70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Po stronie nieopłacalności

Jeśli trzymać się podziału na krytyków / krytyczki (zajmujących się przyszłością i pryncypiami) oraz recenzentów / recenzentki (oceniających nowe książki), to musiałabym powiedzieć, że większą rolę odgrywają współcześnie recenzje. Niestety.

Ocena książki, raczej jednoznaczna niż nie, ma niby pomagać w samodzielnym dokonaniu wyboru przez czytelników i czytelniczki. „Niby”, bo właściwie ją zastępuje: przewaga recenzji nad tekstem krytycznym związana jest z zapotrzebowaniem na uzyskanie odpowiedzi, nie jest pożądane mnożenie pytań. „Tak” czy „nie”, „hit” czy „kit”, nie ma tu miejsca na wahanie, zastanawianie się, może nawet myślenie. Recenzja ma być (najlepiej) krótka, sprowadzająca problemy podejmowane przez pisarzy i pisarki do haseł tematycznych, które łatwo powiązać z „lubię” albo „nie lubię” (jeszcze przed podjęciem przez odbiorców lektury, rzecz jasna – nie trzeba znać, by wiedzieć) – stany pośrednie nie są wskazane. Recenzja (chciałabym wierzyć, że tylko chwilowo) wygrywa, bo przygotowuje listę zakupów. Czytanie bowiem jest dzisiaj równane z kupowaniem, czyli z posiadaniem przedmiotów, a nie z obrotem doświadczeniem tekstu. Nawet badania poziomu czytelnictwa odnoszą się często tylko do wyników sprzedaży. To prawda, książki są również produktami, ale nie przede wszystkim, dlatego główną przestrzenią zainteresowania powinny być biblioteki zaprojektowane na wsparcie długiego trwania i wymiany. Recenzja ocenia, czyli czytelnicy i czytelniczki po jej lekturze wiedzą (bez czytania książki), czy warto zapłacić za ocenianą rzecz. Recenzje ścigają się: kto szybciej i ostrzej, nie tyle rywalizując między sobą o palmę pierwszeństwa czy laur celności (dyskusja nie wchodzi tutaj ani na chwilę w grę, rzecz w tym, by przyszpilić lub wynieść), ile z komunikatami produkowanymi w działach promocji wydawnictw, których zadanie polega na reklamowaniu. Trudniej o poważniejsze nieporozumienie, a to dzieje się naprawdę: czytający i czytające spoza kręgu tzw. specjalistów i specjalistek mają kłopoty z rozróżnieniem tekstu reklamowego od tekstu recenzji. Można powiedzieć, że to sprawa braku kompetencji odbiorców i odbiorczyń, że edukacja rozpoczęta na odpowiednio wczesnym poziomie załatwi wszystkie problemy. Obawiam się, że jest inaczej, czyli że oba rodzaje tekstu budowane są na podobnych czy tych samych zasadach mocnego uderzenia (czyli że zbytnim uproszczeniem jest obwinianie czytających) i te pomyłki są uzasadnione. Współczesny rynek książki (to jedno z ważniejszych pojęć, znacząco i boleśnie ograniczające pole literackie) jest ciasny, a ławka (a może lepiej: półka) dla nowości (czyli najgorętszego towaru) krótka.

Mniej więcej po trzech miesiącach nowość przesuwa się ku krawędzi i w końcu spada, a jej miejsce zajmuje kolejna. Trzeba zatem szybko decydować, szybko robić zakupy, bo książki w świecie „tak” lub „nie” są kolejnym towarem konsumpcyjnym. Jeśli nowość równa się zysk, to ja chcę stanąć po stronie tego, co się nie opłaca.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter