70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Anna Liminowicz

Mówię ci, przesuń się

„Oczywiście, że pracuję nad projektem, panie Kaufmann” – powtarzał wielokrotnie Frank Lloyd Wright. Mówił to do słuchawki od czasu, kiedy w grudniu 1934 r. odwiedził Bear Run. To wtedy Edgar J. Kaufmann senior zlecił mu zaprojektowanie letniej posiadłości nad wodospadem.

Po miesiącach uprzejmych i abstrakcyjnych rozmów Kaufmann postanowił zrobić Wrightowi niespodziankę. Zadzwonił do architekta i powiedział, że wybiera się do jego pracowni, żeby obejrzeć projekt. Był niedzielny poranek, końcówka września.

Frank Lloyd Wright odłożył słuchawkę. Nie miał żadnego projektu, żadnych rysunków, przez dziewięć miesięcy nie zrobił nic. Praktykanci obecni w pracowni zerkali mu nerwowo na ręce, a ten niewysoki mężczyzna spokojnie rozłożył brystol i zaczął stawiać kreskę za kreską. W czasie tych dwóch godzin, kiedy Kaufmann jechał do pracowni Wrighta, powstał projekt Fallingwater, najbardziej wyjątkowego domu Ameryki.
Wright był geniuszem, podobnie jak Mozart, który uwerturę do Don Giovanniego skomponował w noc poprzedzającą premierę.

I Wright, i Mozart widnieją na liście najbardziej znanych prokrastynatorów.

To zresztą długa lista i mam gdzieś na niej swoją lokację. To umiarkowanie rozsądne przyznawać się do tego w pierwszym felietonie – ale prokrastynacja nie ma wiele wspólnego z rozsądkiem. Pochodzi od łacińskiego procrastinatio i oznacza „odkładanie na jutro”. Ja lubię prostą definicję: postawa zwlekająca.

Tak, słyszę te głosy: to gładkie określenie zwykłego lenistwa.

Ale nie chodzi o lenistwo. Prokrastynując, można się naprawdę umęczyć i napracować.

Na potrzeby tego tekstu podzieliłam sobie świat na dwie części: na ludzi, którzy, gdy im mówiłam, że piszę o prokrastynacji, wyrażali uprzejme zainteresowanie, i ludzi, którzy na te słowa wybuchali nerwowym śmiechem. Ci drudzy to moje plemię – nie takie małe, ponoć prokrastynacja dotyka 15–25% dorosłych.

Psychologowie i terapeuci mówią, że odkładanie na później to rodzaj choroby cywilizacyjnej, jeszcze jeden, obok hazardu, przejadania się i nadmiernego zadłużania się, przejaw kłopotów z emocjami.

Ja myślę, że może chodzić po prostu o poczucie kontroli.

Patrzę na deadline i mówię mu: ja tu rządzę. Ja cię przesunę, gdzie zechcę. A czasem, niestety: ja cię wyślę w niebyt. Bo zdarzyły mi się teksty, które z powodu prokrastynacji nie powstały. Albo powstały tylko w jednej trzeciej, do połowy… grzebię je w specjalnym folderze-cmentarzyku.

Prokrastynację można ponoć leczyć, np. na terapii behawioralnej.

Pewnie taką terapię bardzo bym odwlekała, dlatego wolałam swoją prokrastynację oswoić.

Znam wszystkie jej fazy: najpierw wydaje mi się, że termin skończenia pracy jest realny. Ale profilaktycznie przesuwam deadline, zanim jeszcze na dobre go ustalę. Potem gram w grę „mam jeszcze sporo czasu”. Później z kolei przychodzi faza „nie dam rady” i „to kompletnie bez sensu”. Bo prokrastynacja wiąże się z obawą bycia nie dość dobrym, dobrą.

Jednak próbuję, układam w głowie tekst, planuję wstęp i zakończenie, notuję pojedyncze słowa. A mózg szykuje mi przeszkody.

Mam taką szufladę – myślę, że każdy ma – do której nie zaglądałam od miesięcy. Zajrzałam teraz. Miałam tam stare rachunki, ubezpieczenia, bilety, PIT-y, zaświadczenia. Segregowałam je cały dzień.

Poza tym ten akurat tekst mogę zbilansować następująco:

Napisałam wiele zaległych wiadomości.

Usunęłam z telefonu kilka społecznościowych aplikacji.

Ustaliłam sama ze sobą szereg abstrakcyjnych zasad i zaraz je złamałam.

Wymyśliłam nawet nowy temat na reportaż i przejechałam 300 km, żeby się nim zająć.

Czytałam. Godzinami przebywałam w bezpiecznym nawiasie „to mi jest potrzebne do tekstu” – mogłam szukać informacji o innych prokrastynatorkach i prokrastynatorach. Zastanowić się, dlaczego wymienia się tylu znanych mężczyzn i tak mało kobiet. Zadać sobie pytanie o to, czy prokrastynacja na pewno jest chorobą cywilizacyjną. Jeśli tak, to czemu dokuczała już Markowi Aureliuszowi i św. Augustynowi z Hippony? I znaleźć jednak jej wymiar cywilizacyjny: jest coraz więcej rozpraszaczy, które pomagają zwlekać. Seriale, media społecznościowe, internet to sprzymierzeńcy prokrastynacji.

Prokrastynacja nie ma numeru w klasyfikacji chorób ICD, leczenie nie jest refundowane. Pracownicy produkcji, handlu, usług na luksus prokrastynacji nie mogą sobie pozwolić.

Dlatego bardzo moją prokrastynację doceniam.

Dziś prawie nie spałam, śnił mi się deadline. Wstałam o 4:30, żeby dokończyć ten tekst. Wysyłam go prawie w terminie, ale nie odczuwam satysfakcji. Jestem prawie pewna, że za trzy dni byłby lepszy.

Mam jednak porządek w strasznej szufladzie. Posegregowałam ubrania. Wiem, ile wzrostu miał Frank Lloyd Wright i jak się toczyły losy rodziny Kaufmannów przez cały wiek XX.

Kolejny deadline na horyzoncie, ale to jeszcze przecież nie teraz. Zaraz. Za chwilę.

Pomyślę o tym jutro.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter