SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
maj, nr 564
czerwiec, nr 565
lipiec, nr 566
sierpień, nr 567
wrzesień, nr 568
październik, nr 569
listopad, nr 570
Księga gości
Fundacja
|
 |
Rozesłanie Kościoła polskiego
Jan Michalski
|
Tego, co się wydarzyło, nie umiem dokładnie określić. Mam wrażenie, że jestem chory - jak po wielkim wstrząsie - i wciąż dochodzę do siebie. Mam jednak jeszcze tyle przytomności umysłu, żeby owo dochodzenie do siebie uważać za początek przemian.
Arcybiskup krakowski użył podobno słowa "przezroczystość". To piękne i trafne określenie o zupełnie oczywistej treści poetyckiej. Ale żadna metafora nie wyrazi obecnie konkretu, z którym mieliśmy do czynienia. Radość emanująca z twarzy arcybiskupa tuż po odlocie papieskiego samolotu była w moich oczach ta radością, którą cieszy się Kościół na widok świadectwa świętości. Nie ma większej radości, czyż nie tak?
Konkret, o którym mówię, to obecność nadprzyrodzonego. Znak Bożej obecności, który przenika świat, przekracza granice czasu, przewyższa wszelkie wyobrażenia. Ten znak rozprzestrzeniał się już wcześniej. Proszę mi wybaczyć osobistą refleksję - unikam wielkich zbiorowych zgromadzeń i nigdy w nich nie uczestniczę, nie miałem też pójść na Błonia. Dwa dni przed przyjazdem Papieża modliłem się w wiejskim kościele w Ryczowie podczas święta Matki Boskiej Zielnej, które bardzo lubię. Nagle - nie pamiętam po jakich słowach ani w przypływie jakiej myśli - stało się dla mnie jasne, że niemożliwe jest nie pójść. To był imperatyw, po którym przyszło wzruszenie. Myślę, że podobnego uczucia - a w istocie tego samego znaku - doznali o różnym czasie wszyscy, którzy udali się na spotkanie. Wskutek czego, nie przestając być "ja", po drodze stawali się częścią "my". Kiedy w piątkowe popołudnie wysiadłem z pociągu na stacji Borek Fałęcki, tłumy wiernych spacerowały tam i z powrotem do sanktuarium Siostry Faustyny. Uderzyła mnie pogoda i powaga pielgrzymujących. To wrażenie miało się powtórzyć wielokrotnie. Wieczorami, po pracy, chodziłem po mieście, żeby zażywać tej dziwnej łagodności.
Papież jak zwykle starannie opróżnił miseczki naszych serc, do tego się przyzwyczailiśmy. Daje nam wiele, ale zawsze był wymagający i pożądliwy. Tym razem jednak zaszło coś, co zaskoczyło nas - i chyba Jego samego. Naczynia zaczęły się napełniać i przepełniać, to trwa! Ale skąd się wzięło? Wrócę jeszcze raz do chwili, w której "ja" przekształca się w "my". Należy to wyjaśnić.
Każdy, kto w życiu kochał prawdziwie, dobrze zna to uczucie. Miłości towarzyszy cierpienie. Czasami kochający człowiek ma wrażenie, że stoi za bramą śmierci, na progu wieczności. To nie tylko przejmujący lęk przed utratą kogoś bardzo bliskiego, bardzo kochanego... Wszystkiemu winna jest algebra miłości. Algebra miłości dowodzi, że związek dwojga to więcej niż dwa. Czujemy to wyraźnie, towarzysząc miłości przyjaciół, grzejąc się przy ich domowym ognisku, które wytwarza różne wartości potrzebne nam do życia. Jeśli ich związek rozpada się, odbieramy to jako katastrofę - zniszczenie źródła energii, z którego my także potajemnie korzystaliśmy i które przedstawialiśmy sobie czasem jako trzecią, duchową osobę. Osobę miłą sercu, lecz wymagającą od nas dojrzałości. Serce boli, gdy musi dorosnąć.
Miałem wrażenie, ze naszemu spotkaniu z Ojcem Świętym towarzyszyło obopólne cierpienie, które jest oznaką wielkiego przywiązania i uniesienia uczuć, ale też - co znacznie ważniejsze - towarzyszyła mu algebra miłości. Pojawiła się trzecia osoba pomiędzy nami a Nim.
Spodziewałem się, że Papież poruszy wątki mesjanistyczne. Wskazywało na to już samo wyniesienie Siostry Faustyny, w której zapiskach pojawiają się myśli o narodowym posłannictwie. Jednak to, w jaki sposób Papież zebrał i przeformułował te stałe swoje idee, zaskoczyło mnie całkowicie. To, co powiedział, jest bardzo trudne, ale wspaniałe. Dwadzieścia trzy lata temu w Warszawie wezwał Ducha Bożego, aby "odnowił oblicze tej ziemi" i wymiótł nasz lęk. Stało się. Teraz z krakowskich Błoń wezwał nas, abyśmy nieśli światu świadectwo działania Ducha Bożego. Użył najmocniejszych mistycznych metafor. Jesteśmy Bogu coś dłużni. Ojciec Święty rozsyła nas po świecie.
Były nam dane szczęśliwe chwile. Czym na to zasłużyliśmy? Jesteśmy tylko malutkim ogniwem w łańcuchu pokoleń i powinniśmy teraz podać ręce przyszłym i przeszłym pokoleniom. Nasza radość musi się rozprzestrzeniać, zamieniać się w codzienną pracę. Przed Kościołem polskim staje wymagające zadanie - wziąć wiosło na ramię jak Beyzym, jak Feliński. Zbierzmy się, zastanówmy, jak im dorównać.
JAN MICHALSKI, ur. 1961, krytyk sztuki, wydawca publikacji artystycznych.
|