fbpx

70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pułapka uogólnienia

Wielokrotnie wracał do tamtej chwili myślami, odtwarzał drobiazgowo w myślach ten moment, gdy jego czteroletni syn beztrosko rzuca w jego stronę TO pytanie, jedno z tysiąca, jakimi codziennie bombarduje rodziców.

– Człowiek? – chłopiec przerwał zabawę i spojrzał zdziwiony na ojca.

– Tak. – Rost siedział na podłodze wyraźnie zadowolony z siebie. Dookoła walały się drewniane klocki. Budowali właśnie najnajnajwyższą wieżę, gdy padło w końcu TO pytanie. Kajetan oczekiwał go, już zawczasu przygotował sobie na nie błyskotliwą, jak mu się wydawało, odpowiedź. Od bliska roku nosił ją w sobie, przemyśliwał na różne sposoby, ubierał w słowa, grał nią w myślach. Był wręcz przekonany, że od tej odpowiedzi symbolicznie zacznie kształtować swojego syna w pełnego planetarnej pokory Ziemianina.

– Na pewno człowiek? – skrzywił się malec – a tygrys albo wąż?

– Na pewno – nie odpuszczał Rost, stawiając niepewnie drewniany sześcian na szczycie chybotliwej konstrukcji.

Nastała chwila ciszy, wieża zakołysała się, obaj wyciągnęli w jej stronę dłonie, próbując ją asekurować. W końcu chłopiec oderwał wzrok od klocków i zapytał, przekrzywiając lekko głowę:

– Czyli ja?

Tego Kajetan Rost zupełnie się nie spodziewał. Zadrżała mu ręka, wieża z rumorem rozpadła się w bezładną stertę.

– Ty nie – rzucił niepewnie i potarmosił synka pod paszkami – ale… ludzie.

Nie wierzył już jednak w ani jedno swoje słowo.

Przez kilka następnych dni chodził struty. Na początku nie wiedział dlaczego, czuł jedynie podskórnie, że zabrnął w jakąś ślepą uliczkę, a prosta riposta syna nagle sprawiła, że sobie to bez znieczulenia uświadomił. Wielokrotnie wracał do tamtej chwili myślami, odtwarzał drobiazgowo w myślach ten moment, gdy jego czteroletni syn beztrosko rzuca w jego stronę TO pytanie, jedno z tysiąca, jakimi codziennie bombarduje rodziców:

– Tato, a jakie jest najgroźniejsze, ale takie najnajnajgroźniejsze zwierzę świata?

„Oczywiście, że człowiek” – myślał teraz Rost, zapamiętale pedałując nadrzecznym bulwarem. To przecież dlatego Rost od niemal roku balansował między paniką i apatią. To właśnie demolka, jakiej permanentnie dopuszcza się człowiek na planecie, spędza Rostowi sen z powiek. Do tej pory uważał, że wzięcie na siebie odpowiedzialności za nią jest częścią procesu prowadzącego do jakiejkolwiek nadziei w tej – wydawałoby się – beznadziejnej sytuacji. „Oczywiście, że ja. – Na podjeździe mocniej nacisnął na pedały, przeczuwał w tym stwierdzeniu jakiś ton pychy, którego na razie nie umiał nazwać. – Oczywiście, że nie on”

Był styczeń, na tyle jednak ciepły, by Rost nie musiał chować swojego roweru do piwnicy. Codziennie przed pracą starał się przejechać na nim kilkanaście kilometrów wzdłuż rzeki. Dzięki wiejącym wiatrom powietrze było tutaj najbardziej znośne, nawet w te dni, kiedy w całym mieście powinien właściwie obowiązywać zakaz oddychania. Rost zmuszał się do tych wycieczek nawet wtedy, gdy musiał wstać grubo przed świtem, i przez sporą część drogi pokonywał ją w porannej szarówce.

„Ale jeśli nie on – zastanawiał się – to kto jeszcze nie?”

Zatrzymał się na wysokiej skarpie, wyjął bidon, łyknął wody. Im dłużej tak stał, gapiąc się na rzekę, tym bardziej docierało do niego, że ze swojej listy „najgroźniejszych zwierząt świata” musi skreślić kolejne grupy, a nawet narody czy regiony świata. Bo czy wśród największych drapieżników powinni się znaleźć ludzie uciekający z zalewanych przez ocean wysp albo ci umierający z głodu i pragnienia gdzieś w centralnej Afryce? Im dłużej Rost o tym wszystkim myślał, tym bardziej sobie uświadamiał, że gdy myśli o „najgroźniejszych zwierzętach świata”, przychodzą mu do głowy bardzo konkretne twarze – należały one w większości do przywódców najbogatszych państw, polityków jego własnego rządu, prezesów wielkich koncernów. To było jak zimny, orzeźwiający prysznic. Bo nagle Kajetan Rost tak wiele dzięki swojemu dociekliwemu czterolatkowi zrozumiał. Przede wszystkim uświadomił sobie pułapkę paraliżującego uogólnienia, które, gdy zastosowane, rozmywało odpowiedzialność i kierunki jakiegokolwiek konstruktywnego działania. Poza tym w końcu był zdolny uzasadnić własne wyrzeczenia i decyzje, które podjął w trosce o przyszłość swoją i swojej rodziny. One pozbawione były wymiaru praktycznego bądź też to ich praktyczne znaczenie było mikroskopijne. Miały jednak silny wymiar etyczny.

Uświadomił sobie w końcu także i to, że odpowiedź, której udzielił synowi, nie była całkowicie błędna. Owszem, to ludzie są „najgroźniejszymi zwierzętami na Ziemi”. Jednak nie wszyscy ludzie, a bardzo konkretni.

„Na tę rozmowę – pomyślał Rost i ruszył raźno w stronę domu – przyjdzie jednak jeszcze czas”.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter