka, a wywiad prowadziła pielęgniarka. Gdy spytała go, czy może w obecności asystentki zadać mu intymne pytanie, Sacks odrzekł, że owszem, gdyż nie ma przed nią tajemnic, i dodał, spodziewając się, o co chodzi: „– Nie uprawiałem seksu od 35 lat. – Och, biedaku! – odpowiedziała pielęgniarka – Trzeba będzie coś z tym zrobić”. W atmosferze ogólnej wesołości, dodała, że chciała zapytać tylko o numer ubezpieczenia.

Rok później Sacks poznał młodszego o blisko 30 lat pisarza Billy’ego Hayesa. Polubili się, zakochali w sobie, a następnie stworzyli stabilny i pełen humoru związek. Hayes opowiadał, że zaskoczyła go zupełna nieznajomość popkultury, jaką przejawiał Oliver – nie miał np. pojęcia, kim jest Michael Jackson.

List

Brytyjski neurolog sam cierpiał z powodu chorób, które diagnozował u innych. Przez całe życie miał kłopot z rozpoznawaniem twarzy (prozopagnozja) – z reguły poznawał ludzi po głosie.

W 2005 r. wykryto u niego czerniaka w prawym oku. Po kilku latach kuracji polegającej na napromieniowywaniu siatkówki doszło do krwotoku, który doprowadził do jej zupełnego zniszczenia i utraty zdolności widzenia w tym oku. Wówczas Sacks zaobserwował u siebie halucynacje, polegające np. na pojawianiu się figur geometrycznych. Szybko zdiagnozował tzw. zespół Bonnetta, który może wystąpić przy pogarszającym się wzroku, gdy mózg spragniony bodźców wzrokowych sam zaczyna generować rozmaite fantastyczne obrazy.

W lutym 2015 r. Sacks przesłał list do „New York Timesa”. Napisał w nim, iż jeszcze niedawno wydawało się, że jest w świetnym stanie zdrowia. Codziennie potrafił przepłynąć wpław jedną milę. Niestety, nowotwór usunięty z oka dał liczne przerzuty do wątroby. Zostało mu więc – jak przypuszczał – jedynie kilka miesięcy życia. Musiał ten czas dobrze wykorzystać. Pożegnać się z przyjaciółmi, dokończyć pisane książki (jego autobiografia na szczęście była już ukończona i oddana do wydawnictwa), nie tracić wieczorów na oglądanie telewizyjnych newsów. Część czasu zarezerwował jednak na zabawę, a nawet „jakieś wygłupy”. Na koniec napisał: „Nie mogę udawać, że nie ma we mnie lęku. Przeważającym uczuciem jest jednak wdzięczność. Kochałem i byłem kochany, dużo otrzymałem i dałem coś z powrotem, czytałem i podróżowałem, myślałem i pisałem. Obcowałem ze światem, w ten specjalny sposób dostępny autorom i czytelnikom. A przede wszystkim, byłem czującą istotą, myślącym zwierzęciem na tej pięknej planecie, i to samo w sobie było wielkim przywilejem i przygodą”.

Zmarł w Nowym Jorku kilka miesięcy później – 30 sierpnia 2015 r. – w wieku 82 lat.

***

Wróćmy na koniec do naszych bohaterów: niewidomego Virgila, Jimmiego – marynarza bez pamięci, autystycznych bliźniaków kochających liczby pierwsze, Carla – chirurga z zespołem Tourette’a. Gdy czyta się opowieści Sacksa, najpierw budzą one zdumienie i zaciekawienie, uruchamiają wyobraźnię. Zaczynamy myśleć o różnych światach, w których żyjemy jako ludzie, jako istoty żywe, kształtowane przez specyfikę naszej percepcji, pamięci, zdolności intelektualnych. Następnie zaś przychodzą uczucia głębokiego szacunku i empatii dla przedstawionych bohaterów. Choć każdy człowiek – w tym człowiek chory – zasługuje na szacunek, w praktyce jest to często jedynie formalna zasada. Zostaje ona wypełniona treścią dopiero wtedy, gdy druga osoba wzbudza w nas autentyczną chęć poznania jej, np. z tego powodu, że przeżywa rzeczywistość inaczej niż my. Intelektualne zaciekawienie może nieść ze sobą etyczne konsekwencje.

Sacksowi zarzucano niekiedy, że wybiera pacjentów nietypowych, takich, o których można snuć filozoficzne przypowieści. Że inaczej wygląda los większości chorych. To po części prawda. Spotykał jednak swoich bohaterów w zwyczajnych miejscach: szpitalach i domach opieki, tam gdzie inni nie widzieli nic interesującego. Jednocześnie o pacjentach z niezwykłymi przypadłościami pisał jak o każdym z nas, uwzględniając ich relacje z bliskimi, usposobienie czy hobby. Właśnie dostrzeganie niezwykłości w tym, co zwykłe, i zwykłości w tym, co niezwykłe, to najważniejsza, prawdziwie odmieniająca życie zdolność Olivera Sacksa.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter