Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
 Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579

 Konkurs na esej

 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 8/2003 (579)
  Czy chrześcijaństwo zmieniło świat?

Ks. Grzegorz Ryś



   To pytanie zadajemy sobie w szczególnym momencie historii: na progu trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa, po zakończeniu Wielkiego Jubileuszu, który dla wszystkich wspólnot chrześcijańskich stanowił zapewne okazję do dokonywania różnego rodzaju bilansów i podsumowań. Dokonywano ich nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim, na drodze naukowej refleksji, ale raczej poprzez doświadczenie żywej wiary, przeżywanej osobiście, a także wspólnotowo, nierzadko w wielotysięcznych zgromadzeniach. Dla katolików Rzym niewątpliwie stał się na okres dwunastu miesięcy duchową stolicą świata.
   Idąc niejako śladami świętych - wspomina Papież - przybywali do Rzymu, do grobów Apostołów niezliczeni synowie Kościoła, pragnący dać świadectwo wiary, wyznać grzechy i uzyskać zbawcze miłosierdzie. W tym roku wielkie wrażenie wywarły na mnie nie tylko tłumy, które podczas różnych uroczystości wypełniały plac św. Piotra. Nierzadko przyglądałem się też uważnie długim szeregom pielgrzymów, oczekujących cierpliwie na przejście przez próg Drzwi Świętych. Usiłowałem sobie wyobrazić historię życia każdego z nich, złożoną z radości, lęków i cierpień; historię, w którą wszedł Chrystus i która w dialogu z Nim odnajdywała znów drogę nadziei (Novo millennio ineunte, 8).
   Jubileusz obchodzili wszyscy: Rzym widział osobne celebracje dla dzieci, młodzieży, rodzin, chorych i niepełnosprawnych, ludzi życia konsekrowanego i apostolstwa, katechistów, diakonów stałych, kapłanów i biskupów, rzemieślników, robotników, rolników, uczonych i wykładowców, artystów, dziennikarzy, sportowców, wojskowych i policjantów, ubogich, więźniów, emigrantów, rządzących i parlamentarzystów. Postrzegany z tej perspektywy Jubileusz zdaje się świadczyć o tym, że chrześcijaństwo jest w stanie nadać - i rzeczywiście nadaje - sens niemal każdemu wymiarowi ludzkiego życia. W jego świetle ludzie postrzegają wykonywaną przez siebie pracę (podobnie jak odpoczynek), życiowe powołania, najważniejsze problemy - zarówno osobiste (choroba czy niepełnosprawność), jak społeczne (bieda, walka z przestępczością) czy polityczne (wojna, pokój), kształtują kulturę i sztukę. I to na każdym etapie swojego życia: od dzieciństwa, przez młodość, po najdalszą starość.
   Na te celebracje "stanowe" nakładały się następnie przybywające do Rzymu pielgrzymki narodowe. W tym wypadku jednak - rzecz znamienna - nie można już mówić o podobnej powszechności. Wieczne Miasto nawiedzili mieszkańcy 12 krajów europejskich (w kolejności chronologicznej: Słowacja, Czechy, Litwa, Estonia, Bośnia i Hercegowina, Rumunia, Grecja, Polska, Szwajcaria, Węgry, Słowenia i Hiszpania), 5 krajów Ameryki Południowej i Środkowej (Kolumbia, Urugwaj, Wenezuela, Meksyk i Gwatemala) oraz 2 krajów afrykańskich (Mozambik i Senegal). Zabrakło jakiejkolwiek "reprezentacji" z Azji oraz z Australii i Oceanii.
   Te proporcje nie są zgoła przypadkowe. Nie są też jedynie pochodną odległości oddzielającej poszczególne Kościoły partykularne od Rzymu. Odzwierciedlają raczej stopień i nierzadko dramatyczne dzieje chrystianizacji poszczególnych kontynentów.
   Zacznijmy od Azji - kontynentu, na którym narodził się Jezus i Jego Kościół. Początkowo tempo rozwoju misji chrześcijańskich wydawało się tu wręcz szokujące. Tradycja mówi o dotarciu św. Tomasza apostoła aż do Indii już w połowie I wieku (około roku 52). W V stuleciu Dobra Nowina przeniknęła (wraz z perskimi kupcami) aż do Chin. Tu Kościół przeżył niespodziewany rozkwit w latach 618-907; po tym okresie równie nagle się załamał, a jego upadek ogłoszona w 1999 roku adhortacja apostolska Ecclesia in Asia nazywa "jednym z najsmutniejszych rozdziałów dziejów Ludu Bożego na kontynencie [azjatyckim]". W XIV wieku Kościół w Azji został zredukowany do maleńkiej wspólnoty chrześcijan w Indiach. W wieku XVI misje podjęli jezuici, docierając ponownie do Chin, a nawet do Japonii. Załamały się one po kilkudziesięciu latach. Po części w wyniku straszliwych prześladowań i urzędowych zakazów, po części zaś wskutek rezygnacji z metody akomodacji, co zadecydowało o kulturowej alienacji Ewangelii w Azji. "Złotym wiekiem" Kościoła w Japonii nazywa się dziś okres rozpoczęty przybyciem św. Franciszka Ksawerego (15 sierpnia 1549), a skończony gwałtownie ostatecznym zakazem kultu chrześcijańskiego w roku 1639 (odwołanym dopiero w 1873). Ocena ta ("złoty wiek") nie wynika wszakże stąd, jakoby pozyskano w tym czasie dla Ewangelii jakiś znaczący procent japońskiej populacji. Przeciwnie, jest raczej hołdem składanym przez dzisiejszych chrześcijan ówczesnym męczennikom. 26 z nich zostało już kanonizowanych. Na beatyfikację czeka 188 następnych: księży i świeckich, mieszczan, rolników i samurajów, kobiet, mężczyzn i dzieci, zdrowych i niepełnosprawnych, pochodzących ze wszystkich części Japonii1 . Jednakże dokumentację na ich temat zbiera Kościół stanowiący dziś w prawdziwym "morzu" szintoizmu i buddyzmu zaledwie 0,3% populacji kraju (protestanci i prawosławni stanowią odpowiednio 0,6% i 0,02%). W Indiach, wobec przeszło 80% hinduistów i 11% muzułmanów, chrześcijanie wszystkich wyznań stanowią 3,7%; w Chinach - nieco ponad 3%2 . A przecież te dwa kraje zamieszkuje blisko połowa ludności świata. Trudno się dziwić, że wspomniana już wyżej adhortacja apostolska Ecclesia in Asia zawarła swoje przesłanie do wiernych na tym kontynencie w znamiennych słowach Jezusa: "Nie bój się, mała trzódko" (por. Łk 12, 32)3 .
   Z nieco lepszym skutkiem, ale niemal równie gwałtownie przebiegały dzieje Ewangelii w Afryce. Niesłychanie prężny rozwój Kościoła pierwszych pięciu wieków, zwłaszcza w Egipcie i Kartaginie (dość wymienić postacie Tertuliana, Orygenesa, Cypriana, Augustyna czy papieża Gelazego I), załamał się wskutek najazdów - najpierw Wandalów, a następnie (w VII wieku) Arabów. Drugą fazę chrystianizacji kontynentu historycy datują na stulecia XV i XVI (m.in. portugalskie misje w Mozambiku i na Madagaskarze); Czarna Afryka doczekała się wtedy swojego pierwszego biskupa (był nim konsekrowany w Rzymie w 1518 roku Don Enrico, syn króla Konga, Alfonsa I). Poważniejsze efekty przyniosła dopiero jednak trzecia fala misji chrześcijańskich w XIX wieku. Największy procent ludności katolickiej odnotowujemy w Gwinei Równikowej (85%), Angoli (80%) i Burundi (63%); koptyjskiej - w Etiopii (60%); protestanckiej - w Lesotho (blisko 50%), RPA (47%) i Ghanie (34%). Trzeba wszakże pamiętać, że w większości krajów afrykańskich ów procent ludności chrześcijańskiej jest znacznie mniejszy, tak że w sumie liczba chrześcijan w Afryce zapewne nie osiąga 20%. Jeśli dodatkowo uwzględnić młody wiek tworzonych przez nich Kościołów, trudno myśleć o Afryce inaczej niż jak o wielkim terytorium misyjnym.
   Równie młode (choć o wiele liczniejsze) są Kościoły Australii i Oceanii. Chociaż same początki misji na tym obszarze sięgają jeszcze XVI stulecia, to jednak chrześcijaństwo w znaczący sposób dotarło tu w XIX wieku. Dziś chrześcijańscy mieszkańcy Australii i Oceanii stanowią absolutną większość - czasem z przewagą protestancką (Australia, Fidżi, Nowa Zelandia, Samoa Zachodnie, Tonga, Wyspy Salomona), czasem - katolicką (m.in. Kiribati i Nowa Kaledonia).
   W porównaniu z powyższymi kontynentami historia i efekty chrystianizacji Europy i Ameryki wyglądają zupełnie inaczej. Zanim jednak skoncentrujemy na nich swoją uwagę, warto w tym miejscu postawić kilka pytań natury zasadniczej. Czy przytoczone co dopiero dane uprawniają nas do stwierdzenia, że chrześcijaństwo nie zmieniło losów większej części świata, to znaczy nie wpłynęło na nie w zasadniczy sposób (samą Azję zamieszkuje 2/3 populacji naszego globu)? Czy rzeczywisty wpływ chrześcijaństwa na dzieje świata mierzy się przede wszystkim odsetkiem ochrzczonych ludzi? Czy naprawdę pierwszoplanowym i właściwym celem Kościołów powinno być ochrzczenie 100% ludzkości?
   Podczas swej pielgrzymki do Japonii w lutym 1981, stając na wzgórzu upamiętniającym męczeństwo św. Pawła Miki i jego 25 towarzyszy, papież Jan Paweł II powiedział m.in.:
   Przychodzę dziś na Wzgórze Męczenników, aby zaświadczyć o prymacie miłości w świecie. Na tym świętym miejscu ludzie wszystkich stanów i powołań życiowych dali dowód, że miłość jest silniejsza niż śmierć. Stali się wcieleniem samej istoty chrześcijańskiego przesłania, ducha Błogosławieństw, a dla wszystkich, którzy na nich patrzą - inspiracją, by kształtować własne życie w bezinteresownej miłości Boga i bliźniego. Dziś ja, Jan Paweł II, biskup Rzymu i następca Piotra, przybywam do Nishizaka, aby się modlić, by ten pomnik przemawiał do współczesnego człowieka z taką siłą, z jaką wieki temu przemawiały krzyże postawione na tym wzgórzu do naocznych świadków. Aby ten pomnik przemawiał do świata na zawsze: o miłości, o Chrystusie!4
   Oczywiście, wpływ, o jakim tu mowa (o jaki modli się Papież), trudno jest uchwycić za pomocą naukowych metod. Jedno wszakże wydaje się pewne: Następca Piotra mierzy go raczej w kategoriach radykalizmu znaku, a nie wprost liczbą fizycznie ochrzczonych osób. Daleko tu jesteśmy od pragmatyki misyjnej na przykład Franciszka Ksawerego, ale za to bardzo blisko myśli Ojców Kościoła. O roli chrześcijan wobec świata czytamy w klasycznym tekście Listu do Diogneta napisanym u schyłku II wieku:
   Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem (...). Mieszkają w miastach helleńskich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosują się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz paradoksalne prawa, jakimi się rządzą. Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze (...) każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą. Żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych. Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże. Są w ciele, lecz żyją nie według ciała. Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba. Słuchają ustalonych praw, a własnym życiem zwyciężają prawa (...). Jednym słowem: czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie5 .
   Stąd anonimowy autor aleksandryjski wyprowadza bardzo dalekie wnioski: o zasadniczym napięciu między chrześcijanami a światem, ale także o zbawczej roli chrześcijan wobec świata: to właśnie oni są zasadą jego życia i nadają mu jedność. Jednak nie przez narzucanie nań własnej siatki "kościelnych", zewnętrznych struktur, ale od wewnątrz - zgodnie z logiką ewangelicznego zaczynu. Ich ambicją nie jest też zmiana funkcjonujących w świecie struktur i praw, raczej wyrośnięcie ponad nie stylem własnego życia i dokonywanymi wyborami. I raczej w taki sposób należy interpretować ów przepiękny tekst, a nie w duchu łatwych, do niedawna jeszcze funkcjonujących oskarżeń chrześcijaństwa o alienowanie swych wyznawców w stosunku do świata, o podcinanie im skrzydeł i gaszenie inicjatywy, o odwracanie ich uwagi od doczesności i upajanie "duchową gorzałką" nadziei na niebo.
   Historia chrześcijaństwa w świecie nie zawsze miała jednak przebiegać drogą zdyscyplinowaną myśleniem Listu do Diogneta - dotyczy to także sygnalizowanych już wyżej dziejów Kościoła w Europie i Ameryce. Przy tych kontynentach musimy, rzecz jasna, zatrzymać się dłużej; wszak są to obszary świata słusznie określane jako "chrześcijańskie". Nie wydaje się tutaj konieczne przytaczanie opinii o chrześcijańskim charakterze cywilizacji europejskiej (jesteśmy nimi wręcz zasypani - choćby w związku z postępującym procesem integracji). Warto może natomiast (także dla zachwiania dobrego europejskiego samopoczucia) zacytować fragment papieskiej wypowiedzi na temat Ameryki:
   Największym darem, jaki Ameryka otrzymała od Pana, jest wiara (...). Ewangelizacja, która towarzyszyła europejskim migracjom, ukształtowała religijny profil Ameryki, naznaczony wartościami, które - chociaż nie zawsze w całości praktykowane, a nawet czasami podawane w wątpliwość - stanowią jednak w pewnym sensie dziedzictwo wszystkich Amerykanów, nawet tych, którzy wprost nie uznają tego faktu.
   Tak pisze obecny papież w adhortacji Ecclesia in America, wydanej w 1999 roku. Cały ten dokument ujęty jest w klamry sformułowanego na początku i na końcu wezwania, by Kościoły Ameryk "odpowiedziały z pełną miłości hojnością" na potrzeby "nowej ewangelizacji", ponieważ to właśnie od nich (a nie od zaangażowania europejskiego) zależą losy chrześcijańskich misji ad gentes (zob. nry 1 i 74).
   Inna rzecz, że samo proste stwierdzenie chrześcijańskiego "dziedzictwa" Starego i Nowego Kontynentu przychodzi nam dziś o wiele łatwiej niż ustalenie jego zakresu czy swego rodzaju "spisu treści" - zarówno faktyczne, jak postulatywne - z czym mamy do czynienia zwłaszcza w kontekście dyskusji nad zapisami nowej konstytucji europejskiej. Nie mieści się już w tym katalogu na przykład idea Boga (tym bardziej Boga osobowego czy wcielonego); katalog ów dziś koncentruje się raczej wokół wizji człowieka! To - być może szokujące - stwierdzenie nie jest bynajmniej oparte na wypowiedzi Giscarda d’Estaing, lecz na przesłaniu Jana Pawła II do uczestników Europejskiego Kongresu Naukowego pod nazwą Ku konstytucji europejskiej? Oto zestaw wartości, które zdaniem Papieża stanowią dziś "chrześcijański fundament Europy":
   godność osoby, świętość życia ludzkiego, centralna rola rodziny opartej na małżeństwie, ranga wykształcenia, wolność myśli, słowa oraz głoszenia własnych poglądów i wyznawania religii, ochrona prawna jednostek i grup, współpraca wszystkich na rzecz wspólnego dobra, praca pojmowana jako dobro osobiste i społeczne, władza polityczna pojmowana jako służba, podporządkowana prawu i rozumowi, a ograniczona przez prawa osoby i narodów.
   Zostawmy na boku pytania o to, czy mamy tu do czynienia jednak z jakąś akceptacją dokonującej się na naszych oczach redukcji chrześcijańskiego etosu albo czy wymienione przez Papieża wartości rozumiane są tak samo przez wszystkich Europejczyków (podobnie Amerykanów)?
   Warto natomiast wypunktować nasuwającą się w tym momencie kolejną refleksję natury ogólnej: otóż 2/3 zaprezentowanego w tak naturalny sposób katalogu wartości jeszcze półtora wieku temu były postrzegane przez papieży jako oznaki raczej dechrystianizacji niż chrystianizacji społeczeństw. Grzegorz XVI i Pius IX postulaty wolności myśli, słowa, sumienia czy religii zdecydowanie określali jako insanitas. W 15. punkcie Syllabusa (1864) za błędne zostało uznane następujące zdanie: "Liberum cuique homini est eam amplecti ac profiteri religionem, quam ratonis lumine quis ductus veram putaverit" [każdemu człowiekowi wolno przyjąć i wyznawać tę religię, którą - wiedziony światłem rozumu - uznał za prawdziwą]6 . Kiedy więc obecny papież domaga się - w imię chrześcijańskiego dziedzictwa Europy - wolności myśli czy słowa lub stwierdza, że Kościół "nie ma tytułu do opowiadania się za takim albo innym rozwiązaniem instytucjonalnym czy konstytucyjnym"7 , kontynuuje myśl nie tyle swoich poprzedników, ile ludzi (jak np. ks. F. Lammenais) wykluczanych przez nich z Kościoła.
   Dla ostrego zobrazowania tej myśli przytoczmy jeszcze jeden przykład. 11 października 1988 w Parlamencie Europejskim Papież powiedział:
   W tym punkcie naszych rozważań należy chyba przypomnieć, że właśnie z chrystianizmu Europa współczesna zaczerpnęła zasadę (...), która w najgłębszy sposób kieruje jej życiem politycznym: mam na myśli sformułowany po raz pierwszy przez Chrystusa rozdział tego, "co należy do Cezara", od tego, "co należy do Boga" (por. Mt 22, 21). To podstawowe rozróżnienie - między podlegającą regulacji, zewnętrzną stroną życia ziemskiej społeczności a sferą autonomii osób - staje się jasne w świetle odmienności natur tych dwóch dziedzin: wspólnota polityczna obejmuje w sposób konieczny wszystkich obywateli, do wspólnoty religijnej zaś należą w sposób wolny tylko wierzący8 .
   Jan Paweł II mówi tu o "rozdziale Kościoła od państwa". Jego ideę wyprowadza - jak najsłuszniej - z myśli samego Jezusa. W XIX wieku trudno byłoby wszakże znaleźć kontynuatora tej myśli w gronie następców Piotra. Nie znaczy to, że jej nie formułowano. Oto tekst:
   Wołamy o wolność religii, pełną, powszechną, bez różnicy, bez uprzywilejowania; i dlatego, tak dalece jak dotyczy to nas, katolików, wołamy o zupełny rozdział Kościoła i państwa. Ten konieczny rozdział, bez którego nie ma wolności religijnej dla katolików, przyniesie Kościołowi - owszem - z jednej strony zubożenie, z drugiej jednak - absolutną niezależność w sprawach duchowych.
   I jeszcze drugi tekst, adresowany wprost do duchownych:
   Słudzy Tego, który narodził się w stajni i umarł na krzyżu! Powróćcie do waszych początków; z własnej woli stańcie się znów ubogimi i wybierzcie cierpienie; wtedy słowo cierpiącego Boga, ubogiego Boga, stanie się znów skuteczne na waszych ustach, tak jak było na początku. Odrzucając wszelkie inne wsparcie, oprócz Bożego, idźcie jak dwunastu rybaków do ludzi i zacznijcie podbój świata na nowo.
   Jasno, radykalnie, ewangelicznie. Teksty pochodzą z października i grudnia 1830 roku9 . Ogłoszone zostały jako swoisty manifest dziennika "L’Avenir". Niecały rok później dziennik został zawieszony na wniosek francuskich biskupów, przerażonych radykalizmem jego postulatów. Oczywiście, postulat "rozdziału Kościoła od państwa" został (jako 55. z kolei zdanie) potępiony w Syllabusie Piusa IX.
   Wbrew pozorom nie chodzi w tym momencie o sąd nad papiestwem czy - jeszcze szerzej - hierarchią kościelną. Raczej o to, że "wpływ chrześcijaństwa na świat" nie pokrywa się wyłącznie z oddziaływaniem oficjalnych Kościołów i ich struktur hierarchicznych. Nierzadko Ewangelia przemawia ustami ludzi "z drugiego szeregu" lub wręcz dysydentów. Choć, oczywiście, nie tylko przez nich, ani nie przez nich przede wszystkim. Czasami jednak historia nas zaskakuje: Odwołując "Donację Pepina i Karola Wielkiego", Napoleon stwierdzał, że czyni to, aby położyć kres sporom, które przez wieki dewastująco wpływały na dobro zarówno władzy świeckiej, jak i religii, i pisał: "Jezus Chrystus, dziedzic królewskiej krwi Dawida, nie pragnął być królem Żydów... Powiedział: »Moje królestwo nie jest z tego świata«, potępiając w ten sposób na zawsze każdy zamiar mieszania celów religijnych z pożądaniami doczesnymi". Nikt z nas nie ma zapewne złudzeń co do religijnych pobudek Napoleona; niezależnie od tego jednak raczej bez sentymentu myślimy o odpowiedzi udzielonej mu przez Piusa VII: "Nie możemy zrezygnować z czegoś, co do nas nie należy. Władza doczesna należy do rzymskiego Kościoła; my nią tylko zarządzamy"10 . Nie oznacza to bynajmniej, że cynizm Napoleona jest nam bliższy od determinacji (choć zapewne godnej lepszej sprawy) papieża. Z drugiej strony jednak, kto wie, być może największym znakiem zakorzenienia chrześcijaństwa w myślenie Europy i Ameryki jest to, że nawet jego kwestionowanie dokonuje się z reguły na podstawie chrześcijańskich przesłanek. Kościoły bywają kontestowane najczęściej nie w imię niewiary, lecz w imię ideałów, które oficjalnie głoszą. Tak było w wieku XII i XIII, gdy w radykalny sposób przeciwstawiono istniejącemu Kościołowi głoszone przezeń ubóstwo; tak w wieku XVIII i XIX, gdy dystansowano się od Kościoła w imię (tak bardzo przecież ewangelicznego i Pawłowego) słowa: "wolność".
   Wróćmy jednak do chrystianizacji Europy i Ameryki; zapytajmy o jej drogi i metody. Klucz do odpowiedzi, oczywiście, znajduje się w opisie modelu europejskiego, gdyż to on później został wręcz automatycznie przeniesiony wraz z ruchem kolonizacyjnym i emigracyjnym do Nowego Świata.
   Historycy są zgodni: chrześcijańska Europa została ukształtowana w średniowieczu. Nie od zera, rzecz jasna, lecz raczej w procesie nowej syntezy, której zostały poddane elementy kultury greckiej, rzymskiej, żydowskiej, germańskiej, wreszcie słowiańskiej. Choć zapewne żaden z historyków nie podjąłby się opisania właściwej dla chrystianizacji europejskiej (a jeszcze bardziej amerykańskiej!) proporcji między inkulturacją a gwałtem, nierzadko wręcz przymusem. W każdym razie, już w pismach Alkuina, jednego z największych intelektualistów doby karolińskiej, między pojęciami "Europa" i "Kościół" zostaje postawiony znak tożsamości11 . Dzisiejsza historiografia oddaje ową tożsamość łacińskim terminem christianitas - opisującym całą średniowieczną społeczność, zarówno w jej wymiarach "świeckich" (polityka, gospodarka, kultura), jak i w sferze życia religijnego. To społeczność rządzona przez władców Dei gratia, będących "pomazańcami" (Christus!), broniona przez wojowników, nazywanych "rycerzami Chrystusowymi" (miles Christi!); społeczność, w której szczytem wykształcenia jest teologia, sieć dróg kreują miejsca pielgrzymkowe, daty wszelkich wydarzeń wyznacza kalendarz liturgiczny, a czas na co dzień odmierzają kościelne dzwony. Co więcej, w epoce krucjat christianitas nabiera również poczucia odrębności geograficznej - identyfikuje się także przez kontrast w stosunku do świata muzułmańskiego; granicą między tymi światami staje się Morze Śródziemne.
   Nie oznacza to oczywiście, że funkcje społeczne chrześcijaństwa odkryło dopiero średniowiecze. W kategoriach politycznych (wręcz instrumentalnie) traktowali je już przecież rzymscy cesarze, począwszy od Konstantyna. W wiekach średnich jednak owa społeczna "przydatność" chrześcijaństwa przełożyła się na zupełnie nową koncepcję misyjnej działalności Kościoła - koncepcję, którą można by uznać za dokładną odwrotność paradygmatu Listu do Diogneta. Średniowieczny Kościół zwracał się nie do osób, lecz do całych społeczeństw. Chrzcił władcę, co miało ipso facto oznaczać chrystianizację podległego mu ludu. Misje znaczyły więc przede wszystkim rozszerzanie "granic chrześcijaństwa", a te sięgały tam, gdzie nowy kult zastąpił dawne, a nowy obyczaj (święcenie niedzieli, post, jednożeństwo, pogrzeb chrześcijański itp.) wyparł przykazania obyczaju przodków (mos maiorum). Trudno o lepszą ilustrację takiego procesu jak zarejestrowany piórem Długosza opis chrztu Litwy przeprowadzonego przez Jagiełłę:
   Król polski Władysław po przybyciu na Litwę urządził zjazd w Wilnie (...) Po zabiciu zaś i zniszczeniu bożków cały lud i naród litewski z gotowością i oddaniem zgodził się chętnie przyjąć wiarę chrześcijańską. Nauczeni w ciągu kilku dni prawd wiary, Modlitwy Pańskiej i Składu Apostolskiego, zostali obmyci wodą chrztu świętego. A ponieważ było niezmiernie trudno chrzcić każdego pojedynczo, dzielono ich na gromady i pokropiwszy święconą wodą, nadawano jedno pospolicie używane imię chrześcijańskie, pierwszej gromadzie Piotr, drugiej Paweł, trzeciej Jan, czwartej Jakub, piątej Stanisław. Kobietom zaś, które tworzyły osobne grupy, nadawano odpowiednie imiona, a mianowicie: Katarzyna, Małgorzata, Dorota (...). Za to wszystko papież Urban VI udzielił pochwały arcychrześcijańskiemu królowi12 .
   Nie ma wątpliwości: Litwinów, a przed nimi Polaków, Franków, Anglosasów i innych najpierw chrzczono, później katechizowano. Tym bardziej więc los Ewangelii musiał zależeć od stopnia chrystianizacji instytucji, prawa i struktur. W każdym z przypadków jednak czekać trzeba było kilka pokoleń (200-300 lat?), aby "chrześcijańska Europa" stała się "Europą rzeczywistych chrześcijan".
   Jedność europejskiej christianitas rozpadła się ostatecznie z chwilą reformacji. Uniwersalne myślenie wieków średnich zostało w nowożytnej Europie państw narodowych zastąpione ideą poszczególnych racji stanu. Wartości religijne nie od razu znalazły się w odwrocie (zarówno w krajach katolickich, jak i w krajach objętych reformą), o czym świadczy choćby przyjęta w Augsburgu w 1555 roku zasada: "cuius regio eius religio". Wszakże sto lat później, w trakcie wojny trzydziestoletniej, widać było już jasno, że sprawy wyznaniowe rozważane są raczej na marginesie ważniejszych interesów politycznych; owszem, padają ich ofiarą, jako przykrywający je i uwiarygodniający sztandar. Papieżowi - do niedawna głównemu bohaterowi historii Europy - pozostała jeszcze na krótko raczej drugoplanowa rola w polityce antytureckiej. W XVIII wieku funkcjonujące w terminologii prawa narodów pojęcie respublica christiana zostało zastąpione terminem "wspólnota europejska"13 - ostateczne potwierdzenie tego, że Kościół (a właściwie Kościoły) przestał kreować rzeczywistość Europy i świata, lecz - co najwyżej - z trudem nadąża za ich przeobrażeniami. XIX-wieczna, zrodzona z rewolucji francuskiej liberalna Europa wymusiła na Kościołach radykalny zwrot w kierunku misji ściśle i wyłącznie religijnej14 , a wiek XX zderzył się z nimi systemami już nie pluralistycznymi, ale wprost nieludzkimi (jak faszyzm i komunizm).
   Paradoksalnie, to wyparcie Kościoła z bezpośredniego zaangażowania w doczesność (jakby wymuszony powrót do logiki Listu do Diogneta) nie osłabiło, lecz wzmocniło jego autorytet publiczny. Od Leona XIII po Jana Pawła II głos chrześcijan na tematy społeczne, polityczne, gospodarcze czy kulturowe jest z uwagą w świecie wysłuchiwany; nawet jeśli nie wszystkie ich racje są podzielane czy akceptowane.
   Nasza - nawet tak bardzo pobieżna - refleksja nad dziejami chrystianizacji Europy prowadzi nas do sformułowania jeszcze dwóch istotnych dla naszego tematu kwestii. Po pierwsze, jest prawdą, że chrześcijaństwo zmienia świat, ale równie oczywistą (i może nawet łatwiej opisywalną?) prawdą jest to, że ono samo podlega zmianom pod wpływem świata. Zmienia się wraz z nim. Chrześcijaństwo starożytnych Rzymian wychowanych w greckiej kulturze nie mogło być i nie było takie samo jak chrześcijaństwo barbarzyńskich Franków. I nie chodzi jedynie o to, że musiało się jedynie "przebrać" w nowy język, w nowy kod znaków liturgicznych itp. Chodzi o to, że ochrzczeni Frankowie, a potem na przykład Słowianie, wnosili ze sobą do Kościoła swój świat wartości, swoją wrażliwość. Przykładowo: w zetknięciu ze starożytną dualistyczną gnozą (a także z niektórymi kierunkami filozofii) chrześcijaństwo nabrało podejrzliwego dystansu do ciała i całej dziedziny erotyki - dystansu, jakiego nie zna w takiej mierze ani Stary, ani Nowy Testament. Kiedy jednak weszło w świat germański, traktujący równie otwarcie, co poważnie ludzką płciowość, pasterze Kościoła uczynili ze współżycia mężczyzny i kobiety warunek sine qua non zaistnienia małżeństwa. Tego typu zmian można by wskazać dziesiątki: podejście chrześcijan do wojny, stosunek do pieniądza i posiadania w ogóle (inny w gminach pierwotnych, inny w feudalnym świecie średniowiecznym, jeszcze inny dziś), kwestia społeczna itd. Nie dziwmy się zbyt łatwo ani owemu dialogowi Kościoła ze światem, ani owym zmianom w łonie chrześcijaństwa. Dzieje ewangelizacji dokonują się bowiem między dwoma ekstremalnymi niebezpieczeństwami. Jednym jest bezmyślne otwarcie na świat, które może zaowocować co najwyżej jakąś formą dwuwiary czy synkretyzmu religijnego. Drugim jednak jest programowe odrzucenie dialogu. To musi się skończyć wyobcowaniem i izolacją.
   Jest jeszcze trzecia możliwość: a mianowicie, że w owym dialogu ze światem chrześcijaństwo przestaje być sobą; sięga po niewłaściwe sobie metody i sposoby myślenia. Wtedy przestaje zmieniać świat - zaczyna mu szkodzić! To też jest refleksja jubileuszowa, związana z obchodem 2000 lat chrześcijaństwa. Papież poprowadził ją w szczególny sposób podczas pamiętnej "Liturgii przebłagania" 12 marca 2000 roku. Liturgia ta uświadamiała nam wszystkim, że w trakcie swych dziejów chrześcijanie nie zawsze służyli prawdzie; czasem nią manipulowali, owszem, narzucali innym siłą własne jej rozumienie. Ponoszą też współodpowiedzialność za istniejące do dziś podziały między ludźmi, antysemityzm, gwałcenie praw człowieka i całych narodów, upośledzenie społeczne kobiet, petryfikowanie niesprawiedliwości.
   Czy chrześcijaństwo zmieniło świat? Wydawałoby się, że postawienie takiego pytania w świecie, w którym czas liczy się od lub do narodzin Chrystusa, a najwspanialszym wyrazem ducha jest gotycka katedra (nawet wirtualna!) - jest prowokacją. Otóż może nią być, ale tylko wtedy kiedy zaowocuje w nas dziesiątkiem innych, coraz bardziej konkretnych pytań: o naturę tej zmiany, o odpowiednie jej metody, o granice. Jest też pytanie o jej głównych autorów. Być może jednak nie zawsze są nimi ludzie z pierwszych stron podręczników historii lub - dziś - katolickich mediów? Może raczej ludzie, którzy dla historii pozostaną anonimowi, a którzy w swoich małych środowiskach pokazują po prostu, że miłość jest możliwa?...


DYSKUSJA

Na początek pytanie, które w kontekście zakończonego właśnie wykładu Księdza zabrzmi nieco prowokacyjnie: czy chrześcijaństwo zmieniło świat?... Ksiądz przywołuje Długosza i stwierdza, że potrzeba dwustu, trzystu lat, żeby ówczesna Europa ludów chrześcijańskich stała się Europą rzeczywistych chrześcijan. Przypomnijmy więc rok 1933, rok jubileuszu 1900-lecia śmierci Jezusa Chrystusa. Europa właśnie liże rany po I wojnie światowej. W Niemczech do władzy dochodzi Adolf Hitler. Kilka lat później wybuchnie tu apokalipsa o skali niespotykanej w historii kontynentu. Jak mogło się to zdarzyć w Europie? Nie w Rwandzie czy Burundi, gdzie chrześcijaństwo jest jeszcze bardzo młode, nie w Argentynie czy Salwadorze, gdzie chrześcijaństwo osiągnęło wiek, powiedzmy, średni, ale wśród najstarszych cór Kościoła!

Rzecz jasna, na takie pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Natomiast oczywiste jest, że zwłaszcza w wieku XIX wytworzył się w Europie ogromny dystans wobec chrześcijaństwa. Dopiero wtedy, a potem jeszcze wyraźniej w XX wieku, chrześcijaństwo powróciło do właściwej sobie metody ewangelizowania świata, czyli do ewangelizowania poszczególnych osób. Ale to właśnie ludzie, państwa, narody niesłychanie szybko zmieniały się w XIX i XX wieku. Kościół zupełnie nie nadążał za przemianami świata i w związku z tym nietrudno było o kryzys.
Dopiero teraz widzimy, jakie owoce może przynieść ów powrót Kościoła do właściwych sobie metod ewangelizacji: skoncentrowania się na głoszeniu słowa Bożego i sprawowaniu sakramentów, czyli powrót do środków, które nazywamy ubogimi, a które tak naprawdę są niesłychanie bogate, mocne. One właśnie znajdują się w samym sercu Kościoła. Wydaje mi się, że część odpowiedzialności za to, iż tak się potoczył wiek XX, ponosi XIX-wieczny Kościół europejski w swym ówczesnym kształcie. Część, bo byłoby oczywiście uproszczeniem zrzucać nań całą odpowiedzialność. Wiek XIX nie bez powodu kończy się I wojną światową, objawiającą cały dramatyzm owego stulecia.

A czy chrześcijaństwo zmieniło człowieka? Kiedy obserwuje się rzeczywistość można mieć wątpliwości... Jak, według historyka, wyglądałby bilans dobra i zła dzisiaj, a jak kilkaset lat temu?

Historycy nie lubią gdybać i bardzo nie lubią ogólnych sformułowań. Jeśli cofniemy się o 500 lat, czyli do końca średniowiecza, znajdziemy z jednej strony sytuację kryzysową, która zaowocuje reformacją czy reformą Kościoła w ogóle, z drugiej zaś - niesłychanie pozytywne zjawiska w tym samym Kościele, na przykład ruch devotio moderna, proponujący zupełnie nową formułę pobożności, skoncentrowanej wokół osobistej modlitwy i kontemplacji człowieczeństwa Jezusa. Możemy wreszcie spojrzeć na ów czas oczami Erazma z Rotterdamu i wtedy różne elementy ówczesnej kultury religijnej ukażą nam się w ostrej, wręcz karykaturalnej postaci. Nie ma prostego bilansu tamtej epoki. Nie ma nawet jednoznacznej oceny samego procesu reformacji. Wniosek: tak 500 lat temu, jak i dzisiaj, chrześcijaństwo o tyle zmieniało świat, o ile zmieniało poszczególnych ludzi. Jednych mniej, innych bardziej, jeszcze inni stawili mu zupełny opór. A trzeba również wziąć pod uwagę to, że historia każdego człowieka z osobna ma postać sinusoidy. Po prostu: raz jesteśmy chrześcijanami bardziej, drugi raz mniej.

W tytule wykładu Księdza Profesora kryje się domniemanie, że - niezależnie od twierdzącej bądź przeczącej odpowiedzi na owo tytułowe pytanie - chodzi tutaj o zmianę na lepsze. Czy jednak w historii Kościoła nie spotykamy przykładów na to, że zdarzały się i zmiany na gorsze?

Oczywiście, że tak. Negatywny wpływ zaznaczał się wtedy, gdy chrześcijanie sięgali po niewłaściwe sobie środki czy metody. W takich bowiem razach zawsze pojawia się problem. Ksiądz profesor Staniek stwierdził, że chrześcijaństwo zmienia świat tak długo, jak długo jest właśnie chrześcijaństwem. Natomiast kiedy nim przestanie być, zapędziwszy się w obce sobie obszary, natychmiast zanika jego pozytywny wpływ.
Gdyby się zastanowić, jakie rozwiązanie kwestii społecznej proponowało chrześcijaństwo w wieku XIX, trzeba by przyznać, iż wydanie pierwszej encykliki społecznej 50 lat po Manifeście komunistycznym to ewidentne spóźnienie Kościoła. I należałoby przytoczyć sławne zdanie o Kościele, który w XIX wieku miał stracić robotników. Wtedy nie wolno było, to oczywiste z punktu widzenia dzisiejszej wrażliwości Kościoła, kazać ludziom uzbroić się w cierpliwość i oczekiwać nieokreślonej lepszej przyszłości. Pamiętajmy, że jeszcze papież Leon XIII w Rerum novarum zabraniał strajków (spróbujmy ich dziś zakazać jakiemukolwiek związkowi zawodowemu). Teoretyczne rozstrzygnięcia proponowane ówcześnie przez Kościół hamowały więc pozytywne rozwiązanie kwestii społecznej. Ale to tylko znów jedna strona medalu. Jest jeszcze druga: szereg ludzi, którzy praktycznie działali na niwie społecznej i których dziś, z powodu tych ich zasług, Kościół beatyfikuje - jak na przykład Ozanama, działającego we Francji już na 60 lat przed ogłoszeniem Rerum novarum.

Mówiąc o procesach oczyszczenia, jakie dokonywały się w historii Kościoła, wspominał Ksiądz głosy ludzi z drugiego szeregu i dysydentów, które okazywały się prorocze. Sprawa jest chyba bardziej skomplikowana. Idea rozdziału Kościoła od państwa czy powszechnych uprawnień zrodziła się jednak poza Kościołem, a nie na jego obrzeżach. Może więc chrześcijaństwo odkrywało w ciągu wieków swą istotę, dojrzewało, dopiero dzięki konfrontacji z tym, co od samego chrześcijaństwa różne?

Taka sama myśl przewija się ostatnio w dokumentach papieskich, wraz z cytatem ze św. Tomasza z Akwinu: "Każda prawda - przez kogokolwiek by została wypowiedziana - pochodzi od Ducha Świętego". Czyli wszystko jedno czy wypowiada ją wierzący czy niewierzący, katolik czy prawosławny. I nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Rewolucyjne hasła oczywiście rodziły się w różnych środowiskach. To chyba Eliot stwierdził, iż tylko chrześcijańska Europa mogła wydać z siebie Woltera. Jest coś na rzeczy. Ktoś, kto oficjalnie dystansował się od Kościoła i jakichkolwiek form zorganizowanej religii, musiał wyrosnąć na takim niesłychanie chrześcijańskim podglebiu. Postulaty rozdziału Kościoła od państwa, wolności sumienia i wyznania, składały się przecież na bardzo mocny katolicki nurt już w 30. latach XIX wieku. To właśnie taki ruch "z drugiego szeregu" albo, jak kto chce, dysydencki - bo, niestety, niektórzy jego członkowie zostali ekskomunikowani. Współczesna refleksja historyczna (np. ks. prof. Żywczyński) określa tamtych ludzi jako "zmarnowaną szansę Kościoła". Myślę, że można to wyrazić jeszcze mocniej: w osobie np. księdza Félicité Lamennais zmarnowano Kościół. Bo to też był Kościół.

Przywołał Ksiądz przykłady osób, które zaświadczyły w dzisiejszych czasach o tym, że miłość jest możliwa. To żywe dowody na to, iż chrześcijaństwo zmieniło świat. Ale świadkami miłości są także wyznawcy innych religii czy ludzie niewierzący. Dlaczego zatem miałby to być argument potwierdzający wpływy chrześcijaństwa?

To argument za, gdyż nie ma nic ważniejszego w chrześcijaństwie; ono się do miłości sprowadza. Jedynym ważnym pytaniem dla chrześcijanina jest: czy kocham i jak powinienem to robić. Natomiast, oczywiście, miłość charakteryzuje także inne religie, jak również ludzi niewierzących. I dlatego właśnie Kościół naszych czasów nie myśli o sobie w bardzo ciasnych kategoriach, zaliczając w poczet swych członków tylko tych, którzy fizycznie zostali ochrzczeni. Mówimy, że Bóg objawia się również w innych religiach - ten sam Bóg, który jest Miłością. Tu nie ma sprzeczności i, jak sądzę, nie ma też żadnej niewłaściwej konkurencji między chrześcijanami a na przykład muzułmanami czy buddystami. Dzisiaj dość powszechnie nazywa się wiek XXI wiekiem dialogu międzyreligijnego - i miejmy nadzieję, że będzie nim rzeczywiście. Wtedy my będziemy lepszymi chrześcijanami, a muzułmanie będą lepszymi muzułmanami, co daj nam wszystkim Panie Boże.

Papież wskazuje na wolność wyznania jako na jedną z wielkich wartości chrześcijańskich. Jaki w kontekście tych słów jest cel i sens prowadzenia misji? Kogo ewangelizować?

Bez wolności misje nie istnieją. Ewangelizacja jest zawsze propozycją dla wolnego człowieka, nie da się inaczej głosić Dobrej Nowiny. Znowu, tu nie ma sprzeczności, a raczej absolutna, jak to się dziś mówi, kompatybilność. Bóg nie tworzy robotów, podobnie - nie klonuje ludzi. Klonowanie jest zabronione... [śmiech]

Skoro tak, czy słuszny jest pogląd, że wcale nie chodzi o zmianę świata przez chrześcijaństwo, ale o osobistą odpowiedź pojedynczej osoby na wezwanie Jezusa? "Kto ma uszy ku słuchaniu, niechaj słucha". A ta odpowiedź może przecież być różna: od pełnej akceptacji do całkowitej negacji.

Ksiądz profesor Jan Kracik twierdzi, że zawsze tak było - a Ksiądz Profesor wie, co mówi. Ja widzę tu napięcie historyczne: albo chrześcijanie chcą najpierw zmieniać struktury, ufając, że nowe struktury przemienią wiernych, albo odwrotnie: Kościół przede wszystkim kieruje Ewangelię do ludzi, bo kiedy oni ją w pełni przyjmą, będą przekształcać struktury. Bo w końcu nie w tym rzecz, by chrześcijanie nie zmieniali świata. (Oczywiście istnieją odłamy, które wypatrują rychłego końca świata i nie widzą sensu w przetwarzaniu rzeczywistości, ale one zawsze były postrzegane jako na poły - jeśli nie całkiem - heretyckie). Jednak chyba ten drugi kierunek jest bardziej skuteczny: nowy człowiek tworzy nowy świat.
Natomiast zastanawiając się nad skutecznością metody pierwszej, w myśl której nowa struktura ma automatycznie zmienić człowieka, najlepiej posłużyć się przykładem stosunku Kościoła do niewolnictwa. Niektórym, a zwłaszcza zbyt chyba pobożnym apologetom wydaje się, że Kościół z niewolnictwem walczył od początku. To się ma nijak do historii. Do roku 1983, czyli do uchwalenia nowego Kodeksu Prawa Kanonicznego, obowiązywał paragraf starego kodeksu, wedle którego małżeństwo było nieważne, jeśli jedna strona została przez drugą wprowadzona w błąd co do stanu społecznego, to znaczy: jeśli współmałżonek nie ujawnił przed ślubem, że... jest niewolnikiem. W wieku XX! A więc do roku 1983 Kościół w swym prawie wewnętrznym dopuszczał istnienie niewolnictwa, co więcej, dopuszczał, w sytuacji świadomego zatajenia prawdy, możliwość rozwiązania małżeństwa z niewolnikiem!
Czy to oznacza, że nie robiono nic w kwestii niewolnictwa? Nie. Jak więc działano? Na przykład Paweł ochrzcił niewolnika Onezyma i odesłał go do jego właściciela - Filemona. Do dziś czytamy nowotestamentowy List do Filemona, choć i Onezym pozostał niewolnikiem, i Filemon jak miał niewolników, tak miał. Zmieniło się to, że zaczęli przeżywać wzajemną relację także jako bracia w Chrystusie. By zaś sama relacja między nimi uległa zmianie, obaj muszą odnowić się wewnętrznie. A wtedy ważniejszy od ich kondycji społecznej stanie się fakt, że obydwaj są ochrzczeni. Z drugiej strony, można zapytać, dlaczego trzeba było czekać dwadzieścia wieków, żeby tak formowani chrześcijanie ostatecznie zmienili prawo. A w kwestii niewolnictwa trzeba by nawet uściślić, że prawo kościelne nie nadążało za prawem świeckim.
Ostatecznie jednak te dwa tysiące lat historii Kościoła zaowocowało mądrością i przekonaniem o indywidualnej przemianie pod wpływem nauki Chrystusa.

Również świat zmieniał i zmienia chrześcijaństwo. Czy nie na tym polega problem? Czyżby wpływ chrześcijaństwa na losy świata okazał się stosunkowo słaby dlatego, że chrześcijanie postępowali inaczej, niż zalecał im cytowany przez Księdza List do Diogneta i że dostosowali swoje życie do standardów świeckich? Z tym wiąże się inna trudność. Ksiądz sławi Sobór Watykański II, a jednak wtedy właśnie postulowano tzw. aggiornamento, czyli przystosowanie się do świata. Przecież chrześcijanie mają rzeczywistość zmieniać, nie zaś przystosowywać się do niej...

Na pierwsze pytanie odpowiedziałbym tak: chrześcijaństwo nie jest konstrukcją teoretyczną. Nazywamy Kościół przedłużonym wcieleniem, co zakłada jego konkretność. Istnieje on w określonym czasie, w określonym miejscu i w określonym ludziach. Można oczywiście utyskiwać, że ta konkretna realizacja nie zawsze w stu procentach odpowiada ideałowi, ale właściwe pytanie brzmi: czy osiągnięcie ideału w ogóle jest możliwe.
Mój ukochany patron, Grzegorz Wielki, był człowiekiem wykształconym w duchowości, w kulturze starożytnej, a przyszło mu chrystianizować barbarzyńską Europę. Czy miał tym nowym Europejczykom, którzy najchętniej bili się od rana do nocy, zaserwować całą łacińską i grecką kulturę - w żaden sposób niemożliwą do pojęcia dla nich? Czy też rozsądniej było próbować wejść w pogański świat wartości, w tamten sposób myślenia, krąg pojęć religijnych i próbować tych ludzi jakoś prowadzić do zrozumienia Ewangelii? Jedynie słuszny jest z pewnością ten drugi kierunek. Cóż, że w efekcie Kościół nie będzie taki sam, jak w starożytności. Nie będzie, bo Kościół jest zawsze wcielony - w danym czasie i w danym miejscu. Bardzo pięknie wyraził się o wcieleniu Chrystusa Hans Urs von Balthasar: nie stał się On po prostu człowiekiem, stał się konkretnym człowiekiem, Jezusem z Nazaretu, który żył 2000 lat temu. To niosło za sobą szereg ograniczeń, na przykład, mniej wiedział z astronomii niż Kopernik, mniej wiedział z fizyki niż Einstein. Nie koniec na tym: dziś każde dziecko w szkole podstawowej więcej wie z astronomii, niż wiedział Jezus z Nazaretu. Nie kłócimy się z logiką wcielenia. Tak samo nie ma sensu kłócić się z logiką wcielenia Kościoła, który istnieje wśród konkretnych ludzi i w nich.
Najlepiej zaobserwować to na przykładzie podejścia do wojny. Kościół starożytny był bez wątpienia Kościołem pacyfistów. W tekście z 215 roku zgodnie z tradycją apostolską znajdujemy przepis, wedle którego ktoś, kto zgłasza się do biskupa z prośbą, żeby go przyjęto w szeregi katechumenów, gdyż chce się przygotować do chrztu, musi zrezygnować z zawodu żołnierza. Jeśli odmówi - należy go odrzucić. Przyjęcie go byłoby bowiem obrazą Boga. Jak to pogodzić ze średniowiecznymi wojnami krzyżowymi, z zakonami rycerskimi? Kościół oczywiście próbował przez jakiś czas ścierać się z tym germańskim światem i na przykład wprowadził zakaz odbywania turniejów. Wszystkie sobory średniowieczne odmawiały rycerzowi chrześcijańskiemu, jeśli zginął on w turnieju, chrześcijańskiego pogrzebu. Bo udział w turnieju to lekceważenie życia, narażanie własnej osoby, to czyste szaleństwo. A z kolei w egzemplach z kazań dominikańskich (niesłychanie popularnych w XIII, XIV wieku) znajdziemy opowiadanie o rycerzu całe życie jeżdżącym z turnieju na turniej, więc niekoniecznie przejmującym się zakazami soborowymi. Ów rycerz jednak miał pewien pobożny obyczaj. Rano wstawał i zaczynał dzień od modlitwy, od Pozdrowienia Anielskiego. Któregoś dnia wojak ten udał się na kolejny turniej i pod miastem napadło go kilku rabusiów. Sprali go strasznie, przez resztę dnia nie był w stanie się ruszyć. Wieczorem, gdy doszedł do siebie, wsiadł na konia, wjechał do miasta i dziwił się wielce, że wszyscy składają mu gratulacje, bo oto wygrał kolejny turniej, walcząc z niespotykaną dotąd determinacją. Kaznodzieja objaśnia: po prostu Matka Boża przebrała się w zbroję naszego rycerza i stłukła wszystkich turniejowych konkurentów. To jedno exemplum przemawia nieporównanie lepiej do średniowiecznego chrześcijanina niż wszystkie zakazy soborowe. Bo kto czyta dokumenty soboru? Niech wierni sami uderzą się w piersi... A kazań jeszcze słuchamy. Ten dominikański kaznodzieja też był zapewne z pochodzenia "barbarzyńcą"...
A oto inny przykład: Gall Anonim opisuje wyprawę Chrobrego na Kijów i przypomina o staraniach króla o rękę księżniczki kijowskiej. Kiedy jego konkury odrzucono, Chrobry, w myśl prawa zemsty rodowej, oczywiście księżniczkę zgwałcił. Szokujące jest nie to, co zrobił Chrobry, potomek pierwszego zaledwie pokolenia chrześcijan polskich, ale zupełny brak dystansu Galla Anonima do postępku władcy. Żadnej dezaprobaty, a nawet pewna duma... Woje wracający spod Kijowa śpiewali o tym piosenki: "Tam dostąpiła Przedysława zaszczytu, spała z Chrobrym od wieczora do świtu". Tak legenda rośnie, a Gall ją powiela. Dobry mnich ze świata od 600 lat ochrzczonego!

To bardzo przekonujący argument [śmiech], ale i bardzo niebezpieczny. Niebezpieczny w tym sensie, że argumentem o wcieleniu chrześcijaństwa w istniejące struktury, w kulturę można właściwie wszystko usprawiedliwić. Czy nie tak tłumaczono akceptację Kościoła dla niewolnictwa? Rozumowano: trudno, świat akceptuje niewolnictwo, a zatem my, chrześcijanie, wcielając się w ten świat, musimy akceptować jego złe strony.

Jednak argument o wcieleniu jest rozstrzygający - przypominam sobie o nim codziennie, gdy patrzę w lustro, bo chrześcijaństwo wciela się także we mnie. Chciałbym być innym chrześcijaninem, mam przed oczami obraz Dobrego Pasterza. A mimo to moje odbicie lustrzane zupełnie do ideału Jezusa nie przystaje. Tak samo jest z Kościołem, on również ma swoje lustro. Tej pięknej metafory, akurat dysydenckiej, używał w XIV wieku John Wyclif. Dla Kościoła w każdym kolejnym stuleciu lustrem pozostaje Kościół opisany w Dziejach Apostolskich. Do wzorca apostolskiego Kościół się porównuje i wie, że doń nie dorasta. Tak jak ja nie dorastam, tak jak nikt z nas nie dorasta. Argument wcielenia jest rozstrzygający, dlatego że Kościół to nie abstrakcja, definicja katechetyczna, ale określona wspólnota, która przyjmuje Ewangelię, tak jak potrafi. Co nie zmienia obiektywnych ocen. Gdybyśmy tłumaczyli wszystko uwarunkowaniami, bylibyśmy jedynie świetnymi marksistami. Nawet broniąc Kościoła, korzystalibyśmy z marksistowskiej teorii prawdy. Sama historia Kościoła dowodzi, że nie wszystko zależy od uwarunkowań - w żadnym momencie nie brakowało ludzi myślących ewangelicznie. Inna rzecz, ile z Ewangelii mogli zrozumieć. Jesteśmy dzisiaj bogatsi od XV-wiecznych chrześcijan, jeśli chodzi, powiedzmy, o egzegezę, ale i wtedy żyli tacy, dla których Dobra Nowina była normą egzystencjalną.
U podstaw problemu niewolnictwa leżała konieczność dostosowania się do tego, co istniało w świecie. Trudno, by św. Paweł postulował zniesienie niewolnictwa. Zostałby uznany za wariata. Oktawian August w jednym ze swoich edyktów zarządził, że umierający człowiek nie może w testamencie wyzwolić więcej niż dwustu niewolników. Ten dokument pokazuje ówczesne masowe rozmiary problemu. Paweł był więc bardzo roztropny, nakazując przede wszystkim wierność powołaniu chrześcijańskiemu. Kościół starożytny nie udzielał święceń niewolnikom, bo wątpliwy byłby autorytet takiego kapłana w tamtym społeczeństwie. Najpierw trzeba było uzyskać wyzwolenie kandydata na księdza, a później go wyświęcano. Rzeczywisty kłopot pojawił się, gdy niewolnictwo utraciło w Europie rację bytu, a opinia Kościoła na ten temat wcale się nie zmieniła. Wtedy argumentowano - powołując się na całkowicie błędną fundamentalistyczną egzegezę (fundamentalista biblijny każde zdanie zapisane w Biblii traktuje literalnie) - skoro Paweł mówi: "Niewolnicy, bądźcie posłuszni swoim panom", stwierdza tym samym, że niewolnictwo jest godziwe. Problemem okazało się więc dojrzewanie do rozumienia Ewangelii, treści Objawienia w Starym i Nowym Testamencie, oddzielonej od formy, kontekstu historycznego. Na to potrzeba było wiele czasu. Z jednej strony, owszem, zaważyły struktury obecne w świecie, a z drugiej problematyczne interpretacje słowa Bożego dokonywane wewnątrz Kościoła.

Spróbujmy się przejrzeć w jeszcze jednym małym lusterku. Posłuży nam do tego książka współczesnego teologa, o. Walberta Bühlmanna, pt. Kościół powszechny (Warszawa 1992) Bühlmann przywołuje w niej opublikowaną w Niemczech powieść Dionys von Ephesus. Proszę posłuchać: "Bohater, męczennik z III wieku, powstaje z martwych i wędruje po Kościele naszych czasów. Ze zdumieniem i przygnębieniem stwierdza, jak wiele w niedzielnych kazaniach mówi się o moralności, a jak mało o Chrystusie. Pod ambonami nie widzi się radosnych twarzy. Idzie więc do arcybiskupa i mówi: »Mówiono nam, co to znaczy być ochrzczonym, niepotrzebne zaś były liczne przykazania i zakazy«. Arcybiskup odpowiada na to: »Wiemy, że musimy wejść na nową drogę, ale boimy się tego«. Dionizy dochodzi do wniosku: »Świat jest pełen dobrych ludzi, tylko że nie zawsze odnajdują się oni wzajemnie. Wydają mi się opuszczeni. Pozbawia to blasku ich dobroć«. Dionizy głosi wciąż to samo: »Radujcie się!«. Dostojnicy kościelni pytają go z niedowierzaniem: »Tylko tyle?«. Kiedy Dionizy ponownie zasypia snem śmierci, mówią: »Śpij dalej, Dionizy, śpij głębiej niż dotąd! Po co się w ogóle budziłeś?«".
Proszę Księdza, wiele osób twierdzi, że akceptuje nakazy Ewangelii i wierzy w Boga, ale problemem jest dla nich Kościół i posłuszeństwo względem niego. Jak rozmawiać z tymi ludźmi, którzy co tydzień, podczas Mszy, mają kłopot z wyznaniem wiary w "święty, powszechny Kościół"?

Sam nie mam z tym problemu dlatego, że znam trochę inny Kościół. Gdy sięgam pamięcią wstecz, wydaje mi się, że zawsze znałem go innym. Pewnie to moje osobiste szczęście... A odpowiem trochę prowokacyjnie. Otóż, myślę, że generalnie im mniej Kościoła, tym lepiej...

To bardzo prowokacyjne...

Bardzo. Bo im mniej mowy o Kościele, tym więcej mowy o Chrystusie Zmartwychwstałym, choć może to stwierdzenie uproszczone. Znam parafie, znam wspólnoty ludzi przeżywające Wigilię Paschalną jako najważniejsze wydarzenie w roku. Zmartwychwstanie Chrystusa, odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych to fundament. Wszystko inne stanowi jego konsekwencję. Czyli istnieje i taki Kościół, który człowieka konfrontuje z prawdą o Chrystusie Zmartwychwstałym, choć nie jest to zjawisko masowe w parafiach. Trzeba pamiętać, że Kościół polski w ogóle jest bardziej pasyjny niż wielkanocny. Może dlatego, że u nas średniowiecze nieco dłużej trwało, a po nim nadszedł barok... I znów - Gorzkie Żale, Kalwarie, z wiodącym liturgicznym motywem pasyjnym. Nie w tym rzecz, by walczyć z takim nastawieniem, trzeba raczej pokazywać, że to jeszcze nie koniec Ewangelii. Chrystus raz umarł, więcej nie umiera, a wiecznie żyje. Istota chrześcijaństwa polega na tym, by spotkać Go żywego. Zadaniem Kościoła jest wskazywać wiernym drogę do Zmartwychwstałego Pana.
Za pytaniem o wiarę w Kościół zawsze kryje się indywidualne doświadczenie. Moja optymistyczna wizja nie wynika bynajmniej z tego, że jestem ślepy czy nieświadom tego, co się pisze w gazetach i co się rzeczywiście dzieje z Kościołem na świecie. To są fakty. Ale człowiek, który doświadczył Zmartwychwstałego Chrystusa żyjącego w Jego Kościele i Kościoła umiejętnie prowadzącego do odkrycia Słowa Bożego pozwalającego na co dzień stawać w prawdzie, wie, czym w swej istocie jest Kościół. Wszystkie sprawy bolesne, których źródłem są duchowni, nie skłaniają mnie do ucieczki z Kościoła, po prostu mnie bolą. Zastanawiam się, jak sam mogę działać, by naprawić zło.
Ale proszę mi uwierzyć, dziś jest naprawdę inaczej niż jeszcze 30 lat temu - Kościół ma dla wiernych cały wachlarz propozycji. Dziś nie jest problemem znaleźć grupy świeckich, którzy żyją oparci o trójnóg Słowa Bożego, sakramentów i wspólnoty. W numerze "Znaku" poświęconym ruchom posoborowym w Kościele wiele z nich zostało zaprezentowanych. Co więcej, istnieją całe parafie żyjące w tym duchu. To nieprawda, że życie wspólnotowe nie jest możliwe w Kościele katolickim i ktoś, kto ma takie pragnienie, musi odejść do któregoś z małych Kościołów protestanckich. Katolik, nie mogący się na przykład odnaleźć w formach duszpasterstwa proponowanych w jego własnej parafii, powinien spróbować gdzie indziej odkryć nieco inne oblicze własnego Kościoła. Skończyły się czasy głoszonego w XIII wieku przymusu parafialnego.

Kolejne pytanie przywołuje ducha Reformacji, która postrzegała chrzest niemowląt jako zwyczaj zupełnie niewłaściwy, jako błąd Kościoła. Ten zwyczaj jest zachowywany do dziś i być może stąd tak liczna rzesza niedzielnych katolików... Czy nie powinniśmy sami decydować o tym, czy i kiedy chcemy być ochrzczeni?

Nie. Kościół wprowadził chrzest niemowląt wtedy, gdy środowisko chrześcijańskie było już uformowane i - przede wszystkim - gdy rodzina chrześcijańska dawała gwarancję, że nowo ochrzczony będzie, dojrzewając w latach, dojrzewał także w wierze. Nie ma w tym zwyczaju nic złego, dopóki tak właśnie się go rozumie. Zło pojawia się, kiedy decyzji o chrzcie dziecka towarzyszą zupełnie inne motywy. Na przykład rodzice chcą, żeby dziecko "lepiej rosło", żeby nie było "prześladowane" w klasie. Wtedy chrzest staje się fikcją, lub praktyką quasi-magiczną. Wielką radością jest widzieć, jak ktoś rośnie w wierze dzięki swojej rodzinie. Zawsze przy okazji takich rozważań przypomina mi się książka Karla Rahnera O możliwości wiary dzisiaj. Protestuje on w niej przeciwko łatwemu przeciwstawianiu wiary przekazanej w domu rodzinnym wierze, która się w człowieku narodziła z osobistego wyboru dokonanego na przykład w wieku 20 lat. Rahner stwierdza, że jego dziedziczona wiara zawsze przychodziła do niego jak Chrystus, który staje przed nim i pyta, czy Jego uczeń chce odejść. Jakie znaleźć powody, zastanawia się Rahner, by odrzucić tę wiarę, w której wyrósł? Co roku w Wigilię Paschalną Kościół zadaje nam najważniejsze pytanie o potwierdzenie decyzji własnego chrztu. Każdego roku możemy wybierać. Chrzest to nie magia ani plomba na człowieku.

Czy - w obliczu procesów sekularyzacji i laicyzacji - katolicyzm XXI wieku będzie religią słuchaczy Radia Maryja, czy też będzie ewoluował w stronę religijności indywidualnej?

Ufam, że będzie on zróżnicowany. Rzecz jasna, i ja mam swoje gusta, ale wiedza historyczna mi podpowiada, że na przestrzeni dziejów nic Kościołowi tak nie szkodziło, jak nieumiejętność różnienia się. Z tej nieumiejętności biorą się wszystkie schizmy w Kościele.
Zawsze myślę o tych sprawach w dniu wspomnienia świętych Cyryla i Metodego. W szczególności św. Metody był człowiekiem, który wiele wycierpiał. Niemieccy współbracia biskupi trzymali go w więzieniu i tłukli tak, że usłyszał o tym papież. A powodem była liturgia inna niż rzymska, sprawowana w języku innym niż łaciński. A obecnie Metodego nazywamy patronem Europy... To bardzo potężny znak. Cała nadzieja na przyszłość chrześcijaństwa wiąże się właśnie z tym, że będzie w nim miejsce i dla słuchaczy Radia Maryja, i dla tych, którzy absolutnie nie chcą mieć z tym radiem nic wspólnego. Jedni i drudzy muszą się w Kościele jakoś odnaleźć.

Z tekstu wykładu można wywnioskować, że to przede wszystkim chrześcijaństwo zmieniało się wraz ze światem, że wpływ chrześcijaństwa na świat i świata na chrześcijaństwo to rodzaj sprzężenia zwrotnego. Żyjemy w epoce niezwykle szybkich zmian w świecie. Jaka jest wobec tego przyszłość chrześcijaństwa?

Jestem historykiem, nie prorokiem... Osobiście wiążę z ogromne nadzieje z przyszłością. Płyną one ze znajomości Kościoła czasów najnowszych. Myślę tu przede wszystkim o małych wspólnotach istniejących przy parafiach. Jest ich wiele, a każda kieruje się jakimś charyzmatem. Kiedy porzucimy spekulacje historyczne i zagłębimy się w teologię i wiarę Kościoła, stanie się jasne, iż Duch Święty jest w nim obecny. To coś niesłychanie ważnego. Przynajmniej dwa razy byłem na spotkaniu młodych z Papieżem - nie można stamtąd wrócić w poczuciu przygnębienia i bez nadziei. W Rzymie spotkało się z Ojcem Świętym blisko 2 miliony młodzieży. Trudno byłoby zgodzić się z twierdzeniem, że za 20, 30 lat ci dojrzali już ludzie będą kształtować nieludzki i zupełnie niereligijny świat. Może musimy poczekać następne 20, 30 lat, by wiosna objawiła się w Kościele w całej pełni. Ja wierzę, że tak się stanie.

Na koniec pytanie osobiste. "Czy jako osoba znająca świetnie historię cieszy się Ksiądz, że żyje właśnie tu i teraz, czy też wolałby się urodzić w innej epoce?".

[Śmiech] Ilekroć nad tym myślę, choć nie robię tego za często, bo zajmuję się raczej średniowieczem niż wiekiem XX, ilekroć więc rozważam sytuację Kościoła przed i po Vaticanum Secundum, jestem naprawdę wdzięczny Opatrzności za to, że urodziłem się właśnie teraz. Większość z nas z reguły nie zdaje sobie sprawy z tego, jaką przemianą w życiu Kościoła był ten sobór. Dzisiaj młodzi ludzie wzrastają na soborowej katechezie, soborowej liturgii, nawet o tym nie wiedząc. Tak jak niektórzy całe życie mówią prozą i nie mają o tym pojęcia...
Jest natomiast rzeczą wiadomą, że kiedy sobór był przygotowywany, najbliżsi współpracownicy papieża - jeszcze Piusa XII, a nie Jana XXIII - sporządzili 72 schematy dokumentów, z których przez sito soborowe nie przeszedł ani jeden. Wszystkie zostały odrzucone w pierwszym czytaniu, i musiały być napisane na nowo. Trudno nie nazwać tego wręcz "rewolucją". Jeśli powstrzymujemy się jednak przed takim określeniem, to tylko dlatego, że opisując Kościół na nowo, sięgnięto do tradycji wcześniejszej niż bezpośrednia (potrydencka). Podobnie rzecz się ma z nauczaniem Kościoła na tematy społeczne. Stosunek między nauczaniem Jana Pawła II czy nawet Jana XXIII a poglądami błogosławionego przecież Piusa IX nie może być uczciwie opisany inaczej niż tylko jako zaprzeczenie. Pius IX mówił, że wolność religijna to insanitas. Obecny papież jest współautorem soborowej Deklaracji o wolności religijnej. Czy przekreślono w ten sposób Tradycję? Nie. Sięgnięto jedynie do jej głębszych pokładów.
I w rezultacie uniknąłem osobistej odpowiedzi...

Dyskusję prowadzili
Jarosław Gowin i Janusz Poniewierski

KS. GRZEGORZ RYŚ, ur. 1964, dr hab., historyk Kościoła, wykładowca na Wydziale Historii Kościoła Papieskiej Akademii Teologicznej. Wydał m.in. studium o Inkwizycji (1997), rozprawę Jan Hus wobec kryzysu Kościoła doby wielkiej schizmy (2000), Celibat (2002).



Przypisy:
1 D. R. Yuuki SI, Fr. Peter Kibe and the 187 Martyrs, Special Committee of Investigation for the Beatification of Japanese Martyrs (mps), 1995.
2 Te i następne dane przytaczam za: A. Canovesi, XX wieków chrześcijaństwa. Rozwój chrześcijaństwa w poszczególnych wiekach od Jezusa z Nazaretu do naszych czasów, tłum. I. Gutewicz, Warszawa 1990.
3 Oczywiście, warto pamiętać, że w Azji są też kraje o większej populacji chrześcijańskiej. Na Filipinach chrześcijanie stanowią przeszło 90% ludności (w tym katolicy blisko 85%), w Korei Południowej - blisko 25%.
4 Cyt. za: D. Yuuki SI, The Twenty-Six Martyrs of Nagasaki, Tokyo 1998, s. 2.
5 Pierwsi świadkowie. Pisma Ojców Apostolskich, przeł. A. Świderkówna, Kraków 1998 (wyd. 2), s. 341-342.
6 H. Denzinger, A. Schönmetzer, Enchiridion symbolorum, definitiorum et declarationum de rebus fidei et morum, Barcinone 1976 (wyd. 36), nr 2915.
7 Centesimus annus, nr 47.
8 Jan Paweł II, Europa zjednoczona w Chrystusie. Antologia, opr. L. Sosnowski, G. Turowski, Kraków 2002, s. 115-116.
9 Cyt. za: J. Comby, D. MacCulloch, How to Read Church History, vol. II: From the Reformation to the Present Day, London 1989, s. 130.
10 Cyt. za: H. Urs von Balthasar, The Office of Peter and the Structure of the Church, trans. A. Emery, San Francisco 1986, s. 257-258.
11 Na ten temat zob. szerzej: B. Geremek, Więź i poczucie wspólnoty w średniowiecznej Europie, w: Dziesięć wieków Europy. Studia z dziejów kontynentu, pod red. J. Żarnowskiego, s. 19-81.
12 Polska Jana Długosza, pod red. H. Samsonowicza, przeł. J. Mruk, Warszawa 1984, s. 183-184.
13 A. Pankowicz, Czy chrześcijaństwo jest wciąż "definicją Europy"?, w: T. Pieronek i in., Modernizacja i wiara. Rola Kościoła katolickiego w procesie integracji europejskiej, Gliwice 2002, s. 89.
14 Na ten temat zob. zwłaszcza: Z. Zieliński, Papiestwo na tle procesów dziejowych od Rewolucji Francuskiej do Vaticanum II, "Więź" 2, 1981, s. 16-43.

2003 SIW Znak, Piotr Poniedziałek
Wykonanie baz danych oraz obsługa techniczna Verbanet s.c.