70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Foto de Wojciech Druszcz, flickr.com

„Wszystko mi jedno, muszę jechać”

Niezależnie od tego, ile trwa wyprawa, należy mieć przede wszystkim przekonanie, że podróżowanie jest tylko epizodem. Nawet jeżeli ten epizod ogarnia większość życia.

Krystyna Strączek: Pamięta Pan swoją pierwszą podróż?

Ryszard Kapuściński: Bardzo dobrze. Miałem wtedy siedem lat, wybuchła wojna. Byliśmy całą rodziną w Lubelskiem u mojego wujka, który pracował niedaleko Chełma. I postanowiliśmy od razu wrócić do domu, do Pińska. Chcieliśmy przejechać całą Polskę w trakcie pierwszych działań wojennych. Opisałem zresztą tę wędrówkę w Buszu po polsku. Właściwie od tego momentu, z pewnymi przerwami, jestem w podróży. Ponad pół wieku.

Już mając dwanaście czy trzynaście lat, wybrałem się na wyprawę razem z kolegą, Stasiem Obojskim. Podróżowaliśmy wagonami bydlęcymi, w ogromnym tłumie ludzi z tobołami, którzy przemieszczali się a to ze wschodu na zachód, a to z centralnej Polski na północ. Wtedy dużo dzieci, „bezprizornych”, podróżowało bez rodziców. Całe rodziny były pogubione, porozrzucane. I my, dwóch małych chłopców, nie budziliśmy żadnej sensacji.

Nie bał się Pan tak podróżować?

Ciekawość zawsze była silniejsza. Najpierw wybraliśmy się do Wrocławia, żeby zobaczyć zgliszcza powojenne, potem do Gdańska, na wybrzeże. Gdańsk też był okropnie zrujnowany. Spaliśmy w przygodnych miejscach, u przypadkowych ludzi.

Obrazy podróży i ludzi w podróży towarzyszą mi całe życie.

Nigdy zatem nie przyswoił Pan sobie wzorca życia osiadłego.

Tak, podróż została przypisana do mojego życiorysu. Dziś staram się moje wyprawy ograniczać.

Z jednej strony, podróż jest ważna jako sposób poznania świata i jako materiał do reportażu, z drugiej – niesłychanie czasochłonna. Zwłaszcza podróżowanie z przygodami, bez zarezerwowanych biletów, gdy nie wiadomo, kiedy i gdzie się dojedzie. A i tak największym problemem pozostaje niepewność, czy się w ogóle wyjedzie… Świat poza rozwiniętymi krajami Zachodu to świat ciągłego oczekiwania – na transport, na otwarcie drogi; gdzieś trafia się na powódź, gdzie indziej na wojnę. Wielka niewiadoma. Fascynujące, ale zabiera masę czasu.

Po latach znalazłem się w paradoksalnej sytuacji: chętnie bym pojechał, ale nie mam na to czasu, bo chciałbym też swoje podróże opisać.

Powstaje sprzeczność między potrzebą jeżdżenia a przymusem pisania.

Właśnie, wędrowanie zawsze uaktywniało w człowieku potrzebę pisania. W innych kulturach równie silną jak w Europejczykach?

Nieeuropejskich książek o podróżach jest masa, wiele z nich ciągle nie zostało przetłumaczonych. Przede wszystkim istniała olbrzymia literatura podróżnicza po arabsku, szczególnie wiele dzieł pochodzi z okresu, na który w Europie przypadło wczesne średniowiecze. Arabowie byli i wielkimi podróżnikami, i wielkimi pisarzami, choćby słynny Ibn Battuta. Choć były i takie okresy w dziejach, gdy kultura arabska popadała w wielowiekowy marazm.

Podobnie wielka jest literatura chińska na ten temat.

A Afryka?

Nie ma jednej literatury afrykańskiej. Na tym kontynencie używa się dwóch tysięcy języków. Niektóre z nich wytworzyły literaturę podróżniczą, na przykład hausa i suahili. Tego typu teksty pojawiały się głównie na terenach, gdzie istniały wpływy arabskie. Brak ich zaś w językach bantu, czyli językach ludów osiadłych. Wiele zależało więc od ruchliwości plemion.

Właściwie w każdej kulturze podróż stanowi inspirację do pisania. Człowiek jest tak oszołomiony zderzeniem z innym światem, że chce koniecznie się tym podzielić. Nie jest w stanie zachować tylko dla siebie rzeczy tak niezwykłych, zdumiewających. Z podróżami i pisaniem o podróżach jest trochę jak z poezją – wiele zależy od wieku piszącego. Osiemdziesiąt procent podróżnych to ludzie młodzi. I także osiemdziesiąt procent poezji pisze młodzież. Przychodzi taki moment w życiu, kiedy czuje się potrzebę poetyzowania, podróżowania i opowiadania o podróżach.

Z tej poezji niewiele potem zostaje.

To prawda. Z reguły młodzieńcze pisanie szybko się zarzuca. Nie inaczej jest zresztą z opowieściami o podróży. Na świecie, na przykład we Włoszech czy Francji, urządza się targi książki podróżniczej i turystycznej. W Polsce się z tym do tej pory nie zetknąłem, może dlatego, że literatura podróżnicza została bardzo słabo wyodrębniona przez naszą krytykę, podczas gdy na Zachodzie są krytycy, którzy się w takim pisarstwie wręcz specjalizują. Są też wydawnictwa publikujące tylko tego typu książki, które można podzielić na cztery działy: reportaż, przewodniki, atlasy i albumy fotograficzne.

Kilka lat temu byłem na gigantycznych targach książki podróżniczej na północy Francji, w bretońskim mieście Saint-Malo. Po poszczególnych pawilonach oprowadzał mnie Iwan Nabokov, bratanek wielkiego pisarza Vladimira i dyrektor wydawnictwa Plon, które wydaje moje książki we Francji. Gdy zaintrygowany tym ogromem, zacząłem sobie spisywać autorów, on powiedział: „Daj spokój, za rok już nikogo z nich nie będzie, pojawią się zupełnie nowe nazwiska”.

Skąd tak wielka rotacja nazwisk? Ktoś, zwiedziwszy Malaje, Brazylię czy Sri Lankę, czuje potrzebę podzielenia się swymi doświadczeniami. Książkę udaje się wydać. A potem ten młody człowiek
kończy studia i zaczyna pracę w wielkiej firmie. Zapomina o jeżdżeniu. Dlatego liczba pisarzy, którzy pozostają w tym zawodzie jest stosunkowo niewielka.

Pan w zawodzie pozostał. W dorosłym życiu podróżował Pan według schematu: wyjazd, niezwykłe przygody w szerokim świecie, a potem powrót do domu i opowieść o podróży. Warszawa stała się dla Pana centrum.

W moim przypadku bardzo ważne było miejsce, o którym wiedziałem na pewno, że do niego wrócę. Okręt nie może wyjść w morze bez kotwicy, a dla mnie taką kotwicą była Warszawa. Dzięki niej mogłem przycumować po podróży. Jadąc, zawsze wiedziałem, kiedy chcę wrócić. Dla kogoś, kto traktuje jeżdżenie jako przygodę młodości, nie ma to takiego znaczenia, ale gdy podróżowanie staje się zawodem, sensem życia i pracy, niesłychanie istotna okazuje się świadomość, że istnieje miejsce, do którego trzeba powrócić, aby zdać sprawę z podróży. Właśnie ta świadomość powrotu, którą miał Odys. Ona pozwala organizować czas.

Ale Odys wałęsał się po świecie przez dziesięć lat…

Niezależnie od tego, ile trwa wyprawa, należy mieć przede wszystkim przekonanie, że podróżowanie jest tylko epizodem. Nawet jeżeli ten epizod ogarnia większość życia. Człowiek w gruncie rzeczy ma naturę sedentarną, jeśli nie musi, nie podróżuje (poza okresem młodości). Bardzo nieliczne osoby jeżdżą przez całe życie. Większość ludzi podróżuje pod wpływem różnego rodzaju przymusów, na przykład gdy pojawia się konieczność poszukania lepszej pracy, lepszych warunków życia, a często także konieczność ucieczki przed tragedią – wojną, głodem, zarazą czy przed niebezpieczeństwem. Czyli do podróży popycha przymus biologiczny i ekonomiczny.

Odkąd pojawiło się rolnictwo, znakomita część naszego gatunku czuje się przywiązana do ziemi. Dlatego właśnie wszystkie manifestacje wspólnotowości i potrzeb społecznych odnosiły się do bardzo określonego kawałka ziemi. Manifestacja tożsamości była więc zawsze manifestacją związku z daną ziemią. Nawet nazwiska często nadawano wedle miejsca pochodzenia, ciekawy dla mnie przykład stanowi choćby amerykański poeta żydowski Robert Piński. Wszystko to dotyczyło ziem plemiennych, narodowych, wreszcie – państwowych. I stąd wziął się problem granic.

U nas przybrał on formę słynnych kłótni o miedzę.

Tak, od miedzy się zaczyna, potem walczy się o granice powiatów i województw, a na końcu państw.

Skąd w takim razie biorą się ludzie tacy jak Pan, którzy sami pragną jeździć?

To fascynaci. Rodzą się z tą pasją, dosyć trudną i niebezpieczną. Jeśli wziąć do ręki słownik podróżników [Ryszard Kapuściński bierze z półki i wertuje Słownik podróżników polskich Wacława i Tadeusza Słabczyńskich], można się przekonać, że ci ludzie na ogół krótko żyli. Ginęli od chorób tropikalnych, przede wszystkim malarii, także cholery i dżumy, tracili życie w wypadkach, w konfliktach z tubylcami. Chorowali, cierpieli psychicznie – popadali w obłęd i w depresję. Niemiecki podróżnik Heinrich Barth, który dotarł do Timbuktu, opisywał, jak pokonując Saharę i cierpiąc z pragnienia, nadgryzał własne żyły i pił krew.

Podróżowanie było zawsze, a już szczególnie w dawnych czasach, ryzykowne, zwłaszcza że jeździ się zwykle samotnie lub w kilka osób. Taka podróż nie znosi wielkich grup.

Zaspokojenie fascynacji i poznanie kosztuje.

Fascynacji tak silnej, by człowiek chciał powiedzieć: „Wszystko mi jedno, muszę jechać”.

Powtórzę raz jeszcze, w historii ludzkości z własnej woli wędrowały tylko jednostki. Oraz przedstawiciele kilku zawodów związanych z pokonywaniem drogi: kupcy, żeglarze, karawaniarze. Większość ludzi zajmowała się uprawą i nawadnianiem ziemi.

Jednak koczownicy mieli naturalną skłonność do przemieszczania się.

Po pierwsze, społeczność koczownicza szybko zanika w świecie, po drugie, te wędrówki też zawsze były wędrówkami przymusowymi.
Koczowników nie pchała w drogę ciekawość świata, oni szukali pastwisk dla swojego bydła.

Później ten przymus stał się kulturą.

Ale nigdy nie przestał być przymusem. Grupa koczowników wyrusza dopiero wtedy, gdy pastwiska zostały wyjedzone albo zapanowała susza i wyschły studnie. Te plemiona żyją dzięki bydłu, ono jest ich jedynym bogactwem i muszą mu zapewnić pożywienie i wodę. Wędrują w miejsca, gdzie pada deszcz. Ludy koczownicze mają nawet takie powiedzenie: „Ojczyzna moja jest tam, gdzie pada deszcz”.

Rodzajem przymusowego podróżowania jest więc emigracja. Wydaje się, że dziś obserwujemy nowy rodzaj emigracji, która staje się jakby rytuałem inicjacyjnym. Na przykład ludzie z Podhala jeżdżą do „Cikago”, żeby się tam dorobić, wrócić i postawić dom. Wtedy stają się naprawdę kimś dla sąsiadów.

Emigracja niebędąca emigracją na całe życie jest dziś bardzo częsta. Dawniej człowiek wyjeżdżał przekonany, że już więcej do ojczyzny nie wróci. W XIX wieku emigrowała biedota, której po prostu nie stać było na powrót. Często tych ludzi werbowały do pracy wielkie korporacje i opłacały im bilet tylko w jedną stronę. Emigrant niejednokrotnie nie umiał czytać ani pisać, nie znał się na mapie. W ogóle nie wiedział, gdzie się znajduje. Dziś komunikacja jest bardzo rozwinięta – i stosunkowo tania. Przeżywamy rewolucję elektroniczną, porozumiewamy się szybko na obszarze całej planety. Warunki się zmieniły.

Poza wszystkim dziś europejscy emigranci stanowią mniejszość. Obecnie dwie główne fale emigracji to emigracja z Ameryki Łacińskiej w stronę Stanów Zjednoczonych i z Azji, także w tym samym kierunku. Od czasu zniknięcia żelaznej kurtyny i utrudnień politycznych w poruszaniu się, także emigracja do Europy stała się nieporównanie większa. Świat się otworzył.

Dlatego antropolodzy i socjolodzy zauważyli, że społeczeństwo globalne staje się dziś społeczeństwem diaspor. Każda ma własną tożsamość, a powstają też kultury, a nawet dialekty poszczególnych diaspor, co rodzi w świecie nowy typ konfliktów i napięć. Trudno mówić o tym w Polsce, bo my wciąż stanowimy społeczeństwo homogeniczne.

Nie wspomnieliśmy jeszcze o turystyce.

Turystyka, czyli podróżowanie dla przyjemności, w ostatnich latach ogromnie się rozwinęła. Nie chodzi tu jednak o przyjemność poznawczą, bo turysta nie interesuje się krajem do którego podróżuje ani jego kulturą.

Interesuje się głównie sobą.

Od turysty w Tunezji nie ma co wymagać znajomości północnej Afryki. On musi przede wszystkim odpocząć od zbiurokratyzowanego świata, w którym żyje przez większą część roku. Chce zmienić pejzaż, dobrze zjeść, chce mieć dużo słońca. Ludzie Północy właśnie najczęściej szukają ciepła i światła. Wokół tych potrzeb powstaje cały przemysł turystyczny: biura podróży, linie lotnicze, hotele, restauracje, przewodnicy.

Antoni Mączak w swojej książce Peregrynacje, podróże, turystyka przywołuje określenie „bańka środowiskowa” [ang. environmental bubble], wywodzące się z psychologii. Zjawisko to, przypisane do podróży od zarania dziejów, polega na otaczaniu się przez podróżnika tym, co znajome i rodzime, po to, aby szok wyobcowania był mniejszy. Turysta przybywający do Tunezji nie widzi właściwie samej Tunezji, głównie spędza czas w hotelach o zachodnim standardzie.

Tu dochodzimy do problemu spotkania kultur. W dziedzinie rozbijania „bańki środowiskowej” wielkim nowatorem był Bronisław Malinowski. Swojej rewolucji dokonywał w 1914 i 1915 roku, kiedy w Europie wybuchła pierwsza wojna światowa. Malinowskiego wojna zastała w Australii. Zupełnie samotny, wziął namiot i rozbił go na jednej z wysp Trobrianda, w środku wioski tubylców. To był szok kulturowy.

Oczywiście, przed Malinowskim w tym rejonie świata byli już inni biali, ale mieszkali osobno, na drugim krańcu wyspy. Nie kontaktowali się z miejscowymi.

Malinowski odkrył, zresztą ze zdumieniem, że jego poprzednicy, mimo iż żyli tam latami, z reguły nic o tubylczej ludności nie wiedzieli.

A jeżeli nawet coś wiedzieli, ich informacje okazywały się fałszywe… Same stereotypy.

Nasz badacz zaś twierdził, że aby cokolwiek o danej kulturze powiedzieć, trzeba przebywać wśród jej przedstawicieli. Przywiązywał ogromną wagę do wspólnoty zamieszkiwania i doświadczeń. To był przełom nie tylko antropologiczny, także kulturowy.

Podróżnik jest więc poniekąd relatywistą, w takim sensie, że musi niejako zawiesić swój system wartości, aby poznać Innego. Które miejsca najbardziej zakwestionowały Pana „ja” europejskie?

Tak bym tego nie ujął. Zresztą sytuacja przez ostatnie pół wieku ogromnie się zmieniła. Świat w połowie XX wieku był zupełnie inny. Biały człowiek wobec ludności niebiałej występował jako reprezentant kolonialnego ucisku, jako reprezentant rasy panów. Ale świat panów jednocześnie budził zainteresowanie kolonów, oni chcieli wiedzieć, jak to jest w Europie. Pytali o nią.

Rzeczywiście chcieli wiedzieć?

Zależało na tym, oczywiście, głównie elitom, które pragnęły naśladować Europejczyków i kształcić się za granicą.

Dzisiaj, wraz z dekolonizacją kulturową, nastąpił u wyzwolonych ludów ogromny wzrost poczucia własnej godności i wartości rodzimej kultury. Wytwarzają się kulturowe i gospodarcze obiegi pozaeuropejskie. Azja i Ameryka Południowa zaczynają współpracować z Afryką, ignorując Zachód. Istotną rolę zaczynają odgrywać wspólnoty językowe, tak dzieje się na przykład w przypadku Brazylii i Angoli. Podobnie Azja wkracza do Ameryki Łacińskiej – w São Paulo mamy dzielnice japońskie, w Limie – dzielnice chińskie. Tworzy się nowy krwioobieg, który omija Europę. Dziś w tych rejonach Europa mało kogo interesuje. Miejscowi mają swoją cywilizację i wartości, swoje problemy. Europejczyk staje się – w cudzysłowie – ofiarą tego nowego porządku. Prosty przykład: Mistrzostwa Świata w piłce nożnej. Dawniej prym wiodły drużyny europejskie, a dziś większość drużyn nie pochodzi z Europy.

Pięćdziesiąt lat temu biały człowiek rzeczywiście mógł czuć się „panem”. Teraz musi stać w kolejce do jedynego w danym tygodniu samolotu, jak każdy inny. I wcale nie jest pewne, że do tego samolotu wsiądzie, bo już nie należy do miejscowej elity. Często w ogóle nie jest akceptowany.

Kiedy czuł się Pan bardziej „biały”, jadąc do Afryki: pięćdziesiąt czy dziesięć lat temu?

Na własnej skórze przekonałem się o mądrości Herodota. Uważał on, że poznajemy siebie, poznając innych. Inni są zwierciadłem, w którym się przeglądamy. Gdy jechałem pierwszy raz do Afryki, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że jestem biały, w ogóle nie zadawałem sobie pytania o kolor skóry. Kiedy wylądowałem w Ghanie, raptem uświadomiłem sobie, że jestem inny od pozostałych. Zetknięcie z Innym umacnia, a czasem nawet odkrywa naszą własną tożsamość. Co wcale nie musi oznaczać odkrycia naszej wyższości.

W chińskiej kulturze na przykład Europejczycy i wszyscy nie-Chińczycy byli pogardzani. A w najlepszym wypadku – traktowani z politowaniem – współczuto im z powodu pecha, jakim dla nich było nie urodzić się w Chinach. Być Chińczykiem oznaczało niemal należeć do boskiej rasy.

Mówił Pan, że podróżowanie pozwala odkryć własną tożsamość. Ale przykład Guliwera pokazuje, że podróż może też wykorzenić. Guliwer zobaczył coś, co wydaje się niemożliwe, nie do uwierzenia, a potem nie umiał się odnaleźć we własnej ojczyźnie. Czy miewa Pan poczucie obcości w Polsce?

Doświadczenie Guliwera jest potocznym doświadczeniem każdego podróżnika, który wraca z dalekich światów, bogaty w niezwykłe doświadczenia i obserwacje, do społeczności niemającej o tych światach zielonego pojęcia. Ziomkowie nawet nie wiedzą, o co podróżnika pytać, w ogóle – nie są tym specjalnie zainteresowani. Tak jak tylko mała część ludzi podróżuje z własnej inicjatywy, tak samo jedynie niewielu interesuje się światem. Reszta spędza życie w regionie i środowisku, w jakim się urodziła. Spotkałem w życiu osoby, które nigdy nie opuściły własnej wioski czy miasteczka. Nie dlatego, że nie mogły, ale dlatego, że ich to nie interesowało.

I nie chcą słuchać opowieści podróżnika?

Nie chcą.

A Pana książki czytają.

Ale jaki procent społeczeństwa czyta? Jeśli w Polsce mamy 40 milionów obywateli, to jeden procent z tej liczby daje 400 tysięcy. Jaka
książka osiąga w Polsce nakład 400 tysięcy?

Na przykład Harry Potter.

No właśnie… Trzeba zawsze pamiętać o proporcjach. Podobnie rzecz ma się na całym świecie. Niewielki odsetek interesuje się geografią, historią czy kulturą innych społeczeństw. Europejczyk dyskutuje wciąż o samej Europie, a nie myśli o tym, że Europejczycy stanowią niewiele ponad 10 procent ludzkości. Świat to już nie Europa.

Czy są miejsca, w których wolałby Pan nie być, podróże, których Pan żałuje?

Z takimi pytaniami zawsze jest ten sam problem: musi Pani zrozumieć, że korespondent wojenny nie jeździ tam, gdzie mu się podoba, ale gdzie go posyłają. To zawód niewolniczy. Przez czterdzieści lat pracy zjeździłem prawie cały świat, ale na przykład w Australii wtedy nie byłem. Dlaczego? Bo nikt mnie tam nie posłał.

W takim sensie nie miał Pan wyboru. Ale ja mam na myśli raczej doświadczenia egzystencjalne, rzeczy, których wolałby Pan nigdy nie widzieć. Chodzi mi na przykład o Angolę czy Honduras podczas wojny.

Zawsze mogłem odmówić wyjazdu. Do relacjonowania konfliktów zbrojnych nikt nikogo nie przymusza. Padało pytanie: czy chcesz tam jechać? Mogłem odpowiedzieć: nie. Rocznie ginie około stu dziennikarzy. Ale jeżeli człowiek akceptuje swój zawód, to nie może unikać konsekwencji. Nie może udawać dziecka, mówić, że nie wiedział, o co chodzi.

Nie czuł Pan nigdy, że nie chce już oglądać kolejnej wojny?

Uch… jak by to Pani wytłumaczyć. To nie jest sytuacja, w której się siedzi przy biurku i wymyśla, gdzie się pojedzie, a gdzie nie. Przychodzi wiadomość o konflikcie zbrojnym i korespondent wojenny, który przecież specjalizuje się w tym rodzaju dziennikarstwa, siłą rzeczy chce jechać. Od tego jest. Jeśli się raz w życiu zdecydował, że będzie to robił, jeździ na front. To oczywiste. Póki można, bo czasem nie pozwala zdrowie.

Faktycznie, po latach przychodzi wyczerpanie. Ale ten zawód nigdy nie jest wykonywany zbyt długo, bo to niemożliwe. Wymaga kolosalnego wysiłku fizycznego i psychicznego. Po pięćdziesiątce w sposób naturalny następuje zejście z pola walki.

Gdyby spojrzeć na daty urodzenia czynnych reporterów, okaże się, że są oni ludźmi dwudziesto-, trzydziestoletnimi. A jeśli ma się siły i zdrowie, jeździ się chętnie.

Zawsze w perspektywie jest przygoda.

Przygoda kojarzy się z pewnym typem literatury. A tu nieistotne są przygody. W naturze korespondenta leży to, że chce on dotrzeć w rejon konfliktu, zobaczyć, jak wszystko naprawdę wygląda, i opisać zjawisko, którego jest świadkiem, i świat, w jakim się znalazł. Sam za każdym razem jeździłem z myślą, by zapisać, co zobaczę. Nigdy dla przygody, taką wyprawę uznałbym za stratę czasu; zawsze po to, żeby zdać sprawę z podróży. Chciałem pisać reportaże i książki.

Zaspokajałem w ten sposób pewną ciekawość albo lepiej – fascynację. Tak, fascynację. Gdy coś w świecie się dzieje, bardzo chcę tam być. Wszystko zobaczyć na własne oczy. Obserwacja wzrokowa jest dla mnie szalenie ważna. Czasem wystarczy pojechać na krótko, ważne, by znaleźć się w tym miejscu. Żebym miał pewność, że przy danej alei rosną lipy, a nie dęby. Żebym mógł powiedzieć: „Ja tam byłem i widziałem, że to naprawdę są dęby”. Dla reportera najistotniejsze jest, by mógł zaświadczyć samym sobą o prawdziwości tego, o czym pisze.

Cel Pańskiej kolejnej wyprawy to rejon Pacyfiku…

Na razie czytam, żeby się przygotować do podróży. Nigdy nie zajmowałem się Pacyfikiem, nigdy tam nawet nie byłem. Dotarłem do Australii, do wybrzeża Chin i Japonii, a od drugiej strony do Ameryki Łacińskiej, ale w głąb Pacyfiku – nie. Nie znam tych wysp, archipelagów. A dziś jest to wielki obszar świata scalający glob. Rejon konfrontacji i współpracy kultur na skalę planetarną. Co mnie bardzo interesuje.

Rozmowa opublikowana w numerze 614-615 (lipiec-sierpień 2006 r.) miesięcznika „Znak”.

Ryszard Kapuściński

pisarz, reporter, publicysta. Autor m.in. książek: Cesarz (1978), Szachinszach (1982), Imperium (1993), Lapidaria (wyd. łączne 1997), Heban (1998), Podróże z Herodotem (2004).


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter