70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Mohamed Seeneen/The Maldives Presidency/AFP/East News

Pocztówki z antropocenu

Aktualne stężenie CO2 w atmosferze wynosi ponad 404 cząsteczki na milion, o 40 razy więcej niż w roku 2000. Średnia globalna temperatura roczna była w roku 2015 (najcieplejszym w historii, ale obecny się jeszcze nie skończył) o 1°C wyższa niż przed rewolucją przemysłową. Jak wygląda świat, który kryje się za tymi abstrakcyjnymi liczbami?

Enzetowski międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change – IPCC) w 2014 r. wydał piąty raport na temat skutków zmian klimatycznych. W porównaniu do wcześniejszych, zawiera on poważniejsze ostrzeżenia przed niebezpieczeństwami i znacznie bardziej zdecydowane sformułowania. Obszerne opracowanie, nad którym pracowało ponad 800 naukowców z całego świata, informuje, że ocieplenie atmosfery i oceanów jest faktem niepodważalnym. Wiele procesów, takich jak wzrost poziomu wód czy topnienie lodowców Grenlandii i Antarktyki, postępuje w tempie bez precedensu. Ingerencji człowieka w klimat nie da się zaprzeczyć, jest też „niezwykle prawdopodobne”, że to główna przyczyna obserwowanego od 1950 r. ocieplenia. Będący pod presją rządów i ostrzałem lobby przemysłowego zespół musi ważyć słowa bardziej niż wytrawni dyplomaci – jednak w słowniku IPCC „niezwykle prawdopodobny” tłumaczyć należy tak: według wszelkiej dostępnej nam wiedzy i z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością to człowiek odpowiada za ocieplanie się Ziemi.

Witamy w antropocenie – epoce całkowicie zdominowanej działalnością ludzi. Stężenie gazów cieplarnianych w atmosferze wzrosło do poziomów niespotykanych przez 800 tys. lat. Wpływa to na ilość i częstotliwość opadów, topnienie śniegu i lodu, cykle hydrologiczne, globalny wzrost poziomu morza, gwałtowniejsze ekstrema związane z pogodą: fale ciepła, susze, powodzie, tropikalne cyklony, pożary lasów. To z kolei bardzo oddziałuje na różne dziedziny aktywności ludzkiej. Z dużą dozą pewności można powiedzieć, że negatywny wpływ zmian klimatu na plony będzie w skali całego świata częstszy niż pozytywny, a wydajność zbiorów rolniczych w XXI w. ma spadać o 2% co 10 lat.

 

Liczby przeciw liczbom

Zdaniem ekonomistów zmiany klimatyczne doprowadzą do spowolnienia wzrostu gospodarczego, zachwieją produkcją żywności, zaostrzą biedę i doprowadzą do powstawania nowych obszarów ubóstwa zarówno w krajach rozwijających się, jak i już rozwiniętych. Nie jest zaskakujące, że przede wszystkim dotkną społeczności wiejskie, biedne i zmarginalizowane. Na prowincji wpłyną szczególnie na dostęp do wody i wydajność rolnictwa. W miastach, które stale się rozrastają, mogą wstrząsnąć cenami żywności. To pośrednio może zwiększać ryzyko konfliktów, choć tu badania politologów nie dają jednoznacznych odpowiedzi, a popularna teza o „wojnach o wodę” jest zbyt dużym uproszczeniem. Konflikty społeczne i anomalie pogodowe mogą już niedługo spowodować przemieszczanie się ludzi na wielką skalę, powstanie grupy „uchodźców środowiskowych” opuszczających tereny, na których nie da się przeżyć.

Tempo wzrostu emisji CO2 przeraża, podobnie jak bierność polityków i większości z nas.

„Od ponad dziesięciu lat opowiadam studentom o polityce klimatycznej. Jedyne, co muszę co roku uaktualnić, to liczba cząsteczek CO2 na milion. Poza tym nic się nie zmienia” – powiedział nam niedawno znajomy politolog z Holandii. Rzeczywiście, negocjacje nowego, powszechnego i obejmującego cały świat porozumienia klimatycznego bardzo się przeciągały. Oczekujący szybkich działań i stanowczych posunięć obserwatorzy dawno już zwątpili, jednak zeszły rok przyniósł długo oczekiwany sukces metody małych kroków w polityce klimatycznej – to przełom w budowaniu światowego konsensusu na rzecz ochrony klimatu.

W czerwcu papież Franciszek wydał drugą encyklikę zatytułowaną Laudato si’, w której wezwał 1,2 mld katolików do działań na rzecz ochrony klimatu i zrównoważonego rozwoju. Ten symboliczny gest był jednym z wielu torujących drogę do porozumienia na grudniowym szczycie w Paryżu (tzw. COP21). Konferencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu po raz pierwszy przyniosła światowy kompromis, którego celem jest zapobieganie dalszemu pogarszaniu się sytuacji. Założono ograniczenie globalnego ocieplenia do końca stulecia do poziomu nieprzekraczającego 2°C w porównaniu z czasami przedprzemysłowymi. Dodatkowe oświadczenie mówi, że strony będą dążyć do rygorystycznego celu (1,5°C). Porozumienie zacznie obowiązywać, kiedy ratyfikuje je 55 państw emitujących razem 55% światowych gazów cieplarnianych. Na razie zrobiło to tylko 22 ze 180 sygnatariuszy, którzy emitują sumę szacowaną na… 1,08%.

Tu znów wracamy do klimatycznej magii liczb. Niemiecki analityk Oliver Geden od lat dowodzi, że cele takie jak 2°C czy 1,5°C są z politycznego punktu widzenia podwójnie szkodliwe. „Po pierwsze, są skrajnie abstrakcyjne i nikt ich nie rozumie, nie porywają. Po drugie – celu 2°C nie osiągniemy, a nic tak nie demotywuje w politycznym działaniu jak świadomość nieuniknionej porażki” – mówi Geden. Pomijając jego nadmierny być może pesymizm, cały czas musimy brać pod uwagę możliwość porażki.

Co więc robić? Jak chronić klimat? Strategia jest cały czas dwutorowa – oparta na jednoczesnym przeciwdziałaniu, opóźnianiu lub odwracaniu zmian klimatu (w żargonie – mitygacji) oraz przystosowywaniu się do nich, tych już widocznych i tych nadchodzących (adaptacji). Raport IPCC podkreśla postęp w adaptacji, choć jest to ciągle pojęcie obecne raczej w planowaniu niż w praktyce. Przystosowywanie może wyglądać bardzo różnie w zależności od lokalnych potrzeb i niebezpieczeństw. Adaptacja to już dziś działanie na bezpośrednim „froncie” zmian klimatycznych. To właśnie tam możemy za statystykami zobaczyć prawdziwych ludzi i miejsca.

 

Nim nadejdzie woda

Jeśli istnieje coś takiego jak popkulturowy, ikoniczny obraz zmian klimatycznych, to poza niedźwiedziem polarnym odpływającym na oderwanej od lodowca krze jest nim chyba podwodna sesja rządu Malediwów. Administracja prezydenta Mohameda Nasheeda zasiadła przy biurkach w pełnym rynsztunku płetwonurków, by już w 2009 r. przykuć uwagę świata. To małe wyspy stawiają czoła najpoważniejszym konsekwencjom zmian klimatycznych – podnoszącemu się poziomowi mórz, rosnącym temperaturom, degradacji zbiorników wody pitnej, erozji gleb, ilości i intensywności opadów. Wszystko to ma ogromny wpływ na żyjących tam ludzi, ich codzienne funkcjonowanie i niepewną przyszłość.

Reprezentujący aż 41 mln ludzi Sojusz Małych Państw Wyspiarskich alarmuje, że wzrost temperatur o 2°C będzie oznaczał zatopienie obszarów położonych poniżej metra nad poziomem morza. A to ponad połowa powierzchni znanych nam z folderów Malediwów czy Seszeli, a także całe mniej znane zamieszkane archipelagi. Od 2007 r. trwa stopniowa ewakuacja Wysp Cartereta (należących do Papui-Nowej Gwinei). Ponad tysiąc osób niegdyś zamieszkujących tonący raj uznano za pierwszych na świecie środowiskowych uchodźców. A tych z pewnością będzie przybywać w nadchodzących dekadach. W niedługiej przyszłości masowe ewakuacje planuje się na Kiribati, Wyspach Marshalla i Tuvalu.

Królestwo Tonga liczy ok. 100 tys. obywateli. Kraj składa się ze 176 malowniczych wysp, z których 36 jest zamieszkanych. Tonga znajduje się też na czele listy najbardziej narażonych na klęski żywiołowe krajów na Pacyfiku. Efekty zmian klimatu to już chleb powszedni. Polikalepo Kefu, krajowy koordynator grupy kryzysowej Tonga 350, mówi: „Zmiany klimatu dotykają wszystkich na wyspie, to nieustanna walka o przetrwanie w obliczu nadchodzącej katastrofy”.

Zmiany klimatyczne są badane w Królestwie Tonga od dwóch dekad i dotyczą opadów, temperatury i rosnącego poziomu oceanu. Podczas gdy suma rocznych opadów maleje, zwiększa się liczba dni z opadem ekstremalnym.

Średnia roczna temperatura rośnie, zwiększa się też liczba bardzo upalnych dni. Najtrudniej jest żyć z podnoszącym się poziomem wody. Dane satelitarne szacują, że poziom wody wokół wysp rośnie o 6 mm rocznie od 1993 r., co stanowi dwukrotność globalnej średniej. Wyższy poziom wody doprowadza do erozji wybrzeża.

Pojedyncze ekstrema pogodowe nie mogą być przypisane jedynie zmianom klimatycznym, ale nasilenie i gwałtowny przebieg tych ostatnich zwiększają prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zjawiska. W przypadku Tonga są to dewastujące cyklony. Wzrost poziomu wody i erozja wybrzeża pogłębiają dodatkowo cyklonowe zniszczenia. Jak zmiany klimatu wpływają na życie codzienne? Nie trzeba szukać daleko: budynki zastawiane workami z piaskiem od strony morza to normalny widok. Najłatwiej byłoby przenosić domy i instytucje publiczne, choćby szpitale, w głąb lądu. Niestety, wyspy są z reguły wąskie i długie, a uciekać od oceanu nie można w nieskończoność. Miejscowi, przyzwyczajeni, że kiedyś przy niskiej fali mogli przechodzić z wyspy na wyspę, teraz zostają od siebie odcięci. Podmywane są drogi, wyrywana przez ocean ziemia traci na wartości. Mieszkańcy starają się przystosowywać do nowej rzeczywistości, organizacje ekologiczne i zagraniczna pomoc rozwojowa prowadzą pilotażowe projekty stref buforowych na wybrzeżach obsadzonych lasami namorzynowymi. Trzeba dostosować rolnictwo i gospodarkę wodną do nowych warunków. Ale gdzieś w tym wszystkim pozostaje świadomość odraczania klęski, utraty tożsamości. Na lokalnym kościele zawisł plakat o sprawiedliwości klimatycznej. Bo kto jest tak naprawdę winny temu, że 100 tys. osób traci centymetr po centymetrze kraj zamieszkiwany od ok. 6 tys. lat? Niestety, bardziej my niż miejscowa ludność. Sione Taulo Fulivai, delegat Tuvalu na szczyt klimatyczny w Durbanie, mówił dobitnie: „Nasz lud jest na linii frontu, nasza kultura wkrótce zniknie”. Od 2010 r. Tonga realizuje narodowy plan przystosowywania się do zmian klimatycznych i zarządzania kryzysowego: powołano Ministerstwo Środowiska i Zmian Klimatycznych, wprowadzono program bezpieczeństwa energetycznego w oparciu o energię odnawialną. Ale to tylko leczenie objawowe. Bo do wyeliminowania przyczyny potrzeba szybszej i skuteczniejszej polityki globalnej.

 

Czy adaptacja jest modna?

Niewielkie państwa wyspiarskie – czy to nie mały problem w skali świata? Australia zgodziła się już teraz, że przyjmie tysiące polinezyjskich uchodźców klimatycznych, gdy zajdzie taka potrzeba. Nawet jeśli w sumie będzie ich kilka milionów, można zapytać, cóż to jest w skali świata. A przecież bez urlopu na Malediwach można żyć. Niestety, podnoszący się poziom wód, powodzie i utrata ziemi grożą też mieszkańcom niemal wszystkich najludniejszych miast na wybrzeżach Azji Południowej i Wschodniej – w tym Kalkuty, Bombaju, Dhaki, Bangkoku, Ho Chi Minha, Szanghaju. To już nie tysiące, ale setki milionów ludzi, którzy mogą utracić dach nad głową. Szacuje się, że w samym Bangladeszu do 2050 r. zmuszonych do migracji będzie przytłaczające 250 mln ludzi – tyle, ile połowa mieszkańców Unii Europejskiej. Jeśli wstrząsnął nami milion uchodźców z Bliskiego Wschodu, co będzie, kiedy najniżej położone tereny świata rzeczywiście znajdą się pod wodą?

Jeśli nie jesteśmy w stanie na czas zatrzymać ocieplenia, odpowiedzią może być jedynie przystosowanie do zmieniających się warunków. Przykładem bardzo udanej strategii adaptacyjnej są pływające ogrody w Bangladeszu. Ponad 20% kraju położone jest nie wyżej niż metr nad poziomem morza, częste w regionie powodzie dodatkowo się nasilają. Prosta technologia pływających ogrodów polega na uprawianiu ziemi na budowanych z hiacyntów wodnych i bambusów tratwach unoszących się na rzece. W ten sposób bezpieczeństwo żywnościowe nie zależy już w takim stopniu od pogody i potopów. Nasima z rolniczej rodziny (62% mieszkańców Bangladeszu pracuje w rolnictwie) opowiada: „Mamy ziemię bardzo blisko rzeki, często jest zalewana przez powodzie. Większość z nas żyjących tu w okolicy wybiera pływające ogrody jako źródło utrzymania”. Hafiza, matka dwojga dzieci, też mówi o otaczającej wioskę ze wszystkich stron wodzie i pechu, bo po ostatniej powodzi jej mąż stracił pracę na farmie na całe pół roku.

Wtedy Hafizę objął program szkoleniowy miejscowej organizacji pozarządowej i stała się ona właścicielką pływającej farmy – z hodowlą kaczek na pokładzie, małą hodowlą ryb pod nim i ogrodem warzywnym na dachu. Rodzina dzięki dodatkowym wpływom z pływającej farmy zaczęła spać na prawdziwym łóżku i po raz pierwszy jest w stanie coś odłożyć.

Adaptacja do zmian klimatu była jeszcze niedawno uznawana w kręgach ekologów za gaszenie pożaru na Titanicu. Dziś to nastawienie bardzo się zmieniło, choć pojęcie nadal pozostaje abstrakcyjne. Może dotyczyć tak samo wielomiliardowych inwestycji w infrastrukturę (zabezpieczeń przeciwpowodziowych w Holandii), jak i przywrócenia lasów namorzynowych na kawałku wybrzeża. Na przykład w Wietnamie Czerwony Krzyż pomagał lokalnym społecznościom w zasadzeniu 2 tys. ha namorzyn jako strefy buforowej przy nasilających się tajfunach oraz ochrony akwakultury (krabów hodowanych na eksport). Obsadzony obszar wybrzeża po starciu z najgorszym tajfunem dekady pozostał… nietknięty.

 

Na Północy też czujemy zmiany

Zmiany klimatu to nie tylko problem tzw. Trzeciego Świata, choć w regionach tropikalnych i na południowej półkuli objawiają się one dziś w ostrzejszej formie. W 2009 r. strategię adaptacyjną przygotował trzeci najbogatszy stan USA – Kalifornia. Dotyczy ona wielostronnych działań, w tym ochrony wybrzeża, ograniczania wysychania zbiorników wodnych i walki z pożarami lasów. To ostatnie zagrożenie znamy też dobrze z Europy.

Sezon pogody pożarowej na świecie w ciągu ostatnich 25 lat wydłużył się o 19%. Oczywiście są różne źródła pożarów, w tym podpalenia, i nie można jednoznacznie przypisać pożarów zmianom klimatycznym Ale już ich nasilenie i częstość występowania są z nimi powiązane. W cieplejszym klimacie problem zaostrza się: pogoda staje się bardziej sprzyjająca dla ognia, sezon wyższego ryzyka pożarowego jest dłuższy, zwiększają się obszary szczególnie narażone na pożary. A więc płonie więcej lasów, które przecież mogłyby absorbować CO2. Zamiast tego uwalniają one do atmosfery olbrzymie ilości CO2 z „pustym przebiegiem”, niewykorzystanym przez żadne państwo, żaden sektor. To błędne koło.

Ogień jest głównym niszczycielem lasów w krajach śródziemnomorskich. Tylko latem 2007 r. w Grecji pożary lasów zabiły 68 osób, 2 tys. zostało rannych, zniszczone było ok. 100 wiosek, a straty sięgnęły 3 mld euro. Mieszkańcy porównywali pożar do strefy wojny, w jedną noc tracili wszystko – dach nad głową, trzodę. Środki adaptacji to połączenie praktyk leśniczych (np. przerzedzanie lasów, zwiększenie liczby drzew liściastych) z częścią instytucjonalną – np. powstanie Europejskiego Systemu Informacji o Pożarach Lasów (The European Forest Fire Information System – EFFIS). Dzięki takim zmianom można ograniczyć liczbę pożarów i obszary zniszczeń.

 

Przecież Wyszków nie tonie…

W polskich dyskusjach o klimacie często słyszymy, że to nas nie dotyczy. Moralnie, bo przecież nie mieliśmy kolonii, a polska gospodarka musi się szybko rozwijać – skoro inni już to zrobili, to teraz my też mamy prawo. Przejście na gospodarkę niskoemisyjną to ponoć za duże koszty – zwłaszcza jeśli nie przyjmuje się do wiadomości ani korzyści, jakie to może przynieść, ani kosztów, jakie wygeneruje zmieniający się klimat. Nie dotyczy nas to też fizycznie, bo zmiany klimatu w Polsce rzekomo nie będą odczuwalne, a nawet jeśli, to będziemy mieć po prostu cieplejsze wody na letnie kąpiele, szybszy przyrost lasów i lepsze warunki dla rolnictwa.

Niestety, skutki zmian klimatu nie ograniczą się do listy życzeń. Walka, jaką toczą mieszkańcy Tonga, powoli staje się również codziennością krajów Morza Północnego. Na niemieckiej wyspie Sylt ekstremalne zjawiska pogodowe – powodzie i sztormy – wymykają się spod kontroli. A podnoszący się poziom mórz tak samo dotyczy Polinezji, jak Wenecji, gdańskiej starówki czy Żuław Wiślanych.

Polska oficjalna niechęć do uznania zmian klimatycznych za problem jest przerażająca. „Denializm klimatyczny”, sformułowanie równie brzydkie jak praktyka, którą określa, zbiera żniwo. Polska Akademia Nauk była ponoć ostatnią narodową instytucją naukową na świecie, która przyznała, że problem globalnego ocieplenia i zmian klimatycznych jest jednym z największych wyzwań współczesności. Skandalem stała się transmisja z ceremonii otwarcia olimpiady w Rio de Janeiro, poświęconej w części ekologii, wylesianiu i zmianom klimatu. Komentujący widowisko dla TVP Przemysław Babiarz stwierdził, że wpływ człowieka na klimat to tylko „jedna z hipotez”, i obarczył Słońce winą za globalne ocieplenie. Było to tyleż zaskakujące, co symptomatyczne dla dominującego w Polsce podejścia do ochrony klimatu.

Mimo rozpowszechnienia w mediach podobnego nastawienia raport CBOS z 2014 r. podaje, że polskie społeczeństwo jest znacznie bardziej świadome. Trzy czwarte Polaków uważa zmiany klimatu za zagrożenie, a niemal jedna piąta postrzega je jako jedno z największych zagrożeń współczesnej cywilizacji.

Choć każdy mroźny zimowy dzień i śnieżyca są odbierane przez sceptyków jako niezbity dowód na istnienie spiskowej teorii globalnego ocieplenia, fakty są trudne do zignorowania. W całym naszym regionie każdego lata coraz większym problemem są tzw. miejskie wyspy ciepła – większa liczba upalnych dni daje się we znaki mieszkańcom miast, gdzie temperatura rośnie o kilka dodatkowych stopni. W ekstremalnym pod tym względem roku 2010 (kiedy ocieplanie klimatu zbiegło się dodatkowo z gwałtownym zjawiskiem La Nina) w samej Moskwie fala upałów miała spowodować aż 11 tys. zgonów.

Gwałtowność pogody objawia się też nieregularnymi opadami, mamy więc albo częste susze, albo ulewy przynoszące powodzie. W roku 2015 niski poziom opadów w niezwykle ubogiej w wodę Polsce (jesteśmy pod tym względem bardziej podobni do Cypru i Syrii niż europejskich sąsiadów) doprowadził do kryzysowej sytuacji w energetyce – oparty na węglu system potrzebuje wody do chłodzenia i kiedy jej nie starcza (i gdy dodatkowo przegrzewa się sieć), katastrofalne niedobory prądu stają się realnym zagrożeniem. Poziom wody w Wiśle był najniższy od 600 lat. Susza może jednak szybko zmienić się w powódź – jak te z 1997, 2002 i 2013 r.

Tonga, Malediwy, Bangladesz, Kalifornię, Grecję i Polskę dzieli wiele, ale klimat mamy wspólny. To, co powinno prowadzić do solidarności i ułatwiać działania polityczne, jest jednocześnie naszą największą zmorą. Z dobra wspólnego może korzystać każdy, także na koszt tych, którzy niosą ciężar ratowania go dla wszystkich. Pokusa „jazdy na gapę” jest wielka, zwłaszcza jeśli ma się dla tego tak ładne wytłumaczenie jak Polska. Każdy rok czekania podnosi jednak cenę, jaką będziemy w końcu zmuszeni zapłacić. Im bardziej mamy świadomość, że problem nas dotyczy, im więcej jesteśmy zmuszeni przeznaczyć na adaptację do nieuniknionych już zmian, tym bardziej atrakcyjne staje się też wspólne działanie w celu ograniczenia przyszłego ocieplenia Ziemi. Jeśli nie dla wyspiarzy z Polinezji, ogrodników w Bangladeszu ani rolników w Paragwaju, to przynajmniej dla naszych wnuków.

_

Korzystaliśmy z:

Piąty Raport IPCC, https://www.ipcc.ch (dostęp: 13 września 2016).

World Food Programme, https://www.wfp.org (dostęp: 13 września 2016).

Polacy o stanie środowiska i Zmianach Klimatu, CBOS 2014.

Group Tonga 350, http://350pacific.org/polynesian-islands/tonga/ (dostęp: 13 września 2016).

A. Yee, The Floating Gardens of Bangladesh. Farming on Water to Prevent the Effects of Climate Change, „The New York Times”, 18 listopada 2014.

C. Monastra, Rising Seas, Part 1: Tonga, https://witnesstreephotography.wordpress.com/2012/12/31/rising-seas-part-1-tonga/ (dostęp: 13 września 2016).

Climate Change Post, „Forest fires Greece”.

Bangladesh: Spreading the floating farms’ tradition, http://www.irinnews.org/report/90002/bangladesh-spreading-floating-farms%E2%80%99-tradition (dostęp: 13 września 2016).

J. Worland, How Climate Change Is Making Wildfires Worse, „Time”, 15 lipca 2015.

L. Englum, Great Russian Heat Wave of 2010 Caused 11,000 Deaths in Moscow Alone, http://www.wwfblogs.org/climate/content/great-russian-heat-wave-2010-caused-11000-deaths-moscow-alone (dostęp: 13 września 2016).

W. Knap, Polska zamienia się w step. I będzie gorzej, „Dziennik Polski”, 5 sierpnia 2016.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata