70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Rzeczywista wartość rzeczy

Ludzie czasem przyjmują rzeczy nie dlatego że ich potrzebują, że są im niezbędne, ale je do siebie niejako zapraszają. Chcą z tymi przedmiotami pobyć, bo one kiedyś były ważne dla innych. Nie ma w tym żadnej użyteczności, a przecież jest wartość

Wie Pani, że 35% Brytyjczyków sypia z zabawką z dzieciństwa?

Nie, nie wiedziałam. Ale nie widzę w tym nic złego.

Nie?

Oczywiście zależy, jakie są wokół tego emocje. Jeśli ktoś ma do tego przedmiotu stosunek podobny jak małe dziecko – nie jest w stanie bez tego misia czy kocyka zasnąć, wtedy warto by się nad tym zastanowić. Ale jeśli zachowany został pewien dystans, nie traktowałabym takich zachowań jako patologii. To może być objaw radzenia sobie z lękiem, a tego lęku istnieje w społeczeństwie sporo. Taki sposób jest na pewno lepszy niż chociażby akty agresji. Oczywiście możemy zastana wiać się, dlaczego nie mamy tak podstawowego bezpieczeństwa, że musimy sobie radzić w taki sposób.

Pluszaki, kocyki, poduszeczki… Co takiego jest w tych przedmiotach?

W psychoanalizie ważny obiekt z dzieciństwa nazywa się obiektem przejściowym. To są te, jak Pani mówi, kocyki, poduszeczki, czyli przedmioty, do których dzieci przywiązują się na kilka lat przed pierwszym rokiem życia, nabywają specjalnego stosunku, mogą się do nich przytulić. Głębszy sens tego obiektu polega na tym, że zastępuje on opiekę matki czy innej najbliższej osoby.

Koncepcję obiektu przejściowego stworzył Donald Winnicott, który był psychoanalitykiem, ale i pediatrą. Na co dzień obserwował wiele elementów z życia małych pacjentów. Zauważył, że te przedmioty dają poczucie bezpieczeństwa. Są otrzymywane od matki, ale jej nie zastępują, stają się czymś pomiędzy.

Łącznikiem?

Można tak powiedzieć. Istotne jest to, że nad tym przedmiotem, inaczej niż nad matką, dziecko ma kontrolę, co buduje jego niezależność. Mój syn za taki obiekt uznawał pewną pieluszkę. Zawsze musieliśmy z nią podróżować. Nawet ja nie mogłam jej już w pełni zastąpić. Córeczka miała poduszkę, z którą chodziła wszędzie, a potem,  ze zrozumiałych względów, nazywaliśmy tę poduszeczkę brudaskiem. Z tymi rzeczami jeszcze często jest tak, że ich nie można uprać. Liczy się nie tylko wygląd, ale i zapach.

Nie można ich też wymienić na nowe.

Właśnie. Zresztą ciekawe jest to, co dzieci robią z tymi zabawkami. To przedmiot, który obdarowuje się miłością, ale też targa, rzuca, uszkadza.

Traktuje jak rodzinę.

Coś takiego. To pierwszy przedmiot, który musi znieść naszą złość, gdy np. coś mu urwiemy. Ale jednocześnie takie doświadczenie uczy, że szkodę można naprawić, np. doszywając urwany ogonek. Winnicott uważa, że to model, na którym jesteśmy w stanie uczyć się korzystania z kultury.

Proszę zauważyć, że my zostawiamy te znaczące przedmioty, kiedy przestają nam być potrzebne, lecz nie zapominamy o nich. Choć, jak pokazują wspomniane przez Panią badania, istnieje też duża grupa osób, która w dorosłym życiu nie rozstaje się z tymi rzeczami.

Pamięta Pani swoją najważniejszą zabawkę?

Miałam lalkę Małgosię z plastikową buzią, długimi, miękkimi nogami i rękami. Ciekawe jest to, kiedy po raz pierwszy opowiedziałam historię o tym, jak straciłam Małgosię. Mój ojciec jest Żydem ocalałym z Holokaustu i razem z nim uczestniczyłam w badaniach prowadzonych przez nieżyjącą już Marię Orwid z Krakowa.

Przeprowadzała ze  mną wywiad, w którym jedno z pytań dotyczyło właśnie obiektów przejściowych. I dopiero wtedy przypomniałam sobie historię lalki Małgosi. Otóż było tak, że jechaliśmy nad morze pociągiem w wagonie sypialnianym. Musieliśmy wysiadać i nagle przypomniałam sobie, że Małgosia została w wagonie. Nie mogliśmy już po nią wrócić.

O nie…

I  pamiętam właśnie tę  odjeżdżającą w pociągu lalkę Małgosię. Muszę powiedzieć, że opowiadanie tej historii po raz pierwszy w kontekście rozmowy o drugim pokoleniu było dziwnym doświadczeniem… A Pani zabawka?

Białek, biały miś z bladoniebieskimi łapkami. Karmiłam go buteleczką. Nie wiem, co się z nim stało.

Widzi Pani, to jest przykład, że przedmiot został zapamiętany, ale w pewnym momencie przestał być potrzebny.

Przywiązanie do przedmiotów nie dotyczy przecież tylko dzieci. W moim rodzinnym domu jest kłopot z posprzątaniem strychu, bo niektórzy nie chcą się zgodzić na wyrzucenie rzeczy, które nosili… w liceum.

Cała historia z obiektem przejściowym pokazuje proces bardzo pierwotnej symbolizacji. Tu mamy coś podobnego. Bo przecież nie chodzi o tę bluzę z liceum, tylko o to, co ona zaczęła symbolizować.

„Może wyrzucanie »gratów« oznacza odcinanie kawałków własnej przeszłości, przyspieszone umieranie?” – tak zastanawiał się nad tym fenomenem Jacek Dehnel.

Oczywiście, że tak. Trudno porzucić rzeczy, które symbolizują wydarzenia, bo to jest jak zakończenie czegoś, powiedzenie na głos, że tamten czas nie powróci. Takie uczucia mamy w stosunku do naszych rzeczy, ale myślę, że jeszcze większy problem pojawia się z przedmiotami, które należały do bliskich nam osób. Przyniosłam dla Pani książeczkę. Jest w niej bardzo dużo wątków, których teraz dotykamy. Jak likwidowałam dom moich rodziców, napisała ją Lydia Flem, francuska psychoanalityczka. Jej rodzice byli ocalałymi z Holokaustu. W tych rodzinach często istnieje tajemnica, więc ona, mierząc się z tym zadaniem likwidowania domu, przepracowuje wiele spraw na nowo. Przykładem jest próba relacji z obiektem przejściowym: „Weszłam na strych. W kącie leżała moja ukochana Bambula – okrąglutka poduszeczka z dziecięcego łóżka: na czarnym pluszu uśmiechnięta twarz, duże czerwone usta, zdziwione oczy, przy uszach złote kółka. Przytuliłam ją do siebie jak kiedyś, a potem odłożyłam na miejsce”. Autorka jest w żałobie, ale obiekt przejściowy nie daje już pocieszenia, musi poradzić sobie z nieobecnością matki inaczej niż kiedyś.

Bambula to była jej rzecz. Prawdziwym zadaniem było zmierzenie się z rzeczami po rodzicach.

To bardzo trudna sytuacja, bo w przypadku śmierci bliskiej osoby okazuje się, że nagle posiadamy rzeczy, których nikt nam nie ofiarował. One jakoś nie są nasze. Bywa, że rodzice nie chcieli nam ich przekazać, mówili: „Nie dotykaj tego, bo zepsujesz”. Albo w ogóle nie wiedzieliśmy, że je mają. Flem zresztą też o tym pisze: „Jak przyjąć coś, co nie zostało mi dane przez nich samych, z ich własnej woli? Dlaczego mam zabierać dla siebie coś, czego mi nie powierzyli za życia? Jak wyzbyć się okropnego uczucia odwetu, że biorę podnóżek, którego mama nigdy nie chciała mi dać?”. Gdy taka rzecz pojawia się w naszym życiu nagle, zaczynamy nią rozporządzać, rodzi się pytanie o prawo do niej.

Jednak jeśli ktoś nam daje przedmiot w formie prezentu, też nie mamy nad nim pełnej władzy. Nie możemy go, ot tak, wyrzucić, bo wraz z nim otrzymaliśmy również emocje.

Tak, to oczywiście zależy od naszego stosunku do ofiarodawcy. W pracy o czynnościach pomyłkowych Freud zwracał uwagę na to, że zgubienie czy „nieumyślne” zniszczenie przedmiotów pochodzących od ważnych osób ma znaczenie. Gdy omawiałam to na zajęciach, jedna ze studentek zaczęła się zastanawiać, dlaczego zawsze „zasusza” rośliny, które dostaje od mamy. Nawet jeśli są to kaktusy…

Wracając do wcześniejszego wątku… Dziwne jest to określenie „likwidować” mieszkanie.

Szukamy innych słów: opróżnić? uprzątnąć? zamknąć? Tylko że to jest oszukiwanie się. Wcale nie sprzątamy, nie zamykamy, tak jakby ktoś miał wrócić z wakacji. Może jest tak, że właśnie to słowo „likwidacja” dotyczy dokładnie tego, co się dzieje. Inne słowa mają tylko zastąpić brutalność tego procesu. Tu mamy specjalną, ale i naturalną sytuację. Rodzice niejako muszą umrzeć, abyśmy dalej żyli my, aby było miejsce dla nas i naszych dzieci.

To tak jakbyśmy my byli następni w kolejce. Na samą myśl robi się zimno.

Też może pojawić się taka trudność. Likwidując dom po rodzicach, konfrontujemy się z własną śmiertelnością. Ktoś, pewnie któreś z naszych dzieci, będzie robić to samo z naszymi rzeczami.

To przytłaczająca, dramatyczna, ale, tak jak Pani mówi, naturalna sytuacja. Co jednak z osobami, którym zmarły dzieci? Jak często słyszy się, że „pokój jest nienaruszony”, nie wolno z niego nic wynosić, zagospodarować na coś innego. To trwa latami. Tak jakby pewien etap żałoby nie został przeżyty.

Jest o tym piękny włoski film Morettiego Pokój syna. Pokazuje, że potrzeba czasu, żeby przepracować traumę utraty, że zachodzi to powoli, z trudem. Ten film jest prawdziwy, bo nie pokazuje spektakularnego wyleczenia, ale powolny i dramatyczny proces. Istotną częścią tego procesu okazuje się „poznawanie” syna, jego tajemnic, o których rodzice nie wiedzieli. To częsty motyw po śmierci bliskich. Myślę, że to poznawanie służy też poczuciu ich odrębności. Szczególnie w przypadku dzieci czujemy, że w jakimś stopniu są naszą częścią, a żałoba jest procesem oddzielania się od zmarłego, żebyśmy mogli wejść z nim w inną relację. Wkraczamy tu w kolejny temat związany właśnie z doświadczeniem traumy. Mówiłyśmy o symbolizacji, o tym, że w ciągu życia różne rzeczy, poza zwykłym, użytecznym znaczeniem, mają też dla nas wartość symboliczną. Przy czym symbol jest czymś innym niż przedmiot. Na przykład Pani wie, że to, przy czym siedzimy, jest stołem, mimo że ma jakieś tam powyginane nogi. Istnieje coś takiego jak idea stołowatości, symbolizacja stołu. Trudno ją zdefiniować, ale jakoś ją rozpoznajemy. Idea jest niezależna od samego przedmiotu. Większość z nas to rozumie. I teraz: w pewnego rodzaju zaburzeniach, a szczególnie w przypadku traumy, jest tak, że symbol staje się przedmiotem,  tym ,co symbolizuje. Dużo pisała o tym polska psychoanalityczka Hanna Segal. Zwracała uwagę, że w momencie traumy zanika możliwość symbolizacji. Dochodzi do ukonkretnienia określanego przez nią jako zrównanie symboliczne. Na przykład osoba, która była przy pożarze, gdy później

widziała mgłę, odczuwała ją jak sam pożar. Albo ktoś, kto przetrwał wojnę, burzę traktował jak bombardowanie. I nie chodziło o to, że ten widok czy dźwięki przypominały im złe wydarzenia, powodowały dyskomfort. Oni przeżywali to tak, jakby ten pożar czy tamto bombardowanie wydarzało się właśnie teraz. Symbol stawał się przedmiotem. A równocześnie na jakimś poziomie wiedzieli, że to nieprawda.

Jak to się ma do pokoju zmarłej osoby?

Chodzi o to, że być może w sytuacji traumatycznej, którą jest śmierć bliskiej osoby, jej pokój czy jakaś rzecz, jak gdyby staje się tą osobą. I wtedy zlikwidowanie tego pokoju byłoby równoznaczne z likwidacją tej osoby.

Pojawiają się argumenty, że to byłoby „zdradą”.

Tak, ale mam wrażenie, że to już dodatkowe tłumaczenie. Mówienie, że ten pokój jest dla mnie ważny, że kiedy on jest, to pojawia się przeczucie, jakby ta osoba miała jeszcze wrócić. Myślę, że to ma wtórny charakter wobec tego bardzo pierwotnego uczucia: nie  mogę naruszyć tych rzeczy, bo to tak jakbym naruszał tę osobę.

Natomiast w procesie żałoby jesteśmy w stanie umieścić tę osobę wewnątrz siebie. Wtedy pozo- stawione rzeczy przestają być aż tak ważnymi nośnikami. Dochodzi się do takiego momentu, w którym rodzice po utracie dziecka potrafią docenić, że ono z nimi było, że wiele dało i że zawsze niejako będzie z nimi, niezależnie od tego, czy ten pokój pozostanie czy nie. Będzie z nimi, bo będzie w nich.

Czy nie jest tak, że w pewnym momencie taki nienaruszony pokój zaczyna być toksyczny? Działać jak kula u nogi?

Myślę, że każdemu trzeba dać czas. Sama przez pół roku nie likwidowałam pokoju mojej babci, która ze mną mieszkała. Trudno jest powiedzieć, jaki czas jest właściwy. Na pewno nikomu nie nakazywałabym takiej likwidacji. Chodzi o to, żeby najpierw przemeblować coś w głowie, a nie na zewnątrz. Nic na siłę.

Bardzo ważne jest zrozumienie, jak wiele koncentruje się wokół tego pokoju, wokół tej śmierci. W takich sytuacjach zawsze musimy się zastanowić, co nasze zachowanie robi reszcie rodziny. Miałam na terapii matkę, której zmarła córka. Tam nie było akurat zachowanego pokoju, ale inne elementy pamięci córki. Druga córka zaczęła się źle uczyć, stwarzać problemy, żeby przyciągnąć uwagę matki i, na  nieuświadomionym poziomie, chronić ją przed żałobą, wyrwać ją z niej. Wtedy matka zauważyła swoją niemożność przepracowania żałoby.

W Polsce to nielegalne, ale w Stanach Zjednoczonych można postawić w salonie prochy bliskiej osoby. Ciało człowieka sprowadzone do przedmiotu stojącego na kominku…

Pytanie, jakie stoją za tym emocje. Myślę, że to niemożność rozstania się. Dla nas to może być dziwne, ale za tym mogą iść bardzo proste uczucia: że ta osoba pozostaje z nami. Traktowałabym to jako przejściowy okres żałoby. Tak naprawdę to lepiej byłoby pewnie rozsypać prochy w miejscach dla tej osoby ważnych, ale to chyba w Polsce nie jest dozwolone…

Często uważamy, że przedmioty nasiąkają wydarzeniami, emocjami. W pewnym eksperymencie dano ludziom do włożenia dwa swetry. Jeden czyściutki, drugi nieświeży. Ten czysty należał do mordercy. Wiele osób wolało wybrać drugi: brudny łach, ale nieskażony dotykiem kogoś, kto popełnił zbrodnię. To bardzo magiczne myślenie.

Trochę tak. To jest związane z bardzo pierwotnym myśleniem, gdzie znowu rzeczy jakiejś osoby są trochę tak jakby  tą osobą, mogą przenosić jej pewne cechy.

A jak Pani rozumie w takim razie brak problemów z przejmowaniem mienia po osobach, które zostały zamordowane, jak Żydzi, czy wygnane, jak Mazurzy?

Wie Pani, mamy bardzo duże umiejętności radzenia sobie w takich sytuacjach konfliktu, używając różnych mechanizmów obronnych. Jednym z nich jest rozszczepienie, które pozwala na  pozostawanie w dwóch rzeczywistościach. Z jednej strony wiemy, że te rzeczy należały do kogoś innego, kogo historia jest nam nawet znana, z drugiej, na co dzień nie kontaktujemy się z tą wiedzą. Na Mazurach widziałam domy, których nowi właściciele odtwarzali historie domu i rodziny, jaka w nim mieszkała, mieli kontakt z potencjalnymi spadkobiercami, którzy byli wzruszeni, że ktoś zachowuje pamięć o ich rodzinie. Myślę, że z Żydami jest trudniej, bo wymiar traumy jest niewyobrażalny, a więc i poczucie winy z tym związane. Nie myślę tu o poczuciu winy związanym z udziałem w Holokauście, ale o winie wiążącej się z pozycją mniej lub bardziej obojętnego świadka, a przede wszystkim winie wynikającej z korzyści poprzez przejęcie właśnie tych rzeczy, o których dzisiaj mówimy. Uważam, że ważne jest, iż coraz więcej mówi się o tym w różnych kontekstach społecznych. Na tym polega przepracowywanie traumy – wraca się do wydarzenia traumatycznego, opowiada się o nim, poznaje szczegóły nie tylko związane z samym wydarzeniem traumatycznym, ale też wokół tego wydarzenia, dzieli uczuciami. Aż w końcu trauma może zostać zintegrowana, stać się częścią naszej wspólnej polsko-żydowskiej historii.

Ma Pani swój „zielony kamyk”, jak z piosenki?

Swój amulet?

Tak.

Nie mam. Ale mogę Pani opowiedzieć inną historię o amulecie. To historia pani Wiesławy Karaczewskiej ocalałej z Holokaustu. Jej matka była Polką, ojciec Żydem. Matka ratowała nie tylko męża, ale całą jego rodzinę. Zdecydowali się oddać ich malutkie urodzone w czasie wojny dziecko pod opiekę polskiej rodzinie. Ludzie, którzy je przyjęli, bali się trzymać dziecko w domu, umieścili je w szopie przy domu. Historia dotyczy rękawiczek, które zrobiła dla niej mama. Wełniane, maciupeńkie rękawiczki. Jedna z nich przetrwała wojnę i była przez tę osobę traktowana właśnie jak amulet. Aż doszło do tego, że rękawiczka się zgubiła. To było dla niej tak trudne, że napisała o tym wiersz Brzmi tak:

Rękawiczki 1942

Z lichej, szorstkiej wojennej włóczki

w kolorze buraka

zrobiła rękawiczki

Przy każdej – dwa perłowe guziczki

Z lepszych czasów.

Rękawiczki na moje półroczne ręce,

żeby nie marzły w obcej komórce.

Zaklęła w nie życie dla mnie:

Dziecko, które ma takie rękawiczki,

musi przeżyć.

Takie eleganckie rękawiczki

 

Na szczęście ta rękawiczka się znalazła. Pokażę Pani… [Profesor pokazuje zdjęcie].

Jak dobrze!

Tak, ale ta historia opowiada o tym, że ona, gubiąc ten przedmiot, tracąc go, była już w stanie go usymbolizować. Bo ten wiersz jest usymbolizowaniem rękawiczek, ale też całej matczynej opieki i troski. Rękawiczka stała się czymś w rodzaju obiektu przejściowego i nabrała charakteru amuletu. W momencie gdy jej zabrakło, ta osoba była w stanie ją odtworzyć wewnętrznie. Przekonanie, że matka się o nią troszczyła, miała w sobie. Dobrze, że rękawiczka się znalazła, ale nie musiała. I o to chodzi.

Rzeczy mają nad nami władzę. Czasem patologiczną, jak ten pierścień z Władcy Pierścieni. Chodziło tylko o to, żeby go mieć. W opozycji wobec tej władzy do szaleństwa konsumpcjonizmu staje ruch minimalistów. Sto rzeczy wystarcza nam do życia – mówią. Są zdrowsi niż reszta społeczeństwa?

Wie Pani, i tak, i nie. Jako właśnie ta opozycja do konsumpcjonizmu pomysł mi się podoba. Ale zaraz rodzą się pytania. Na czym to ma polegać? Co to znaczy, że posiadamy rzeczy wyłącznie niezbędne pod względem użytkowym? Czyli pozbawiamy się wszystkich innych?

Pamiątek z wakacji.

Tak, tych wszystkich rzeczy, które mają tylko emocjonalne znaczenie? Czy to nas nie zuboży?

Fotografie są bezużyteczne,  dzieła sztuki…

Właśnie. Do czego nas takie ograniczanie według klucza użyteczności doprowadzi? Rzeczy często pomagają. W książce Lydii Flem pojawia się taki moment, w którym ona jest w stanie oddać różne rzeczy po rodzicach. One wtedy dostają nowe życie. Tak jest niejednokrotnie także w przypadku zwyk- łych przeprowadzek. Ludzie czasem przyjmują rzeczy nie dlatego, że ich potrzebują, że są im niezbędne, ale je do siebie niejako zapraszają. Chcą z tymi przedmiotami pobyć, bo one kiedyś były ważne dla innych. Nie ma w tym żadnej użyteczności, lecz przecież jest wartość.

Często mamy zbyt dużo rzeczy. Ciągle coś zbieram.

Tu trzeba poszerzyć myślenie o to, co jest normą, a co patologią. To temat z pogranicza. Mamy, jak Pani mówi, ludzi, którzy zajmują się zbieractwem.

Dzwoneczki, pocztóweczki…

Też, ale mam też na myśli syllogomanię. To się czasem tak zaczyna, od pocztóweczek, ale w pewnym momencie u niektórych osób przeradza się w patologię. Są historie ludzi, którzy tworzą w  swoich domach pośród ogromu rzeczy ścieżki, po jakich się poruszają. I niczego nie można wyrzucić. W sensie psychopatologicznym podporządkowuje się to zaburzeniu obsesyjno-kompulsywnemu. To rodzaj natręctwa. Tylko że to dalej mało wyjaśnia. Przede wszystkim rodzi się pytanie, w którym momencie przekroczona zostaje granica. Czy osoba, która ma w domu bardzo dużo bibelocików, jest już blisko jej przekroczenia?

Wszystko zaczyna się od tej uniwersalnej trudności, o której tyle mówiłyśmy. Że przedmioty mają emocjonalne znaczenie i tak trudno jest nam się ich pozbyć. W historii tych osób często pojawia się utrata, która wyprzedza zbieractwo – utrata bliskiej osoby, znaczenia. Przypuszczalnie rzeczy mają kogoś lub coś zastąpić.

Trudno powiedzieć sobie: „To jest rupieć”.

To jest podjęcie decyzji, że tego już nie będę mieć. Wtedy budzi się w nas protest: ale może to jest ważne? Może to mi będzie potrzebne? Choć, znów, myślę, że to taki powierzchowny poziom. Gdzieś głęboko, w emocjach jest ta niemożność rozstania się.

Znałam takie przypadki, że zdesperowana rodzina decydowała się na sprzątanie pod nieobecność „zbieracza”. Zdarza się, że ze względu na zagrożenie epidemiologiczne sprzątaniem zajmuje się spółdzielnia mieszkaniowa.

Aż tak?

No tak, bywa, że te osoby z powodu nagromadzonych rzeczy mają trudność, żeby nawet dojść do łazienki. Pomimo to byłabym ostrożna z podejmowaniem radykalnych decyzji. Trudno nam pomyśleć, że to, co jest ewidentnymi „śmieciami”, może mieć dla kogoś takie znaczenie jak dla nas ukochane bibeloty. Ale tak jest, więc usuwanie ich nieuchronnie łączy się z bardzo dużym cierpieniem. Nawet w dramatycznych sytuacjach „porządkowych” zalecałabym negocjacje, a przede wszystkim zastanowienie się, o jaki brak o charakterze emocjonalnym chodzi. Może sensowniej jest leczyć przyczynę niż skutek. Szczególnie że przywiązanie do rzeczy dotyczy nas wszystkich. Pozwoli Pani, że przeczytam jeszcze jeden fragment z refleksji Lydii Flem. Pisze ona tak: „[Rodzice] nie potrafili się z niczym rozstać, nic wyrzucić, ponieważ ich młodość została zmącona zbyt wieloma wygnaniami i zniknięciami. Obarczyli mnie zbyt wieloma rzeczami, bo sami mieli za mało. Próbowali wypełnić własną pustkę”. Albo: „Przedmioty również stają się sierotami. Potrzebują przybranych rodziców, nowych przyjaciół (…). Przedmioty cierpią, kiedy są niepotrzebne, porzucone, bezczynne. Jak na przykład wyrzucić klucze nie wiadomo do czego?”

I wie Pani, też mam bardzo duże trudności, żeby wyrzucić klucze. Bo może one pasują do jakiegoś ważnego miejsca?

***

Przykłady badań stosunku nad rzeczami pochodzą z artykułu Olgi Woźniak Co się stało z twoim misiem?, „Gazeta Wyborcza” 29 maja 2014. Słowa Jacka Dehnela cytujemy za tekstem Doroty Wodeckiej Cały jestem przywiązaniem, „Gazeta Wyborcza”,  31 stycznia 2011. Fragmenty książki: Lydia Flem, Jak likwidowałam dom moich rodziców, tłum. E. Burakowska, Warszawa 2005.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter