Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 2/2002 (561)
LEKARZE I KORUPCJA
 

Agnieszka Sabor, Bogdan de Barbaro,
Janina Ochojska, Ks. Stanisław Musiał SJ



Agnieszka Sabor

SPRAWY NAJBARDZIEJ OCZYWISTE

   Nie chodzi o błędy w sztuce lekarskiej. Będą się one zdarzać zawsze, wbrew sumieniu, największemu profesjonalizmowi i postępowi medycyny. Człowiek nie będzie przecież nigdy nieomylny i pacjent, darząc lekarza bezwzględnym zaufaniem, z pokorą musi brać jednocześnie możliwość błędu pod uwagę. Nie chodzi nawet (tym razem) o korupcję służby zdrowia, ta bowiem rodzi się na styku państwa, społeczeństwa i konkretnego środowiska zawodowego - współodpowiedzialność za jej istnienie ponoszą wszystkie strony, choć oczywiście nie w równym stopniu. Przede wszystkim nie chodzi zaś o wszystkich, których zawodowym zadaniem jest ochrona i ratowanie ludzkiego zdrowia. Co stanowi więc problem, który wobec zreformowanych lub nie zreformowanych kłopotów finansowych, logistycznych i biurokratycznych we wszystkich dyskusjach o służbie zdrowia pozostaje zepchnięty na margines? Wydaje się nim "feudalizm" oraz swoista "inżynieria" polskiej medycyny - technicyzacja i mechanizacja myślenia o chorym człowieku, który w swojej bezradności staje się często wyłącznie uprzedmiotowionym "pacjentem" lub, co gorsza, "przypadkiem".
   Przykłady można by mnożyć. Oto przed jedną ze specjalistycznych sal zabiegowych wielkiego szpitala kłębi się tłum ludzi, którzy zjechali tu z miejsc oddalonych o dobrych kilkadziesiąt kilometrów. Nie wiedzą, czy zostaną dziś przyjęci. Nikt nie udziela im odpowiedzi. Czekają, coraz bardziej zdenerwowani, długie godziny. Atmosfera przypomina dantejskie sceny przed sklepami spożywczymi we wczesnych latach 80., tyle tylko że ci oczekujący są jeszcze bardziej zdeterminowani. Raz po raz po całym korytarzu rozlegają się głośno wykrzykiwane nazwiska. Czy nie jest to aby jakieś naruszenie tajemnicy lekarskiej? Nikt się nad tym nie zastanawia. Jednym z ostatnich przyjętych tego dnia jest profesor wyższej uczelni. Lekarz pyta: "Dlaczego nie dał pan znać pielęgniarce, kim pan jest? Nie musiałby pan czekać". Profesor, człowiek starej daty, jest zdumiony. To przecież szpital publiczny, a jego dolegliwości nie różnią się od tych, z którymi przyjechali tutaj pozostali. Inna historia: na sześcioosobowej sali pielęgniarka pomaga się umyć mocno osłabionej pacjentce, która wyraźnie czuje się zażenowana jawnością higienicznych zabiegów. To, co stanowi szpitalną codzienność, jest dla niej sytuacją wyjątkową i trudną. Być może wystarczyłaby jakakolwiek zasłona, aby poczuła się choć trochę raźniej. Podobno w biednej, przedwojennej Polsce parawany w placówkach służby zdrowia były czymś oczywistym.
   W znanym i cenionym szpitalu młoda lekarka, niewątpliwie pełna jak najlepszych intencji, zwraca się do osiemdziesięcioletniej kobiety, która za chwilę po raz pierwszy w życiu znajdzie się w gabinecie ginekologa, słowami: "Jak się uchowałaś, babciu, tak długo, w dodatku z dwójką dzieci na karku?!" Czy większy dystans nie pomógłby im obydwu zachować wzajemny szacunek? Czy wynikające przecież z życzliwości zdumienie nie uraziło godności człowieka? To nie w ten sposób podnosi się poziom świadomości medycznej pacjenta.
   Bo podobne zachowania nie wynikają wcale ze złej woli, a raczej ze swoistej niezdarności. Najważniejszy jest przecież efekt - wyprowadzenie pacjenta z choroby - i temu podporządkowane jest wszystko. Skuteczność zależy zaś od szybkiej i prawidłowej diagnozy, dostępności środków farmakologicznych, nowoczesności skomplikowanych urządzeń technicznych. Wszystko, co pojawia się po drodze, staje się jedynie niepotrzebnie obciążającym szczegółem. Szybkiego efektu - i wyłącznie efektu - wymaga obwarowany biurokratycznymi przepisami system ochrony zdrowia, zamieniając jednocześnie lekarza w niedoinwestowanego urzędnika, zmuszonego do nieustającej pogoni za kolejnym stopniem specjalizacji, za popołudniową praktyką, za menadżerami wielkich firm farmaceutycznych. Trudno zaprzeczyć prawdzie, że od zasłonek na oddziale ważniejszy jest nowy respirator. Na dłuższe i "nieefektywne" zatrzymanie się przy łóżku chorego nie ma ani czasu, ani pieniędzy. Jednocześnie owa "techniczność" myślenia o pacjencie ma jedno ze swoich źródeł w formule edukacji na wydziałach medycznych. Przybywający na uczelnię medyczną dziewiętnastolatek najczęściej po raz pierwszy styka się tak blisko z rzeczywistością choroby, bólu i śmierci. I zazwyczaj nikt nie pomaga mu sobie z nią poradzić - to nie jest oficjalny obowiązek wykładowców. Niektórzy studenci spotykają pomimo to Mistrzów lub dojrzewają samodzielnie, stając się z czasem nie tylko profesjonalnymi, ale i wrażliwymi lekarzami. Inni gubią się w rytmie egzaminów z anatomii, fizjologii czy farmakologii. Dążenie do efektywnego profesjonalizmu - niezbędne i wynikające z odpowiedzialności - nie zostanie u nich uzupełnione o refleksję, która zawsze powinna je dopełniać. Problem nie polega bowiem na tym, że nie ma głębokich, współczujących lekarzy. Każdy spotkał ich w życiu przynajmniej kilku. Niebezpieczne jest coś zupełnie innego: oni mogą, ale nie muszą dojrzewać do swojego zawodu. Ci najlepsi duchowo pozostają tacy wbrew strukturze, w którą wpisana jest w naszym kraju opieka nad ludzkim życiem i zdrowiem. System nie tylko nie pomaga, ale wręcz przeszkadza. A to właśnie on powinien wymuszać zarówno współczującą dojrzałość u lekarza, jak i cichą ufność oraz szacunek wobec sztuki medycznej u pacjenta.
   W ramach uroczystości jubileuszowych na Uniwersytecie Jagiellońskim Collegium Medicum zorganizowało cykl imprez prezentujących swoją działalność szerokiej, niemedycznej publiczności. Można było zapoznać się z najnowocześniejszym sprzętem stomatologicznym albo metodami leczenia chorób płuc. Nie zorganizowano jednak ani jednego wykładu, dyskusji czy warsztatów, które dotyczyłyby etycznych wymiarów szczególnej relacji, jaka każdorazowo zachodzi między lekarzem a pacjentem. Żadna ze stron nie była tym zainteresowana. A konsekwencje wzajemnej obcości mogą okazać się nieprzewidywalne.
   Oto historia, która wydarzyła się naprawdę. Samotny, mieszkający w Polsce od wielu lat cudzoziemiec wypisany został ze szpitala. Nikt nie powiedział mu ani wtedy, ani wcześniej, że to bardzo zaawansowany rak, że medycyna nie jest mu już w stanie pomóc, że po prostu umiera. Nie wskazano żadnego lekarza, do którego powinien się zwrócić. On sam nie dopytywał się o nic. Operacja, dla której znalazł się w szpitalu, była przecież drobiazgiem, niemal kosmetycznym zabiegiem. Teraz trzeba tylko odpocząć i zebrać siły do dalszej pracy. Były to czasy, kiedy można było drogie lekarstwa wykupić taniej na tzw. "zielone recepty". Cudzoziemiec, pozostający na budżetowej pensji, miał do nich prawo, poprosił więc jednego ze swoich uczniów, który jak wielu innych przyszedł w odwiedziny, o załatwienie wszystkich niezbędnych formalności w rejonowej przychodni. W trakcie skomplikowanej procedury przepisywania jednych recept na inne, uczeń - człowiek najzupełniej przypadkowy - usłyszał od lekarza, że ten dziwi się tak drogiej terapii w sytuacji, gdy nie może już ona być skuteczna. Poprosił o wyjaśnienia, lekarz przedstawił więc nieznajomemu interesantowi stan chorego na podstawie przyniesionej mu wraz z innymi papierami szpitalnej karty. Tym samym uczynił posłańca nosicielem trudnej i odpowiedzialnej prawdy. Uczeń nie potrafił sobie z nią poradzić. Obserwował swojego nauczyciela i im bardziej widział jego nieświadomość, ból i irytację wynikającą z niezrozumiałych reakcji zdrowego dotąd ciała, tym głębiej chował tę prawdę w sobie. Mijały tygodnie. Rak działał coraz szybciej. Któregoś dnia przerażony uczeń przyszedł wreszcie do domu nauczyciela i nazwał chorobę po imieniu. Był piątek. W trzy dni później nauczyciel już nie żył. Do końca żałował, że nie zdąży wrócić do swojego kraju, że nie zdąży skontaktować się z zostawioną tam przed wielu laty żoną, że nie znajdzie kogoś, kto godnie zastąpi go w pracy. Kiedy umarł, nikt nie wiedział nawet, czy był człowiekiem w jakikolwiek sposób religijnym. A że państwo, z którego pochodził, jest wieloetniczne, jego krakowski zakład pracy urządził mu świecki pogrzeb.
   Dlaczego doszło do tej plątaniny błędów, nieporozumień, lęków, ucieczek? Można odpowiedzieć: "zbieg okoliczności" - pechowy, ale w gruncie rzeczy niezawiniony. Choroba została pierwotnie źle rozpoznana i pacjent trafił nie do tego szpitala, do którego powinien był trafić. Lekarz prowadzący zachorował. Bojąc się dopuścić do siebie myśli, że stan jest o wiele cięższy, chory sam nie okazał się wystarczająco dociekliwy. Nie miał rodziny, która występowałaby w jego imieniu. Choć tak długo mieszkał w Polsce, zachował obcy akcent w języku, który bez przerwy stawiał mu nowe bariery. Można by nawet powiedzieć, że sam sobie był winien.
   Jednakże ta historia-przypowieść w większym stopniu niż o pacjencie opowiada o uczniu i lekarzu, a raczej lekarzach - o ich bezradności i słabości, a może nawet obojętności i bezmyślności wobec tragedii. Uczeń nie różnił się od większości swoich rówieśników. Był wrażliwy i inteligentny. Doskonale radził sobie z codziennością rozpisaną między wyższą uczelnię, stabilną rodzinę i randki. Bardzo lubił swojego nauczyciela. Ale w jego świecie nigdy nie było dotąd ani choroby, ani śmierci. I nie poradził sobie z nimi, gdy nieoczekiwanie się pojawiły. Lekarze wykonali wszystkie zawodowe obowiązki bez zarzutu. Z medycznego punktu widzenia zrobili wszystko, co było możliwe: przeprowadzili operację i przepisali lekarstwa, które miały za zadanie jak najdłużej utrzymać chorego w dobrej formie. Problem zaczął się nie na poziomie fachowości, ale komunikacji, a raczej jej braku. Oczywiście, cała ta historia jest rzadkim wyjątkiem, a nie regułą. Ale się wydarzyła. Było to możliwe.
   Jak przerwać ten zaklęty krąg? Mieszkanka brzydkiego, socjalistycznego bloku powiedziała kiedyś, wchodząc do brudnej, od lat nie remontowanej klatki schodowej: "Kiedy się do tego przyzwyczaję, będę musiała jak najszybciej się stąd wyprowadzić". Chodzi więc przede wszystkim o to, aby stanu nienormalnego nie uznać za normalny. I aby reagować - uważnym, obserwującym spojrzeniem, spokojnie, lecz głośno wyrażanym zdziwieniem, życzliwym i pełnym szacunku brakiem zgody, aktywną pomocą. I dotyczy to obydwu stron - lekarzy i pacjentów. Zorganizowana przez "Gazetę Wyborczą" akcja "Rodzić po ludzku", w której wzięli udział nie tylko dziennikarze z oczekującymi na dziecko rodzinami, ale także lekarze i położne, zaowocowała w całym kraju, zmieniając coś, co wydawało się już niemal normą. Wiadomo było od lat, że rodząca kobieta nie może liczyć w szpitalu na intymność i poczucie bezpieczeństwa. Dziś, dzięki stworzonemu przez "Gazetę" naciskowi społecznemu, żadna już chyba kobieta nie wspomina pobytu na oddziale położniczym jako czegoś upokarzającego. A tak było jeszcze niedawno. Akcja "Rodzić po ludzku" to dobry przykład opartego na dobrej woli i skutecznego działania obejmującego pozornie odległe środowiska. Oby tylko dobry przykład stał się powszechną i naturalną regułą, nie mającą już nic z akcyjnej świąteczności. Konsekwentna, odważna, ale racjonalna kontrola społeczna wymusza bowiem kontrolę wewnątrz samego systemu - wszystko jedno z jakich przyczyn: bo wybory, podatki czy konkurencja.
   Ważna jest także komunikacja - głośne i wyraźne artykułowanie wzajemnych oczekiwań, wymagań, lęków i nadziei. O osobowych relacjach między chorym a leczącym po prostu się nie mówi. Może trzeba rozpocząć społeczną dyskusję, która doprowadziłaby do nazwania problemów i ustalenia zasad? Niedawno, staraniem środowisk pielęgniarskich i lekarskich, ukazała się nakładem wydawnictwa "ad vocem" książka pt. Sztuka rozmowy z chorym, zawierająca teksty psychologów, psychiatrów, lekarzy różnych specjalności, pielęgniarek, filozofów i duszpasterzy. Te eseje są bardzo różne: jedne pogrążają się w ton uniwersyteckiego dyskursu, inne uciekają od konkretu w abstrakcję, jeszcze inne próbują ustalać zawsze obowiązujące normy i układać je w wykresy i tabele. Najprawdziwsze, a jednocześnie uczące najwięcej, wydają się jednak niejednoznaczne, stawiające pytania bez udzielania kategorycznych, wszystkowiedzących odpowiedzi teksty stanowiące zapis własnych - zawodowych, i nie tylko zawodowych - doświadczeń spotkania z chorym. Ta książka jest na pewno próbą otwarcia dyskusji, która z czasem rzeczywiście może przerodzić się w "rozmowę z chorym". Oby. Teraz - bez egzaltacji i pretensji - powinna zabrać głos druga strona.
   Od pewnego czasu w Polsce, jak w wielu innych krajach Zachodu, trwa gorąca dyskusja o eutanazji. Jej zwolennicy wysuwają najczęściej mądry i głęboko humanistyczny argument o godności umierania. Można go zrozumieć i można mu ulec. Ale po chwili zastanowienia, wśród wielu innych, pojawia się także taka wątpliwość: czy nie zaczynamy aby myśleć o wartości cierpienia od końca? Zanim zastanowimy się nad wolnością umierania, trzeba pomyśleć raczej o tym, jak szanować godność samej choroby, nie tylko zresztą tej najcięższej. Między parawanem w szpitalnej sali a dyskusją o prawie do eutanazji istnieje bezpośredni związek. Dyskutujemy o niej przecież w kraju, w którym system ochrony zdrowia już dawno zerwał związek między leczonym a leczącym, w którym ciągle brakuje pieniędzy na hospicja (a te najbardziej udowadniają cierpieniu jego godność), w państwie, którego obywatele widząc leżącą na ulicy postać, nie chcą (bo to na pewno pijak lub narkoman) lub nie potrafią jej pomóc. Dlatego spór o eutanazję wydaje się w tym kontekście akademicko niewiarygodny. O wiele ważniejsze wydaje się odbudowanie więzi. Lekarz znów z szacunkiem musi współtowarzyszyć pacjentowi w chorobie. Chory znów z szacunkiem musi współtowarzyszyć lekarzowi w leczeniu. Wtedy naprawdę będą się nawzajem wspierać.

AGNIESZKA SABOR, ur. 1970, historyk sztuki, korespondent miesięcznika "Connaissance des arts", redaktor "Tygodnika Powszechnego".


Bogdan de Barbaro

CHOROBY WEWNĘTRZNE i ZEWNĘTRZNE POLSKIEJ MEDYCYNY

   1. Zastanawia fakt, że według badań opinii publicznej lekarz, obok profesora uniwersytetu, cieszy się w Polsce najwyższym prestiżem1, a jednocześnie lekarze są przez Polaków uznawani za jedną z najbardziej skorumpowanych grup zawodowych. I drugi paradoks: nigdy dotąd możliwości ratowania zdrowia i życia ludzkiego nie były tak wielkie, a jednocześnie nigdy jeszcze praktyka medyczna nie była przedmiotem tak druzgocącej krytyki.
   Jestem przekonany, że u podstaw tych sprzeczności kryją się okoliczności zakorzenione w przemianach, których my, lekarze, jesteśmy zarówno uczestnikami, jak i ofiarami. Jednocześnie jestem przekonany, że w znacznym stopniu sami odpowiadamy za tę sytuację.
   2. Pierwsze zjawisko zasługujące na refleksję dotyczy tożsamości lekarza. Zmieniają się jego atrybuty. Przestaje on być kimś, kto realizuje określoną misję, kto - na podobieństwo i zgodnie ze swym historycznym pierwowzorem - niczym kapłan dostąpił swoistego wtajemniczenia i używa go w trosce o Drugiego. Staje się natomiast specjalistą w zakresie wiedzy opartej głównie na naukach przyrodniczych. Aura magii towarzysząca niegdyś lekarzowi znajdowała wyraz chociażby w stosowaniu łacińskich nazw chorób oraz w bogatej symbolice naznaczającej jego zawód. Owa magia, będąca znakiem mocy medyka, została wzbogacona o skomplikowane urządzenia i aparaty. Moc (i pomoc) niegdyś płynąca bezpośrednio od lekarza, teraz zostaje wzmocniona, ale jednocześnie zdepersonifikowana.
   3. Konsekwencją takiej zmiany jest często alienacja lekarza od cierpienia jego pacjenta. Urządzenia medyczne, badania laboratoryjne, testy kliniczne pomagają odgrodzić się od przeżyć osoby chorej, a troska o nią - z antropologicznego punktu widzenia konstytutywna cecha relacji - zostaje osłabiona, a niekiedy wygaszona. Wczuwanie się w to, co czuje pacjent, kontakt emocjonalny z nim i jego rodziną, współbycie z pacjentem w sytuacjach granicznych schodzi u lekarza na drugi plan. Być może wielu lekarzy nie traktuje kontaktu osobowego jako zadania zawodowego2. Poczuwają się jedynie do dysponowania wiedzą oraz do umiejętności jej technicznej aplikacji.
   4. W dyskusji na temat służby zdrowia w Polsce najczęściej można się spotkać z opisami jednostronnymi. Coraz częściej i śmielej zabierają głos pacjenci, wskazując na mankamenty pracy lekarza, a zwłaszcza na jego nieżyczliwość, niekompetencję, często grubiaństwo, impertynencję, korupcję. Z drugiej strony, w pismach redagowanych przez lekarzy (np. wydawanych przez Izby Lekarskie) dominuje postawa obronna i zaprzeczeniowa: poczucie finansowej i społecznej krzywdy oraz traktowanie wypadków nadużyć i nieprawości jako incydentalnych3. Takie stronnicze opisy utrudniają zrozumienie, co właściwie dzieje się między lekarzem a pacjentem. Polu obserwacji umyka bowiem dynamika procesu: jak lekarz wpływa na pacjenta (jego zachowanie i przeżycia) oraz jak pacjent wpływa na lekarza (jego zachowanie i przeżycia). Ogólnie rzecz ujmując, można się spotkać z dwoma sprzężeniami. Wersja optymistyczna wygląda następująco: zadowolony lekarz dobrze pomaga pacjentowi, a zadowolony z pomocy pacjent wzmacnia zadowolenie lekarza, który dzięki temu, że jest zadowolony... itd. Wersja pesymistyczna z kolei polega na wzajemnym wzmacnianiu negatywnych postaw i uczuć: sfrustrowany lekarz źle pomaga pacjentowi, który, rozgoryczony i sfrustrowany, nie daje zawodowej satysfakcji lekarzowi i dlatego lekarz... itd. Nie od rzeczy będzie tu zauważyć, że chociaż za ową frustrację pacjent odpowiada w minimalnym stopniu, to jednak może być tej frustracji głównym odbiorcą. W makroskali zjawisko to przyjmuje następującą formę: lekarze jako grupa zawodowa czują się pokrzywdzeni, niedocenieni, niesłusznie oskarżani, przez co w pracy są sfrustrowani i niezadowoleni, w związku z tym pacjenci organizują się w stowarzyszenia broniące ich praw, co oburza coraz bardziej sfrustrowanych lekarzy.
   5. Narzucają się zatem dwa pytania: co to znaczy być zadowolonym (pacjentem, lekarzem) oraz jak przerwać niekorzystne sprzężenie zwrotne. Mogłoby się wydawać, że zadowolenie pacjenta jest prostą pochodną jakości uzyskanej pomocy, a w szczególności ustąpienia objawów. Socjolodzy medycyny nie potwierdzają jednak tej opinii. Okazuje się, że za bardzo dobrych lekarzy wcale nie uważa się tych, którzy rzeczywiście dysponują największą wiedzą czy umiejętnościami i przez to są najbardziej skuteczni. Jak wynika z badań, pacjenci cenią (i są przekonani o kompetencji) tych lekarzy, którzy potrafią wysłuchać, zrozumieć, doradzić, nawiązać kontakt emocjonalny. Należy jednak pamiętać, że różni pacjenci oczekują różnego "stylu emocjonalnego". Jedni, gdy zachorują, czują się jak dzieci potrzebujące wsparcia, pociechy i zapewnienia, że lekarz - niczym omnipotentny ojciec - zaradzi wszelkim problemom. Inni wolą relację partnerską, chcą wiedzieć "całą prawdę", zrozumieć istotę schorzenia, zapoznać się z listą ewentualnych polekowych objawów ubocznych, przedyskutować różne strategie terapeutyczne. Sztuka lekarska będzie polegała na umiejętnym dopasowaniu się do potrzeb pacjenta w tym zakresie. Trzeba tu jednocześnie wprost powiedzieć, że nie jest to sztuka przez polskich lekarzy opanowana: na ogół jest tak, że lekarz "ma swój własny styl", a przystosowanie się należy do pacjenta.
   6. Cyrkularne rozumienie związków między postawami lekarzy i pacjentów nie może jednak oznaczać, że zachowanie lekarza podlega relatywizacji do niewinnej reakcji na zachowanie pacjenta czy niedoskonałości systemu. Gotowość do samousprawiedliwienia i traktowania siebie jako ofiary pacjentów, dziennikarzy i systemu ekonomicznego jest, w moim przekonaniu, unikiem i zamykaniem oczu na rzeczywistość. W efekcie degradacji może ulec nie tylko misja wpisana w zawód lekarza, ale także jego tożsamość zawodowa.
   7. Co zatem lekarze mogą zrobić? Punktem wyjścia musiałaby być zgoda na krytyczny autoportret. Uważniejsze posłuchanie "usługobiorców" pomogłoby zrozumieć, jak bezradny, poniżony i obolały na ciele i duchu bywa pacjent4. Niskie płace w służbie zdrowia nie mogą legitymizować korupcji, tak jak wątpliwym usprawiedliwieniem złodziejstwa byłoby stwierdzenie, że "wszyscy kradną". Napięcie między administracją szpitalną a Kasą Chorych nie może usprawiedliwiać aroganckich zachowań wobec pacjentów i zgody na to, by w zatłoczonej poczekalni czekali po kilka godzin na wizytę. Czy nazwanie po imieniu chronicznych przywar, zaniedbań, a nieraz wręcz przestępstw jest wyrazem "szargania dobrego imienia"? Czy świadczy o braku solidaryzmu zawodowego? Czy oznacza, że nie dostrzega się istnienia wielu zacnych, mądrych, uczciwych i dobrych lekarzy, oddanych swoim pacjentom? Mam nadzieję, że nie.
   8. Można by wskazywać także na inne, już bardziej instrumentalne sposoby poprawy sytuacji (kształcenie studentów medycyny w zakresie psychologii lekarskiej, wprowadzanie nowoczesnych, "pacjento-centrycznych" metod nauczania). Jednak istotny wydaje się punkt wyjścia i pytanie, czy lekarze swój autoportret zbiorowy nadal będą malować w tradycyjnym "polskim stylu": jeśli coś złego się wydarzyło, był to wyjątek, a świat zewnętrzny nie docenia i krzywdzi.
   9. Warto na koniec postawić pytanie, jak to się dzieje, że z medycyny jesteśmy niezadowoleni właśnie teraz, gdy potrafi ona tak wiele, gdy oszałamiają jej spektakularne sukcesy. W moim przekonaniu źródłem tego paradoksu jest zderzenie kilku czynników. Z jednej strony, w naszym społeczeństwie silne są oczekiwania egalitarne. Hasło mówiące o tym, że zdrowie jest taką wartością, iż każdemu należy się pełny dostęp do jego ochrony, wsparte zapisem konstytucyjnym oraz ideologią obowiązującą przez wiele lat, zgodnie z którą "sprawiedliwie znaczy po równo", konstruuje nadzieję nie do spełnienia (w żadnym, nawet najbogatszym państwie świata). Politycy, z oczywistych powodów, nie są gotowi do wyjaśniania tego swoim wyborcom. A nadziei tej nie da się spełnić, gdyż współczesna medycyna jest nieprawdopodobnie droga: urządzenia medyczne ratujące życie kosztują setki tysięcy dolarów i w związku z tym nie są dostępne dla wszystkich. To z kolei tworzy u wielu poczucie niesprawiedliwości i - by użyć określenia Ryszarda Kapuścińskiego - marginalizacji. Osoba chora, która ma umrzeć lub latami cierpieć tylko dlatego, że jej nie stać na leczenie, czuje się zdradzona i oszukana przez medycynę oraz tych, którzy ją praktykują.
   10. Gdy jesteśmy świadkami tak wielu niepokojących i bolesnych zjawisk, zwykliśmy się odwoływać do starego hasła "róbmy swoje" lub do angielskiej idei do your best. Tylko co znaczy to "swoje"? Czy lekarz robi swoje, gdy leczy? Z jednej strony - tak. Ale jeśli leczenia wymaga sama medycyna?

BOGDAN DE BARBARO, ur. 1949, psychiatra, psychoterapeuta. Prof. med., kierownik Zakładu Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ. Wydał: Możesz pomóc (1992, wraz z Krystyną Ostoją-Zawadzką), Wprowadzenie do systemowego rozumienia rodziny (red. 1994), Pacjent w swojej rodzinie (1997).


Janina Ochojska

NIE JESTEŚMY BEZRADNI

   Wielokrotnie przebywałam w szpitalach i stykałam się tam z problemami, o których pisze Agnieszka Sabor. Nie chcę dawać recept, myślę, że znajdzie się ktoś bardziej kompetentny, kto zanalizuje powody takiej sytuacji. Chcę raczej skupić się na tym, co możemy zrobić my - pacjenci, rodziny i przyjaciele pacjentów, aby zmienić coś, co nas boli i upokarza. Fakt, że akcja "Rodzić po ludzku" tak wiele zmieniła w naszych szpitalach, świadczy o tym, jak bardzo może pomóc nasze osobiste zaangażowanie.
   Aby zmienić jakąś rzeczywistość, trzeba najpierw znać prawa, jakie nam przysługują. Wielu z nas słyszało o Karcie Praw Pacjenta, ale niewielu ją zna, a już naprawdę mało kto wie, jak egzekwować jej przestrzeganie. Tymczasem w Karcie zebrane są informacje o prawach pacjenta zapisanych w najważniejszych polskich aktach prawnych. Karta Praw Pacjenta jest, a przynajmniej powinna być wywieszona w każdym szpitalu, przychodni czy poradni. Każdy może się z nią zapoznać i wymagać, aby była przestrzegana.
   Jednym z praw przysługujących pacjentowi jest prawo do informacji o stanie zdrowia oraz o sposobie leczenia. Jeżeli w szpitalu nie ma dyżurów informacyjnych, to wyegzekwować je mogą tylko zainteresowani. Pacjentowi przysługuje prawo do intymności, ale to on musi zareagować, jeżeli nie jest ono respektowane. Często brak działań jest spowodowany naszą, a nie innych bezwolnością. Czy ktoś z nas, będąc w szpitalu, próbował zainicjować wśród pacjentów akcję zbiórki podpisów pod listem, w którym domagamy się dyżurów informacyjnych? Czy zażądał zamknięcia drzwi, kiedy salowa podaje basen? Proszę nie mówić, że bezczynność wynika z tego, że nie chcemy narazić się lekarzowi czy salowej. Tak naprawdę każdy z nas ma nadzieję, że jego to nie dotknie. A potem jest już za późno.
   W każdym mieście i miasteczku może znaleźć się grupa ludzi chcących coś zmienić, grupa ludzi, których łączy wspólne doświadczenie. Ich inicjatywy nie muszą być sterowane odgórnie. Zdarza się, że pacjenci, których łączy wspólna choroba, lub ich rodziny potrafią stworzyć grupy wsparcia. Takie właśnie środowiska rozwiązały problem dostępu dzieci z lekkim upośledzeniem umysłowym do normalnych szkól i zmieniły postawę społeczeństwa wobec dzieci z zespołem Downa. Najlepiej rozwinięte są grupy wsparcia dla pacjentów onkologicznych, które działają najczęściej w oparciu o hospicja. W Polsce według Bazy Danych KLON/JAWOR działa ponad 200 hospicjów i organizacji świadczących opiekę paliatywną. Działają hospicja stacjonarne i domowe. Pomagają chorym i ich rodzinom w walce z bólem, strachem i bezradnością.
   Organizowanie grup wsparcia nie wymaga żadnych formalności, niemniej, aby udzielić rzeczywistej pomocy, potrzeba ogromnego doświadczenia. Tej wiedzy można nauczyć się od innych, już działających środowisk. Jak ich szukać? Dobrze jest zacząć od szpitala, w którym leczy się chory. Nie wszędzie lekarze są zabiegani - czasem to właśnie oni inicjują grupy wsparcia. Można też próbować spytać w parafii. Jeżeli to zawiedzie, warto znaleźć najbliższe hospicjum, często działa już przy nim taka grupa. Pomocą może okazać się zwykła książka telefoniczna, ale mając dostęp do internetu, warto zajrzeć na stronę redagowaną przez członków Towarzystwa Przyjaciół Chorych "Hospicjum". Oprócz adresów 82 hospicjów w Polsce znajdziemy tu informacje o wolontariacie i idei ruchu hospicyjnego. Inna ważna strona to http://co.i.gdzie.pl/hospicjum/, na której znajdują się listy adresowe, bibliografia, forum dyskusyjne oraz artykuły fachowe, traktujące o problemach chorych i ich rodzin. Te internetowe poszukiwania można kontynuować.
   Grupa wsparcia powstająca przy jakimś szpitalu może doprowadzić do stworzenia dyżurów informacyjnych. Może zorganizować wolontariat, który nada temu miejscu bardziej humanistyczny charakter. Znam szpitale, w których wolontariusze nie tylko rozmawiają z pacjentami, piszą listy, robią zakupy, ale również karmią i myją najciężej chorych. Pacjenci skarżą się często na zimne jedzenie. Ale jeżeli w szpitalu jest 15 pacjentów do karmienia i tylko 3 pielęgniarki, to trudno nakarmić wszystkich w tym samym czasie.
   Możemy oczywiście czekać, aż ktoś rozwiąże tę sytuację, możemy czekać na taką reformę, która odgórnie wszystko załatwi. Ale ryzykujemy, że w najbliższym czasie sami staniemy się ofiarami nierozwiązanych problemów. Wyobrażam sobie, że mieszkaniec małego miasteczka po przeczytaniu tych słów, powie, że to mrzonki, że nic nie można zmienić, bo są układy, bo nikt nie narazi się Panu Doktorowi X. Trzeba przestać myśleć tymi kategoriami. Jeżeli nasze myślenie i działanie ma pozytywny charakter - jeżeli chcemy tworzyć dobro, a nie udowodnić lekarzowi, że jest do kitu, jeżeli chcemy rzeczywiście wspierać, a nie tylko pokazać, że coś jest złe - to na pewno znajdziemy skuteczne sposoby na zmienianie rzeczywistości, która nam dokucza.
   Ważna jest też determinacja i wiara w to, co chcemy zrobić. Myślę, że gdyby kilka lat temu ktoś powiedział, że można zmienić sytuację rodzących w polskich szpitalach kobiet przy pomocy jakieś akcji, nie uwierzylibyśmy, że jesteśmy w stanie to zrobić. A jednak...
   Żeby zacząć, musimy uzbroić się w wiedzę o tym, jakie prawa nam przysługują, czego możemy się domagać nie tylko od szpitala, ale i od opieki społecznej. Cennym źródłem informacji jest seria "Poznaj swoje prawa" wydawana przez Stowarzyszenie KLON/JAWOR. Broszury, wydawane także w formie plakatu, zawierają pożyteczne adresy, informacje o uprawnieniach poszczególnych grup, o organizacjach i instytucjach zajmujących się konkretnymi problemami. Oto kilka interesujących tytułów z tej serii: "Pacjenci: podstawowe uprawnienia", "Seniorzy: usługi opiekuńcze, czas wolny", "Niepełnosprawni: uprawnienia i ulgi, podatki 2001, sanatoria i turnusy rehabilitacyjne, orzecznictwo rentowe i pozarentowe, prawo do sprzętu, edukacja dzieci i młodzieży". Są też inne ważne kategorie - Rodzina, Obywatel, Bezrobotni, Bezdomni, Zasiłki... Wydawnictwa te powinny być dostępne w siedzibach organizacji i urzędów zajmujących się pomocą społeczną. Można je otrzymać bezpłatnie. Jeżeli w naszym mieście czy dzielnicy nie są dostępne, można zwrócić się do Stowarzyszenia KLON/JAWOR (ul. Szpitalna 5/5, 00-031 Warszawa) lub wysłać e-mail na adres: klon@klon.org.pl. Teksty są też dostępne w Telegazecie (TVP 2, str. 175) oraz na stronie www.klon.org.pl/psp.
   Oczywiście wiem, że to nie wystarczy. Potrzeba jeszcze innej edukacji lekarzy, reformy systemu i wielu innych mądrych rzeczy. Nie zastąpią one jednak naszej inicjatywy.

JANINA OCHOJSKA, współzałożycielka i prezes Polskiej Akcji Humanitarnej. W Wydawnictwie Znak ukazała się książka Niebo to inni, wywiad-rzeka przeprowadzony z nią przez Wojciecha Bonowicza (2000).


Ks. Stanisław Musiał SJ

WRAŻLIWOŚCI MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ

   Esej pani Agnieszki Sabor pt. Sprawy najbardziej oczywiste stanowi bardzo ważny głos w dyskusji na temat kształtu naszej służby zdrowia. Polska medycyna cierpi na "technicyzację". Chory traktowany jest jako pasywny odbiorca usług medycznych. Sama aparatura i fachowa wiedza medyczna lekarza jednak nie wystarczają. Bardzo ważną rzeczą w procesie leczenia jest umiejętność właściwego podejścia do chorego. Tyle zasadnicze tezy autorki.
   Moja znajomość szpitalnego środowiska jest stosunkowo niewielka. Mam za sobą dwa krótkie pobyty w szpitalu jako pacjent: jeden w dzieciństwie, drugi przed kilku laty. Przez pewien czas, jako bardzo młody ksiądz pełniłem posługę kapelana w małej klinice prywatnej w Rzymie, a ostatnio przez dwa lata byłem duszpasterzem w jednym z zakładów opiekuńczych dla kobiet. Oczywiście często zdarza mi się odwiedzać chorych przyjaciół i znajomych. A okna mojego klasztoru wychodzą na budynki starej i szanowanej kliniki krakowskiej.
   Dlatego często zdarza mi się stawiać sobie pytanie o zadania kapelana szpitalnego. Bywałem wstrząśnięty, kiedy w sobotę lub niedzielę (w szpitalu panuje wtedy największy gwar, bo przyjeżdżają rodziny pacjentów) na zatłoczonym korytarzu pojawiał się nagle kapelan w komży, aby udzielić chorym Komunii. Kiedy pytałem księży, dlaczego ich posługa wygląda w ten sposób, odpowiadali, że wynika to po prostu z braku czasu. Nie chodzi jednak o częstotliwość, ale o godną jakość posługi. Duchowni nie mają najczęściej żadnego przeszkolenia medycznego, zazwyczaj nie są więc traktowani poważnie przez lekarzy i pielęgniarki. Przemykają chyłkiem po korytarzach, starając się nie rzucać nikomu w oczy.
   Jeden z moich współbraci opowiedział mi kiedyś swoją szpitalną "przygodę". Udzielał właśnie komunii świętej pacjentom, gdy do sali weszło kilku lekarzy. Wyprosił ich z sali. Wybuchła awantura, sprawa dotarła wreszcie do dyrektora. On - człowiek niewierzący - przyznał rację księdzu. Bo kapelan szpitalny jest takim samym pracownikiem służby zdrowia jak ordynatorzy oddziałów, siostry przełożone i salowe.
   Wnioski? Ten najważniejszy to apel o solidne przeszkolenie medyczne przyszłych kapelanów. Wyobrażam sobie, że w dużych ośrodkach powinno się przygotowywać predestynowanych do pracy z chorymi księży, którzy mieliby spełniać w Kościele wyłącznie tę funkcję, nie rozpraszając swoich działań między parafią, szkołą, dyżurem w szpitalu i przygotowywaniem pielgrzymki. Dwóch księży z telefonem komórkowym powinno pełnić na zmianę dyżury. Przed wojną byli w szkołach księża prefekci - doskonali nauczyciele. Taka "specjalizacja" powinna pojawić się dziś również w placówkach służby zdrowia.
   Ważną rolę mogliby odegrać także katolicy świeccy. Pomoc duchowa to nie tylko spowiedź i komunia. Czasem trzeba usiąść przy łóżku, porozmawiać, podnieść na duchu. We Francji działają takie ekipy, wspomagające kapelana. U nas nie ma ich prawie w ogóle. Czy tylko dlatego, że mamy w Polsce więcej księży?
   A inne sprawy? Ośmielę się wysunąć kilka drobnych sugestii. Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że można nauczyć się "ludzkiego" podejścia do chorego. Nie trzeba posiadać w tym celu żadnego specjalnego "talentu" - inaczej niż np. w przypadku gry na skrzypcach, do której niezbędny jest dobry słuch muzyczny. Trzeba tylko chcieć przyswoić sobie odpowiednią wiedzę. Oczywiście posiadanie wewnętrznych predyspozycji może być bardzo przydatne. Proponowałbym zatem zwiększenie "podaży" problematyki psychologicznej i etycznej podczas studiów, w formie dodatkowych wykładów oraz seminariów.
   Dobrze by też było, żeby podczas porannego obchodu chorych w klinikach, studenci mogli uczyć się od profesora umiejętności właściwego podejścia do pacjenta. Czy nie trzeba by było, żeby studenci medycyny, kończąc studia składali - najlepiej przy łóżku pacjenta - egzamin z właściwego, "ludzkiego" podejścia do człowieka cierpiącego? Czy nie warto by było pomyśleć o formacji ciągłej, przynajmniej dla młodszej kadry służby zdrowia - tak, by miała ona możliwość doskonalenia się w sztuce właściwego, "ludzkiego" kontaktu z pacjentem? Wiem o takich inicjatywach za granicą, gdzie są one opłacane przez resort zdrowia. Warto zaznaczyć, że tego typu przeszkoleniom poddawani są również kapelani. Daleko posunięta specjalizacja we współczesnej medycynie wymaga od tych, którzy mają zawodowy kontakt z chorym, ustawicznego dokształcania się - także jeśli idzie o psychologiczne podejście do pacjenta. Inaczej powinien wyglądać kontakt lekarza czy pielęgniarki z chorym na serce, a inaczej z kimś, kto cierpi na złośliwy nowotwór.
   Chciałbym też bardzo gorąco poprzeć postulat w sprawie zapewnienia chorym w szpitalach niezbędnej intymności, możliwej do osiągnięcia w prosty sposób: poprzez obowiązek stosowania parawanów czy zasłon (co praktykowano powszechnie, przypomina autorka, w Polsce międzywojennej). Dlaczego np. myje się chorych na oczach całej sali? Mój stryj umierał w jednym ze szpitali śląskich na wieloosobowej sali. Jako że jego agonia się przedłużała i była bardzo ciężka, prosiłem o parawan. Bezskutecznie. Reakcja chorych była do przewidzenia: wszystkim podniosła się gorączka i ciśnienie tętnicze. W zakładzie opiekuńczo-leczniczym, gdzie byłem kapelanem, osoby nie wychodzące z pokoju załatwiały swoje potrzeby fizjologiczne publicznie, bez możliwości korzystania z jakiejkolwiek zasłony. Do wyposażenia każdego pokoju należał niski mebel z okrągłą pokrywką, ustawiany między łóżkami. Niektóre panie wyznawały mi, ze do tego procederu w żaden sposób nie potrafią się przyzwyczaić. Uważały go wręcz za "okrutny" i "przerażający". Jest prawdą, że system parawanowy komplikuje nieco pracę lekarzom, a zwłaszcza pielęgniarkom. Utrudnia im bowiem ogląd sali od pierwszego wejrzenia, wprost od drzwi. Można by jednak zastosować zasłony niskie, tak by chorzy leżący nie musieli patrzeć na innych leżących. Przynajmniej w określonych sytuacjach, takich jak mycie, załatwianie potrzeb fizjologicznych, a już obowiązkowo stan agonalny.
    Pani Sabor podkreśla w swym artykule, ile dobra spowodowała nagłośniona przez "Gazetę Wyborczą" akcja "Rodzić po ludzku". Czy nie można by wylansować nowej akcji, tym razem w sprawie używania w naszych szpitalach i klinikach parawanów i zasłon?

KS. STANISŁAW MUSIAŁ, jezuita, publicysta "Tygodnika Powszechnego", aktywny uczestnik dialogu chrześcijańsko-żydowskiego.


X.X.

SZANUJĘ MÓJ ZAWÓD

   Pacjenci przychodzą na oddział, zdrowieją, wracają, umierają - a wszystko to w jakimś zawrotnym tempie i fabrycznej niemal masie. Chcąc nie chcąc, lekarz musi sobie jakoś radzić emocjonalnie - z cierpieniem, chorobą, a często ze śmiercią i własną bezradnością. Taki wykonuje zawód i musi być profesjonalistą. Wyostrzając obraz do maksimum: na zajęciach z medycyny katastrof studenci słyszą, że kiedy na jakimś pobojowisku zobaczą dziesiątki, setki rannych, najpierw muszą dokonać wśród nich selekcji: na tych, których należy zostawić bez pomocy, bo i tak wyzdrowieją, na tych, których należy zostawić, bo i tak umrą, a wreszcie na tych, którym trzeba natychmiast pomóc. I nie znaczy to wcale, że w życiu zawodowym lekarz-człowiek zobojętniał czy skamieniał. Śmierć pacjenta nie może jednak sprawić, że przestanie leczyć pozostałych. Zadaniem lekarza jest maksymalna możliwa skuteczność. Ale każda śmierć pozostanie w nim na zawsze gdzieś na dnie duszy.
   To, czego lekarzowi brakuje, to profesjonalnie zorganizowane grupy wsparcia. Na Zachodzie istnieją tzw. grupy Balinta, tworzone dla tych, którzy w życiu zawodowym stale narażeni są na szczególny stres. Mają one za zadanie rozładowywanie napięcia, omawianie relacji lekarz-pacjent. Psychiatrzy, którzy dobrze znają możliwości grup wsparcia, pomagają sobie w ten sposób bardzo skutecznie. Lekarze innych specjalności mają ograniczoną możliwość profesjonalnej pomocy, która prowadziłaby do wypracowywania - w oparciu o doświadczenia własne i innych - sposobów radzenia sobie na co dzień z sytuacjami, które przekraczają "techniczny" poziom medycyny.
   Ja, kiedy umrze pacjent, zostaję z tym sama. Kiedy muszę powiedzieć rodzinie, że ich bliski nigdy już nie odzyska świadomości - jestem sama. Mogę najwyżej wypłakać się w dyżurce albo po cichu wykrzyczeć do siebie kilka przekleństw, które podobno nie przystoją kobiecie. W codziennej praktyce nie pomoże mi nikt, żaden specjalista. Liczyć mogę tylko na kolegów-lekarzy, którzy każdego dnia stają wobec dokładnie takich samych decyzji, wątpliwości i lęków. Wiele złego mówi się o zawodowej solidarności lekarzy, którzy jakoby kryją nawzajem swoje błędy. Lekarska solidarność to przede wszystkim coś zupełnie innego - to wspólnota doświadczeń, poczucie, że tylko ci, którym jest równie ciężko, mogą mnie zrozumieć.
   I jeszcze jedno. Studia rzeczywiście nie przygotowują do innej pracy z pacjentem niż ta związana z konkretnymi lekarstwami, kuracjami i zabiegami. Teraz coraz częściej wprowadza się na uczelniach medycznych egzaminy przy pacjencie (lub kimś "wyszkolonym" na pacjenta), które mają zweryfikować "komunikatywność" kandydata na lekarza. Nie wierzę do końca w wyniki takich sprawdzianów. Medycyna to w dużej mierze sztuka, a więc relacja mistrz-czeladnik. Mądry szef osiem godzin dziennie na oddziale jest znacznie ważniejszy niż egzaminy z zawodowej etyki, które zawsze są przecież sytuacją wykreowaną na użytek edukacji.
   Słowo "sztuka" bliskie jest słowu "rzemiosło". Nam, lekarzom, powtarza się bez przerwy o "powołaniu". Ja wolałabym być nazywana po prostu rzemieślnikiem - uczciwym, rzetelnym, sprawnym, ale właśnie rzemieślnikiem. No, może z odrobiną "iskry Bożej". "Powołanie" to rodzaj szantażu, przywoływanego za każdym razem, gdy w budżecie państwa brakuje pieniędzy na służbę zdrowia. W przedziwny sposób słowo to przeplata się z obrazem lekarza - skorumpowanego zbója, który to obraz coraz wyraźniej rysuje się w naszym społeczeństwie, kreowany przez gazetowe artykuły, plotki w przepełnionych poczekalniach przychodni rejonowych, ale i - trzeba przyznać - przez prawdziwe historie.
   Tak powstaje błędne koło. Z jednej strony lekarz, pracujący ciężko w trudnych warunkach (bo wieloosobowe sale i brak parawanów przeszkadzają nie tylko pacjentom), codziennie ponoszący odpowiedzialność za życie nieznanego sobie człowieka, czuje się coraz bardziej sfrustrowany - jego praca nie jest doceniona ani finansowo, ani społecznie. Z drugiej - oddający co miesiąc sporą część swych dochodów na służbę zdrowia pacjent nie dostrzega żadnych pozytywnych efektów podatku płaconego przecież nie tylko w imię społecznej solidarności czy zasady wzajemności. Na styku tych równoważnych racji może się narodzić coś niedobrego. A przecież my - lekarze i pacjenci - nie jesteśmy wrogami, mamy być partnerami. A poza tym... lekarz też bywa pacjentem. Kiedy patrzę na moich kolegów, gdy rano zdają raport z nieprzespanego dyżuru i wiem, że będą pracować jeszcze cały dzień, jestem wściekła, że tak jest. Wściekła, ale mimo to dumna ze swego zawodu. I tej dumy nie odbierze mi żaden brukowiec ani "następny ujawniony skandal".
   Nie wszystko, co razi, zależy od lekarza. W moim szpitalu sale są wieloosobowe, a jedyny luksus, na jaki mogliśmy sobie na oddziale pozwolić to parawany. Każdorazowo lekarze proszą wszystkie osoby postronne o opuszczenie sali, aby móc przeprowadzić badanie obłożnie chorego w jakiej takiej intymności. Czasem jednak, kiedy krewni przywiezionego właśnie pacjenta nalegają, aby ich ojca lub męża położyć w przyzwoitych warunkach na dwuosobowej sali, mam ochotę zaprowadzić ich na oddział i zapytać: "Dobrze, tylko proszę mi powiedzieć, kogo z leżących tutaj mam przenieść na korytarz".
   Rodziny bywają różne. Czasem to one same potrzebują pomocy. Nasza kultura wyparła myślenie o śmierci daleko poza granice "normalnego" życia. Dlatego często na uzmysłowienie sobie, że śmierć naprawdę istnieje, przychodzi czas dopiero przy szpitalnym łóżku umierającego. Zdarza się, że rodzina nie przyjmuje tej prawdy do wiadomości. Bliscy pytają, co można jeszcze zrobić, do kogo się zwrócić, ile zapłacić. W panice biegają, szukają, zdobywają. To piękne - zawsze trudno pogodzić się z odejściem kogoś bliskiego. Ale z drugiej strony - straszne. Działania, które nie przyniosą już żadnego skutku są tylko ucieczką, a często poczuciem winy, że nie zrobiło się czegoś wcześniej. Jest granica działania, samo umieranie powinno być czasem spokoju, ciszy, pożegnania. A może jednak trzeba pozwolić rodzinie poddać się tej swoistej autoterapii? Tyle tylko, że jej skutki prawie zawsze są złe - dla odchodzącego, ale i dla jego bliskich. Lekarz, oswojony ze śmiercią (ale przecież czujący tak samo jak każdy inny człowiek), na pewno powinien uczyć jej innych. Ale czy tylko on? Dobrze byłoby, gdyby świadomość skończoności bliższa była wszystkim, nie tylko pracownikom służby zdrowia. Zapamiętałam pewien obraz z Muzeum Narodowego: umierający leży na wielkim łożu, otoczony liczną rodziną, są dorośli, są małe dzieci - panuje atmosfera ciszy, skupienia, powagi. Często myślę o tym obrazie.
   Pacjent ma prawo do pełnej wiedzy o swoim stanie zdrowia. Staram się mu ją dostarczyć w sposób, który uznaję za najbardziej stosowny w tej konkretnej sytuacji. I dlatego zdarza się, że kiedy chory na złośliwy nowotwór uporczywie dopytuje się o swój pęcherzyk żółciowy, nie przyjmując do wiadomości rzeczywistego stanu swego zdrowia, zostawiam go w spokoju. Uznaję, że woli nie wiedzieć. Muszę uszanować także taką decyzję. Reguły rozmowy z pacjentem są w jakiś sposób określone. Wiem, co powinnam, a czego mi nie wolno powiedzieć. Czasem chory z nadzieją pyta, co powinien zrobić. Odpowiadam, że taka decyzja przyniesie takie i takie skutki, inna może mieć takie i takie konsekwencje - ale to on, pacjent, musi samodzielnie dokonać wyboru. I nie jest to ani bezduszność lekarza, ani asekuracja. To respekt dla wolności osoby ludzkiej. Oczywiście ważny jest jeszcze sposób komunikowania się. Ale tego nie można nauczyć się na uczelni medycznej. To kwestia nabywanego z wiekiem doświadczenia, obowiązujących w szpitalu lub przychodni wzorców, kontrolowanych przez szefów i kolegów, a przede wszystkim - osobistej empatii, bez której nie da się wykonywać zawodu lekarza.
AUTORKA jest lekarzem neurologiem. Nazwisko znane redakcji.


Przypisy:
1 Tak najczęściej odpowiadają respondenci na pytanie o upragniony przez nich dla syna/córki zawód.
2 W formie złagodzonej wygląda to następująco: "Chętnie bym porozmawiał z pacjentem, ale nie mam czasu".
3 Jako argument świadczący o wysokiej etyce lekarzy podaje się fakt, że do Izb Lekarskich wpływa stosunkowo mało skarg. Pomija się więc czynnik niechęci pacjentów do ich składania lub niewiarę w skuteczność interwencji.
4 Co odważniejszym i bardziej gotowym przyjąć bolesną prawdę lekarzom można zaproponować eksperyment polegający na skorzystaniu z usług medycznych bez ujawnienia, że się jest lekarzem i bez korzystania z koleżeńskich rekomendacji.

   2001 SIW Znak, Piotr Poniedziałek