70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Ryzykowne nielubienie krytyki

Chciałam zapisać krytyk / krytyczka, ale uświadomiłam sobie, że przecież krytyk w naszych dyskusjach jest rodzaju męskiego.

A  krytyka zrobiła dla nas np. to, że znalazła język do opisu gender literatury, współbiorąc na siebie lepsze rozumienie świata przeszłego i teraźniejszego. Wystarczyłoby to moim zdaniem za podsumowanie potrzeby i znaczenia pracy koncepcyjnej ostatnich dekad. Mogłaby sobie krytyczka odejść już na specjalną emeryturę.

Tymczasem skończyłam czytać kolejny wywiad rzekę z pisarką, którą lubię i cenię. Ukazuje się ich sporo, podobnie jak biografii (na pewno więcej niż książek krytycznoliterackich). W niemal wszystkich znajduję wątek rezerwy, a nawet pogardy wobec krytyków (więc i krytyczek, domniemam). Zaczęłam zastanawiać się, czy znam autorów, którzy chcieliby istnienia komentującego piśmiennictwa, przyznawali osobom piszącym o literaturze jakąkolwiek rolę, byli skłonni uznać, że uprawianie tego fachu wymaga wiedzy, pracowitości i talentu pisarskiego, a nie tylko akceptującej bez zastrzeżeń miłości do wybranych artystek / artystów. Choć miłość może się też sprawdzić, dawać motywację.

Być może w przesunięciu akcentów z komentarza ku autokomentarzowi i z narracji literaturoznawczej ku amatorskiej upatrywać można przyczyn ogłaszania zbędności zawodu, niegdyś szacownego. Przyczyn zresztą jest wiele i mamy je przedyskutowane. Po pierwsze więc, upadek pism literackich, jakie znaliśmy w XX w., łamów dla ekspertyz, fantazji i prognoz. Po drugie, rynkowe gry wydawców. Po trzecie, kształtowanie gustów przez amatorów i miłośników, wynajmowanych jako eksperci. Po czwarte, ogólna pogarda wobec humanistyki, nudnych wywodów, zastępowanych celnymi tweetami, blurbami i memami. Po piąte – odbierające wiarygodność pójście za trendami. Po szóste – upieranie się przy niewydolnej narzędziowni. Dewaluacja ocen w dobie rankingów, „topek” i sezonowych gwiazd. Upadek hegemonicznego autorytetu. Wymieniać można długo. Sama widzę przewagę argumentów negatywnych, nadpodaż słowa „upadek”, chociaż apokalipsa mi niemiła i w zmianach chcę odnajdować i te na lepsze.

Załóżmy zatem, że co prawda rekombinuje się komunikacja, ale ludzi, którzy z analizy literatury czynią swój zawód, nadal spotykamy i będziemy (chyba tak?) spotykać, więc może nie o przydatności powinniśmy rozmawiać? Krytyka jest tak (nie)przydatna jak sztuka, przeto płyniemy na tej samej tratwie z pisarkami i pisarzami, którzy wolą, żebyśmy o nich nie rozmawiali.

Zwykle pytamy, czemu służy krytyk i jak może chronić swą niezależność. Proponuję zapytać, co robi w polu literackim i jak je współkształtuje, choć wielu twierdzi, że nie ma wpływu na realne procesy czytelnictwa. Stop, krytycy krytyków. Nie rozmawiamy o celebrytach, lecz o codziennej pracy w literaturze, z której rezultatów korzystamy, nawet o tym nie wiedząc. Na przykład? Czytając podręczniki do nauki języka polskiego, których treści przenoszą kryteria inicjowane w recenzjach z nowości.

Nie, nie zaproponuję typologii ról i wcieleń. Może poza jedną – krytyczka / krytyk mogą i powinni wrzucać teksty w maszyny interpretowania, w tryby historii literatury, w kontekst świata wokół. Mają takie trochę większe przyrządy niż przeciętni miłośnicy książki. Nie wiem, dlaczego mieliby ukrywać swój dostęp do kontekstów czy do wiedzy z dziedziny poetyki. Użyteczność tych interpretacji to zupełnie inna kwestia. Zawsze wierzyłam w możliwość wychodzenia z zamknięcia akademickiego, rozhermetyzowania języka, ale przecież dziś w ogóle już nie rozmawiamy o zamkniętych kodach, lecz o tym, kto w jakim dużym medium lub konkursie książkowym decyduje o wypromowaniu pisarki / pisarza. I ubolewamy, że nie my, ale oni, że nie według naszego wzoru, lecz cudzego.

Tak, istnieje coś takiego jak krytyka nagrodowa oraz nowy gatunek publicystyki – szkic o niesłuszności werdyktów. Nagrody literackie są jedyną związaną z książkami okazją do żywiołowych dyskusji, poza skandalami niewiele mającymi wspólnego z czyimkolwiek pisarstwem.

Napiszę teraz coś towarzysko ryzykownego – właśnie z gremiów jurorskich wyniosłam przeświadczenie, że krytyka jest potrzebnym zajęciem. Dziś często do kapituł zapraszani są ludzie reprezentujący zawody sąsiednie – teatr, film, prawo, dziennikarstwo. Praktycy: poeci i dramaturdzy. Ich głos bywa ożywczy, erudycja nieprzeciętna, a wrażliwość odświeżająca. A jednak lubię pracować w gremiach mieszanych, z przewagą zawodowych czytelników. Dlaczego? Bo nie zachwycą się świeżością wtórnej książki tylko dlatego, że czytali do tej pory w swojej niszy.

Krytyka pracuje na rónych głębokościach – ma pamięć, wytwarza kryteria i postulaty. Ropoznaje i przeczuwa, atakże inicjuje własne narracje. Blurby się wyblurbią, a diagnozy mogą okazać się ważne. Dla kogo? Ano właśnie. Może dla czegoś tak abtrakcyjnego jak samowiedza wspólnoty. Często dopiero w rozbiorze krytycznym ukazują się trwalsze sensy dzieła, niesprowadzalne do kampanii reklamowych. Dopiero w spowolnionym procesie lektury, nienapędzanej zasadami kupna-sprzedaży, odsłaniamy znaczenie i urok opowieści, frazy, koncepcji.

Dlatego dziwię się pisarzom, którzy nie chcą krytyki, a wyrażają zgodę na uczestniczenie w chimerycznym świecie mediów i promocji. Oczywiście rozumiem pokusę samoobsługi wszystkich wytwarzanych gestów i słów. Można po powieści pisać blog, a po tomiku wydać dziennik, ustanawiając normy samoczytania. Rozumiem, że afirmacja dziennikarska smakuje lepiej od polemiki. Jeśli jednak marzymy o obecności wielokrotnej, o kontrakcie dłuższym, potrzebujemy czytelników skazanych na nas. Bo krytyka skazana jest na literaturę. I nawzajem. Wiem – pisarze chcą czytelników, nie strażników. Powiedzmy, że śladem lektury jest tekst o lekturze, nic lepszego nie wynaleziono.

Znam grzechy krytyków. I lęki krytyków. I rany na ego krytyków. I niezaspokojone ambicje. Oraz wolę sprawowania władzy. I pychę także znam. Oraz odklejenie od rzeczywistości. Złośliwość. Męskocentryzm. Więcej wad pamiętam, a jakże. Własnych również. Mimo wszystko uważam, że krytyczne czytanie popłaca, ponieważ produkuje instrukcje, opinie, dyrektywy, panegiryki, do których mogą się odnosić kolejni uczestnicy wymiany polilogu, stanowiącego podstawę kultury. W tym samym celu pisze się książki i o książkach. I z tego samego się tka – z innych książek, zdarzeń, wiedzy oraz z siebie, ze środka. Nie ma powodu, by pogardzać uczestnikami wspólnoty literackiej.

Jednocześnie z wywiadem rzeką czytam znakomitą akademicką rozbiórkę twórczości wielkiego pisarza. Ta rozbiórka, jak wiele innych wydanych w ostatnich latach, nie tylko utwierdza pozycję autora w kanonie. Właściwie ten luminarz XX w. już dawno zniknąłby w tylnych rzędach biblioteki, gdyby nie wysiłek innych piszących, oddających mu uwagę, czas i talent.

Jako pisarka wyglądam niecierpliwie szkiców na temat moich książek. Pochwały poprawiają humor, ale nie wiem, co z nimi zrobić.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter