70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Poszukiwania

W swych pięknych i poruszających rozważaniach Janusz Poniewierski zachęca utrudzonych poszukiwaniem do powrotu do domu, którym dla wielu wciąż jest Kościół.

Witam jego myśli z wdzięcznością, z poczuciem żywej wspólnoty, zapewne trochę uwarunkowanej pokoleniowo; to może mankament, ale nie dla tych, w których doświadczenia pokoleniowe wciąż są żywe albo łatwo odzyskują życie, gdy próbujemy je eksploatować, odwoływać się do nich z nadzieją, że znajdziemy oparcie.

Lecz rozumiem też, że chwila na powrót do „domu” niezbyt jest odpowiednia. Na taką propozycję wielu odpowie pytaniem: „Wrócić? A którędy?”. Brama wydaje się zamknięta. Ci, co w środku, wznoszą gniewne okrzyki. Wracać do domu, który już nie wydaje się tym czystym, uporządkowanym miejscem? Jest poniekąd sprofanowane, i to przez rzeczników jego  nietykalności, przez „kler” właśnie?

Można zajrzeć, jeśli bramę da się uchylić, ale zagląda się z pewnym lękiem – co też się ukaże?

Radzę zbliżać się śladem starannie pielęgnowanych dobrych wspomnień. Każdy, kto długo żyje, ma takie wspomnienia. Sama posiadam ich bardzo wiele, tylko wśród nich wędrować. I byle czasu starczyło. Nasz dom – Kościół – pełen jest dźwięków, widoków, pamiętnych woni, wiele mówiącej ciszy, niezapomnianych imion.

**

Mam nadzieję, że w obliczu śmierci coś sobie przypomnę po łacinie, by to powtarzać, póki tu jeszcze jestem. Może coś z komplety – prastarego zakończenia kościelnego dnia? Właśnie ze względu na pokolenie, które mnie uformowało, noszę w sobie wciąż gotowe do użytku wersety psalmów i pieśni wyniesione z Kościoła – który był domem. Broniąc się przed posądzeniem o obcość, łatwo przyłączam się do chóru, jeśli on nadal brzmi jak „wtedy” czy „dawniej”.

Czy jednak wciąż uczymy kogoś słuchać tego chóru głosów z przeszłości? Ja w nim wciąż odnajduję wolność od patosu i sentymentalizmu, pogłos głębi, radość z poczucia łączności z mieszkańcami sprzed wieków. Nie za bardzo się to nadaje do praktykowania w „Kościele domowym”, wokół rodzinnego stołu, wśród ścian nieprzechowujących echa. Nasze nowe ściany nie są jednak głuche. Godzą się, współgrają z rytmem tekstów, które, jeśli zechcemy, mogą nam podpowiadać nie samo tylko Pismo, ale i domowe wzory, dyktowane pamięcią liturgiczną.

Czasem udaje się dwa domy do siebie przybliżyć. Może się to dokonać, jeśli pokolenie obecne będzie miało doświadczenia współmierne, jeśli młodzi nie są zbyt zrażeni natykaniem się na zamkniętą bramę,  jeśli w swoim środowisku spotykają się z wiadomością dla nich aktualną.

**

Janusz Poniewierski wzywa do radości spotkania w domu przez nas razem otwieranym. Przyszłość pokaże, czy to się może udać, udawać często. Wiele trzeba, aby przezwyciężyć napięcia. „Obcość”, nieoswojenie budzą podejrzenia, że ktoś, „oni”, ci inni chcą może zawładnąć resztkami domu. Jeśli szczerze chcemy dom otwierać, konieczne jest przezwyciężenie odruchu przymykania drzwi – czasem wykonuje się go zupełnie nieświadomie, mimo najlepszych chęci. Sama wciąż się zastanawiam, jaka forma zaproszenia jest najskuteczniejsza, i innych również do tego zachęcam.

**

Krótki tekst Poniewierskiego nawiązuje do kilku arcyważnych spraw. Chyba najważniejszą jest kolejny sobór. Dopiero kończył się II Sobór Watykański, a już rysowała się perspektywa następnego – na horyzoncie już widniała potrzeba kolejnej Wielkiej Narady pod natchnieniem Ducha św. Pisałam wówczas o tym, jak to widzę. Nie rozstanę się z tym tematem. Trzeba, aby Kościół powszechny pracował nad nim wyraźniej w duchu swej powszechności, którą musi usilnie zgłębić.

Jeśli obecny kryzys Kościoła jest – jak zasugerował Poniewierski – istotnie podobny do tego, któremu usiłowała zaradzić Reformacja, to również teraz potrzebny jest porównywalny wysiłek duchowy i intelektualny, podjęty wspólnie, aby zaczął nas on jednoczyć w dialogu. Trudna sprawa przeogromnej nadziei, na którą się trzeba zdobyć.

Wszystkie wielkie nurty Vaticanum Secundum wymagają następnych kroków – istotnie reformatorskich. Ten nowy wielki sobór powinien przebiegać ekumenicznie, z mocnym akcentem na dialogu nie tylko wewnątrzkatolickim (choć i ten sam w sobie jest trudny!). Człowieka współczesnego nie powinny zniechęcać problemy „ekumenicznej logistyki”. Oczywiście nie możemy zgromadzić się wszyscy na jednym eschatologicznym pagórku. Watykan nas nie ogarnie. Narada powszechna wraz z powszechną modlitwą musi być podtrzymywana przez bardzo długi czas. Wymaga porozumienia ponadpokoleniowego i sposobów porozumiewania się nieporównanie sprawniejszych niż w wieku XX.

Teraz czas na pierwsze wizje zadań i metod pracy. Jeszcze się nam one nie jawią – niestety. Chwalebne i niezbędne poczynania synodalne (jak niedawno o młodzieży) to o wiele za mało.

Kościół drążony kryzysem musi najpierw zacząć go przezwyciężać. Inaczej ustawić swoje skrzydła, w różnych miejscach i dziedzinach zacząć dorastać. Otrząsać się z klerykalizmu. Odkryć na nowo bezkompromisową służbę. Franciszkową radość duszpasterską, wolną od goryczy. Całą w duchu komplety, od początku do końca.

Im więcej ludzi będzie się na to umawiać między sobą, tym bardziej niezawodne będzie poszukiwanie.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter