70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. L'Osservatore Romano/AP/East News

Opcja Benedykta

Spotkałem niedawno katolika, który powiedział mi, że spodziewa się upadku Kościoła instytucjonalnego w Niemczech za mniej więcej 30 lat. Jego zdaniem wiara przetrwa tylko w rodzinach, które naprawdę nią żyją. Moja propozycja skierowana jest właśnie do chrześcijan żyjących w krajach, które przeszły sekularyzację.

Mateusz Burzyk, Michał Jędrzejek: Opcja Benedykta była szeroko omawiana w USA i w Europie jako istotny, choć kontrowersyjny, głos w dyskusji o współczesnym chrześcijaństwie. David Brooks z „The New York Timesa” określił ją nawet mianem „najważniejszej religijnej książki dekady”. Co oznacza tytuł Pana książki?

Rod Dreher: „Opcja Benedykta” to wybór, przed którym stoją wszyscy chrześcijanie w erze postchrześcijańskiej biorący swoją wiarę na poważnie. Ok. 500 r. Benedykt z Nursji opuścił zdobyty przez barbarzyńców Rzym – miejsce chaosu i moralnego upadku – ponieważ obawiał się, że jeśli w nim zostanie, straci wiarę. Zaszył się w lesie, by tam się modlić i podążać za Bożą wolą, a w końcu stworzyć pierwsze klasztory. W kolejnych wiekach, gdy zachodnia Europa pogrążała się w anarchii, gromadzili się w nich mężczyźni pragnący prowadzić życie monastyczne. Owi mnisi położyli fundament pod ponowne narodziny europejskiej cywilizacji. Dlatego Kościół ogłosił św. Benedykta patronem Europy.

 

Jaki to ma związek z nami?

Uważam, że żyjemy w czasach, które w kwestiach moralnych i duchowych mają swój odpowiednik w epoce upadku Rzymu. Papież Benedykt XVI powiedział, że Europa nie zmagała się z takim kryzysem od 1500 lat. Siły antychrześcijańskie wewnątrz naszej cywilizacji są tak potężne, że jeśli my, zwyczajni chrześcijanie, nie wycofamy się w jakiś rozsądny sposób z tego głównego nurtu i nie znajdziemy nowych sposobów życia wiarą we wspólnocie, to utoniemy w nim.

Chciałbym powiedzieć to jasno: nie twierdzę, że powinniśmy ukryć się wysoko w górach i żyć jak eremici. Nie jesteśmy mnichami. Żyjemy w świecie. Jako wierni chrześcijanie powinniśmy jednak różnić się od świata w naszej postawie i duchowej dyscyplinie. Nasze domy rodzinne, szkoły i parafie powinny upodobnić się do klasztorów.

 

Głosi Pan, że konserwatywni chrześcijanie w USA przegrali „wojnę kulturową” ze świeckimi liberałami. Ameryka stała się według Pana krajem postchrześcijańskim. To twierdzenie pozostaje w sprzeczności z obrazem USA jako religijnego wyjątku pośród zsekularyzowanych krajów Zachodu. Jakie są najważniejsze argumenty za tą tezą?

Pierwszy argument jest taki, że młodsze pokolenie Amerykanów jest znacznie bardziej zeświecczone niż jego poprzednicy. Pokazuje to wiele badań opinii publicznej. Drugi –znacznie ważniejszy – brzmi: ogromna większość młodych Amerykanów, którzy wciąż deklarują się jako chrześcijanie, ma niewielkie pojęcie o tym, co w ogóle oznacza bycie chrześcijaninem.

 

W co więc wierzą amerykańscy milenialsi?

Christian Smith, socjolog z Uniwersytetu Notre Dame, przebadał gruntownie ich przekonania. Pokazał, że młodzi Amerykanie, prawie niezależnie od swojego wyznania, patrzą na religię w sposób powierzchowny i sentymentalny. Nie ma w ich wierzeniach żadnej teologicznej czy moralnej treści, poza mglistym poczuciem, że należy być miłym człowiekiem i starać się o szczęście, nie szkodząc przy tym innym. To efekt „katechizacji” prowadzonej przez konsumpcyjną kulturę masową i liberalny indywidualizm.

W USA klasa robotnicza już w większości porzuciła religię, a klasa średnia zrobi to w kolejnym pokoleniu.

Gdy daję wykłady na katolickich i protestanckich uczelniach, profesorowie mówią mi zawsze to samo: większość studentów przychodzi, nie wiedząc o chrześcijaństwie nic – i cztery lata na uniwersytecie to za mało, aby nadrobić braki z domu, kościoła czy ze szkoły (nawet chrześcijańskiej).

 

Pisze Pan sporo o negatywnych konsekwencjach rewolucji seksualnej: „Chrześcijanin ma tylko jeden sposób wykorzystywania daru seksu: w małżeństwie mężczyzny i kobiety. (…) Są one podstawą nauczania chrześcijańskiego, ale nie ma dziś mniej popularnych, choć chyba nie ma też ważniejszych słów, których należałoby przestrzegać” [podkr. M.J., M.B.]. Czy to nie za mocne twierdzenie? Papież Franciszek powtarza często, że Kościół przykłada zbyt dużą wagę do seksualności kosztem innych sfer etycznego zaangażowania.

W naszej neopogańskiej kulturze czcimy seks i pieniądze. Żaden ksiądz nie ma problemu z atakowaniem chciwości i materializmu, lecz jeśli odważy się skrytykować czyjeś życie seksualne, to bierze na siebie duże ryzyko. Nasza kultura wierzy w to, że seksualne pożądanie nie jest jedną z wielu namiętności, lecz fundamentem naszej tożsamości. To pochodna antropologii będącej w sprzeczności z tym, czego uczy nas Pismo i Kościół.

Dodatkowo pozostaje kwestia biblijnego autorytetu. Biblia jasno podkreśla znaczenie czystości. Jeśli ignorujemy to nauczanie, zakładamy, że Biblia nie zasługuje na zaufanie.

Wiele naszych głębokich problemów społecznych jest konsekwencją upadku tradycyjnej rodziny. A ten upadek ma swoje źródło w seksualnym nieuporządkowaniu. W badaniach prowadzonych w USA wyraźnie stwierdzono bezpośredni związek między kłopotami młodych ludzi – zwłaszcza mężczyzn – ze szkołą, a następnie z łamaniem prawa oraz trwałą nieobecnością ojca w domu. Upadek rodziny zaczął się wraz z rewolucją seksualną. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter