70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jan Morek/PAP

Pod batutą Pjongjangu

Największą sztuczką Pjongjangu, ukrywającą prawdziwe cele Korei Północnej, okazuje się dżucze. Ta sztandarowa ideologia Kim Ir Sena została wykreowana przede wszystkim na potrzeby zewnętrznego świata i w samej Korei nigdy nie odgrywała wiodącej roli.

Kim Young-Hwan długo wyczekiwał spotkania ze swoim mistrzem, prezydentem Korei Północnej Kim Ir Senem. Republika Korei, gdzie mieszkał, przechodziła z rąk do rąk wojskowych despotów według niego płaszczących się przed amerykańskimi imperialistami, których armia od 1945 r. stacjonowała w kraju. Całe lata 80. poświęcił rewolucji i propagowaniu dżucze, filozofii stworzonej przez lidera Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD), która podkreślała nieograniczone możliwości twórcze człowieka i miała być innowacyjnym rozwinięciem marksizmu. Wierzył, że po drugiej stronie granicy Koreańczycy żyją w kraju powszechnej równości i szczęśliwości. Za swoją działalność był bity, więziony i torturowany, co tylko umocniło w nim przekonanie o słuszności własnych poglądów. Jego poczynania nie umknęły uwadze Pjongjangu. Z pomocą północnokoreańskich agentów w 1991 r. został przetransportowany do stolicy Korei Północnej na prywatną audiencję z liderem kraju. Początkowe momenty ekscytacji w trakcie wielogodzinnych spotkań zaczęły ustępować rozczarowaniu. Pod koniec swojego pobytu był już pewny, że choć Kim Ir Sen jest elokwentnym mówcą, to nie ma pojęcia ani o marksizmie, ani o ideologii, którą rzekomo stworzył. Dziś Kim Young-hwan jest jednym z najgłośniejszych na Półwyspie Koreańskim przeciwników reżimu i musi się ukrywać, ponieważ kraj, który kiedyś kochał, pragnie jego śmierci. Jednak nie on pierwszy uległ zwodniczej retoryce Korei Północnej. Jak pokazuje historia, wielu uwierzyło w kłamstwa Pjongjangu.

 

Czarne Pantery kochają dżucze

Popularność ideologii Korei Północnej wśród rozczarowanych wojskową dyktaturą Koreańczyków z Południa nikogo nie zdziwi, ale z pewnością wielu będzie zaskoczonych jej sukcesem w innych rejonach świata. Myśl dżucze, choć nigdy nie dorównała sukcesem chińskiemu maoizmowi, na początku lat 70. przeżywała szczyt popularności. Efekt wzmocniła nowa, nastawiona na zewnętrzny świat polityka Pjongjangu, w której podkreślano sukces własnego systemu politycznego i zdobytą dzięki niemu niezależność. W 1975 r. Korea Północna dołączyła do Ruchu Państw Niezaangażowanych, organizacji założonej w 1961 r. w Belgradzie, której członkowie próbowali uniknąć uzależnienia się od mocarstw w okresie zimnej wojny. W przypadku funkcjonującej dzięki pomocy bloku wschodniego KRLD niezależność ta był fikcją, jednak służyła wizerunkowi kraju. Kim Ir Sen promował się jako lider Trzeciego Świata, który potrafił oprzeć się imperialistom, czyli Ameryce. Odniósł przy tym niemały sukces. Jego ideologia zdobyła popularność wśród ruchów antykolonialnych w Afryce, Ameryce Południowej, a nawet w Azji. Uwielbienie to przyjmowało czasem płomienne formy. Jak pisał pewien mauretański komunista: „Dżucze to może być koreańskie słowo, / Lecz jest ono na ustach mas całego świata! / Jak pochodnia rewolucji / Dżucze, dżucze, dżucze!”.

Internacjonalistyczna polityka przyniosła rezultaty w postaci zawiązania licznych dyplomatycznych relacji i ufundowania instytutów myśli dżucze. Radykalny wydźwięk ideologii zwrócił uwagę rebeliantów z całego świata. Korea Północna w latach 60. szkoliła bojowników w Czadzie, a na początku lat 70. Somalijczyków walczących z Etiopią o sporne terytoria. Zaangażowała się również w wojnę domową w Angoli (1975–2002), aby na jej kolejnych etapach udzielać wsparcia różnym stronom konfliktu. Chaotyczność tych działań najlepiej podsumował pewien algierski urzędnik, mówiąc, że praca z Koreańczykami przypominała rozmowę z Marsjanami. KRLD wspierała też i szkoliła przedstawicieli radykalnych ruchów ze Sri Lanki czy Meksyku[1].

Nic dziwnego, że chęć wzniecania ognia rewolucji w różnych częściach świata przyciągnęła uwagę Kuby, kraju równie małego co KRLD i podobnie zaangażowanego w antykolonialną walkę zbrojną. Che Guevara, którego osobistym marzeniem było przyoblec świat w czerwień, odwiedził KRLD aż dwukrotnie w 1960 r. Cel jego wizyt miał też przyziemny aspekt. Pełniąc w tym czasie funkcję ministra finansów, próbował sprzedać azjatyckim towarzyszom kubański cukier. Jako żywa ikona wojującego komunizmu nie krył zachwytu nad państwem Kima. Podczas wywiadu dla amerykańskiego radykała Isidora Feinsteina Stone’a miał powiedzieć, że spośród odwiedzonych krajów bloku wschodniego (a był praktycznie we wszystkich, łącznie z Polską) największe wrażenie zrobiła na nim właśnie Korea. Jej powstanie z gruzów wojny i odbudowa przemysłu były wręcz symboliczne i cieszyły go szczególnie w kontekście przeciwstawiania się USA[2].

Kimirsenowska myśl skradła też serca wielu zachodnim intelektualistom. Wraz ze wzrostem niechęci do przedłużającej się wojny w Wietnamie lewicowi studenci z USA zaczęli interesować się azjatyckimi obliczami komunizmu. Slogany z dżucze często pojawiały się obok cytatów z Czerwonej książeczki Mao Zedonga.

Korea Północna szczególnie intrygowała członków radykalnej Partii Czarnych Panter (PCP), której celem była walka o prawa czarnoskórych mieszkańców Ameryki. Eldridge Cleaver, pisarz i jeden z czołowych aktywistów PCP, po udziale w antyimperialistycznej konferencji dżucze w Pjongjangu zachwycony głosił, że KRLD jest „matką marksizmu i leninizmu naszej ery”[3]. Od tego czasu twórczość Kim Ir Sena stale publikowano na łamach „Czarnej Pantery”, głównej gazety organizacji. PCP było z pewnością najbardziej znaczącą organizacją, która inspiracji szukała w „stalinowskiej Szwajcarii” i której członkowie ponoć uczestniczyli w szkoleniach z miejskiej partyzantki w Korei. Nie byli jednak jedynymi zainteresowanymi. Na konferencje prasowe do Pjongjangu ściągali przedstawiciele zarówno amerykańskich organizacji pacyfistycznych (np. Peace Movement, Peace and Freedom Party), jak i radykalnie lewicowych (np. Movement for a Democratic Military). Nie brakowało też intelektualistów i dziennikarzy, którzy KRLD postrzegali jako sojusznika w walce z „faszystowskim systemem USA”. Niektórzy, jak Robert Sheer, wieloletni redaktor naczelny wydawanego w San Francisco radykalnego magazynu „Ramparts” i autor takich książek jak They Know Everything About You, jeszcze wiele lat po wizycie w KRLD w 1970 r. opowiadał o raju, jaki tam zobaczył.

 

Mistrzowie propagandy

Być może współczesny czytelnik zastanawia się, jak to możliwe, by ktoś naprawdę mógł tak bardzo ulec złudzeniom co do KRLD. Musimy pamiętać, że w tamtych czasach wciąż niewiele było wiadomo o państwie Kim Ir Sena. Zarówno głód z 1955 r., który nastąpił po nieudanej reformie rolnej i kolektywizacji, jak i istnienie obozów pracy niewolniczej były skutecznie ukrywane przez reżim. Dzięki szerokiej pomocy bloku sowieckiego kraj podniósł się z wyniszczającej wojny (1950–1953) dużo szybciej niż Południe i aż do II poł. lat 70. był od niego bogatszy. Nie zdając sobie sprawy, jak bardzo niewydolna i zależna od zewnętrznego wsparcia była gospodarka kraju, Joan Robinson, która odwiedziła Koreę w 1965 r., określiła ją jako „cud”. Według brytyjskiej ekonomistki za sukces odpowiadały przede wszystkim „dobrze przemyślana strategia gospodarcza oraz patriotyczny zapał i oddanie wyrażające entuzjazm dla ciężkiej pracy”[4]. W rzeczywistości w latach 60. centralnie planowana gospodarka była już dalece niewydolna, a siły robocze skrajnie wyczerpane kolejnymi działaniami mobilizacyjnymi. Podobnie jak w Chinach, w trakcie tragicznej w skutkach kampanii gospodarczej „Wielki skok naprzód” (1958–1962), nikt nie przyznawał się do błędu (w KRLD nie zrobiono tego do dziś). Statystyki masowo fałszowano, by następnie ogłaszać kolejne sukcesy.

Manipulowaniu opinią dziennikarzy, aktywistów i ekspertów sprzyjał skrupulatnie przygotowany do tego system. W KRLD, podobnie jak w innych krajach bloku sowieckiego, turystyka podlegała pełnej kontroli, choć jak zauważa historyk Andrei Lankow, Koreańczycy mogli się pochwalić wyjątkowo dokładnym nadzorem[5]. Na każdego odwiedzającego czekali wyszkoleni prze wodnicy (zazwyczaj dwóch), specjalne przygotowany program pokazujący największe osiągnięcia kraju (zmyślone i prawdziwe) oraz liczne pomniki Wielkiego Wodza. Mimo że aż do 1958 r. w KRLD stacjonowały wojska chińskie i kraj uzależniony był od sponsorów, w wewnętrznej narracji zupełnie pomijano zagraniczne wpływy. Kim Ir Sen miał być osobiście odpowiedzialny za zwycięstwo w wojnie koreańskiej oraz sukcesy ekonomiczne i polityczne kraju. Jak zanotował w swoim dzienniku Eldridge Cleaver: „KRLD jest piękna, czysta, uczciwa, darmowa i całkowicie rewolucyjna. (…) Sprzeczność między pozycją sowiecko-rewizjonistyczną a chińską doprowadziła do impasu [nieczytelne słowo] wprowadzającego zamęt w międzynarodowej proletariackiej rewolucji światowej. Ale w Trzecim Świecie zaczyna pojawiać się nowa, potężna siła – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna pod dowództwem Towarzysza Kim Ir Sena”[6]. Był to dokładnie taki efekt, na jakim zależało północnokoreańskim aparatczykom.

Na Zachodzie lata 60. i 70. – z charakterystycznymi dla nich kontestacją, sprzeciwem wobec amerykańskiej interwencji w Wietnamie, wzrostem radykalnych ruchów lewicowych i alterglobalistycznych – sprzyjały Kimowi. Jak na ironię, do Pjongjangu na konferencje przyjeżdżali także skrajni pacyfiści głoszący potrzebę rozbrojenia nuklearnego świata. W tamtym czasie krytyka ze strony konserwatystów była skierowana przede wszystkim przeciw ZSRR i Chinom. Korea mogła być odpowiedzią na marzenie o utopii, przykładem państwa, w którym komunizm naprawdę działał. Innymi słowy, wiele osób nabierało się na północnokoreańską propagandę, bo chciało wierzyć w istnienie idealnego państwa równości, które jednocześnie było zaprzeczeniem wszystkiego, co związane z USA – podobne nadzieje wiązano wówczas z Kambodżą rządzoną przez Czerwonych Khmerów. Mit partyzanckiej walki Kim Ir Sena, czerwonego Robin Hooda, który dwukrotnie musiał oprzeć się kolonialnym zapędom mocarstw (Japonii i USA), również trafił na podatny grunt.

Korea Północna robiła wiele, by promować swoją wizję świata. W 1971 r. Pjongjang wybudował w samym sercu Manhattanu American-Korean Friendship and Information Center (sic!). Miejsce służyło jako drukarnia gazet i ulotek, w których atakowano politykę USA, oraz centrum wycieczek do Korei. Dzięki jego pracom opublikowano nawet angielski przekład dzieł Kim Ir Sena. Brian Reynolds Myers pisał: „obecność tych prac w księgarniach i bibliotekach miała stworzyć wrażenie, że ma się do czynienia z pewnego typu oryginalnym myślicielem, który był bardziej inteligentny i niezależny od swojego przeciwnika z Południa”[7].

Najbardziej zaskakującą formą siermiężnej propagandy było wykupywanie przez oficjeli z Pjongjangu całych stron w gazetach, takich jak „The New York Times”, „The Washington Post” czy „The Guardian”, w których publikowano teksty wychwalające lidera kraju. Koszt jednej strony wahał się od 3 tys. do 10 tys. USD, a proceder ten trwał aż do 1997 r.

Nie wszyscy przyjeżdżający oczywiście dawali się łapać w sidła Wielkiego Brata. Tariq Ali, lewicowy dziennikarz, był w KRLD dwukrotnie, a w swoich pamiętnikach nie szczędzi krytyki wszechobecnemu kultowi jednostki. Pierwszy raz Koreę odwiedził w 1970 r. na zaproszenie Towarzystwa Przyjaźni Pakistańsko-Koreańskiej. Będąc w Panmundżomie, de facto  granicy pomiędzy oboma krajami, zdecydował się przejąć megafon, za pomocą którego przedstawiano standardową w stylu propagandę, i wygłosić własną mowę obnażającą hipokryzję polityki USA. Okazała się ona na tyle skuteczna, że amerykański oficer rozkazał stacjonującym żołnierzom wracać do baraków. Później jednak, ku swojemu zaskoczeniu, usłyszał od koreańskiego oficjela: „Doceniamy twoje przemówienie w Panmundżomie, ale jest jedna rzecz, której nie rozumiesz w naszym kraju. Nie doceniasz towarzysza Kim Ir Sena i roli, jaką odegrał w wyzwoleniu i budowie naszego kraju”. Tariq pisał również, jak dwa lata później przyjechał do Pjongjangu na konferencję, która miała początkowo dotyczyć roli amerykańskiego imperializmu w Azji, jednak na miejscu zmieniła tytuł na: „Wpływ Towarzysza Kim Ir Sena na rozwój marksizmu i leninizmu”. Prelegentów, którzy odmawiali uczestnictwa, próbowano przekupywać sporymi sumami – z dużą skutecznością. Tego wszystkiego było już dla Tariqa za wiele, ale Koreańczycy zmusili go do pozostania na konferencji w roli słuchacza[8].

 

Świat pozorów

Jaki jednak był cel tych wszystkich działań? dlaczego państwo tak słabe ekonomicznie przeznaczało tyle pieniędzy na globalną propagandę? Wielu dziennikarzy, m.in. Paul Fisher, autor wydanej w Polsce książki Kim Dzong-il. Przemysł propagandy, przyczyny szukało w kompleksach rodziny Kimów. Są jednak też tacy, którzy wskazują, że działania Korei miały związek z konkretnym projektem politycznym. Historyk Balazs Szalontai utrzymuje, że Korea, angażując się w międzynarodową propagandę i wspieranie partyzantów, w przeciwieństwie do wierzącej w internacjonalizm Kuby, kierowała się czysto nacjonalistycznym interesem[9]. Potrzebne jej było światowe poparcie i uznanie Kim Ir Sena za jedynego prawowitego przywódcę półwyspu. Nigdy nie porzuciła planów zjednoczenia. Generałowie północnokoreańscy dobrze pamiętali, jak łatwo poszło im zdobywanie półwyspu, dopóki do gry nie włączył się Wuj Sam. Ponowne zbrojenie KRLD zaczęła praktycznie zaraz po nierozstrzygniętej wojnie, a od lat 60. można mówić o pełnej militaryzacji koreańskiego społeczeństwa. Dozbrajanie partyzantów Trzeciego Świata miało osłabić USA na tyle, by musiało wycofać wojska z Korei. Było też okazją do sprawdzenia skuteczności wywiadu i broni. Z największym optymizmem Pjongjang obserwował zwiększającą się niechęć amerykańskiego społeczeństwa do wojny w Wietnamie oraz utratę przez proamerykański Tajwan głosu na forum ONZ na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej w 1971 r. Kim Ir Sen wierzył, że Korea Południowa w wyniku alienacji na arenie międzynarodowej zgodzi się na zjednoczenie na warunkach Północy. Gdyby to nie poskutkowało, gotowy był dać w odpowiednim momencie rozkaz do wymarszu[10].

Największą sztuczką Pjongjangu, ukrywającą prawdziwe cele Korei Północnej, okazuje się dżucze. Wspomniany już Myers, autor książki North Korea’s Juche Myth, przekonująco wykazuje, że cała sztandarowa ideologia Kim Ir Sena została wykreowana przede wszystkim na potrzeby zewnętrznego świata i nigdy w samej Korei nie odgrywała wiodącej roli. Dżucze bardzo często tłumaczy się nieprecyzyjnie jako samowystarczalność lub samodzielność, ale dosłownie oznacza „podmiot”. Termin ten był używany przez koreańskich nacjonalistów już w okresie przed wyzwoleniem z japońskiej okupacji. Mimo że Park Chong-hee, generał rządzący Koreą Południową, używał słowa „dżucze” równie często co sam Kim Ir Sen, w oczach amerykańskich obserwatorów pojęcie urosło do nowego typu polityki, którą rzekomo miał prowadzić Pjongjang. Korea Północna wykorzystała ten fakt do opracowania całej filozofii nastawionej na pozyskanie poparcia świata. Przełomowym rokiem miał być 1972, kiedy to Kim Ir Sen w wywiadzie dla japońskiego dziennikarza wskazał na głęboki humanizm swoich idei, podkreślając, że człowiek dżucze może wszystko – jest niezależny i pełen kreatywności, jest władcą we własnym kraju. Trudność w uchwyceniu ewolucji terminu i jego znaczenia ma źródła w orwellowskim z natury systemie politycznym KRLD. Północnokoreańscy hagiografowie przepisali na nowo historię tak wiele razy, że dziś wzmianki o dżucze możemy znaleźć nawet przy opisach partyzanckich bojów Kim Ir Sena z Japończykami, które są równie fantastyczne jak sama filozofia dżucze[11]. Humanistyczne elementy znajdziemy jednak przede wszystkim w propagandzie sprzedawanej zewnętrznemu światu. Tego typu akcenty miały być odpowiedzią na trendy światowej lewicy. Sztandarowe hasło dżucze: „Człowiek jest panem wszystkich rzeczy”, okazało się zniekształconym japońskim przysłowiem. Wypełniające teksty banał i tautologie doprowadziły z jednej strony do tego, że każdy mógł coś z nich wywnioskować. Z drugiej zaś – wielu intelektualistów uwierzyło, że musi w nich być „coś więcej”. Ghostwriterzy spisali się na medal.

W Korei Północnej w przeciwieństwie do stalinowskiej ZSRR wódz nie był przedstawiany jako surowy inteligent, ale raczej jako wiecznie radosny, zachowujący się spontanicznie rodzic wszystkich Koreańczyków. Miał więcej cech kobiecych niż męskich. Dżucze nie było w KRLD studiowane jako osobna filozofia. Świetnie się jednak spisało w legitymizowaniu władzy Kim Ir Sena. Państwowa agitacja przedstawiała więc wszystkich przyjeżdżających obcokrajowców jako wielbicieli nie ideologii, ale samego Wielkiego Wodza. Nie bez powodu do dziś każdy turysta musi obowiązkowo pokłonić się przed pomnikami dyktatorów. Również publikowane za pieniądze w zagranicznej prasie artykuły wychwalające Kima trafiały oprawione do budynków rządowych i muzeów. Państwo mogło więc wmawiać obywatelom, że ludzie z całego świata kochają ich prezydenta. Zgadza się to też z powszechnym w KRLD, a mającym swoje korzenie w starożytnych Chinach, narodowym solipsyzmem, czyli przekonaniem, że mój naród znajduje się w centrum świata[12]. Koreańczycy, których propaganda od początku podkreślała wyjątkowość ich rasy, nie byli też specjalnie chętni do internacjonalizmu. Obcokrajowców umieszczano w odizolowanych od rdzennych mieszkańców hotelach, a podczas wymieniania grzeczności podkreślano z dumą samodzielność kraju. W mowie powitalnej wygłoszonej do przedstawicieli Czarnych Panter po podziękowaniach za wsparcie podkreślono, że wyzwolenie półwyspu musi być jedynie sprawą Koreańczyków[13]. Tych, którzy angażowali się za bardzo, mógł spotkać straszny los, jak wenezuelskiego poetę Ali Lamedę, komunistę, który w 1965 r. rozpoczął w Korei pracę nad tłumaczeniem dzieł Wielkiego Wodza na język hiszpański. Po trzech latach nieoczekiwanie skazany został bez przedstawienia żadnych konkretnych zarzutów (co jest regułą w KRLD) na 20 lat ciężkich robót. Przyczyną najprawdopodobniej były jego listy, w których wyrażał rozczarowanie systemem KRLD[14]. Koreę Północną najbezpieczniej było kochać na odległość.

 

Umarł król, niech żyje król

Pomimo upadku Sajgonu sprawy nie potoczyły się dla Pjongjangu pomyślnie. Nieoczekiwane zbliżenie chińsko-amerykańskie nie rokowało dobrze dla potencjalnej inwazji. Odkrycie sekretnych tuneli, którymi wojska KRLD miały dokonać najazdu, graniczne starcia oraz tzw. incydent z siekierką w 1976 r., gdzie w wyniku kłótni o ścięcie topoli w strefie zdemilitaryzowanej zamordowanych zostało dwóch amerykańskich żołnierzy, nie przyniosły Korei Północnej dobrej prasy. Cały entuzjazm związany z dżucze wkrótce rozpłynął się w konserwatywnym zwrocie opinii publicznej i erze Reagana. Niegdyś zachwycony dżucze Eldridge Cleaver całkiem się nim rozczarował i w 1980 r. dołączył do Partii Republikańskiej. Zewnętrzna propaganda przybierała coraz bardziej archaiczne formy, a wykupywane przez reżim strony w gazetach stawały się obiektem żartów. Na Bliskim Wschodzie propaganda tego typu wywołała nawet skandal, gdy opublikowany został artykuł o „boskim Kim Ir Senie”, co rozwścieczyło bardziej religijnych muzułmanów. Również kraje Trzeciego Świata, nie widząc korzyści ze współpracy z KRLD, zwróciły swoje zabiegi dyplomatyczne w stronę Seulu[15].

Upadek ZSRR i kolejne lata okazały się dla Korei Północnej tragiczne. Odcięcie od sponsorów, przestarzały sprzęt rolniczy, niszczące susze oraz niewydolna gospodarka i skorumpowany system redystrybucji żywności musiały doprowadzić do głodu. Do dziś nie wiadomo, ile osób zmarło w latach 90. Statystyki wskazują, że od 220 tys. (dane przedstawione przed delegację KRLD) do nawet 3,5 mln. Wraz z uciekinierami, którzy po raz pierwszy masowo zaczęli opuszczać kraj (choć na Południe dotarła zaledwie mała część z nich), świat otrzymywał coraz więcej doniesień o okrucieństwach reżimu. Korea znalazła się na celowniku dziennikarzy i filmowców, którzy tym razem przyjmowali dużo bardziej krytyczną postawę. Jednym z pionierów zmiany był polski dokumentalista Andrzej Fidyk, który zaakceptował reguły koreańskiej cenzury i nakręcił dokładnie tyle, na ile reżim mu pozwolił, wierząc, że europejski widz dostrzeże ironię. Jedynie subtelne sceny jego Defilady, pokazujące np. zgubiony w maszerującym tłumie but, demaskują grozę totalitaryzmu.

Dziś mafijne praktyki dynastii Kimów są dobrze znane.

Wydawałoby się, że współcześnie nie sposób być apologetą kraju, który m.in. prowadzi globalny handel narkotykami, produkuje fałszywe pieniądze, zajmuje się przemytem ludzi i porwaniami, zleca zabójstwa, a ok. 100 tys. swoich obywateli trzyma w katorżniczych warunkach w obozach pracy.

Już w latach 90. dżucze przestało odgrywać znaczącą rolę w polityce KRLD, a Kim Dzong-il nie mógł być bardziej szczery, niż ogłaszając songun, czyli politykę „po pierwsze, armia” – militaryzacja życia społecznego trwała od lat 60. Dzisiejsze osiągnięcia nuklearne reżimu tylko potwierdzają ten trend. Korea Północna nie wspiera już komunistycznych partyzantów na świecie. Zamiast tego sprzedaje swoją broń i technologie innym autarkiom, m.in. Syrii. Propaganda Pjongjangu znowu odnosi sukcesy na nowych zasadach gry.

Nawet zagorzali marksiści rzadko bronią dziś ideologii Kim Ir Sena. Choć na świecie wciąż istnieje garstka sympatyków dżucze zjednoczona w towarzystwa przyjaźni, np. brytyjskie Friends of Korea, jest to margines. Kwestią otwartą pozostają ideologiczne motywacje artystów otwierających wystawy północnokoreańskiej sztuki lub inscenizujących kimirsenowskie opery, jak np. Katarzyny Bratkowskiej, która zdecydowała się wystawić w Polsce kanoniczne dzieło Morze krwi. Role, jakie odgrywają dla aparatczyków z KRLD, mogą być nieuświadomione. Północnokoreańskie homogeniczne społeczeństwo, którego życie koncentruje się wokół wielkich parad wojskowych i kultu wodza, oraz etnonacjonalistyczna retoryka mogą nasuwać raczej skojarzenia z państwem faszystowskim niż komunistycznym. Nic dziwnego, że w ostatnich latach reżim Kim Dzong Una zyskał sobie wiele sympatii w kręgach białych nacjonalistów, neonazistów i alt-right.

Jednak największą siłą reżimu Kimów jest postawa, którą południowokoreańska prawica określa jako „anty- antyPjongjang”. W skrócie polega ona na zajmowaniu stanowiska, które wzbrania krytyki dyktatury Kima ze względu na grzechy własnej przeszłości lub politykę mocarstw. Najlepszym przykładem jest film Propaganda (2012, reż. Slavko Martinov). W tym mockumencie (fikcji ubranej w szaty dokumentu) północnokoreański profesor wymienia grzechy Zachodu, wykazując, że jest to świat zmanipulowany, w którym konsumpcja przesłania ludziom oczy na okrucieństwa, jakich dopuszcza się w imię demokracji. Widz po projekcji powinien wyjść z sali z przekonaniem, że nie ma moralnych podstaw do tego, by krytykować Koreę. Z pewnością jest to film warty przedyskutowania. Jednakże, jak to z propagandą bywa, daje nam szokującą i uproszczoną wizję świata. Narratorem został przyjaciel reżysera, Koreańczyk mieszkający w Nowej Zelandii, a biurokraci z KRLD nie mieli nic wspólnego z tą produkcją.

Tego typu relatywizm nie ominął również środowiska akademickiego. Duże w tym zasługi samego reżimu. Gotowość do ustępstw niektórych badaczy, zwłaszcza tych regularnie jeżdżących do KRLD, może wynikać z autocenzury i z obaw, że nie zostaną ponownie wpuszczeni do kraju, jeśli przekroczą pewne granice. Inni wręcz idealnie wpisują się w dyskurs „anty- antyPjongjang”. Bruce Cummings, jeden z bardziej poczytnych historyków KRLD, w głośnej pracy North Korea: Another Country nie szczędzi słów krytyki polityce USA – i być może słusznie. Jednak prowadzi go to do konkluzji, że nie możemy przypominać o prawach człowieka w KRLD, bo w samym kraju ten koncept nie istnieje. Zamiast tego Koreańczycy z Północy mają niezbywalną wolność do bycia Koreańczykami – w domyśle badacz przyznaje rację KRLD, która od lat oskarża Południe o bycie „marionetkami”. Cummings ubolewa również, że świat nie rozumie idei gułagu, który powstał nie po to, by karać, ale reedukować, i że dzięki niemu Korea jest bezpieczna. Wysyłanie ze skazanym jego rodziny ma być wyrazem tradycjonalizmu Korei i łaską, która pomaga przetrwać[16]. W rzeczywistości nie ma żadnych wiarygodnych statystyk co do bezpieczeństwa w KRLD, a analizy danych są dalekie od optymistycznych[17]. Wysyłanie rodzin aresztowanego do obozu nie jest efektem konfucjańskich wpływów, ale metodą zastraszania społeczeństwa, zwłaszcza że członkowie rodziny nigdy nie byli lokowani w tym samym co skazany miejscu[18]. Tego typu nadużycia i półprawdy służą przede wszystkim atakom na politykę USA.

System KRLD świetnie sprawdza się również w przypadku odwiedzających kraj turystów. Dziś, gdy co drugi podróżnik posiada konto w mediach społecznościowych, blog, a czasem nawet vlog, te metody propagandy okazują się nadzwyczaj skuteczne. Ministerstwo Turystyki (w KRLD można podróżować wyłącznie za pośrednictwem biur turystycznych) robi wszystko, by turyści zabrali ze sobą pakiet miłych wspomnień. Wszechobecną kontrolę osłodzić mają zimne piwo Taedonggang i towarzystwo uśmiechniętych przewodników, będących często młodymi, urodziwymi kobietami. Wspomnienie przyjaźni z wysoko postawionymi oficjelami i smak dobrej jakości trunków towarzyszyły zapewne również Walterowi Duranty’emu, amerykańskiemu korespondentowi „The New York Timesa” z Moskwy, kiedy w latach 30. opisywał stalinowską Rosję, patrząc na nią przez różowe okulary, wielokrotnie negując skalę terroru i głód na Ukrainie. Turyści odwiedzają KRLD, akceptując potiomkinowskie zasady gry, a materiały, które z takich podróży powstają, dają równie zafałszowany obraz co reportaże Duranty’ego.

Gruboskórna propaganda i – wydawałoby się – przestarzałe metody manipulacji pozostają do dziś skuteczne. Ponadto Korea Północna nie musi już zabiegać o poparcie za granicami kraju, ponieważ uważa je za nieistotne. Dżucze we współczesnej polityce kraju nie odgrywa żadnej roli. Uzbrojony w nuklearny arsenał reżim czuje się wystarczająco mocny, by wierzyć, że jest w swoich działaniach bezkarny. Co gorsza, wielu mu przyklaskuje.

_

[1]  B.R. Young, A Revolutionary State: North Korea’s Support of Non-State Actors, Past Policies and Future Issues, „Korea Economic Institute’s Academic Paper Series”, 5 listopada 2017, s. 2–4.

[2] Tenże, Juche in the United States: The Black Panther Party’s Relations with North Korea, 1960–1971, „The Asia-Pacifc Journal”, t. 13, nr 12, s. 11–12.

[3] Eldridge Cleaver’s Notes on Korea, 1970, „Wilson Center”, http://digitalarchive.wilsoncenter.org/ document/114579 (dostęp: 30 maja 2018).

[4] J. Robinson, Korean Miracle, „Monthly Review” 1965, t. 16, nr 8, s. 543.

[5] A. Lankov, North of the DMZ. Essays on Daily Life in North Korea, Londyn 2007, s. 365.

[6] Eldridge Cleaver’s Notes…, dz. cyt.

[7]   B.R. Myers, North Korea’s Juche Myth, Busan 2015, s. 112.

[8] T. Ali, Diary, https://www.lrb.co.uk/v34/n02/tariq-ali/diary (dostęp: 30 maja 2018).

[9] B. Szalontai, Political and Economic Relations Between Communist States, „Oxford Handbook in the History of Communism”, Nowy Jork 2014, s. 317.

[10] B.K. Martin, Under The Loving Care Of The Fatherly Leader. North Korea and the Kim Dynasty, Nowy Jork 2004, s. 136–139.

[11] Kim Hyung-chan, Kim Tong-gyu, Human Remolding in North Korea: A Social History of Education, Lanham 2005, s. 10.

[12] B. Cumings, Korea’s Place in the Sun: A Modern History, Norton 1997, s. 141.

[13] Welcoming Message to Eldridge Cleaver, Kathleen Cleaver, and Robert Scheer upon their Arrival in North Korea, „Wilson Center”, http://digitalarchive.wilsoncenter.org/document/114494 (dostęp: 30 maja 2018).

[14] Ŭ. Cho, Puk’an pangmun penesuella shiin, naebu shilsang allin choero 7nyŏn kangjenoyŏk,  https://www.voakorea.com/a/3298785.html (dostęp: 30 maja 2018).

[15] C.K. Armstrong, Juche and North Korea’s Global Aspirations, „North Korea International Documentation Project Working Paper” 2009, t. 1, s. 4.

[16] B. Cummings, North Korea: Another Country, Nowy Jork 2003, s. 174–176.

[17] Zob. Kim Yun-yŏng, T’ongiltaepi puk’anui pŏmchoeyangsangkwa ch’iantaech’aeke kwan’an yongu, 2007.

[18] A. Lankov, The Real North Korea : Life and Politics in the Failed Stalinist Utopia, Nowy Jork 2013, s. 84.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter