70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Joel Robine/AFP/East News

Posunąć się nieco. Teologia według Derridy

Derrida przypomina nam, że nowoczesności wcale nie należy ujmować jako epoki ateizacji. Religie ulegają wprawdzie dekonstrukcji, ale zmieniając postać, nierzadko ukazują swoje lepsze oblicze – wyzwolone z pogańskiego kultu siły otwierają się na to, co kruche i potrzebujące.

Piotr Sawczyński: Jacques’a Derridę nazywa się czasami „papieżem postmoder­nizmu”, ale nie jest on filozofem powszechnie kojarzonym z proble­matyką religijną. Jeśli już, to funk­cjonuje raczej jako jej nieprzejed­nany krytyk. Tymczasem badacze jego myśli zwracają uwagę, że w filozofii Derridy, zwłaszcza tej późniejszej, o religijności pisze się także afirmatywnie. Jaką zatem religię Derrida atakuje, a jakiej chce bronić?

Agata Bielik-Robson: Derrida jest radykalnym adwersa­rzem religii rozumianej w sposób kultowy i dogmatyczny, dlatego w pewnych kręgach uchodzi – i będzie uchodził – za wroga religii w ogóle. Nie jest nim jednak, ponieważ równocześnie sprzyja wszelkiej heterodoksji , czyli sekretnym i idiosynkratycznym prądom religijnym. Można zatem powiedzieć, że Derrida atakuje nie tyle religię, ile jej konserwatywne instytucje, których jedynym celem staje się przetrwanie. Choć sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo instytucja stanowi przecież konieczny warunek żywej hetero­doksyjnej religijności…

 

Jak należy to rozumieć?

Bardzo prosto: jeśli chcemy upra­wiać religijność subwersywną, trzeba mieć co podważać – każda heterodoksja potrzebuje orto­doksji jako negatywnego punktu odniesienia. Innymi słowy, religia – podobnie jak literatura – musi mieć wymiar instytucjonalny, żeby pozwalać na pojedyncze zdrady w postaci obcych idiomów. Zresztą religia, jak każda tradycja, w zasa­dzie w całości ufundowana jest na zdradzie.

 

Odstępstwo byłoby wpisane w istotę tradycji.

Właśnie tak. Derrida jest przywią­zany do sposobu, w jaki tradycję rozumiał Gershom Scholem, a więc jako węzeł, w którym zachodzą równocześnie trzy procesy : przekaz, translacja i zdrada. Zda­niem Scholema tradycja jest autentyczna o tyle, o ile pozostaje przy­najmniej częściowo ukryta. Aby tradycja mogła się ujawnić, czyli stać instytucją, musi sama sobie zaprzeczyć – dopuścić się zdrady na swoim najgłębszym przekazie. Nieprzypadkowo jako „skałę”, fun­dament, na którym spocznie insty­tucja Kościoła, Jezus wybrał Piotra, czyli tego, który wcześniej się go zaparł. To paradoks, ale odsłania się tu sedno tradycji w interpre­tacji Scholema i Derridy. Ceną za jej publiczne zaistnienie w postaci instytucji jest zawsze odstępstwo od głębokiego, autentycznego prze­kazu, który nie może ulec całkowi­temu ujawnieniu. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata