70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Prawa nie tylko dla kobiet

Zakres praw reprodukcyjnych jest przedmiotem kontrowersji. Panuje konsensus co do tego, że każdy człowiek ma prawo do planowania rodziny i edukacji seksualnej, punktem największych konfliktów pozostaje zaś kwestia przerywania ciąży.

Karolina Głowacka: Kiedy prawa reprodukcyjne uznano za część praw człowieka?

Eleonora Zielińska: Jeśli pyta Pani o treść tego, co nazy­wamy dziś „prawami reproduk­cyjnymi”, a nie o sam termin, to możemy wskazać na rok 1968, kiedy w Teheranie odbyła się pierwsza Międzynarodowa Konferencja Praw Człowieka ONZ. To wtedy rozpo­częto dyskusję na temat uznania prawa do decydowania o liczbie dzieci i momencie ich urodzenia. Początkowo nie rozstrzygnięto, czy ma ono dotyczyć par czy też – tak jak pozostałe prawa człowieka – jednostek. Uchwała z Teheranu expressis verbis mówiła jedynie o uprawnieniach rodziców do pla­nowania rodziny. W kolejnych dokumentach zapisy te poszerzono o edukację seksualną, czyli dostęp do wiedzy o ludzkiej rozrodczości i metod zapobiegania ciąży, z której w równym stopniu powinni móc korzystać kobiety i mężczyźni.

Pojęcia „zdrowie reproduk­cyjne” i „prawa reprodukcyjne” i ich definicje zostały wprowadzone do aktu końcowego („Programu dzia­łania”) na Międzynarodowej Konfe­rencji na temat Zaludnienia i Roz­woju, która odbyła się w 1994 r. w Kairze. Przyjęto w nim dość ogólną formułę, że obywatele i obywatelki mają prawo podej­mować decyzje reprodukcyjne w sposób wolny od dyskrymi­nacji, przymusu oraz przemocy. Poruszono też problem „niebez­piecznej aborcji” (unsafe abortion) rozumianej jako zabiegi przery­wania ciąży wykonywane przez niewykwalifikowane osoby lub w warunkach nieodpowiadają­cych minimalnym standardom bezpieczeństwa, najczęściej nie­legalnie (w konsekwencji obowią­zywania zakazu). Podkreślono, że brak rozeznania przez państwo co do rozmiarów tego zjawiska i uni­kanie efektywnych działań prewen­cyjnych stanowi naruszenie obo­wiązku ochrony zdrowia obywateli. Jednakże państwa wrogie jakiejkol­wiek formie legalizacji przerywania ciąży w zastrzeżeniach lub specjal­nych deklaracjach podkreślały, że wszelkie ustalenia odnoszące się do praw reprodukcyjnych będą przez nie rozumiane jako niedotyczące przerywania ciąży. Dążyły one też do wyłączenia zapisu o potrzebie eliminacji „niebezpiecznej aborcji”, argumentując, że zobowiązując do takich działań rządy państw, nikt nie troszczy się o bezpieczeństwo nienarodzonego dziecka. Pozostał on jednak zarówno w „Programie działania”, jak i w późniejszych aktach ONZ (np. w dokumentach końcowych konferencji w Pekinie w 1995 r. dotyczącej równego sta­tusu kobiet i mężczyzn). Dla części środowisk kobiecych rozczaro­waniem był zaś brak szerszego uznania prawa do antykoncepcji i do przerywania co najmniej wczesnej ciąży.

Obecnie prawa reprodukcyjne traktowane są jako element norm dotyczących ochrony zdrowia i poszanowania życia rodzinnego. Niektóre nowsze dokumenty mię­dzynarodowe z dziedziny praw człowieka (np. Konwencja ONZ o prawach osób niepełnospraw­nych z 2006 r.) nawiązują do ich treści, nie używając jednak samego terminu.

 

Jaki jest status praw reproduk­cyjnych w Polsce?

Polska przyjęła m.in. dokumenty końcowe konferencji w Kairze czy w Pekinie. Choć nie mają one rangi równej traktatom, to zobo­wiązują państwa do ich wykony­wania pod rygorem utraty wiary­godności na arenie międzynarodowej. Jednocześnie jednak – nie tylko w Polsce – zakres praw reprodukcyjnych jest przedmiotem kontrowersji. Panuje konsensus co do tego, że każdy człowiek ma prawo do planowania rodziny i edukacji seksualnej, punktem największych konfliktów pozostaje zaś kwestia przerywania ciąży.

 

Jak pogodzić postulowaną powszechność praw reprodukcyj­nych z faktem, że są one odmiennie rozumiane w różnych krajach?

Idea praw człowieka opiera się na założeniu, że są one uniwer­salne, niepodzielne, niezbywalne i wzajemnie powiązanie, co m.in. oznacza, że żadne z państw nie może pod pretekstem tradycji ani religii usprawiedliwiać nieprzestrzegania niektórych z nich. W praktyce jednak bywają one kwe­stionowane w wielu krajach. Przy­kładem jest np. podważanie przez Stany Zjednoczone zasady bez­względnej wolności od tortur.

 

Najostrzejsze debaty toczą się wokół kwestii aborcji…

Moim zdaniem zamiast słowa „aborcja” lepiej używać sformu­łowania „przerywanie ciąży”, ponieważ ono jasno wskazuje, że ten zabieg dotyczy kobiety, kon­kretnej osoby płci żeńskiej.

Problem przerywania ciąży wiąże się z wyważeniem wartości, jakimi są prawo do prywatności i decydowania o swoim życiu przez kobietę oraz ochrona życia płodu. Warto podkreślić, że nawet prawo do życia urodzonej osoby nie jest bezwzględnie chronione. Każde prawodawstwo dopuszcza jakieś wyjątki, np. możliwość zabicia przeciwnika w czasie wojny czy poświęcenia życia napastnika lub innej osoby, często niewinnej, w stanie wyższej konieczności. Należy też zauważyć, że w żadnym z międzynarodowych dokumentów o charakterze konwencji ratyfiko­wanym przez Polskę nie zagwa­rantowano wprost ochrony życia płodu równej tej przynależnej osobie urodzonej. O potrzebie „ochrony prawnej” również przed urodzeniem mówi wprawdzie preambuła Konwencji o pra­wach dziecka z 1989 r. (a wcześniej Deklaracja Praw Dziecka), jednak nie wskazuje, jaki ma mieć ona charakter (np., że ma mieć charakter prawa osobowego, jak w przypadku dziecka urodzone-go), nie mówiąc o tym, że pream­buła nie ma mocy prawnej równej innym przepisom.

Bezwzględnej ochronie nie powinno zatem podlegać ani życie płodu, ani prywatność kobiety.

Poprzez regulację prawną szuka się rozwiązania kompromiso­wego, które w różnych państwach wygląda inaczej. Dyskusyjne jest to, które prawa kobiety powinno się zabezpieczyć w sytuacji kon­fliktu. Czy tylko jej prawo do życia lub zdrowia fizycznego i psychicz­nego, czy również takie wartości jak poszanowanie godności i moż­liwość decydowania o życiu pry­watnym? Osobiście jestem za libe­ralizacją rozwiązań dotyczących przerywania ciąży – uważam, że kobieta powinna w ciągu pierw­szych 12 tygodni ciąży mieć prawo do samodzielnej decyzji. Sądzę, że to rozwiązanie jest zgodne z polską konstytucją, która wyraźnie mówi o prawie każdego obywatela do decydowania o swoim życiu oso­bistym (art. 47), zapewnia ochronę prawną wolności człowieka i sta­nowi, że nikogo nie można zmuszać do tego, czego prawo mu nie nakazuje (art. 31), oraz zapewnia nietykalność i wolność osobistą (art. 41). Warto też pamiętać, że obecny zakaz przerywania wczesnej ciąży jest w mocy tylko na papierze, gdyż jego przestrzeganie jest trudne, a nawet niemożliwe do skontrolowania. W Internecie łatwo można kupić pigułki wywołujące poronienie, przy którym lekarz nie jest w stanie ustalić, czy doszło do niego w sposób natu­ralny czy sztuczny. Utrzymywanie zakazu zakrawa więc na hipokryzję.

W czasie prac nad ustawą z 1993 r. byłam zwolenniczką dopuszczenia przerwania ciąży w pierwszym trymestrze pod warunkiem tzw. poinformowanej i przemyślanej zgody. Kobieta powinna móc podjąć decyzję po konsultacji, przedstawieniu jej alternatywnych rozwiązań, tak żeby wiedziała, na jakie wsparcie może liczyć, jeśli zdecyduje się uro­dzić. W tej chwili jednak nie postu­lowałabym takiego rozwiązania. Mam poważne obawy, że podobnie jak to się dzieje w kilku innych kra­jach, konsultacja byłaby wykorzy­stywana do utrudniania decyzji, a nie do rzeczowego informowania, zaś czas do namysłu służyłby do uniemożliwienia kobiecie wyko­nania zabiegu z powodu przekroczenia ustawowego terminu.

Jednocześnie można wprowadzić sposoby ochrony życia embri­onu skuteczniejsze niż zakazy ograniczające prawa kobiet. Mam na myśli aktywną politykę proro­dzinną państwa ukierunkowaną na stworzenie możliwości – harmonijnego i na zasadach rów­ności – łączenia przez partnerów życia rodzinnego i zawodowego. Taka polityka wraz z satys­fakcjonującymi środkami zabez­pieczenia socjalnego może mieć istotny wpływ na decyzje reproduk­cyjne. Potwierdza to wysoka dziet­ność Polek w Wielkiej Brytanii, czyli kraju, w którym zabieg przerywania ciąży, również dla cudzoziemek, jest powszechnie dostępny.

 

Jaki jest Pani stosunek do klau­zuli sumienia?

Klauzula sumienia pojawiała się najczęściej w tych ustawodaw­stwach, które pozostawiały kobiecie prawo do decydowania o prze­rwaniu ciąży w pierwszym okresie jej trwania. Wtedy jej możliwość samodzielnego decydowania była równoważna z prawem lekarza do odmowy wykonania zabiegu. Nato­miast w sytuacji, kiedy przerwanie ciąży jest możliwe tylko przy bardzo konkretnych wskazaniach, to klau­zula sumienia może praktycznie uniemożliwić wykonanie prawnie dopuszczalnego zabiegu, tym bar­dziej że możliwość odmowy uzur­pują sobie również lekarze, których rola sprowadza się tylko do wydania orzeczenia o dopuszczalności prze­rwania ciąży. W konsekwencji ustawowego zagwarantowania klau­zuli sumienia domagają się, w kon­tekście prawa do odmowy sprze­daży środków antykoncepcyjnych, nawet farmaceuci. Możemy więc według mnie mówić dziś w Polsce o zupełnym wypaczeniu tej idei.

Uważam ponadto za nietrafne orzeczenie Trybunału Konstytu­cyjnego z 2015 r., który za niekon­stytucyjny uznał przepis z ustawy o zawodzie lekarza (art. 39) w tej części, gdzie wymaga on od lekarza korzystającego z klauzuli sumienia wskazania realnej możliwości ­ uzyskania danego świadczenia w innej placówce leczniczej. Roz­wiązanie to jest nieprawidłowe, gdyż tylko lekarz ma warunki przekazania pacjentce tej infor­macji z zachowaniem niezbędnej poufności. Inną sprawą jest to, że nie na lekarzu powinien spoczywać obowiązek poszukiwania na własną rękę informacji, gdzie ist­nieje realna możliwość uzyskania danego świadczenia, lecz powinna mu być ona dostarczona i na bie­żąco aktualizowana przez podmiot zobowiązany do zapewnienia na danym terenie dostępu do świad­czeń zdrowotnych.

 

Kontrowersje w kwestiach praw reprodukcyjnych budzi też fakt, że mężczyzna, ojciec dziecka, nie ma prawa współdecydowania o konty­nuacji lub przerwaniu ciąży.

Europejski Trybunał Praw Człowieka w sprawach, gdzie przedmiotem zarzutu było to, że mężczyzna nie ma wpływu na przerwanie przez kobiety ciąży (np. Paton prze­ciwko Wielkiej Brytanii w 1980 r.), rozstrzygał, że w tym przypadku prawo kobiety powinno mieć prze­wagę nad oczekiwaniami męż­czyzny. Argumentacja była nastę­pująca: kobieta ponosi wszelkie niedogodności ciąży nie tylko wpływające na jej samopoczucie czy sposób kształtowania życia osobistego, ale także bezpośrednio na zdrowie. Jeżeli więc przyznali­byśmy mężczyźnie prawo do decy­dowaniu o utrzymaniu ciąży czy jej przerwaniu, to wtedy jednocze­śnie dajemy mu możliwość decydo­wania o zdrowiu kobiety.

 

Bywa jednak i tak, że kobieta po prostu nie chce urodzić, mimo że nie ma ku temu np. zdrowot­nych przeciwskazań. Również z tej decyzji wyłączony jest mężczyzna. Takie rozwiązanie jest dyskusyjne.

Tu zachodzi konflikt, nikt temu nie przeczy. Mężczyzna chciałby prze­kazać swoje geny i mieć dziecko, ciesząc się z ojcostwa, natomiast kobieta uważa, że koliduje to z jej planami życia osobistego. Nawet jeśli ciąża przebiega bez większych komplikacji, to ma ona konse­kwencje zdrowotne – ciąża i poród zawsze zmieniają ciało i psy­chikę kobiety. Trybunał we wspo­mnianym wyroku próbował zważyć te racje. I orzekł, że dobro i interes kobiety powinny przeważać nawet nad dobrze rozumianym intere­sem mężczyzny. Stwierdził też, że lekarz nie ma prawa powiedzieć mężczyźnie, że kobieta jest w ciąży, bez jej wyraźnej zgody. Informacja taka powinna być objęta poufno­ścią zarezerwowaną dla relacji pacjentka–lekarz. Tym bardziej nie miałby prawa ujawnić, że pacjentka żąda przerwania ciąży ani że prze­prowadziła ten zabieg.

 

Jakie są zatem prawa reproduk­cyjne mężczyzn?

Prawa reprodukcyjne – edukacja seksualna oraz planowanie rodziny wolne od dyskryminacji, przymusu i przemocy – dotyczą zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Jedyna róż­nica związana jest z kwestią prze­rywania ciąży, która dotyczy tylko kobiet.

 

Proszę podać przykłady, gdy łamie się prawa mężczyzn.

Można za takie uznać sytuacje przymusowego ubezpłodnienia bądź oferowanie finansowych zachęt za poddanie się takiemu zabiegowi. Mężczyzn dotyczą one podobnie jak kobiet. Myślę o poli­tyce wymuszonych sterylizacji w niektórych krajach zachodnich (w Szwecji i w USA dochodziło do nich jeszcze w latach 70. XX w.) czy np. w Indiach, gdzie niedawno media nagłośniły sprawę istnienia specjalnych obozów, w którym osoby ubogie za poddanie się zabiegowi otrzymywały finan­sową rekompensatę. Wydaje się, że dopiero w 2016 r. udało się położyć kres takim praktykom. Również w ostatnich latach w Europie zda­rzały się przypadki niedobrowolnej sterylizacji romskich kobiet (a rza­dziej – również mężczyzn) w Cze­chach, Słowacji i Rumunii. Kon­trowersje budziła też prowadzona do 2015 r. w Chinach tzw. polityka jednego dziecka, w ramach której posiadanie większej liczby dzieci wiązało się z obciążeniami finanso­wymi, a zdarzały się również przy­padki przymusowej sterylizacji.

Za ograniczenie praw repro­dukcyjnych można uznać sytuację, że pomimo wielu dekad badań kli­nicznych dotychczas nie wprowa­dzono do obrotu farmaceutycz­nych środków antykoncepcyjnych dla mężczyzn.

Dyskryminacja kobiet polega na tym, że ponoszą całe ryzyko zdrowotne stosowania metod, które najskuteczniej zapo­biegają ciąży. Za przejaw dyskrymi­nacji mężczyzn można zaś uznać fakt, iż zdani są oni na decyzję kobiety co do użycia lub nie farma­ceutycznej antykoncepcji.

 

Czy w Polsce dobrowolna stery­lizacja jest legalna?

Prawnicy się o to spierają. Polski kodeks karny penalizuje spowo­dowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu skutkującego m.in. utratą zdolności płodzenia (art. 156). Nie­którzy uważają, że przepis można interpretować również jako zakaz sterylizacji na życzenie. Wów­czas jako ciężkie uszkodzenia ciała powinna być ona ścigana ex officio, z urzędu, a nie na wniosek pokrzywdzonego.

 

A jaka jest praktyka?

W Internecie jest mnóstwo ogło­szeń oferujących wazektomię (przecięcie i podwiązanie nasie­niowodów) i w rzeczywistości akty dobrowolnego ubezpłodnienia nie są w Polsce karane. W przekonaniu części środowiska prawniczego (takie jest również moje stano­wisko) jeśli zabieg jest przeprowa­dzany na wyraźne życzenie, to jest on legalny. Dlaczego? Po pierwsze, w związku z istniejącymi możliwo­ściami np. zamrożenia plemników czy komórek jajowych przed zabie­giem, sterylizacja nie musi ozna­czać pozbawienia człowieka zdol­ności płodzenia, bo w przypadku zmiany planów zawsze można sko­rzystać z zapłodnienia pozaustrojo­wego. Po drugie, w miarę rozwoju techniki medycznej wazektomia w coraz większym stopniu staje się zabiegiem odwracalnym. Po trzecie i najważniejsze, zdolność płodzenia można uznać za dobro, którego jesteśmy wyłącznymi dys­ponentami. Słabą stroną tej argu­mentacji jest jednak to, że można by ją rozciągnąć na inne przypadki samouszkodzenia czy ingerencji w nasze ciało i np. na tej podstawie komuś na jego życzenie uciąć rękę.

 

Albo pozwolić sprzedać swoją nerkę.

W polskim prawodawstwie sformu­łowany jest wyraźny zakaz handlu organami. Zasadniczym powodem zakazu komercjalizacji ciała ludz­kiego jest w moim przekonaniu obawa o dyskryminację osób ubo­gich, które z powodów finanso­wych byłyby skłonne narazić na ryzyko własne zdrowie. W świetle polskiego prawa karze nie podlega jednak osoba, która nielegalnie oddaje swój organ za wynagrodze­niem, lecz ta, która nim handluje.

Trzeba zauważyć, że dobro­wolne ubezpłodnienie nie jest związane z zagadnieniem komer­cjalizacji ciała. W odróżnieniu od obcięcia ręki czy nogi nie prowadzi też do uszczerbku na zdrowiu unie­możliwiającego pracę zawodową, więc nie obciąża społeczeństwa kosztami renty dla takiej osoby. Można wprawdzie twierdzić, że wartością dla polskiego spo­łeczeństwa jest to, aby rodziło się więcej dzieci, niemniej jednak wtedy należałoby zastanowić się nad tym problemem kompleksowo i zakazać nie tylko dobrowolnej ste­rylizacji, ale i dobrowolnego celi­batu. Warto też dodać, że w niektó­rych krajach kwestia dopuszczal­ności sterylizacji dla celów inne niż terapeutyczne jest uregulowana prawnie i zależy np. od osiągnięcia określonego wieku przez osobę zainteresowaną, ewentualnej zgody małżonka bądź też posiadania wymaganej liczby dzieci.

Jakie prawa reprodukcyjne przynależą osobom z niepeł­nosprawnością intelektualną? W 2014 r. głośny był problem poda­wania ubezwłasnowolnionym mieszkankom domów pomocy spo­łecznej środków antykoncepcyj­nych – jedynie za zgodą ich opie­kunów prawnych. Sprawę ujawnili pracownicy Krajowego Mecha­nizmu Prewencji, którzy skiero­wali skargę do rzecznika praw obywatelskich.

W świetle polskiego prawa osobie ubezwłasnowolnionej z powodu choroby psychicznej lub niedo­rozwoju umysłowego można co do zasady podawać środki anty­koncepcyjne za zgodą zastępczą przedstawiciela ustawowego. RPO zajął jednak stanowisko odmienne, zgodnie z którym podawanie takich środków kwalifikuje się do spraw „ważniejszych”, które nie mogą być rozstrzygane przez samego przed­stawiciela, lecz wymagają decyzji sądu opiekuńczego. Osobiście sądzę, że w odniesieniu do farma­ceutycznej antykoncepcji należy stosować podobne zasady jak dla wszelkich innych świadczeń zdro­wotnych, czyli wymagać jedynie zgody przedstawiciela. Należy jednak brać pod uwagę rzeczywisty stan zdrowotny danej osoby ubez­własnowolnionej, a nie tylko jej for­malną zdolność prawną. W sytuacji niezgody między osobą ubez­własnowolnioną, choć zdolną do podjęcia decyzji z rozeznaniem, a jej przedstawicielem ustawowym sprawę rozstrzyga sąd opiekuńczy.

Kwestia płodności osób z nie­pełnosprawnością intelektualną budzi kontrowersje z powodu obawy przed przenoszeniem nie­których wad genetycznych (kobiety z zespołem Downa są w ok. 50% płodne, a 35–50% ich dzieci dzie­dziczy po matce trisomię lub inne wady rozwojowe). Niektórzy opie­kunowie prawni domagają się prawa do decyzji o trwałym ubez­płodnieniu swoich podopiecznych – w Wielkiej Brytanii sąd odmówił jednak rodzicom będącym przed­stawicielami ustawowymi kobiety z zespołem Downa zgody na jej ste­rylizację, wychodząc z założenia, że w tym przypadku mogą mieć zasto­sowanie inne, mniej radykalne metody antykoncepcji.

W 2012 r. Polska ratyfiko­wała Konwencję ONZ o prawach osób niepełnosprawnych. W jej duchu jest unikanie samej insty­tucji ubezwłasnowolnienia. Osoba z niepełnosprawnością intelek­tualną powinna mieć asystenta, który każdorazowo wspólnie z nią decydowałby o ważnych spra­wach życiowych. Konwencja mówi też o prawie do zawierania mał­żeństw przez takie osoby, choć w Polsce małżeństwa osób cał­kowicie ubezwłasnowolnionych zabrania kodeks rodzinny i opie­kuńczy (art. 12). W zgodzie z nią nie powinno się też powierzać kwestii reprodukcyjnych rodzinie. Powinna to być decyzja tej osoby przy konsultacji z asystentem, który ma brać pod uwagę jej sto­pień niepełnosprawności umy­słowej. Wskazane rozwiązanie jest jednak racjonalne tylko wtedy, gdy państwo gwarantuje godną opiekę i adekwatną pomoc takim osobom i ich potomstwu, a nie przerzuca obowiązków na ich naj­bliższych, których niepokój, co się stanie z osobami będącymi pod ich opieką, w sytuacji gdy ich zabraknie, jest w pełni uzasadniony.

Konwencja stara się więc trak­tować osoby z niepełnosprawno­ścią intelektualną jako te, którym przynależą wszelkie prawa, aczkol­wiek korzystanie z nich powinno być obwarowane pewną pomocą.

 

Czy można mówić o prawie do posiadania dziecka? Pytam o dostęp do procedury in vitro oraz o pary homoseksualne, które muszą korzystać z niestandardo­wych rozwiązań.

Nie mówimy tu o prawie do dziecka, lecz np. o możliwości korzystania z osiągnięć techniki medycznej. Jestem zwolenniczką refundo­wanego dostępu do procedury in vitro, choć oczywiście są przy niej konieczne pewne obostrzenia. Polska ustawa o leczeniu niepłod­ności z 2015 r. zakazuje m.in. two­rzenia hybryd z wykorzystaniem ludzkiego materiału rozrodczego, dokonywania zmian dziedzicz­nych w genomie człowieka bądź selekcji zarodków pod względem płci, chyba że chodzi o uniknięcie chorób genetycznych związanych z płcią dziecka. Do kontrowersyj­nych spraw należy kwestia, czy ze środków wspomaganej medycznie prokreacji mogą skorzystać tylko pary małżeńskie lub osoby pozo­stające we wspólnym pożyciu czy także indywidualnie same kobiety.

Czy należy pozwolić na „adopcję” embrionu, czyli wszczepienie w ramach procedury leczenia nie­płodności zarodka obcego gene­tycznie parze? Czy powinny być ograniczenia wiekowe dla bior­czyń zarodka?

Każdy z tych pro­blemów musi być rozstrzygany przy ważeniu różnych racji: medycznych, społecznych i prawnych.

Natomiast jeśli chodzi o osoby homoseksualne – w przypadku par lesbijskich dziecko urodzone przy wykorzystaniu technik wspoma­ganego medycznie rozrodu (nieko­niecznie z wykorzystaniem zapłod­nienia pozaustrojowego) jest zazwy­czaj naturalnym dzieckiem jednej z kobiet. Uważam, że ma ona prawo czerpać z osiągnięć medycyny. W przypadku męskich par homo­seksualnych kwestia jest bardziej złożona, ponieważ muszą korzystać z usług surogatki, matki zastępczej, która po donoszeniu ciąży oddaje im niemowlę. Poza nielicznymi wyjątkami działania altruistycz­nego, gdy np. matka rodzi dziecko dla swojej córki, surogacja grozi uprzedmiotowieniem kobiet i spro­wadzaniem jej ciała do macicy, komercyjnego narzędzia dla celów wyznaczanych przez inne osoby.

 

Kobieta może też w pewnym momencie zmienić zdanie.

Tak i jeśli to zrobi, z reguły przy­znaje się jej rację, w tych usta­wodawstwach, które surogację wyraźnie dopuszczają. Niektóre kraje europejskie, np. Portugalia, Wielka Brytania czy Holandia dopuszczają tylko surogację altru­istyczną. Inne, np. Rosja, Ukraina, Grecja i Czechy wydają się dopusz­czać także tę komercyjną. Suro­gacja związana z odmową kobiecie, która urodziła dziecko, prawa do jego zatrzymania, jest dopusz­czalna tylko w Indiach. Całe zagad­nienie przypomina nieco handel organami, ponieważ w obu przy­padkach decyzja o poważnej inge­rencji we własne ciało wymuszona jest często presją ekonomiczną. W Polsce sprawa macierzyństwa zastępczego nie jest uregulo­wana. Jednakże śledząc ogłoszenia w Internecie, można nabrać prze­konania, że surogacja jest w prak­tyce stosowana, często pod przy­kryciem adopcji ze wskazaniem.

Podchodzę więc do instytucji surogacji z dużą rezerwą. Inaczej jest w kwestii adopcji – jestem przekonana, że adopcja dziecka przez parę homoseksualną jest dla niego dużo lepszym wyborem niż dom dziecka.

 

Jak ma się zachowywać usta­wodawca w sytuacji, gdy obywa­tele prezentują zupełnie odmienne oceny etyczne? Zwolennicy pro-life powiedzą przecież: „Chodzi nam o prawo do życia, które zaczyna się w momencie poczęcia”. Zwo­lennicy pro-choice odpowiedzą: „Nieprawda, to nie jest pełno­prawne życie ludzkie, a musimy chronić prawa kobiet do decydo­wania o swoim ciele i zdrowiu”. Jak głęboko powinny sięgać regu­lacje prawne wobec tych – jak się zdaje – nierozstrzygalnych sporów etycznych?

W związku z tym, że jest to pro­blem nierozstrzygalny, a naru­szenia prawa kobiet, które są skut­kiem obowiązywania zakazu prze­rywania ciąży, są empirycznie udo­kumentowane, należały przyjąć rzeczywisty kompromis polega­jący na zróżnicowaniu sposobu ochrony płodu w zależności od stadium zaawansowania ciąży. W pierwszym stadium oznacza­łoby to wyłączenie kryminali­zacji jej przerwania, co nie musi oznaczać pozbawienia ochrony zarodka lub płodu za pomocą innych środków niż prawnokarne. Dopuszczalność przerwania ciąży w późniejszym stadium jej zaawan­sowania powinna być uzależniona, tak jak jest obecnie, od zaistnienia określonych wskazań i spełnienia warunków mających na względzie ochronę zdrowia kobiet.

Takie rozwiązanie przyjęte jest w tych wszystkich krajach europejskich (a jest ich przewa­żająca większość), które w prak­tyce respektują prawa reproduk­cyjne kobiet oraz zasadę równości kobiet i mężczyzn i niedyskrymi­nacji ze względu na płeć.

_

Eleonora Zielińska –Prof. zwyczajny na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, współkierująca Podyplomowym Studium Prawa Medycznego, Bioetyki i Socjologii Medycyny UW. Autorka wielu publikacji z prawa medycznego, m.in. Oceny prawnokarne przerywania ciąży. Studium porównawcze (1986), Odpowiedzialność zawodowa lekarza i jej stosunek do odpowiedzialności karnej (2001), oraz redaktorka i współautorka Komentarza do ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty (I wyd. 2008, II wyd. 2014).

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata