70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Pozostanie czułość: Julia Hartwig (1921–2017)

Obawialiśmy się, że ta wiadomość kiedyś nadejdzie zza oceanu, gdzie Julia Hartwig spędziła ostatni rok pod opieką córki. Musiała nadejść, biorąc pod uwagę imponujący wiek, jakiego dożyła poetka.

Czesław Miłosz często mawiał do mnie: „Panie Jerzy, nie ma pan pojęcia, co to znaczy przeżyć wszystkich”. Julia była ostatnią osobą, do której dzwonił, by pomówić o ludziach i czasach, jakie jeszcze tylko ona mogła pamiętać. Teraz rozmawiają sobie do woli, wspominając pierwsze spotkanie w oku­pacyjnej Warszawie, czasy paryskie, wspólne czytanie wierszy na festiwalach, bliskich i przy­jaciół. Coraz częściej mam dojmujące poczucie, że wszyscy nasi najwięksi, najważniejsi, naj­bliżsi, osierociwszy nas, cieszą się sobą już po tamtej stronie. Lista ich boleśnie się wydłuża. Szymborska, Miłosz, Herbert, Różewicz, Koła­kowski, Kapuściński, Bartoszewski, Nowak­-Jeziorański, Turowicz, Woźniakowski, Tischner, Edelman, Barańczak, Heaney, Brodski, Szczeklik czy choćby ostatnio: Wajda, Osiatyński, Pomia­nowski… Teraz dołączyła do nich Ona. Wszyscy odchodzą za wcześnie, choć niektórzy – jak Julia Hartwig – zadziwiali nas swoją witalnością i twórczą energią, dawno przekroczywszy dzie­więćdziesiątkę (patrz: wiersz Miłosza Dziewięćdziesięcioletni poeta podpisuje swoje książki – z tym niebywałym początkiem: „Więc jednak przetrzymałem was, moi wrogowie! / Wasze nazwiska mech teraz porasta”). Na marginesie: jestem pewien, że mech porośnie nazwiska wszystkich, którzy mając świa­domość własnej małości, opluwali tych wspaniałych ludzi, cenzurowali ich dzieła, skazywali na wyroki bądź wygnanie, wygwizdywali na cmentarzach, pakowali się z buciorami w ich sumienia, wypominając błędy młodości. Jak bardzo byłaby nam dzisiaj potrzebna mądrość tych Wielkich, ich odwaga, autorytet, opowiadanie się po stronie autentycznych wartości.

Julia Hartwig, jak wielu spośród nich, należała do pokolenia, które w młodości na krótko uwierzyło w szlachetne ideały sprawiedliwości spo­łecznej i które – boleśnie oszu­kane przez historię i cyniczne sługi nicości – przez całe życie spłacało tamten dług, dzięki swej postawie i dziełom kształtując nasze umysły, sumienia i wrażliwość na piękno.

Dorobek długiego, twórczego życia Julii Hartwig jest imponu­jący. Uderza jego różnorodność: niezliczone tomy wierszy, eseje, szkice, wspomnienia i listy, zapiski z Ameryki, przekłady, książki bio­graficzne, dzięki którym pozna­liśmy życie Apollinaire’a, de Nervala czy Rimbauda, pisany pod koniec życia dziennik – świadectwo swego czasu i zbiorowy portret wielu przyjaciół, a przede wszystkim dyskretnie naszkicowany auto­portret – to wszystko pozostanie na zawsze w skarbcu współcze­snej literatury. Ale pozostanie też coś jeszcze: pamięć o niezwykłej osobie, z którą obcowanie było wielkim świętem. Więcej powiedzą o Niej z pewnością przyjaciele. Przyjaźń była bowiem jedną z war­tości, którym była najwierniejsza. Pięknym świadectwem takiej dłu­goletniej przyjaźni jest tom listów Wspólna obecność. Korespondencja Julii Hartwig i Artura Międzyrzec­kiego z Anną i Jerzym Turowiczami.

W zbanalizowanym już powie­dzeniu „pierwsza dama poezji pol­skiej” jest wiele racji, trudno zna­leźć określenie trafniejsze. Julia była prawdziwą damą. Jej elegancja, skromność, urok, mądrość, bijący od niej promienny, łagodny spokój – to wszystko czyniło ją zjawiskiem nie mającym odpowiedników w dobie krzykliwej autoreklamy i medialnego zgiełku. Uwielbiałem odwiedzać ją w wypełnionym gra­fikami i starymi meblami miesz­kaniu przy Marszałkowskiej, pić mocną herbatę z angielskiej porce­lany, słuchać jej opowieści, rozma­wiać o najróżniejszych sprawach. Żywo interesowała się wszystkim, co dzieje się w naszym kraju – ta ciekawość, chłonność i otwartość była jedną z jej cech charaktery­stycznych. Była żelazną bywal­czynią wszystkich wernisaży, pre­mier, koncertów, wieczorów autor­skich w PEN Clubie czy Stowarzy­szeniu Pisarzy Polskich. Równie często i chętnie przyjeżdżała do Krakowa – na Festiwal Miłosza, seminaria poetyckie Adama Zagajewskiego, Targi Książki, własne spotkania autorskie czy po raz ostatni – po odbiór Nagrody im. Wisławy Szymborskiej w roku 2014. We wszystkich tych wyjazdach, wyprawach na wernisaże i różne uroczystości, a także we wszelkich życio­wych sprawach wymagających załatwienia, czy było to dostarczenie orga­nizatorom bądź wydawcom wierszy czy zorganizowanie opieki medycznej, niezawodną pomocą i wsparciem służyła zaprzyjaźniona z poetką i bezgra­nicznie jej oddana Anna Piotrowska – doprawdy niewiele mógłbym wskazać osób potrafiących tak hojnie i bezinteresownie obdarowywać kogoś bli­skiego swoim czasem, poświęceniem i uważnością. Niech mi będzie wolno wyrazić jej w tym miejscu wdzięczność i uznanie.

Nie będzie chyba rzeczą niestosowną wyznać przy tej smutnej okazji, że Julia padała czasem ofiarą naszych żartów – w czym celował zwłaszcza Bronisław Maj. Towarzyszyliśmy jej kiedyś razem z Bronkiem w drodze na jej wieczór autorski prowadzony przez niego w galerii Artemis przy Rynku. Szliśmy Wiślną i kiedy minęliśmy bramę, przy której mieściła się redakcja „Tygodnika Powszechnego”, wyszedł z niej Marian Stala i usiłował nas dogonić, żeby przywitać się z poetką. Bronek obejrzał się za siebie i szepnął Julii: „Pod żadnym pozorem się nie obracaj! Idzie za nami niebezpieczny krakowski wariat, ten olbrzym w białym pudermantlu”. Biedna Julia, kątem oka widząc zbliżającą się szybko postać, zesztywniała. Jakaż była jej ulga, gdy pokłonił się przed nią znakomity krytyk, tylekroć mądrze i przenikliwie piszący o jej poezji.

I właśnie ta poezja, wraz z pamięcią o mądrej, pięknej osobie, pozo­stanie z nami. Uczyć nas będzie dystansu wobec spraw ostatecznych, refleksyjnego spokoju, z jakim powinno się przyjmować przeciwności losu i osobiste tragedie, wrażliwości na kruche piękno świata, troski o pamięć, a przede wszystkim życzliwości wobec ludzi i – niezbyt to dzisiaj modne słowo – czułości. Taki właśnie tytuł: Czułość, nosił wydany w Znaku tom, w ślad za którym opublikowaliśmy obszerny wybór jej wierszy zatytułowany Nim opatrzy się zieleń. Mam przed oczami cudowną scenę: w roku 2011 pod­czas Festiwalu Miłosza przed ołtarzem w kościele Bożego Ciała siedzą przy­tulone do siebie Wisława Szymborska (to jej ostatni publiczny występ) i Julia Hartwig, obok zaś towarzyszący im we wspólnym czytaniu wierszy poeci Lars Gustafsson i Aśok Wadźpeji. Z tej czwórki pierwszych troje czyta już wiersze przed niebieską publicznością.

Właśnie przeczytałem, że Julia Hartwig odeszła we śnie, uśmiechając się. Chyba tylko tak umiałbym sobie wyobrazić Jej pożegnanie.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata