70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. The Walters Art Museum, Baltimore

(Ponad)czasowe. Listy kiedyś i dziś

Jeśli ktoś dziś pisze do kogoś „prawdziwe” listy, dbając o wyraźny charakter pisma, potem idąc na pocztę, dobierając znaczek, najlepiej priorytetowy, by list dotarł możliwe jak najszybciej, znaczy to, nie mniej, nie więcej, że traktuje adresata / adresatkę jako osobę wyjątkową.

Trzy lata temu, w 2015 r., Liz Stanley, jedna z najważniejszych anglojęzycznych badaczek epistolografii, napisała niedługi artykuł pod złowieszczo brzmiącym tytułem Śmierć listu? Literaturoznawcy i literaturoznawczynie przyzwyczajeni do raz po raz ogłaszanych „śmierci” – co rusz to autora, powieści, wielkich narracji, autobiografii – domyślają się, że stwierdzenie opatrzone znakiem zapytania to nie tylko zapowiedź smutnej diagnozy, lecz także, a może przede wszystkim, zaproszenie do dyskusji teoretycznej, antropologicznej, kulturoznawczej. Czytelnicy i czytelniczki (zaangażowani, choć bez naukowych inklinacji) raz po raz wydawanych zbiorów korespondencji mogą poczuć się zaniepokojeni. Zdają sobie bowiem sprawę, że w tym efektownym chwycie retorycznym kryje się ziarnko prawdy. Inaczej mówiąc, zarówno „specjaliści” od literatury epistolarnej (taki termin doskonale oddaje złożoną naturę listów), jak i jej wierni sympatycy (co ważne, raczej czytający listy wydane niż sami piszący) od kilkudziesięciu lat z rosnącą nostalgią, ale i pewnym niepokojem sekundują powolnemu zanikaniu korespondencji kojarzonej z piszącą ręką, kopertą, niecierpliwym, pełnym radosnego podniecenia, a niekiedy strachu czy też dojmującego lęku oczekiwaniem na listonosza.

 

Należeć do życia

Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt zdań, cyzelowanych lub płynących w pośpiechu, nierzadko stawało się katalizatorem zdarzeń. Reorientacje w rzeczywistości nie raz i nie dwa dokonywały się właśnie za sprawą listów. Jak żaden inny gatunek są one przecież nierozerwalnie związane z życiem. Stefania Skwarczyńska w opublikowanej w 1937 r. Teorii listu (jedynej do tej pory monografii dyskursu epistolarnego w rodzimym literaturoznawstwie, nota bene miejscami nadal zaskakująco aktualnej) słusznie podkreślała: „Wszak list należy do życia, do życia dąży, życie codzienne go stwarza”[1]. Jednocześnie przypominała, że zbiory korespondencji (ułożone tematycznie, chronologicznie, adresatami – wszystko zależy od decyzji edytorów i zachowanych materiałów) powinny być traktowane jak literatura sensu stricto, tj. nie tylko można, lecz wręcz trzeba czytać je, biorąc również pod uwagę szeroko pojętą poetykę i estetykę tekstu. Zatem, pomimo że: „Względy literackie są w zasadzie obce listowi”[2], to jednak nie można zapominać, iż: „Każdy jest wyrazem aktu twórczego, bo, kształtując tworzywo pewnej rzeczywistości za pomocą rozczynu własnego »ja«, stwarza nową rzeczywistość. Autor listu posługuje się tworzywem sztuki jak każdy artysta”[3].

Rzeczywiście, listy pisane ręcznie (wiecznym piórem, długopisem, ołówkiem, cienkopisem, a czasami kredką) np. na kartce wyrwanej z zeszytu lub notatnika – w kratkę, linię, czystej, albo na papierze kancelaryjnym, pieczołowicie składanym w coraz mniejsze prostokąty, by zmieścił się do koperty, cierpliwie kreślone na specjalnym papierze listowym lub ozdobnej papeterii – nieubłaganie odchodzą do lamusa, co stało się już udziałem telegramu (w Polsce w roku 2002 poczta przestała dostarczać telegramy, w Indiach ich era skończyła się w 2015, a w Belgii w 2017). Jeśli ktoś dziś pisze do kogoś „prawdziwe” listy (celowo pomijam korespondencję zawodową czy urzędową – ta ma się dobrze i na pewno nic nie zapowiada jej rychłego końca), dbając o wyraźny charakter pisma, potem idąc na pocztę, dobierając znaczek, najlepiej priorytetowy, by list dotarł możliwe jak najszybciej (obietnica doręczenia korespondencji „już następnego dnia” jest kusząca, choć często bywa niedotrzymywana), znaczy to, nie mniej, nie więcej (przynajmniej w większości przypadków), że traktuje adresata / adresatkę jako osobę wyjątkową. Chce ją nie tylko poinformować o tym i owym, lecz przede wszystkim stara się to uczynić w sposób podkreślający nadzwyczajność relacji, jej swoistą intymność. Intymność, czyli chęć bycia z kimś bez świadków, jest immanentną cechą listu, łączonego z tajemnicą, ekskluzywnością – zakładającą wyłączność relacji pomiędzy „ja” i „ty”.

 

Zanikanie

Wracam na chwilę do wzmiankowanego tekstu Liz Stanley. Socjolożka, akcentując niezbywalną społeczną potrzebę kontaktowania się ze sobą, zastanawia się, co spowodowało, że właśnie jedno z jej najefektywniejszych narzędzi stopniowo zanika, przestaje istnieć lub wręcz już nie istnieje, jedynie symulując trwanie. Wymienia trzy, według niej, zasadnicze powody. Po pierwsze: „zwyczajny list” potrzebuje czasu, by dotrzeć do adresata, współczesna konieczność natychmiastowej reakcji zatem mu nie sprzyja. Po drugie: SMS‐y, e-maile, wiadomości wysyłane przez rozmaite komunikatory internetowe (zaspokajające, przynajmniej teoretycznie, pragnienie błyskawicznej odpowiedzi), aplikacje w smartfonach na ogół bywają zwięzłe, zatem ich napisanie trwa krótko, inaczej niż obszerniejszego listu, dzięki czemu można zaoszczędzić cenne minuty / godziny. Nadto jednym z podstawowych warunków, by list mógł zaistnieć, jest przedłużająca się nieobecność adresata – dziś (mimowolnie) skracamy ją, niemalże nie dostrzegając tego, markując czyjeś „bycie tu oto” szybką wymianą wiadomości. Nie staramy się jednak, lub robimy to znacznie rzadziej niż kiedyś, o kontakt twarzą w twarz, co wielokrotnie czynił za nas list. Z przytoczonych dwóch przyczyn „śmierci listu” wyłania się trzecia – możliwość błyskawicznego skontaktowania się z kimś, będąca dosłownie i w przenośni, na wyciągnięcie ręki powoduje, że list jako tekst rządzący się konkretnymi regułami, o sobie tylko właściwej, co prawda, płynnej, natychmiast rozpoznawalnej, poetyce, jest wypierany przez „listopodobne” wiadomości. Rozbudowane bądź stenograficzne, wzbogacane obrazkami, gifami, emotikonami, krótkimi nagraniami głosowymi, udają fragmenty rozmowy, która choć ma początek, zdaje się nie mieć wyraźnego końca. Szybko pokonujące czas i przestrzeń[4] „listoidy” – neologizm na wzór „strofoid”, udających strofy w nowoczesnych wierszach – przypominają o tym, że choć tradycyjna epistolografia nieuchronnie staje się coraz większą rzadkością, jednakże sama istota korespondencji polegająca na tak pożądanym kontakcie „ja” z „ty” utrzymuje się nadal. W podsumowaniu rozmowy Liz Stanley z Margarettą Jolly słuchacze zgodnie zawołali: „(…) long live epistolarity[5]. „Niech żyje epistolarność / listowość” – w tłumaczeniu brzmi mało zręcznie, ale uzmysławia, że przecież codziennie korzystamy z jej dobrodziejstw – SMS-y, wiadomości słane przez Messenger, Twitter, WhatsApp, nagrywane na WeChat to nic innego jak drobne elementy przestrzeni epistolarnej (istniejącej na zasadzie społecznej umowy, zakładającej, że komunikowanie zachowuje w sobie choćby delikatny ślad dawnego listowania opartego na ciągu: list – odpowiedź – kolejny list – następna odpowiedź itd.), ciągle budowanej, rozrastającej się za pomocą nieco innych środków niż dotychczas.

 

Niesłabnąca siła

Pamiętając o, z jednej strony, faktycznej, z drugiej, w znacznej mierze metaforycznej śmierci listu, chcę, byśmy roboczo założyli, że ten wyjątkowy gatunek, przynależący zarówno do literatury stosowanej, jak i pięknej, swobodnie dryfujący między powieścią w odcinkach, fragmentami autobiografii, okruchami esejów, mimo oczywistych niedogodności trwał, trwa i przetrwa. Jego tradycja jest bowiem wyjątkowo długa, związana z elementarną potrzebą wymiany informacji, niezwykle silnie uzależniona od przekształcających się wraz z rozwojem kultury, literatury, mediów sposobów kształtowania sfery międzyludzkiej. Listy stale są ciekawym materiałem dla historyków, literaturoznawców, antropologów, socjologów. Sięgając po metaforę śmierci listu, kulturoznawczyni Elżbieta Rybicka powtórzyła dwa razy, że jest ona przewrotnym dowodem na niespożytą energię tkwiącą w korespondencji, przyciągającą uwagę badaczy z niesłabnącą siłą. Rybicka przypomniała, że we Francji działają ośrodki naukowe (dwa najważniejsze założono w roku 1980 i 1987) skoncentrowane jedynie wokół listów – głównie XIX-wiecznych i XX-wiecznych; są one nie tylko wyszukiwane, opisywane i katalogowane, ale też wydawane. Czyje listy są brane pod uwagę? Mówiąc krótko – wszystkich. Z równą pieczołowitością opracowywane są listy rozmaitych artystów, jak i tzw. zwykłych obywateli i obywatelek opowiadających np. o wydarzeniach wojennych, podróżach, romansach[6]. Atrakcyjny jest nie tylko faktografizm powstających w nich historii, przyciągają również, a może przede wszystkim, zawarte w nich emocje, intymność, próby zapisania delikatnych drgnięć wewnętrznych sejsmografów uczuć. Listy nierzadko bywają, mówiąc nieco górnolotnie, ale i zupełnie poważnie, „obrazami duszy”, o czym np. często wspominała Virginia Woolf, pisząc do bliskich jej osób: „Jestem bardzo zadowolona i nie bardzo zadowolona. Czy lubisz, kiedy takie stany duszy mają w listach pierwszeństwo przed wszystkim innym?”[7] – kartka papieru zamieniała się więc w całkiem pojemny tygielek na emocje, nierzadko kontradykcyjne. Nota bene, w perspektywie literaturoznawczego zwrotu emocjonalnego listy jawią się jako wręcz idealne obiekty badań, odbijają się w nich uwarunkowania kulturowe mające niebagatelny wpływ na sposoby ekspresji[8].

Co ważne, właśnie ładunek uczuciowy w znacznej mierze decyduje o tym, że korespondencja jest stale atrakcyjna dla czytających. Zawierają się w niej bowiem historie czyichś związków, rozstań, pokonywania trudności – a te zawsze nęcą czytających.

Dlatego też nie dziwi popularność swoistego święta listów – brytyjskiego festiwalu Letters Live, który po raz pierwszy odbył się w grudniu 2013 r. i co roku gromadzi równie liczną, jeśli nie coraz liczniejszą, publiczność. Każda edycja przyciąga nie tylko siłą historii zawartych w listach pisanych przez rozmaitych artystów, prozaików, poetów, jak również osoby prywatne (by wymienić choćby kilka postaci – David Bowie, Elvis Presley, Charlotte Brontë, Kurt Vonnegut), ale także sposobem ich czytania czy raczej inscenizowania przez zaproszonych aktorów i aktorki (organizatorzy dbają, by nazwiska wykonawców jak najdłużej pozostały tajemnicą – do tej pory na festiwalu wystąpili np. Benedict Cumberbatch, Tom Hiddlestone, Jude Law, Stephen Fry). Londyńskie celebrowanie korespondencji udowadnia, że sekundarna wobec ich pierwotnej funkcji literackość czy, jeśli można tak powiedzieć, powieściowość nigdy nie będzie archaiczna, zawsze będzie ożywiać epistolografię, nieuchronnie (co jest jej wielką zaletą) zamieniającą się w niezamierzone opowieści.

 

Alternatywne opowieści
Na zbiory korespondencji często bywa narzucana siatka narracyjna – co otwiera gęste i pełne wzajemnych zależności pole badań literaturoznawczych, choć równie efektywnie sprawdza się w odbiorze niekoniecznie ukierunkowanym na refleksję naukową – przypominająca, iż autobiografia (a więc i epistolografia) jest w znacznej mierze funkcją literatury, chętnie sięgającej po prerogatywy proponowane jej przez ryt autobiograficzny. Dlatego też cenne jest spojrzenie na obszerne (i te o nieco mniejszej objętości) zbiory korespondencji np. Narcyzy Żmichowskiej, Elizy Orzeszkowej, Stanisława Brzozowskiego, Stanisława Przybyszewskiego, Marii Dąbrowskiej i Mariana Dąbrowskiego, a następnie Jerzego Stempowskiego, Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów, Sławomira Mrożka i Jana Błońskiego, Zbigniewa Herberta często pisującego do np. Jerzego Turowicza, Henryka Elzenberga, Jerzego Zawieyskiego, Artura Międzyrzeckiego i Julii Hartwig z Anną i Jerzym Turowiczami, Aliny Szapocznikow i Ryszarda Stanisławskiego, środowiska związanego z „Kulturą” – Jerzy Giedroyc prowadził intensywne epistolarne dialogi z Czesławem Miłoszem, Andrzejem Bobkowski, Witoldem Gombrowiczem, Witoldem Jedlickim, Jerzym Stempowskim, Konstantym A. Jeleńskim, Leszkiem Kołakowskim, Teodorem Parnickim, nie tylko jako na dokumenty stanowiące ważne źródło informacji, lecz również jako alternatywne powieści o czasach, w których owa korespondencja była prowadzona.

Przepływ rozmaitych idei filozoficznych, estetycznych, diagnoz politycznych czy historycznych, jak również możliwość wglądu w codzienność, prywatność, „życie żyte” (jakby powiedziała Zofia Nałkowska) – wszystkie te kwestie mieszczą się w listach przenoszonych niekiedy poza dyskurs epistolarny. Nie chodzi tu np. o wiersze w formie listów (jakie pisali choćby Zbigniew Herbert, Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski, Stanisław Barańczak, Justyna Bargielska), lecz także wiersze o listach. W wydanej niedawno Pamięci operacyjnej Ewy Lipskiej w liryku Zbiory listów miłosnych, niemalże w tonie dziennikarskim, ale i czułym, podmiot liryczny zauważa: „Nie do zatrzymania / Wasza pośmiertna randka. / Zbiory miłosnych listów / wydanych przez / znaną oficynę. (…) Z przyzwyczajenia / pilnuję Waszych mieszkań. / Domy otynkowano. / Wymieniono okna./ (…) Wasza miłość / zaczytuje się w sobie”[9]. Nie jest to li tylko chwyt literacki – ale fragment o charakterze (auto) biograficznym – otóż, z dużą dozą prawdopodobieństwa, Lipska pisze o wydanej w roku 2016 korespondencji Kornela Filipowicza i Wisławy Szymborskiej[10] (mieszkali w Krakowie, bardzo blisko siebie, choć nigdy razem, odpowiednio, na ulicy Lea on, na Chocimskiej ona), „znana oficyna” to Znak. Intymny dialog dwojga artystów, tworzony z zachowaniem reguł epistolarnych, pełen błyskotliwych zabaw słownych, udanych prób spersonalizowania każdej, choćby najkrótszej, wiadomości nie powstał wszakże jako dynamiczna epistolarna powieść miłosna, którą stał się dzięki edycji (umożliwiającej trwanie tej rozmowie w odcinkach, mimo upływu czasu). Przede wszystkim miał być swoistym surogatem obecności, miał być sygnałem zaświadczającym o nieustannym odnoszeniu się „ja” do „ty” (role wymienne). Roland Barthes we Fragmentach dyskursu miłosnego przekonująco udowadniał, że list miłosny, jako tekstowa inkarnacja pragnienia, jest też domaganiem się odpowiedzi. Bez niej traci swoją specyfikę, co prowadzi także do załamania relacji, do (niechcianych przecież) zmian w obrazie ukochanej / ukochanego[11]. Ciąg następujących po sobie odpowiedzi zapewnia o trwałości uczucia, idąc dalej, potwierdza jego istnienie, a idąc jeszcze dalej, staje się gwarantem istnienia tego, kogo się kocha. Jarosław Iwaszkiewicz tak pisał do żony, Anny, w 1934 r.: „Moja kochana i najdroższa! Ostatnie dni miałem bardzo urozmaicone, więc nie miałem nawet czasu napisać do Ciebie – ale ponieważ ja w ciągu dziesięciu dni dostałem od Ciebie jeden krótki list, a Ty dostawałeś ode mnie prawie co dzień, więc wydaje mi się, że nie powinnaś mieć do mnie żalu. Bardzo mi było przykro, że tak o mnie nie pamiętałaś listownie i że czekałaś cztery dni na mój list, jakby nasza korespondencja polegała rzeczywiście na »odpowiedziach«”[12].

Jak widać, regularność listowania miała spore znaczenie, domagała się wytłumaczenia, gdy została zaburzona.

Najważniejsze było jednak specyficzne rozumienie wzajemności korespondowania – reagowanie na poruszane w listach zagadnienia, sprawozdania z codzienności, acz pożądane, nie decydowały o jego istocie.

Nad odpowiedziami górowała trwałość kontaktu, przekonanie, że gdzieś daleko jest ktoś, kto czeka, ktoś, kto stanowi punkt odniesienia. Także współczesne listy czy formy „listopodobne / listopochodne” są tego potwierdzeniem.

 

Fragmenty życia

List miłosny – a więc tekst – zastępuje człowieka (a przynajmniej sugeruje, że takie zastępstwo jest możliwe). Jak każdy z listów. I tu pojawiają się dwie ważkie kwestie. Pierwsza z nich (dość złożona) dotyczy czytelników / czytelniczek zbiorów korespondencji. Czy nie są podglądaczami, nieproszonymi gośćmi w sekretnej wymianie zdań? Jak długi czas powinien upłynąć od momentu napisania / wysłania listów do ich ewentualnej publikacji? Jak daleko można posunąć się w redagowaniu listów, co ominąć, co zostawić, jak ocenić, które z fragmentów są mniej / bardziej istotne (i co to właściwie znaczy – jeśli list jest „fragmentem życia”, to każde zdanie, słowo jest na wagę złota, żadnego zatem nie można wykluczyć)? Jak należy postąpić podczas przygotowania edycji listów, jeśli dla samych korespondentów wszystkie sprawy, uczucia, wydarzenia, dywagacje, rozterki są tak samo ważne, funkcjonują na tym samym poziomie, a ponadto (nierzadko) uzależnione są od tak szybko zmieniających się warunków zewnętrznych? Dobrym przykładem będzie cytat z gęstej, dynamicznej korespondencji Narcyzy Żmichowskiej: „(…) ja mam szkaradny zwyczaj, kiedy list piszę, nie zastanawiam się nigdy nad wyborem przedmiotów, nad ważnością tych słów, które z daleka ciałem się staną i zamieszkają w duszy czytającego. Pod jakim kolorem słońce życia mi wejdzie i w jakiej godzinie, taki kolor i godzinę jak najwierniejszym przesyłam dagerotypem”[13]. Kiedy „wszystko” uzależnione jest od tylu zmiennych, na jakiej podstawie można zadecydować, co jest najważniejsze?

Nie mam gotowych odpowiedzi na wszystkie zadane powyżej pytania, jestem przekonana, że każdorazowo należy je dostosowywać do branego pod uwagę zbioru korespondencji. Niezależnie od odpowiedzi uprzytomniają one, jak niezmiernie istotną i jednocześnie wyjątkowo delikatną materią są listy, będące słownymi analogonami czyjegoś życia – które tak lubimy obserwować.

Druga z kwestii wynika z paradoksalnej natury listu. Otóż będąc narzędziem komunikacji, uobecnieniem innego, swoistym zastępnikiem drugiej osoby, do której jest kierowany, może być także wyraźnym przypomnieniem o nieobecności. W tym ujęciu list służy ekskomunikacji, zaświadcza o pustce, oddaleniu, niemożności spotkania się z kimś twarzą w twarz. Dystans, niezbędny przecież dla powstania listu, ujmowany z tej perspektywy, przekształca się w gorzkie świadectwo samotności. Uwzględniając rozmaite teorie autobiograficzne, epistolarne, performatywne, scharakteryzowała to zjawisko Elżbieta Rybicka[14]. Korespondencja nie musi więc być li tylko fascynującą opowieścią o nieustannym, twórczym, niwelującym wszelką odległość dialogu, stanowi bowiem dojmujący dowód na czyjąś bolesną nieobecność. Próbuje się ją ograć, oswoić przez słowa, mające zastąpić „ty”, z różnych powodów niebędące tuż obok. Ale są to tylko słowa, nic więcej. Nie ma też pewności, że zostały napisane przez domniemywanego nadawcę, domyślną nadawczynię. Jedyne, co można zrobić, to uwierzyć, iż nad kartką papieru, klawiaturą komputera itp. pochylała się osoba, której podpis widnieje na końcu wiadomości.

Dopóki istnieje ta wiara, będzie istniała formuła listu (nieważne, w jakiej formie), utrwalającą ponad czasem i przestrzenią potrzebę porozumiewania się, bycia z drugim człowiekiem. Choćby tylko w słowach – mało istotne, czy zapisanych na papierze, czy widocznych na ekranach laptopów czy telefonów.

_

[1] S. Skwarczyńska, Teoria listu, na podst. lwowskiego pierwodruku oprac.  E. Feliksiak i M. Leś, Białystok 2006, s. 11.

[2] Tamże, s. 26.

[3] Tamże, s. 24.

[4] Zob. L. Stanley, The Death of the Letter? Epistolary Intent, Letterness and the Many Ends of Letter-Writing, „Cultural Sociology” 2015, nr 2, s. 242–243.

[5]  Taż, M. Jolly, Epistolarity: Life after Death of the Letter, „a/b: Auto/Biography Studies” 2017, s. 232. Link do tekstu: http://sro.sussex.ac.uk/61242/1/20175-23_Epistolari.pdf (dostęp: 3 marca 2018).

[6] Por. E. Rybicka, Antropologiczne i komunikacyjne aspekty dyskursu epistolograficznego, „Teksty Drugie” 2004, nr 4, s. 41–42; O epistolografii (rozmowa, uczestniczki: A. Arno, E. Rybicka, D. Wojda, moderowała:  A. Pekaniec), „Nowa Dekada Krakowska” 2012, nr 3/4.

[7] . Woolf, Pokrewne dusze. Wybór listów, tłum. M. Lavergne, Kraków 2014,  s. 314. List z 1928 r. do Vity Sackville-West, jednej z najbliższych przyjaciółek.

[8] Zob. O epistolografii, dz. cyt., s. 13–14.

[9] E. Lipska, Pamięć operacyjna, Kraków 2017, s. 26–27.

[10] Zob. W. Szymborska, K. Filipowicz, Listy. Najlepiej w życiu ma twój kot,  red. T. Fiałkowski, S. Kudas, Kraków 2016.

[11] Por. R. Barthes, Fragmenty dyskursu miłosnego, tłum. i posłowie  M. Bieńczyk, wstęp M.P. Markowski, Warszawa 1999, s. 227.

[12]  A. i J. Iwaszkiewiczowie, Listy 1932–1939, oprac. M. Bojanowska, E. Cieślak,   Warszawa 2014, s. 448.

[13]  N. Żmichowska, Listy, t. 2, Rozdroża, do druku przygotowała i komentarzem  opatrzyła M. Romankówna, pod red. S. Pigonia, Wrocław 1960, s. 20.

[14] Zob. E. Rybicka, Antropologiczne i komunikacyjne aspekty dyskursu epistolograficznego, „Teksty Drugie” 2002, nr 4.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter