70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Regiony pojedynczych herezji

Misterne analizy, jakim Adam Lipszyc poddaje literaturę, pozwalają zobaczyć w niej miejsce batalii o zasadniczym znaczeniu. W językowych gestach najwybitniejszych pisarek i pisarzy rozpoznaje operacje, dzięki którym ze wspólnotowych identyfikacji, sformatowanych tożsamości i społecznych ról wytrącają się ślady pojedynczego życia. To właśnie ich tropieniu poświęcone są znakomite Czerwone listy. Eseje frankistowskie o literaturze polskiej.

Historia losów teologii w nowoczesności jest historią jej wywłaszczenia. Wyjątku od tej reguły nie stanowi także, kluczowe dla Lipszyca, dziedzictwo żydowskiej myśli religijnej. Tracąc bezpieczną samoistność, dochodzi odtąd do głosu wyłącznie w odkształcających ją językach pożyczonych. Zarazem jednak naznacza pozornie neutralne słowa śladem osobliwego judaizmu, który dyskretnie zakrzywia ich trajektorię. W ten sposób teologiczna obietnica zbawienia i oświeceniowe żądanie emancypacji formują zdumiewający splot, odnajdując wspólny cel: sprzyjanie racjom jednostkowego życia. Dlatego właśnie uprzywilejowanym obszarem tych frapujących negocjacji staje się w nowoczesności literatura, „ta dziwna instytucja”, która pozwala artykułować się doświadczeniom istnienia poszczególnego. To w odpowiedzi na tę sytuację ukształtował się pisarski idiom Lipszyca. Opracowana przez niego na marginesie utworów Paula Celana koncepcja „teologii literackich”, mnogich pojedynczością każdego tekstu i każdej osoby piszącej, zostaje w Czerwonych listach przetestowana podczas lektury prac  13 przedstawicieli literatury polskiej. Jakkolwiek autor pozostaje w orbicie paradygmatycznego dla rozumienia związków nowoczesności i teologii dorobku Waltera Benjamina, to jednak akcenty rozkładają się tu nieco inaczej, patronat zaś przyznany zostaje, na pierwszy rzut oka być może nieco niespodziewanie, Jakubowi Frankowi. Co takiego może dziś pociągać w działalności żydowskiego herezjarchy, który w dogorywającej I Rzeczpospolitej wszczął swoją osobliwą mesjańską awanturę?

*

Specyfika Lipszycowej lektury frankizmu uwyraźnia się już w tytule. Miano Czerwonych listów, od koloru atramentu, jakim je spisano, nosiły odezwy Franka, które jego zwolennicy posłali w świat po śmierci przywódcy. Relacja, jaką Lipszyc zawiązuje z żydowskim herezjarchą, nie sprowadza się do aluzyjnego mrugnięcia okiem lub prostej spłaty intelektualnych długów. Czyniąc ze szczególnego rodzaju powtórzenia jedną z naczelnych idei projektu, autor esejów błyskotliwie podejmuje kluczowy gest frankistowskiej doktryny. Decydujące znaczenie dla jej kształtu miała bowiem reinterpretacja, jakiej podolski „mesjasz” poddał biblijną historię o Jakubie i Ezawie. Błąd starotestamentowego imiennika Franka, a w konsekwencji całego judaizmu, polegałby na tym, że wbrew obietnicy złożonej po walce z aniołem swojemu bratu Ezawowi nigdy go już nie odwiedził. Frank – jako powtórzona i poprawiona wersja Jakuba – miałby położyć kres temu zaniechaniu, w którym rozpoznał główną przeszkodę stojącą na drodze ku dokończeniu dzieła zbawienia. Zadaniem frankistów byłoby zatem udać się do krainy brata Jakuba, zwanej od koloru jego włosów Edomem (od hebrajskiego „adom” oznaczającego „czerwień”). I pewnie ekscentryzm tej idei nie odbiegałby od standardu mesjańskich spekulacji, gdyby nie fakt, że Frank utożsami Edom z Polską, poniechany zaś „chód do Ezawa” z konwersją swoich zwolenników na katolicyzm. Zgodnie jednak z pouczeniem samozwańczego „mesjasza”, który okazuje się w tym punkcie mistrzem dialektycznej superpozycji: „W każdym miejscu dwa znajdują się, rzecz sama i jej oppositum”. Edom to nie tylko więc przestrzeń zbawczej szansy, Ziemia Obiecana, ale także kraina najskrajniejszego upadku, opresyjny Dom Niewoli, gdzie chmara wychodźców z judaizmu doświadcza wykorzenienia w jego najbardziej drastycznej postaci. Wkroczenie w „pole Edoma” nie oznacza więc roztopienia się w niezróżnicowanej magmie polskości i katolicyzmu. Wyznawcy Franka nie tylko mieliby wówczas zachować odrębność, ale dopiero wtedy, na tle ciemiężącego ich Ezawa, zyskiwaliby szansę na właściwe wyosobnienie. Wskazując miejsce frankistowskich działań, Lipszyc stwierdza: „my, mesjańska resztka, jesteśmy tylko tam, gdzie Polak różni się od samego siebie”. „Resztka”, zaczerpnięta z pism Pawła z Tarsu figura kondycji podmiotu w czasie mesjańskim, wbrew sugestiom, jakie można by wyczytać z jej nazwy, nie wskazuje na wyodrębnioną z całości cząstkę. Pozycję mesjańskiej „resztki” cechuje „uparta odrębność głosu” stale przekształcająca od środka porządki, do których pozornie doskonale przynależy. Frankiści funkcjonują bowiem w obrębie kolejnych grup i wspólnot, pozorując wobec nich bierność i doskonałe przyswojenie właściwych im kodów. Zdobywają się jednak przy tym na niemal niezauważalne gesty zawieszającej ich panowanie przekory. Wnikając w kolejne porządki i uporczywie tkwiąc w rozszczepieńczym niedookreśleniu, ujawniają w nich milimetry pustych przestrzeni. To w tych niemal niedostrzegalnych szparach, powstających między honorowanymi modelami społecznych ról a odklejonym od nich nieznacznie bytem, gwarantują sobie zaś życiową autonomię. Tego rodzaju ustawiczne ociąganie się z deklaracjami przynależności, wieczyste pielęgnowanie drobnych odchyleń wytwarza więc strefy zbawiennej wolności tego, co pojedyncze. Frankizm nie stanowi tu w żadnym razie kryptonimu jakiejkolwiek religijnej doktryny czy zestawu prawd wiary, z którymi mogłaby zidentyfikować się celebrująca je wspólnota wiernych. Oznacza raczej niemożliwość utożsamienia się ze społecznymi rolami. W efekcie nie jest nośnikiem jakiejkolwiek pozytywnej tożsamości, ale raczej miejscem, w którym wszelka tożsamość odkleja się od siebie samej. To dlatego Lipszyc odnajduje w nim wzorzec inspirującej i uniwersalnej postawy podmiotu wobec urządzeń tego świata. Frank zaś interesuje go przede wszystkim jako inspirator nieredukowalnych do religijnego kontekstu obiecujących praktyk jednostkowej dywersji. Wynikiem frankistowskich operacji jest bowiem ujawnienie ograniczonego charakteru wszelkiej narracji gotowej do zajęcia pozycji władzy. Kolejne jej postaci, porządek polityczny, ekonomiczny, religijny, etniczny czy językowy, nie są już zdolne, by opisywać nas w sposób wyczerpujący, a fiaska tego doświadcza już nie tylko judaizm, katolicyzm, żydowskość, polskość, ale nawet sam historyczny frankizm.

*

Lipszyc nie ukrywa niechęci do Franka, porywczego prymitywa o megalomańskich skłonnościach, beznadziejnego maczysty, fanfarona i kiepskiego intryganta. Zachowuje wszak wierność nie tyle wobec stabilnej doktryny, ile samego gestu, który domaga się powtórzenia.

Tak więc jak jego poprzednik powtarzał i poprawiał judaizm, tak on podejmuje analogiczną wierno-niewierną operację wobec samego frankizmu, wyłuskując z całego zbioru frankistowskich hec wyłącznie pojedynczą ideę. Tym samym jednak rezygnuje z funkcji konserwatora dziedzictwa Franka, nie sytuując się też pokornie w szeregu bezpośrednich i ortodoksyjnych spadkobierców. Inaczej niż standardowe powtórzenie, jego mesjańska wersja właściwa pracy Lipszyca nie polegałaby na rekonstrukcji tego, co było we frankizmie od zawsze, ale upomnieniu się o to, co nigdy zaistnieć w nim w pełni nie zdołało, a czego prawdziwie wywrotowe widmo zostaje przywołane jako zapowiedź bardziej obiecujących scenariuszy naszej teraźniejszości i przyszłości. W obliczu zagrożenia ortodoksyjnym ustatycznieniem języka należałoby zainicjować herezję w łonie samej herezji, rozgałęziając ją ku jej nieodwiedzanym bocznym odnogom. Tak jak więc poprawionym Jakubem biblijnym miał być Jakub Frank, wzywający uczniów do konwersji na polskość i katolicyzm jako niezbędnych, a poniechanych przez judaizm warunków finalizacji dzieła zbawienia, tak przebywający już w krainie Edomu Adam Lipszyc upomina się o wszystko to, co nieziszczone z kolei w samym frankizmie, błazeńsko-poważnie przybiera rolę Franka poprawionego, posyłając w świat powtórzone i jednocześnie całkowicie odmienione „czerwone listy”. Z tego względu pierwszy z pomieszczonych w tomie esejów tylko pozornie jest recenzją monografii frankizmu autorstwa Pawła Maciejki. Rekonstrukcja jego ustaleń, przetykana już od pewnego czasu tajemniczym „my”, zostaje przerwana, by ustąpić miejsca żarliwemu manifestowi: „Nasz świat jest i nie jest Królestwem, tak jak Polska jest i nie jest Ziemią Obiecaną, wymaga apokaliptycznego, nieskończenie małego odkształcenia, które oczywiście z perspektywy Królestwa i Rzeczy samej jest w istocie aktem naprawy. My, frankiści polscy, jesteśmy wierni tej idei. (…) My, frankiści polscy, nigdzie się nie wybieramy”.

Gdzie frankiści znajdują dla siebie miejsce? Lipszyc nie ma wątpliwości. Jedyna manifestacja, na której sztandarach mogłyby widnieć hasła jego manifestu, składałaby się wyłącznie z pochodu wewnętrznie porozszczelnianych słów. Jej przestrzenią byłaby więc szczególnego rodzaju literatura. Powoływać się na frankizm po Franku można by wyłącznie za cenę upomnienia się o resztkę wytrącającą się z jego doktryny. Choć sam „mesjasz” nie wykazywał szczególnej atencji dla słowa, a ponad misterne interpretacje Pisma przedkładał kult przebóstwionej cielesności, „frankistowska”, czuła na pojedynczość optyka pozwalałaby odryglowywać literackie teksty, ujawniając ich nieoczekiwane potencjały. Skoro w dobie nowoczesności tradycja religijna rozbrzmiewa jednak wyłącznie w językach pożyczonych, nie ma tu już miejsca na żadną żywą obecność sacrum. Żywioł literatury okazuje się przestrzenią, w której pojęcia teologiczne nie znajdują bezpiecznej przystani, ale artykułują się w postaci zdeformowanej, przybierając nierzadko postać tego, co z punktu widzenia ortodoksji uchodzi za profanację i bluźnierstwo (dobitnym tego przykładem analizowane przez Lipszyca mikroarcydzieło Leo Lipskiego Piotruś). Pozbawiony tego, co własne, frankizm stanowi tu więc ledwo dostrzegalny, sekretny powidok innych języków, wyrażający się w zniekształceniach, zaburzeniach i załamaniach ich pozornie neutralnej frazy, którą poddaje zarazem zbawiennemu przeinaczaniu.

Taki potencjał rozsadników płynnej i oswojonej polszczyzny Lipszyc odnajduje w tekstach bohaterów swojej książki. Ich „frankistowska” twórczość pozwalałaby wręcz wytyczyć niejawną i alternatywną linię rozwojową polskiej kultury czy raczej złożony z punktów szczególnej intensywności nieciągły zygzak, biegnący ściegiem w poprzek istniejących periodyzacji, lekceważący cezury, gatunkowe podziały i inne kategorie-alibi historyka literatury. Mesjański wymiar tych tekstów nie jest w żadnym razie harmonijnie wpasowanym w nie elementem, stanowi raczej rozbijającą je, lecz łatwą do przeoczenia możliwość, dla której nie było dotąd miejsca w tradycji komentatorskiej i w odruchowych skojarzeniach czytelniczych (przypadek poezji Andrzeja Sosnowskiego i Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego). Lipszyc jest wirtuozem w otwieraniu perspektyw skrywanych za pojedynczym tekstowym okruchem. Mikrologiczną drobiazgowość podpowiada mu sam charakter frankistowskich działań, pełnych tekstowego kamuflażu, przemilczeń, elips i peryfraz. Brawurowy ostatni esej, wychodzący od przykrej przygody niejakiego Aleksandra Lifszyca, traktuje wyłącznie o tytułowym „psie, który biegnie przez teksty” dopóty tylko, dopóki nie przypomnimy sobie, że Lipszyc jest także autorem pracy o Szmulu Agnonie, u którego, jak zdarza się to nieraz w tradycji żydowskiej, Mesjasz przychodzi właśnie pod taką zwierzęcą postacią. W ten sposób tekst przemienia się w pisany czerwonym atramentem sympatycznym list, którego treść uwyraźnia się tylko, kiedy spojrzymy na niego przez okulary frankistowskiej podejrzliwości.

*

Skoro frankizm okazuje się życiodajną i wieczną w polszczyźnie rozróbą, wówczas nie sposób zignorować jego możliwych politycznych konsekwencji. Każdy z piszących, których tekstowe praktyki autor rekonstruuje, w nieoczywisty sposób zmaga się tu wszak z określoną formą władzy, co najmniej na Franciszku Józefie poczynając (Bruno Schulz), a na III Rzeczypospolitej kończąc (Justyna Bargielska i Barbara Klicka). Nie powinno to dziwić, biorąc pod uwagę, że impuls dla mesjańskich działań wyrasta z głębokiej niezgody na redukcję bytu do tego, co urzeczywistnione, a w konsekwencji na wszelką formę ziszczonego ładu. Myśl mesjańska, której pogłosu dosłuchuje się Lipszyc u kolejnych piszących, znajdowała dlatego ujście w utopijnych wizjach idealnego społecznego ładu, zeświecczonej wersji zbawienia. Autor i tutaj pozostaje wierny logice subtelnie dialektycznej inwersji. Jeśli odrzuca tradycyjne formy mesjanizmu, to nie w celu rezygnacji z rewolucyjnych ideałów, ale w imię jego nigdy niezrealizowanych możliwości. Frankistowskie widmo rewolucji nie może zadowolić się więc ziszczonym kształtem, choćby nawet powstałym z jego inspiracji społeczno-politycznym ustrojem. Aby zachować sprawczą moc, musi pozostać niegasnącym żądaniem, stale nękającym każdy zbytnio ustabilizowany i domknięty porządek. Ilekroć bowiem inspirowani emancypacyjną obietnicą aktywiści nie zdołają wytrwać w jej potencjalnym charakterze, a tym samym ilekroć porzucą właściwą jej ulotność i kruchość, krzepnie ona w system równie opresyjny jak ten, przeciw któremu pierwotnie występowała. Czerwień, zakazany kolor dyskretnej rewolty, którego w Wiośnie Schulza wypatrywali po kryjomu mesjańscy spiskowcy, przedostaje się wówczas na sztandary niesione podczas pierwszomajowych pochodów, siermiężnej celebry kolektywnego rytuału. W ten sposób staje się jednak spoiwem kolejnej maszynerii ziemskiego zniewolenia, która domagałaby się frankistowskiej dezaktywacji. Takie zbawienne interwencje Lipszyc rozpoznaje w delikatnych odklejeniach, dzięki którym na osobność wobec Polski Ludowej zdobywa się Miron Białoszewski, w sprytnych przechwyceniach frazesu soc-biurokracji, za których pomocą PRL-owską karykaturę socjalistycznego państwa wykoleja Julian Kornhauser, czy wreszcie w językowych gestach Aleksandra Wata, który przeszedłszy drogę od zaangażowania w komunizm po bycie ofiarą stalinowskiego terroru, stawia opór gruchoczącej mu kości historii, wtykając w jej szprychy jedną, osobliwie nadmiarową, lamentacyjną zgłoskę „a”.

Tego rodzaju mesjańskie operacje na języku przywracałyby poszczególnemu istnieniu możliwość wyrażania się w formach innych niż te obecnie dostępne. Dlatego właśnie to sama możliwość, nieredukowalny do tego, co zrealizowane potencjał, wyznacza najbardziej polityczny punkt pracy Lipszyca. Z tej perspektywy najintensywniejszych śladów polityczności nie należałoby szukać w sztampowej retoryce zaangażowania, ale u pisarzy znacznie subtelniejszych, np. u Schulza. W Wiośnie wyczytana z markownika nowina o „nieobjętych możliwościach bytu” sprawia przecież, że w zamkniętej dotąd na głucho więziennej strukturze cekańskiego świata odmyka się furtka, przez którą można wypatrywać jego alternatywnych kształtów. Oto na mgnienie oka Franciszek Józef nie nad wszystkim już panuje, a w „ciasnej niezmienności” cesarsko-królewskiego „państwa prozy” rozwiera się szczelina, w której pojedyncze życie odnajduje wreszcie swobodę. Lekcja z lektury Czerwonych listów mogłaby więc brzmieć następująco: ilekroć znika oddzielająca nas od nas samych różnica, znów, jak w Schulzowskim państwie Franciszka Józefa, zapanowuje duszny koszmar zgodnej jednoznaczności, a przymus ostatecznej definicji i nakaz posiadania określonej tożsamości zgodnie spiłowują wszystkie kanty życia, wygładzają na powrót taflę słów i usuwają z niej bruzdy wszelkich idiomów. Pojedynczość, która znajduje przestrzeń wyłącznie w aktach dyskretnej nieprzynależności, ustępuje zaś miejsca pogrążonym w martwocie, bo doskonale ze sobą zgodnym, pozbawionym jakiejkolwiek resztki, sformatowanym wzorcom kolektywnych tożsamości.

Jakkolwiek Franciszek Józef od dawna zasila szeregi Schulzowskiego panoptykonu, zakurzonego depozytu wycofanych z obiegu historycznych bohaterów, nie straciły wiele ze swojej mocy niewzruszone dogmaty niezmienności świata, dla których imię cesarza stało się u drohobyckiego twórcy synonimem. Formy władzy wciąż odnajdują przedłużenie w naszych werbalnych dyspozycjach, sprawiając, że rządzenie jest procesem kształtowania stosownych struktur językowych. Zachwaszczając słowniki swoją nowomową, redukują język do funkcji poręcznego narzędzia komunikacji, gdzie dykcja produktywności modeluje ogólne ramy wyobraźni, określając to, co możliwe do zrobienia i pomyślenia. Ogranicza tym samym życiowe potencjały do rozczarowująco wąskiej palety społecznych posług, takich wytworów współczesnej władzy, które ani na moment nie wypadną z konsumenckiej gry. Tożsamościowe wzmożenie, którego skrajną postacią jest współczesne odrodzenie faszyzmu, zyskuje w tych praktykach niespodziewanego sojusznika. Lipszyc prowokuje więc do poszukiwania miejsc, w których zduszoną egzystencję wyrobników rynkowej normy mógłby zawiesić niepozorny w gestach, lecz decydujący w skutkach mikroskropijny strajk języka. Sygnał do niego musi być jednak po frankistowsku nieskończenie dyskretny.

*

Kończąc pierwszy ze zgromadzonych w tomie esejów, Lipszyc przywołuje za Frankiem jeden z najpiękniej absurdalnych opisów kondycji mesjańskiej, czasu, w którym zbawiciel unieważnia ciążące stworzeniu kajdany: „Gdy ja zechcę, to one spadną ze mnie. Od tegoż dnia dalej zacznę jeść obarzanki. – I w rzeczy samej jadł obarzanki”. To pomieszanie soteriologii i komicznej pyszałkowatości, gdzie patos zbawienia zostaje przełamany bezceremonialną blagą, a ze śmiertelnego potrzasku wybawia wolta purnonsensu, doskonale opisuje działania „mesjasza” z Korolówki. Niesie też jednak ważną lekcję o charakterze mesjańskich akcji. Ażeby wyjść z zaklętego kręgu przemocy właściwej kolejnym postaciom władzy, należałoby raczej sprawić, jak pisał gdzie indziej Lipszyc, by „cała przemoc tego świata zaśmiała się na śmierć”. Jedynie zachowując w sobie coś z papierowej tandety, ulotności i hucpy, zamiast ustanawiać nowy ład, mesjańskie działanie posiadałoby zdolność odstanawiania wszelkiej władzy. To właśnie przekonaniem o sile tego, co wątłe i słabe, kierował się też Schulz, rozpisując w Wiośnie obraz rewolucji wybuchającej z pocztowych znaczków. Obydwie te wizje wydają się z kolei zgodne z piękną ideą, którą m.in. Walter Benjamin, Ernst Bloch i Theodor Adorno podejmują za Gershomem Scholemem. Jak stwierdzał ten chyba największy XX-wieczny znawca kabały, mesjańskie przyjście nie dokonuje wielkiej destrukcji świata, wszystko miałoby być wówczas takie samo, ale zarazem trochę inne, powtórzone więc, lecz z drobną poprawką. Wystarczyłoby jedynie delikatnie poprzemieszczać rzeczy, sprawić, by „ta filiżanka i ten krzak, i tamten kamień” zostały przesunięte o nieskończenie małą odległość. Lipszyc tropi w literaturze ślady takich drobnych i niemal niezauważalnych przesunięć słów, przyglądając się temu, jak znamię jednostkowego doświadczenia odśrodkowo rozpycha pojemność polszczyzny. Wskazuje przy tym na nieziszczone możliwości, pęknięcia rzeczywistości, przez które choć na moment można by dojrzeć dla nas znośniejsze alternatywy. Pozwala na to zresztą nieusuwalna dwuznaczność Edomu. Kto wie, czy nawet najtrywialniejsza czynność jak jedzenie zwykłego obwarzanka nie jest tu już akcją zbawczą? I chyba tylko frankistowską skłonnością do zmilczeń należy tłumaczyć, dlaczego Lipszyc nie przywołuje zdania, które stanowi w Wiośnie sygnał do mesjańskiej rewolty: „nagle Rudolf, mając usta zapchane obwarzankami, wyjął z zanadrza markownik i rozwinął go przede mną”.

_

Adam Lipszyc

Czerwone listy. Eseje frankistowskie o literaturze polskiej

Wydawnictwo Austeria, Kraków 2018, s. 372


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter