70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przyczyny konfliktu w Syrii

Kiedy porównamy rewolucję Braci Muzułmanów w Syrii z lat 80. i tę, której świadkami jesteśmy dziś, możemy zauważyć znaczące różnice. Przed 30 laty retoryka Braci była wymierzona przeciwko sekularnemu, nieislamskiemu reżimowi partii Baas. Dziś, mimo że reżim nieustannie podkreśla islamistyczny charakter rewolucji, żadna organizacja radykalna nie odgrywa w niej roli przewodniej.

Wsparcie udzielane przez Iran syryjskiemu reżimowi zdominowanemu przez mniejszość alawicką w walce z rewolucjonistami jest bardzo często przedstawiane w kategoriach „szyickiej solidarności”, a sama rewolucja jako walka sunnickiej większości z heretycką władzą. Jednak po bliższym przyjrzeniu się układowi bliskowschodnich stosunków zauważymy, że istnieje wiele motywacji i czynników lepiej wyjaśniających obecną sytuację, choć oczywiście nastawianie grup o odmiennej tożsamości religijnej przeciw sobie jest taktyką sprawdzoną wielokrotnie w syryjskiej historii, a i obecny reżim stosuje ją z dużą wprawą już od kilku dekad.

Syria jest niezwykłą mozaiką grup religijnych i etnicznych i w tym sensie ma duży potencjał dla każdego dyktatora wybierającego metodę „dziel i rządź”. Sunnici (Arabowie i Kurdowie) stanowią 75% społeczeństwa, kolejne 10% Syryjczyków (w tym pochodzenia ormiańskiego) należy do licznych odłamów chrześcijaństwa, 13% mieszkańców kraju to alawici, a pozostali to druzowie, szyici, ismailici.

Syryjscy muzułmanie są dumni ze swojej długiej tradycji umiarkowanego islamu. Z niechęcią patrzą na, przesadne ich zdaniem i utrudniające życie, saudyjskie manifestacje religijności i załamują ręce nad zakazem prowadzenia samochodów przez tamtejsze kobiety. Niewątpliwie jest to społeczeństwo bardzo wierzące, ale religia – jej nakazy i zakazy – jest tu postrzegana przede wszystkim jako wsparcie w codziennym życiu, a nie jako ograniczenie wolności, zgodnie z chętnie powtarzaną zasadą zaczerpniętą z Koranu: „la ikraha fi’d-din” – nie ma przymusu w religii.

Być może ta zasada przyczyniła się do tego, że syryjscy muzułmanie przez większość swojej historii żyli w zgodzie z mniejszościami religijnymi. Do niedawna opowieści o muzułmańskich dzieciach wysyłanych do prowadzonego przez siostry zakonne przedszkola, które akurat było najbliżej, czy też o chrześcijanach organizujących przyjęcia dla swoich muzułmańskich sąsiadów z okazji Eid al-Fitr podbijały serca zachwyconych obcokrajowców. W Syrii przynależność mniejszościowa nie była często poruszanym tematem, aczkolwiek w zdecydowanej większości przypadków imię, nazwisko i akcent Syryjczyka wystarczą jego rodakom do przeprowadzenia szybkiej i dokładnej analizy jego pochodzenia i przynależności religijnej.

 

Problematyczna opieka

Oczywiście historia Syrii zna przypadki starć między mniejszościami, ale nie były to nigdy konflikty, które moglibyśmy uznać za czysto religijne, ani nawet takie, w których czynnik religijny odgrywałby nadrzędną rolę. Najczęściej takie wybuchy były spowodowane przez „branie w opiekę” pewnych grup przez np. europejskie mocarstwa. Zagrożenie mniejszości przez atak muzułmanów stawało się wtedy pretekstem do szerszej interwencji w regionie. W 1860 r. w Damaszku wybuchły walki między mniejszościami spowodowane rywalizacją Imperium Osmańskiego i krajów europejskich, które „opiekowały” się chrześcijanami mieszkającymi na jego terytorium, zapewniając im liczne przywileje podatkowe i handlowe. Pogłębiające się w ten sposób różnice w statusie ekonomicznym i działania tureckiego gubernatora spowodowały, że muzułmanie i druzowie zaatakowali chrześcijan, zabijając 2 tys. osób i niszcząc całą zamieszkaną przez nich dzielnicę. Ale w syryjskiej historii, zarówno dawniejszej, jak i tej rozgrywającej się na naszych oczach, nie ma prostych sytuacji. Większość populacji chrześcijan w 1860 r. została bowiem uratowana przez muzułmanów, którzy chronili ich w swoich domach lub pomogli im uciec do Bejrutu.

1860 r. w syryjskiej świadomości to data zupełnie nieodległa. Syryjczycy są wyjątkowo przywiązani do historii i żyją nią inaczej niż Europejczycy. Historia jest bliżej, trzystuletnie drzewa rosną na dziedzińcach domów, a przy herbacie można usłyszeć opowieści z czasów osmańskiej okupacji opowiadane z takim przejęciem, jakby sami mówiący byli ich świadkami. Trauma prześladowania jest przechowywana w zbiorowej pamięci szczególnie dokładnie, a poczucie zagrożenia przekazywane w opowieściach łatwo pobudzić do życia. Z jaką siłą to uczucie powraca i jak unieważnia codzienne doświadczenia ostatnich kilkudziesięciu lat, można przekonać się, obserwując ostatnie wydarzenia.

Tutaj łączy się dawna historia Syrii z tą, której jesteśmy świadkami. Prezydent Syrii Baszar al-Asad od początku rewolucji przekonuje chrześcijan, że muzułmanie są dla nich zagrożeniem, a jego świeckie rządy jedyną gwarancją, że historia się nie powtórzy. Wsłuchując się w retorykę reżimowych mediów, można odnieść wrażenie, że rewolucjoniści to fundamentaliści, salafici , wahabici i terroryści, dążący do zmasakrowania innowierców i ustanowienia nowego kalifatu. I jak się wydaje, argumentacja reżimu wzbudziła lęk Zachodu (nawet jeśli nie był wyrażany wprost) przed pogrążeniem się Syrii w wojnie domowej o podłożu religijnym, co dało się zauważyć w krytyce skierowanej przeciw pomysłowi zbrojenia opozycji.

Mimo pewnych sukcesów Baszara al-Asada na polu manipulacji religijnymi resentymentami daleko mu do wprawy, jaką osiągnął w tej kwestii jego ojciec. Hafez al-Asad był prawdziwym mistrzem religijnych przebieranek – w zależności od sytuacji wykorzystywał różne tożsamości. Był alawitą, gdy trzeba było zdobyć i zabezpieczyć władzę przez rozdawanie najważniejszych państwowych i wojskowych stanowisk członkom swojej mniejszości. Żeby zdobyć poparcie chrześcijan, przedstawiał siebie jako świeckiego lidera broniącego praw mniejszości i laickości państwa. Bywał też wzorowym sunnitą promującym studiowanie Koranu w instytutach noszących jego imię, żeby przekonać do siebie większość Syryjczyków.

Mimo że Baszar al-Asad już od ponad roku dokłada starań, żeby nienawiść między grupami religijnymi wzrosła, rewolucja syryjska nie zamieniła się w wojnę religijną, w której chrześcijanie czy alawici byliby atakowani ze względu na swoje wyznanie. Rewolucjoniści od początku bronili się przed oskarżeniami rzucanymi przez władzę – już na pierwszych demonstracjach manifestanci skandowali: „asz-szab as-suri wahid” (naród syryjski jest jeden), a tłum odpowiadał okrzykiem: „wahid, wahid, wahid” (jeden, jeden, jeden). Dziś, rok po rozpoczęciu protestów, opozycja nadal jest bardzo wrażliwa na tego typu zarzuty i na niemal każdej demonstracji można zobaczyć jednościowe hasła. Natomiast chrześcijanie wspierają reżim biernie, ze strachu przed przepowiednią Asada – większość nie walczy przeciw muzułmanom, ale też nie popiera rewolucji, choć i to ostatnio się zmienia. Podczas tegorocznych świąt Wielkiejnocy, gdy w niektórych świątyniach duchowni chrześcijańscy powtarzali oficjalne frazy o uzbrojonych terrorystach rozbijających jedność narodu, wierni pod kościołami rozdawali pisanki z flagą rewolucyjną.

 

Czy rewolucja jest antyalawicka?

Innym problemem, który należy rozważyć, zastanawiając się nad religijnym charakterem syryjskiego konfliktu, jest pytanie, czy syryjscy alawici to nadal mniejszość religijna.

Przewrotność polityki Hafeza al-Asada wobec mniejszości, z której pochodził, objawiała się w jego dążeniu do „sunnizacji” alawitów. Działania podjęte w tym celu obejmowały wprowadzenie nowego programu szkolnych lekcji religii – islam w wydaniu sunnickim był na nich ukazywany jako jedyny istniejący i obowiązujący w państwie. Ponadto zakazano alawitom manifestowania swojej tradycyjnej religijności. Budowano sunnickie meczety w alawickich miastach, dzielnicach i wioskach, a prezydent zachęcał ich do poszczenia w czasie ramadanu, pielgrzymek do Mekki i dawał im przykład, modląc się w meczecie Umajjadów w Damaszku . Oficjalnie wszystkie te starania miały służyć budowaniu narodowej jedności, ale ukrytym celem było odcięcie alawitów od ich tradycyjnej religii, a jednocześnie uspokojenie muzułmańskiej większości, że reżim nie jest heretycki. Alawici byli bowiem jego podporą i Asad zdawał sobie sprawę, że żeby wzmocnić ich wierność wobec władzy, należy doprowadzić do sytuacji, w której jedyną podstawą ich tożsamości będzie określenie „mniejszość rządząca Syrią”. Wówczas zrobią wszystko, żeby reżim przetrwał – jego upadek oznaczałby dla nich utratę tożsamości.

Nusajryci (bo tak brzmi dawna nazwa alawitów) byli zawsze opisywani jako grupa o niezwykłej solidarności wewnętrznej – wspomina o tym T.E. Lawrence w Siedmiu filarach mądrości: „Emocjonalnie i politycznie ta samowystarczalna sekta stanowiła ekskluzywny klan. Nusajryta za nic by nie oszukał swego współwyznawcy, natomiast bez skrupułów oszukiwał innowiercę” .

Tę cechę wzmacniało zapewne poczucie zagrożenia – przez wieki Nusajryci byli uznawani za niewiernych przez kolejne rządzące Syrią muzułmańskie dynastie. Ibn Tajmijja wydał nawet fatwę przeciw Nusajrytom, nazywając ich największymi z heretyków i ogłaszając, że zło, które wyrządzili religii Mahometa, jest większe niż to wyrządzone przez niewiernych wrogów islamu – Mongołów i Europejczyków. Nusajryci żyli w górach (które zawsze udzielały schronienia odrzuconym mniejszościom) w południowo-zachodniej Syrii. Izolacja od głównego nurtu życia społecznego i gospodarczego była ich udziałem również przez 400 lat rządów sunnickich Osmanów, a ich stałe kontakty z pozostałymi mieszkańcami kraju były bardzo ograniczone. To, że rabowanie podróżnych i sąsiednich wiosek stanowiło dla nich źródło utrzymania, nie przysparzało im sympatii społeczeństwa.

Hafez al-Asad i inni członkowie tajnego komitetu zawiązanego w 1959 r. w celu przejęcia kontroli w partii Baas przez mniejszość alawicką wiedzieli, że jeśli uda im się zaprząc tę solidarność do przejęcia władzy, to powstały na takiej podstawie reżim będzie niezniszczalny. Proces ten rozpoczęli od stworzenia sieci powiązań między polityką a religią nusajrycką. Symboliczne znaczenie miało spotkanie zorganizowane w 1960 r. w Kardasze, rodzinnej wiosce Asadów, przez przywódców wspólnoty alawickiej. Muhammad Umran, jeden z członków wspomnianego komitetu, otrzymał wtedy najwyższą godność w religijnej hierarchii nusajrytów – został uznany za bab (bramę), który to termin odnosi się do pomocnika Proroka.

Proces wypierania hierarchii religijnej przez polityczną postępował dzięki staraniom Asada, by zlaicyzować alawicką tożsamość. Z czasem kryterium bycia „dobrym alawitą” w coraz większym stopniu wyznaczał stopień zaangażowania we wspieranie reżimu. Można zaryzykować stwierdzenie, że reżim przeprowadzał operacje na duszy swoich alawickich poddanych, zastępując tradycyjną religię kultem przywódcy i partii Baas. Wszechobecne portrety i pomniki Hafeza, a nawet specjalna edycja Koranu z jego wizerunkiem na okładce były elementami tego procesu. Jego ekstremalnym wyrazem, i zarazem zwieńczeniem, jest zastąpienie wyznania wiary: „Nie ma boga prócz Allaha”, formułą: „Nie ma boga prócz Baszara al-Asada”, której używają alawiccy żołnierze.

Utożsamienie alawitów z reżimem dostarczało też ważnego argumentu w walce z przeciwnikami politycznymi – można było ich oskarżyć o to, że prawdziwym motywem ich działania jest nienawiść do mniejszości. Asadowie robili i nadal robią wszystko, żeby uprawomocnić to twierdzenie i spełnić przepowiednie. Reżim wynalazł makabryczne perpetuum mobile, mechanizm wystarczyło raz uruchomić, a sam działa w nieskończoność: im większy strach przed innymi wśród alawickich żołnierzy, tym wierniej walczą, im agresywniej atakują Syryjczyków, tym zacieklej muszą walczyć w obawie przed poniesieniem konsekwencji. „Asad albo spalimy kraj” – piszą na murach członkowie reżimowych bojówek.

Znaleźli się też nieliczni alawici, którzy zdają sobie sprawę, że rodzina Asadów wykorzystuje ich do własnych celów. „W samolocie prezydenta nie ma trzech milionów miejsc” – odpowiedział jeden z ważnych współpracowników reżimu na pytanie, dlaczego uciekł z Syrii, zabierając ze sobą ważne plany strategiczne, i przekazał je telewizji Al-Dżazira. Mówiąc to, miał na myśli najgorszy dla popleczników reżimu scenariusz, w którym prezydent z rodziną mógłby skorzystać z propozycji azylu w jednym z proponujących mu go krajów. To oni musieliby ponieść wtedy konsekwencje masakry, jakiej pod jego kierunkiem dokonują na Syryjczykach.

 

Czy rewolucja jest islamska?

Kiedy porównamy ze sobą rewolucję Braci Muzułmanów w Syrii z lat 80., zakończoną masakrą w mieście Hama w 1982 r., i tę, której świadkami jesteśmy dziś, możemy zauważyć znaczące różnice. Przed 30 laty retoryka Braci była wymierzona przeciwko sekularnemu, nieislamskiemu reżimowi partii Baas. Ich przywiązanie do idei państwa wyznaniowego i uznania szariatu za podstawę prawa uwidoczniło się w zamieszkach, jakie wybuchły podczas próby usunięcia z konstytucji zapisu ustanawiającego islam religią państwową oraz artykułu wymagającego, by prezydent był muzułmaninem. Dziś, mimo że reżim nieustannie podkreśla islamistyczny charakter rewolucji, żadna organizacja radykalna nie odgrywa w niej roli przewodniej. Reżim gra na strachu mniejszości i Zachodu przed fundamentalistami, oskarżając swoich przeciwników o bycie salafitami, nazywając ich członkami Al-Kaidy i terrorystami. Wspierający reżim mufti Syrii Ahmad Hassun wsławił się niedawno stwierdzeniem, że każdy używający takbiru poza wezwaniem do modlitwy jest wahabitą. Absurdalne nadużywanie tych oskarżeń, zupełnie nieproporcjonalne w stosunku do liczby zwolenników radykalnego islamu w szeregach rewolucjonistów (wśród których można znaleźć wyznawców wszystkich religii oraz osoby niewierzące) sprawiło, że te terminy straciły swoje znaczenie. Zdarzające się w trakcie rewolucji przypadki aresztowania i zabijania chrześcijan pod zarzutem bycia salafitą są tego dowodem.

Tymczasem nawet demonizowani przez reżim Bracia Muzułmanie w swoim najnowszym manifeście dotyczącym przyszłości porewolucyjnej Syrii domagają się świeckiego państwa opartego na świeckiej konstytucji, zapewniającego równość wszystkich obywateli bez względu na przynależność religijną, etniczną lub orientację ideologiczną. Bracia widzą przyszłą Syrię jako kraj gwarantujący każdemu obywatelowi dostęp do najwyższych stanowisk państwowych, nawiązując zarówno do artykułu rezerwującego stanowisko prezydenta dla muzułmanów, jak i monopolizowania stanowisk przez jakąkolwiek mniejszość.

Tradycją syryjskiej rewolucji stały się piątkowe protesty odbywające się po zakończeniu południowej modlitwy. Pierwsze próby urządzenia manifestacji na placach, w parkach czy na terenie uniwersytetu zostały stłumione przez wszechobecne siły bezpieczeństwa, ale modlitwy były jedynymi zgromadzeniami, jakich reżim nie mógł zakazać. Pomimo centralnej roli meczetu w tych wydarzeniach, nie można traktować islamu jako motoru rewolucji w sensie politycznym, choć trudno przecenić rolę motywacji religijnej, która dodaje Syryjczykom odwagi i powoduje, że nie poddali się przez najbardziej brutalnych 13 miesięcy swojej historii. Bo jak mówi hadis: najgodniejszym z męczenników będzie ten, który przeciwstawił się tyranowi.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata