70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Puszczalskie, brzydkie i samolubne

Co z tym feminizmem? Jest wszędzie czy nie ma go w ogóle? To radykalna ideologia czy wyraz zwyczajnej troski o wolność i podmiotowość?

Rok temu z moją koleżanką Ulą Jabłońską pytałyśmy Polki z całego kraju, jakie są ich problemy, o czym marzą i co myślą o feminizmie. Okazało się, że większość z nich – niezależnie od wieku czy miejsca zamieszkania – docenia i rozumie postulaty feminizmu: chce mieć prawo do decydowania o własnym ciele, adekwatne do wykonanej pracy wynagrodzenie, czuć się bezpieczna od przemocy fizycznej i symbolicznej. Większość z nich, za żadne skarby, nie umiałaby jednak przyznać: „Tak, jestem feministką”. Jakby to zdanie było zaklęciem, które rzuca zły czar, przepustką do niebezpiecznej sekty.

I kiedy, bez używania tego terminu, niemalże każda kobieta wyszczególnia jako istotne dla siebie kolejne feministyczne dążenia, to wraz z tym pojęciem nieustępliwie pojawiają się stereotypy. Powiesz, że jesteś feministką, i od razu wszyscy na pewno uznają, że nienawidzisz mężczyzn, przyjmujesz postawę roszczeniową, nie wyszło ci w miłości albo się źle prowadzisz. Feminizm bywa postrzegany jako radykalny, histeryczny, nieładny. Wreszcie – niepotrzebny w dzisiejszym świecie.

Kobiety, które spotkałyśmy na naszej drodze, swoimi opowieściami pokazywały nam, że jest wręcz przeciwnie – wciąż potrzebujemy feminizmu. Bały się jednak tego słowa – jakby miało ono, zamiast dodać, odebrać siłę ich argumentom.

Studentki z Duke University za słuszną uznały strategię przeciwną. Założyły stronę internetową „Who needs feminism”, na której każdy może wypowiedzieć się, dlaczego potrzebuje feminizmu. Odpowiedzi są różne: bo nie życzę sobie, żeby rodzina decydowała za mnie, bo nie chcę czuć, że muszę w pracy starać się bardziej niż mój kolega, bo nie chcę tłumaczyć się ze swoich męskich hobby. Autorki strony podkreślają, że nie ma jednej definicji feminizmu. I dobrze. Bo feminizm to wolność wypowiadania się dla każdej kobiety czy też szerzej: kogokolwiek, kto czuje się zagłuszany przez patriarchat.

Używanie słowa „feminizm” oznacza borykanie się z uprzedzeniami, które wokół niego narosły. Stereotypizowanie feministycznych starań jest jednym z najczęstszych sposobów zagłuszania ich przekazu. Kilka stereotypów pojawia się szczególnie często, od lat, i, niestety, pewnie będzie się pojawiać także w przyszłości.

Feminizm opracował jednak skuteczne taktyki radzenia sobie ze strategiami tych prześladowań. Jak pisał Michael DeCerteau w Praktykach życia codziennego – strategie mogą być poważne, totalitarne i zorganizowane, ale za to taktyki są oddolne, partyzanckie i zwyczajnie cwane. Strategie najczęściej stosowane są przez sprawujących władzę. Tych, którzy – jak pisał z kolei Michel Foucault – chcą nas ujarzmiać, kształtować nasze „ja” tak, aby pasowało do różnych społecznych „foremek”. Strategiami chcą nas sobie porządkować instytucje edukacyjne, penitencjarne, urzędy, szpitale, parlament, Kościół. Wobec ich „formatowania” możemy stosować taktyki uniku lub przechwytywania – czyli subwersji. Niczym miejska guerilla, która przejmuje broń wroga i chowa się w bramie, żeby zaatakować w odpowiednim momencie. Bronią wymierzoną w feminizm są stereotypy na jego temat. Oto kilka przykładów i skutecznego przejęcia, i mierzenia w tych, którzy chwycili za broń.

Stereotyp nr 1: Feministki są brzydkie

Kiedy już zupełnie nie wiadomo, jak wygrać w sporze z feministką, zawsze można powiedzieć: „Przykro mi, że jesteś brzydka”. Przecież tylko brzydkie kobiety mogą mieć takie brzydkie myśli, żeby walczyć z patriarchatem. Brzydkie jest też to, że feministki mają czelność się rozgniewać i kłócić, szczególnie na wizji, rozmawiając z przedstawicielami klasy politycznej rodzaju męskiego. Wtedy od razu traktowane są jako histeryczne i impulsywne.

Kiedy grupa facetów w telewizji codziennie się kłóci, nikt nie zwraca na to uwagi. Kobieta zaś powinna pojawić się i rozsiewać dobre obyczaje. Wszyscy zdają się wierzyć, że jeśli feministki mówiłyby głosem aniołów, to na pewno zostałaby usłyszane. Przekonanie to podzielają chyba również redaktorki „Wysokich Obcasów Extra”, które kilka miesięcy temu opublikowały artykuł o grzechach feminizmu, stwierdzając, że „brzydki” gniew ma zniechęcać do ruchu „normalne” kobiety.

Tymczasem Sheryl Sanberg w wydanej niedawno książce Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa, pisze, że kobieta, która chce osiągnąć sukces, wcale nie musi być miła: „Ludzie oczekują, że będziemy miłe. My też chcemy być miłe. Tak bardzo jesteśmy niepewne siebie, że chcemy, żeby wszyscy nas lubili. A przecież nie muszą – muszą tylko liczyć się z naszym zdaniem. A tego nie zdobywa się przez bycie miłym”.

Nie trzeba być miłym i nie trzeba być ładnym jak lalka Barbie. Udaje się to chyba tylko hollywoodzkim superbohaterkom, które się nie pocą i nawet w najtrudniej szych sytuacjach życiowych skrupulatnie zabiegają o „nienaganny” wizerunek. Jemima Kirke, znana z serialu Girls, wzbudziła ostatnio wielką sensację, pojawiając się na czerwonym dywanie z nieogolonymi pachami.

Czy to powrót do feminizmu drugiej fali – wyśmiewanej epoki palenia staników i zapuszczania włosów na łydkach? Na pewno nie, ale fakt, że istnieje znaczące grono kobiet, które chcą swoje włosy zapuszczać, farbować, pokazywać – wskazuje na to, że mimo obecności feminizmu w życiu publicznym od dekad nadal pozwalamy medialnym obrazom kobiecości sterować tym, jak powinno wyglądać nasze ciało.

Feministyczna reklama Gillette z 2015 r., zachęcająca kobiety do robienia wszystkiego, o czym zamarzą, nadal sugeruje, że powiedzie się to tylko z wydepilowanem udem. Roxie Hunt, blogerka z Seattle, której zdjęcie z farbowanymi włosami pod pachami zostało udostępnione na Instagramie 30 tys. razy, określiła je jako „feminizm bezpośredni” – czyli taki, którego można doświadczyć osobiście, bez pośrednictwa osób trzecich.

Przywołany już serial Girls pokazał, że feministka nie musi być „śliczniusia”, jak Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście – w szpilkach, z kawą latte w ręku – może mieć nadwagę, nietypowy kształt ciała, nie radzić sobie z pieniędzmi, ze związkami, być narcystyczna, dziecinna – cokolwiek.

Przede wszystkim – może być dziewczyną, a nie elegancką panią, która ma idealnie ułożone włosy. Tak jak Lily Bolourian, która opublikowała swoje zdjęcie na Instagramie, z zaczepnym podpisem #feministsareugly (#feministkisąbrzydkie). Inne dziewczyny – z regularnymi i nieregularnymi rysami, większe i szczuplejsze, też zaczęły zamieszczać zdjęcia okraszone tym prowokacyjnym, wywrotowym hasztagiem. Dzięki feminizmowi wiadomo bowiem, że kobiety i ludzie w ogóle nie są po prostu ładni i brzydcy, ale nazywani ładnymi i brzydkimi. Najważniejsze, żeby mieć władzę tej klasyfikacji.

W ciągu ostatnich lat popkulturę zdominowały dziewczyny i ich punkt widzenia. Katy Perry, Carly Rae Jepsen, Zooey Deschanel, Lena Dunham, Taylor Swift. Każda w innym stylu, ale na własnych zasadach, forsuje „dziewczyńskość” jako jakość kulturową, bez ograniczeń wiekowych. Do dziewczęcego ruchu dołączyła też aktorka Emma Watson, wygłaszając we wrześniu zeszłego roku płomienne przemówienie ku chwale feminizmu na zjeździe ONZ. Stała się tym samym twarzą ruchu młodych kobiet, które chcą się feminizmem chwalić.

Ale mariaż feminizmu z popkulturą miewa także negatywne konsekwencje. Wpływowy portal Jezebel ironicznie określił feminizm jako „akcesorium roku” i rzeczywiście – o ile jeszcze kilka lat temu Lady Gaga czy Katy Perry zaprzeczały, jakoby miały z tym pojęciem cokolwiek wspólnego, dzisiaj gwiazdy z uwagą opracowują odpowiedzi na pytania o swoje definicje feminizmu. Beyoncé napisała esej Gender Equality is a Myth, a na koncertach promujących płytę recytowała, że „bycie feministką to wiara w ekonomiczną, symboliczną i seksualną równość płci”. Istnieje obawa, że taki feminizm może się łatwo zmienić w feminist chic – modowy trend, który odziera to pojęcie z mocy i zmienia je w kolejny gadżet o takiej samej wartości symbolicznej jak moda na kropki czy kolor niebieski. I rzeczywiście – nie sadzę, żeby Chanel dbała o to, co mają w głowach modelki, które na pokazach marki niosły transparenty z napisami „He for She”, „Equal Rights are Allright”, „Ladies First”. Karl Lagerfeld dał do zrozumienia, że kostium feminizmu znów jest atrakcyjny. Czy możemy jednak ufać komuś, kto powiedział kiedyś, że Coco Chanel na pewno nie była feministką, bo nie była wystarczająco brzydka? A teraz, dzięki niemu, pojawiło się pytanie o odwrotny problem: czy na pewno jestem na feministkę wystarczająco ładna?

Stereotyp nr 2: Feminizm wykastrował mężczyzn

Wszystko zaczęło się od Freuda, który stwierdził, że psychologia kobiety jest zorganizowana wokół zazdrości o penisa. Są więc kobiety modliszki, które chętnie go mężczyźnie odbiorą. Symboliczne oczywiście.

Jak jednak pisała w latach 60. XX w. Kate Millet – kobiety nie zazdroszczą mężczyznom penisa, lecz możliwości, jakie daje im jego posiadanie, czyli bycie mężczyzną. Wedle logiki lęku przed feminizmem kobieta, zyskując kulturowo męskie cechy, zabiera je mężczyźnie, który zostaje ograbiony i staje się „niemęski”.

Rok przed podróżami po Polsce w poszukiwaniu odpowiedzi na problemy kobiet jeździłyśmy z Ulą „w poszukiwaniu chłopaka”. Chciałyśmy sprawdzić, czy rzeczywiście zostali „wykastrowani” – sprawdzić, czy istnieje w Polsce coś takiego jak kryzys męskości. Kilka tygodni wcześniej zamieściłyśmy w „Wysokich Obcasach” „ogłoszenie” matrymonialne. Z badań, które przestudiowałyśmy, wynikało, że aż połowa bezdzietnych, młodych Polek nie spotkała nikogo, z kim mogłaby planować poważny związek. Czy emancypacja kobiet zniszczyła mężczyzn?

Z naszych podróży wyniosłyśmy kilka wniosków: rzeczywiście, rozchwianie znanego od lat systemu relacji damsko-męskich spowodowało, że trzeba się zmienić. Kobietom przychodzi to, paradoksalnie, łatwiej – emancypacja to walka o równość, bunt mniejszości wobec ucisku. Oddawanie władzy większości to trudniejszy proces – wymaga zrozumienia, że abdykacja nie będzie porażką.

Mężczyźni nie wiedzą, jak się zmieniać – nie uczą się tego od ojców, nie mają swoich kolorowych magazynów, nie umieją rozmawiać o emocjach, a w konsekwencji nie potrafią bawić się kostiumami męskości, bo zawsze uważali, że jest naturalna.

Dave Besley w książce The Retrosexual Manual: How To Be a Real Man twierdzi, że mężczyzna na nowe czasy będzie retroseksualny. Kiedyś, pisze Besley, w czasach kiedy gender studies były co najwyżej koszmarnym snem Otto Weiningera, byli tylko Mężczyźni. Wraz z drugą falą feminizmu Mężczyźni zmienili się w Szowinistyczne Świnie. Następnie pojawił się, pełen poczucia winy, Nowy Mężczyzna – metroseksualny, wrażliwy, korzystający z kremu przeciwzmarszczkowego. Kobiety zapragnęły więc znów Mężczyzny – takiego jak sprzed rewolucji, ale świadomego, że płeć to tylko drag, jak pisała Judith Butler.

To w takim kontekście na ekranach kin pojawił się kilka lat temu Ryan Gosling. Wrażliwy, męski, rycerski, z poczuciem humoru, wsłuchany w problemy kobiet, mówiący wprost o ojcostwie, miłości. Dający się fetyszyzować, jak kobiece pin-upy, a jednocześnie bardziej autentyczny niż większość męskich idoli. Została założona strona internetowa heygirlryangosling. tumblr.com, na której Ryan ze zdjęć wypowiada różne miłe rzeczy.

„Wirusem” tych memów dała się zarazić także pewna absolwentka studiów genderowych, Danielle Henderson, która stworzyła stronę feministryangosling. tumblr.com z fotograficznymi pocztówkami z Goslingiem – np. wąchającym goździka i mówiącym: „Wiem, co Judith Butler myśli o wywracaniu dominującego paradygmatu i odrzuceniu naturalizacji heteronormatywności, ale i tak kupiłem ci ten kwiatek”.

Nieoczekiwanym adwokatem męskiego kryzysu okazał się Philip Zimbardo, amerykański profesor psychologii, który w książce napisanej z Nikitą Coulombe  pt. Gdzie ci mężczyźni? mocno podkreślił, że mężczyźni za bardzo zaufali gadżetom i światu wirtualnemu – tam się schronili przed rewolucją kobiet, zamiast w niej uczestniczyć. Zimbardo radzi, aby mężczyźni traktowali kobiety po partnersku i więcej czasu spędzali z dziećmi. Jak pisze Agnieszka Graff: „Trochę dziwi fakt, że sprzedaje to jako nowość. Cóż, facet ma wdzięk, sławę i siłę przebicia. Może dzięki niemu przebije się prosta prawda: patriarchat szkodzi mężczyznom”.

Feminizm zmienił relacje między płciami, ale nikogo nie wykastrował – przeciwnie – dał nam szansę na odzyskanie człowieczeństwa, którego nie ogranicza żadna rola. Trafnie ujęła to nasza rozmówczyni pani Krysia, lat 60, z Kaszub: „Mężczyźni całe lata obsługiwali rzeczy i pogubili się w tym. Kobiety miały zaś za zadanie, mniej prestiżową, obsługę człowieka i nie straciły busoli”.

Stereotyp nr 3:  Feministki nie chcą być gospodyniami domowymi

Kilka lat temu, najpierw na ekrany brytyjskiej telewizji, a potem m.in. do polski, trafił program Perfekcyjna pani domu. W telewizji brytyjskiej była nią Anthea Turner, w polskiej – Małgorzata Rozenek. Program miał nauczyć nie poprawne bałaganiary, jak prowadzić dom: od czyszczenia fug po wiązanie wstążeczek na ręcznikach. Prowadząca program posunęła się w telewizji śniadaniowej do stwierdzenia, że polskie kobiety nie potrafią sprzątać dlatego, że spaczyły je feministki. Zdaniem Rozenek to feministki wmówiły Polkom, że sprzątanie nie licuje z wizerunkiem kobiety sukcesu. To przez nie Polska zarasta brudem. Wolą pracować i zarabiać, zamiast myć sedes. Nie zauważyła tego, że kobiety pracują zwykle na dwa etaty – w pracy oraz w domu – i czasem zwyczajnie nie mają siły, żeby precyzyjnie wiązać wstążkę na ręczniku.

Ta kwestia została zauważona już w latach 60., kiedy na okładce „Ms.” Magazine pojawiła się kobieta bogini, w każdej z ośmiu rąk trzymająca inny rekwizyt wskazujący na sprawę, którą musi się zająć: telefon, patelnię, lustro, maszynę do pisania itd.

Do dziś jednak problem ten nie znalazł rozwiązania. Świetnie obrazuje to projekt Elżbiety Jabłońskiej Supermatka – zdjęcia kobiet, które siedzą w domowych przestrzeniach, z dziećmi na rękach, w przebraniach superbohaterek. Mężczyźni muszą wziąć na siebie część domowych obowiązków, bo ich superbohaterki przeniosą się na Kryptona albo i dalej.

Świetną odpowiedzią na „Rozenki” tego świata okazała się dowcipna strona na Facebooku. Zaczęło się od tego, że pewnego dnia Magda Kostyszyn zamieściła zdjęcie przedstawiające porażkę w dbaniu o dom z hasztagiem #chujowapanidomu i okazało się, że kobiety w Polsce, społecznie zobligowane do bycia domowymi boginiami, odpowiedziały entuzjastycznie „my też jesteśmy chujowe”, tzn. swoje własne, kreatywne, ludzkie. Przy tych paniach domu Rozenek przypomina robota z filmu Żony ze Stepford – ideał lat 50., który chciał zredukować kobietę do roli dekoracyjnej sprzątaczki, o czym pisała wtedy Betty Friedan w Feminine Mystique.

Kobieta może jednak chcieć zostać w domu, zrezygnować z pracy – i tutaj feministki zgadzają się z Małgorzatą Rozenek, że ich praca w domu powinna być wynagradzana i traktowana z szacunkiem.

Kobiety dbają o dom także dlatego, że dbają o dzieci. Przez wiele lat macierzyństwo było dla feminizmu tematem trudnym. Pisarka Zadie Smith wspomina, że dorastając, nie przypuszczała, że można być feministką i mieć dzieci, sądziła, że trzeba dokonać wyboru.

Agnieszka Graff jasno stwierdziła, że polski feminizm przez lata grzeszył, nie zauważając potrzeb matek – może poza Fundacją MaMa. Sylwia Chutnik tak komentowała książkę Graff Matka. Feministka: „Burzy dotychczasowy porządek, w którym feministki nie zajmowały się macierzyństwem (bo jeszcze ktoś je oskarży o konserwatyzm!), a jeśli już, to z pozycji superelastycznej i dyspozycyjnej pracownicy. A gdzie nasza radość bycia mamą, gdzie nasze zmęczenie, prawa i oczekiwania?”.

Współczesny feminizm, teraz także polski, pokazuje trudy życia matek – daje im prawo do opowiadania o depresji poporodowej, o tym, w jakich ubraniach chcą rodzić, a nawet o tym, że mają dość swoich dzieci. Gdy kilka lat temu Ayelet Waldman wyznała w programie Oprah Winfrey Show, że bardziej kocha męża niż swoje dzieci, „dobre matki” chciały ją pobić na wizji. Incydent wywołał w USA ogólnonarodową dyskusję, a Waldman napisała książkę Zła matka, która stała się bestsellerem. Są tam opowieści o tym, jak żyć z teściową, jak godzić pracę z opieką nad dziećmi, jak pokonać zazdrość o życie swoich dzieci i brak wsparcia ze strony męża. Wszystko to, o czym „dobre matki” bały się powiedzieć.

Stereotyp nr 4: Feministki nie lubią normalnego seksu

Wiadomo – feministka to kobieta, której na pewno nie udało się „złapać faceta” i teraz zazdrości wszystkim szczęśliwym żonom. Nie lubi seksu, a jeśli już, to tylko jakiś dziwny.

Ten „dziwny seks” przez lata był np. tym, na który kobieta musi wyrazić zgodę, albo takim, który daje jej jakąkolwiek przyjemność. „Dziwny” bywał seks bezpieczny, inicjowany przez kobietę, pozamałżeński, nie wspominając o tym z inną kobietą. Lista jest długa i sprowadza się do tego, że straszne feministki pokazały kobietom, że seks to obszar, gdzie także dokonuje się emancypacja.

Dziś rozmowa o ejakulacji kobiet czy kulkach gejszy nie dziwi tak bardzo. Trudniejsze są dyskusje o ciąży i przemocy seksualnej. Dyskusje o prawie do aborcji wciąż trwają – mimo że od czasu wprowadzenia „ustawy Veil” we Francji minęło prawie pół wieku. Przecież „normalny seks” – nawet jeśli jest gwałtem – „musi” prowadzić do zapłodnienia, które zawsze jest „naturalnym dobrodziejstwem”.

Z kulturą gwałtu feminizm walczy od lat – „kulturą”, która twierdzi, że kobieta zgwałcona „sama się prosiła”: strojem bądź zachowaniem. Kultura nazwała ją „dziwką” – slut. Na takie kulturowe zwyczaje zareagowała Emily Lindin, która założyła ruch i stronę internetową Unslut (przeczenie ang. slut – dziwka), walczącą ze stygmatyzowaniem kobiet jako „puszczalskich”. Przeciwko tej retoryce od 2011 r., w kilkunastu stolicach całego świata, odbywa się tzw. Marsz Szmat – demonstracja prowokująco ubranych kobiet i mężczyzn, którzy pokazują, że nie dadzą sobie wmówić, iż przemoc leży w obrazie ofiary, a nie w oku patrzącego.

Z męskim spojrzeniem – które fetyszyzuje, uprzedmiotawia, obraża – feminizm mierzy się od dekad. Także w pornografii. W latach 80. doprowadziło to  feminizm do żądań całkowitego jej zakazania. Jak pisała wtedy Andrea Dworkin, pornografia to jedna z głównych przyczyn dyskryminacji kobiet.

Dziś o wiele bardziej popularny okazuje się ruch proseksualny, który twierdzi, że dostęp do pornografii jest prawem każdej jednostki. Należy jedynie zastanawiać się nad tym, jaka ta pornografia ma być. Ukuty więc został termin „pornografia dla kobiet”, tak kreującej postacie kobiece, by ich pożądanie wynikało z relacji, a nie wyłącznie z samego aktu seksualnego. W miejsce „ginekologicznej pornografii” ma się pojawić erotyzm. Porno dla kobiet wyszło z założenia, że kobiety potrzebują seksu w stylu serii filmów Emmanuelle, miłego i lekkiego.

Jak się jednak okazuje, współczesne kobiety pragną również seksu bardziej niegrzecznego. Takiego jak z Pięćdziesięciu twarzy Greya, książki E.L James, a także filmu pod tym samym tytułem. Jedni uznają ten fenomen za największą katastrofę, jaka mogła się przydarzyć feminizmowi, a inni za dowód na to, jak wiele feministki osiągnęły. Na pewno reakcyjne jest w tym tytule to, że bohaterka zakochuje się w draniu, nawraca go, poślubia i rodzi mu dziecko. Opowieść stara jak świat. Nowe jest jednak to, że struktura tego romansu nie ma po prostu patriarchalnego charakteru, ale sadomasochistyczny, a sadomasochizm to nie tylko teatr patriarchatu, w którym role płciowe i społeczne są brane w nawias – pozycja siły może być pozycją słabości i odwrotnie.

Sadomasochizm byłby więc przepustką do opowieści o kobietach i mężczyznach, którzy na nowo muszą wymyślać, co to znaczy być kobietą i mężczyzną w związku. Tak sugeruje Eva Illouz w eseju Hardkorowy romans. „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, bestsellery i społeczeństwo. Linda Williams, amerykańska naukowczyni i krytyczka filmowa, w książce Hard Core. Władza, przyjemność i „szaleństwo widzialnego” twierdzi z kolei, że pornografia BDSM (domination & submission, sadism & masochism) może zostać przez kobiety przejęta jako narzędzie umacniające, nie zaś upadlające. BDSM to nie przemoc domowa, to nie gwałt, to fragment coraz bardziej popularnego seksualnego repertuaru, dla którego jedynym warunkiem jest zgoda obojga partnerów. Kobieta, która z ochotą wciela się w łóżku w rolę masochistki albo dominy, czuje się umocniona i pewna siebie. To ona wybiera swoje role.

Sreteotyp nr 5: Tylko feministki mają gender

Przecież żadna normalna kobieta nie będzie się zastanawiać, co to znaczy, że jest kobieca. A tym bardziej żaden facet nie będzie dumał nad tym, czy na pewno musi być męski, skoro urodził się facetem. I nikt nie będzie się pytał, jakie to ma znaczenie dla pamięci historycznej.

Rewolucja lat 60. doprowadziła jednak m.in. do rozpoznania, że historia nie została napisana obiektywnie i raz na zawsze. Stworzyli ją ci, którzy mogli – najczęściej heteroseksualni biali mężczyźni. Gdzie podziały się kobiety?

Kolejne dekady przyniosły nowe pytania: czy mężczyźni nie powinni również zastanowić się nad swoją kulturową rolą? A geje i lesbijki? A osoby dyskryminowane ze względu na kolor skóry? Studia nad gender stały się studiami nad rolami społecznymi i płciowymi, ale przede wszystkim nad tym, jak te role sprawiają, że piszemy naszą historię i budujemy pamięć w ten lub inny sposób. Nieważne, czy będzie to historia sztuki, muzyki czy Holokaustu.

Historia przestała być tylko i wyłącznie genderowo męska – skoncentrowana na suchych faktach, wielkich kwantyfikatorach, największej wagi sprawach i mechanizmach. Stała się „kobieca” – codzienna, materialna, osobista.

Co ciekawe, do feminizmu w Polsce najczęściej przyznaje się grupa, dla której właśnie te osobiste historie są najważniejsze – nastolatki. Całe pokolenie dziewczyn, które tak samo podziwiają Annę Frank, co Miley Cyrus, dla których feminizm jest naturalny i które jesienią pójdą na hollywoodzki film o sufrażystkach jak na opowieść o wymyślaniu koła. Dla nastolatek feminizm jest bowiem słowem, które je łączy, a nie dzieli – nawet jeśli znacząco różnią się w swoich poglądach. Marysia, 19-latka, którą spotkałyśmy z Ulą w Poznaniu, powiedziała nam: „Każdy ma swój zakres. Będąc feministką, mogę część postulatów feminizmu popierać, a część odrzucać. To mój własny feminizm. Nie lewicowy, nie katolicki. Feminizm Marii”.

Jak się okazuje – także Maria ma gender. Mimo że pochodzi z tradycyjnie katolickiej rodziny, która odrzuca go jako „kulturowy wymysł” wobec „naturalnej” roli kobiety. Gender to bowiem, także dla Marii, prawo do decydowania o tym, jaką kobietą czy mężczyzną chce się być. To prawo do myślenia o swoim miejscu w świecie. Nie – jak chciałaby „Fronda” czy „TV Trwam”– perwersja społeczna, mająca na celu skonstruować świat „na odwyrtkę”, gdzie kobiety to mężczyzni i odwrotnie.

Feministki mówią – tak, mamy gender. I dodają: ty też go masz – chociażby dlatego, że tak dobrze wiesz, jak powinna wyglądać kobiecość, a jak już nie. Świadomość jest pierwszym krokiem do zmiany.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata