70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prywatne / publiczne Zaremby Bielawskiego

Tym, co zamknięte i pogrzebane, jest w książce Zaremby żydowska przeszłość i związane z nią brzemię emocji, które sterują jego życiem z ukrycia.

Jako znany publicysta pisma „Dagens Nyheter” Zaremba częstokroć prowadził dziennikarskie śledztwa, odsłaniając m.in. sprawę przymusowych sterylizacji szwedzkich obywateli w latach 1935–1976 (Higieniści. Z dziejów eugeniki), patologie w przemyśle leśniczym czy na rynku pracy (by wymienić tylko kilka). W nowej, przełożonej pół roku po szwedzkiej premierze, książce reporter także prowadzi dochodzenie, choć tym, czego (tym razem) poszukuje, jest prywatne, nie publiczne, a może też – poprzez to, co prywatne, to, co publiczne.

Śledztwo biegnie w kilku kierunkach. Pierwszy „zaginiony” to chłopiec mieszkający w domu, a właściwie: pałacu z dwoma wieżami, później zaś w Poznaniu i stolicy, w dusznej atmosferze epoki późnego Gomułki. „Co można powiedzieć prawdziwego o nim, który teraz idzie mostem Poniatowskiego z bananem w ręku?” (s. 82). „Próbuję go zobaczyć w ten marcowy dzień 1968 roku, kiedy wszystko się zmieniło” (s. 90). Autor Higienistów raz po raz zaznacza nieciągłość tożsamości, rozłączność własnego „ja”, dystans między tym, kim jest dziś, a tym, kogo próbuje przyszpilić w pierwszych rozdziałach książki. Choć pamięta mniej więcej, co widział i czuł, to „ten, który wtedy myślał, już nie odpowiada na wezwania” (s. 82). Narracja w obrębie kilku akapitów obraca się z pierwszoosobowej w trzecioosobową, by za chwilę dokonać kolejnych „przewrotek”. Pierwszy raz nie może napisać po prostu „ja”, gdy przywołuje dziecięce wspomnienie: „Tego lata znów jestem sam”, pisze, by po chwili się skarcić („Nie. Nie tak. Nie ja. Przestań, woła dziesięciolatek, pozwól mi zostać tam, gdzie jestem”, s. 34) i rozpocząć raz jeszcze: „Tego lata znowu jest sam. Miejsca nie da się ustalić” (tamże).

Zaremba destabilizuje narrację, wytrąca siebie (piszącego) i nas (czytających) z myślowych nawyków. Nie chce, jak każda zgrabna opowieść, mamić możliwością wyrwania czegoś (w całości) z czystej przeszłości i sprawienia, że tym żyjemy. Opowieść wprawdzie się w Domu… toczy, przeszłość (przed nami) wydarza się, ale potyka się o siebie, sama inscenizuje swoją bezradność. Ów efekt wygrywany jest zwłaszcza w początkowych rozdziałach, gdy oko czytelnika skupia się na pierwszym bohaterze: Macieju-dziecku, Macieju-nastolatku przeżywającym marcowy wstrząs. Bohater wymyka się nam, bo wymyka się Zarembie, na co trzeba mu pozwolić. Zanadto pełny, wyeksplikowany, dany w potoczystej narracji, byłby właśnie fałszywy, pochłonięty na zasadzie przekształcenia i przemieszczenia przez teraźniejsze „ja”. W dalszej części, gdy „oko” koncentruje się na ojcu i matce, ich rodzinach i losie przed wojną i w jej trakcie, reporter zachowuje tę oscylację między przeszłym i teraźniejszym, nie pozwalając zanurzyć się bez reszty w tym pierwszym. Zamiast skrywać narracyjne szwy i przetarcia materiału, z którego utkana jest opowieść, pisarz wywraca je na wierzch, a wraz z nimi swe obiekcje i niepewności. To, od czego zaczyna się pisanie, to nie całości, ale dziury, którymi poznaczona jest pamięć i z których zrobiony jest (a może – był, nim zdecydował się pisać) on sam. Pisanie nie jest składaniem raportu z pewnej całości (np. „ja”), jakiegoś gotowego bloku sensu. Dzieje się tak dlatego, że ten nie jest czymś, co poprzedza opowieść, ale co poprzez jej ruch się osiąga. Gąszcz (niejasnych) biograficznych nitek zostaje spleciony za sprawą uporczywej pracy „śledczej” (w archiwach), ale nade wszystko: pracy pamięci, empatii i wyobraźni, które są domeną pisania.

Słowo „dziura” jest tym właściwsze, że autor Higienistów jest nie tylko (jak każdy) podmiotem z dziurą w środku, lecz także kimś, kogo podziurawiła historia – ta pisana przez wielkie H. Sam o sobie powie przecież: „cały jestem z tego [matczynego – przyp. P.J.] milczenia”, z ciszy, którą wymusiła tamta historia. By przeżyć, będzie trzeba się przed nią skryć, zamknąć w niehistorii, tak by uwolnić się od jej władzy. Tym, co zamknięte i pogrzebane, jest w książce Zaremby żydowska przeszłość i związane z nią brzemię emocji, które sterują jego życiem z ukrycia.

Jeśli trzymać się jeszcze przez chwilę myśli, że jest to śledczy reportaż[1], trzeba by od razu dodać, że napisany językiem nie chłodnym i wyważonym, lecz namiętnym i żywym, często osuwającym się w porywczość, gniew, w nieopanowanie. („Fe, ależ jestem niesympatyczny”, s. 157; „Szukam metafor, które ranią. Piszę sto stron żenującej prozy, pełnej pogardy, nienawistnej”, s. 136). Zaremba zapytany kiedyś, czy w reportażu można uprawiać publicystykę, odpowiedział, że owszem, „ale trzeba [to] oddzielić kreską od twardego reportażu i dopiero komentować”[2]. Dom z dwiema wieżami nie stroni od publicystyki i kipiącego emocjami komentarza. Swą intensywnością sprawia, że – przez chwilę – pomyśleć można o niedawnych Młynach Bożych Jacka Leociaka, na których (niezależnie od słuszności krytyki) kładą się cieniem nadmierność, pasja i (doskonale przeciwskuteczny) wstręt, z jakim pisze on o swoim bohaterze[3]. Można by skwitować to krótkim: emocje wzięły górę nie tylko po prawej stronie. Różnica wszak (poza oczywistą, gatunkową) polega na tym, że emocje są jednym z bohaterów Domu… – tłumione, dochodzące do głosu raz tylko (gdy matka rok po wojnie „mówi, woła, skamle jak ranne zwierzę”, s. 10), nim zostaną całkiem wyparte. Emocje powracające w kolejnym pokoleniu, którym trzeba pozwolić się nieść, by pojąć, co właściwie się zdarzyło i zaspokoić „niezdrową potrzebę zrozumienia, dlaczego istnieje” (s. 293).

Lejtmotywem tej rodzinnej historii jest żydowskość, ale nie w trybie stałego horyzontu, ciągłości, uporczywego trwania. Jest ona raczej w osobliwym (a może typowym?[4]) ruchu – przesunięcia od centrum do peryferii, od kresów mowy i pamięci poza ich margines. Istniejąca, ściśle mówiąc, albo jako to, co wyparte (po wojnie), albo to, co otoczone piętnem, okrywające wstydem (przed wojną). By pojąć, jakimi uczuciami było darzone przez matkę pochodzenie, Zaremba przywołuje anegdotę opisaną przez George’a Clare’a. Oto jako siedmiolatek wiedeńczyk wyprawia się wraz ojcem statkiem wycieczkowym po Dunaju. Wszystko jest pięknie, pisze, dopóki nie zwraca się do ojca, by zadać mu pytanie. „Zacząłem moje pytanie od słów: „Tate, co to jest…?”[5]. Wtedy dostaje w twarz. Po czym ojciec znowu wymierza policzek, mówiąc: „Nie waż się tak do mnie nigdy zwracać”[6]. Reporterowi scena ta rymuje się z traktowaniem przez matkę przed wojną słowa „Żyd” jako czegoś obelżywego, a żydostwa jako czegoś, w czym nie ma „zbyt wielu powodów do dumy” (s. 121). Immerdauerowie (rodzice matki) byli zasymilowani, nie należeli do gminy, nie chodzili do synagogi, nie trzymali koszeru, a w Boże Narodzenie ubierali choinkę, choć nie świętowali niczego. Są, pisze Zaremba, pośrodku, w pół drogi, „nie chcą być żydami, ale nie są też chrześcijanami”, (s. 118). Jego opowieść sugeruje, że „Żyd” negatywnie nacechowany to produkt ksenofobii, a tuszowanie pochodzenia jest ucieczką od ciężaru stygmatu[7].

Po wojnie afektem, który przesuwa to, co żydowskie, w sferę tabu, będzie już nie wstyd (teraz nieobecny), ale obsesyjny lęk – przed powrotem tego samego, przed „spojrzeniami Polaków [,które] były najbardziej niebezpieczne dla ukrywającej się Żydówki” (s. 283). Jednak w książkę Zaremby, jak np. w Rzeczach, których nie wyrzuciłem, wpisany jest gest ratowniczy, odzyskujący przemilczane i włączający je w samo serce biografii. „Dziadek nie ma grobu. (…) Dziadka nie ma. (…) Sędzia Immerdauer nie zachował się ani w polskiej, ani w żydowskiej pamięci i gdyby powiódł się plan mamy, zniknąłby także z mojej. (…) Taki był zamiar. A ja teraz piszę: Izaak Wilhelm Immerdauer [wyróżn. – P.J.]” (s. 112–113).

Dom z dwiema wieżami to także (a może nade wszystko) rozmowa, której kiedyś nie dało się odbyć. Zaremba pisze przecież: „Rozumiem cię, Tato” (s. 11), „Tato kochany” (s. 105), „Wybacz, mamusiu” (s. 271), „Dziadku” (s. 133) itd. W pewnym momencie dowiadujemy się o listach, które pozostały w Polsce Oskar słał regularnie do syna w Szwecji. „Te listy, czytamy, nie są pisane do tego, kim byłem wtedy. To poczta butelkowa w czasie, do tego, kim będę za czterdzieści lat” (s. 280). Dom… jawi się więc jako zbiór listów, które Zaremba wymienia z krewnymi i ze sobą, listów-odpowiedzi, których nie mógł udzielić, będąc tamtym chłopcem. Teraz, gdy uwalnia zatamowane emocje, gdy wie „o nich [rodzicach] więcej, niż oni wiedzieli o sobie nawzajem” (s. 11–12), może odpowiedzieć na ojcowskie: „Kto mnie usprawiedliwi?” i matczyne: „Powiedz, że postąpiłam słusznie” (tamże).

Prywatne zawsze łączy się z publicznym, tyle że tu to drugie wdziera się gwałtem, radykalnie zmienia bieg życia, wykolejając biografie. Dlatego opowieść, którą pisarz przędzie ze skrawków pamięci, archiwów, z emocji i słów, nie zostaje zamknięta w tym, co osobiste, ale mocą pisarskiego gestu wpisana w to, co publiczne / wspólne, by w tym polu dokonać przekształceń i wykoleić obowiązujące narracje.

A zatem Dom z dwiema wieżami to jeszcze jeden list – wysłany do Polski, na który każdy z nas musi udzielić odpowiedzi.

_

Maciej Zaremba Bielawski

Dom z dwiema wieżami

tłum. Mariusz Kalinowski,

Wydawnictwo Karakter, Kraków 2018, s. 320

 

[1] Na fakt, że jest to w istocie reportaż przeprowadzony na sobie, zwrócił uwagę w pisanym równolegle tekście Marcin Wicha.

[2] Rozmowa Marcina Żyły z Maciejem Zarembą Bielawskim w ramach Conrad Festiwal, 24 października 2017 r.

[3] J. Leociak, Młyny Boże, Wołowiec 2018.

[4] Piszę o tym szerzej w pracy Niedokończony projekt emancypacji. Integracja i asymilacja Żydów Krakowa w drugiej połowie XIX w. (w przygotowaniu).

[5] Podaję za oryginałem: George Clare, Last Waltz in Vienna: The Rise and Destruction of a Family: 1842– 1942, Holt 1982, s. 85.

[6] Tamże.

[7] Jest to niepowątpiewalnie (także) prawda, choć objaśnienie to jest tylko częściowe i niewystarczające. Bo wrażenia, że „Żydzi to ludzie, którzy chodzą w łachmanach, mówią brzydko i mają kwaśny zapach” (podzielanego przez matkę reportera Lilę i nieprostowanego przez jej matkę), nie da się złożyć na karb stygmatyzacji, i trzeba je czytać raczej w kontekście ostrych różnic klasowych. By pojąć właściwie wstyd (za) i zażenowanie odczuwane (wobec) „chałaciarzy”, trzeba włączyć do refleksji napięcie istniejące między tymi, którzy przeszli proces Verbesserung („ulepszenia”) i zaakceptowali kodeks, wspólne wartości moralne, społeczne i styl życia klasy dominującej, a tymi (nazwijmy ich „chałaciarzami”), którzy odnajdywali spełnienie w społeczno-religijnej hierarchii.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter