70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Museum Rotterdam

W kraju Biblii

W kościele św. Wawrzyńca przedstawionym na obrazie Anthoniego de Lormego nie ma już ołtarza – miast niego pojawiły się dwie wielkie tablice z tekstem Dekalogu. Nie ma wizerunków świętych, scen z życia Jezusa i Marii, ba, nie ma nawet krucyfiksu – jest Słowo, i tylko Słowo.

Do Rotterdamu wybrałem się po raz pierwszy nieomal po ćwierćwieczu. Wcześniej wielokrotnie zerkałem na niego z okien pociągu, gdy jechałem z Amsterdamu do Antwerpii. Mogłem przecież wysiąść, pospacerować i wrócić na dworzec, ale nie – najzwyczajniej się bałem. Obawiałem się miasta-fantomu, wskrzeszonego trupa grodu Erazma, kostropatego Feniksa powojennej architektury. Namiętnie za to gromadziłem stare ryciny, na których widniały dawne rotterdamskie zabytki: bramy miejskie, Rynek Rybny czy giełda. Inwazja faszystowskich Niemiec na Holandię rozpoczęła się w 1940 r., a pierwszy cios Luftwaffe otrzymał właśnie Rotterdam. Nieomal 100 ton zrzuconych bomb zniszczyło w piekielnym pożarze całe historyczne centrum – do dziś zresztą widać, gdzie zatrzymała się wówczas ściana szalejących płomieni. Ponieważ ten sam los mógł niebawem spotkać Amsterdam lub Hagę, rozsądna Holandia skapitulowała, królowa Wilhelmina zbiegła do Londynu, a kraj pogrążył się w mroku okupacji. Nie bez powodu Harry Mullisch, autor prześwietnej powieści pt. Zamach przedstawiającej owe czasy, jako motto wybrał słowa Pliniusza Młodszego: „Wszędzie był już dzień, lecz tutaj była noc, nie, więcej niż noc” (tłum. Ryszarda Pyciaka). Zniknęły też zamieszkane głównie przez biedotę przyportowe dzielnice – gdy Mike van Diem kręcił Charakter (Oscar w 1998 r.!), to Wrocław musiał udawać dawny robotniczy Rotterdam.

Kiedy myślę o niderlandzkich miastach, brabancka Antwerpia ma wstydliwy status porzuconej wiernej żony, Lejda namiętnej kochanki z czasów studenckiej młodości, zaś Amsterdam to mój życiowy, ślubny partner.

Związek z Rotterdamem jest więzią wyimaginowaną i niespełnioną – bardzo podobną mam zresztą z Elblągiem, którego dziesięciotomową historię trzymam na półce tuż obok łóżka, na wyciągnięcie dłoni. Ujrzany po raz pierwszy Rotterdam rozczarował, podobnie jak pomnik Erazma na tle smutnego deszczowego nieba i konwencjonalnych pudełek ze szkła i stali. Monument stał tuż obok kościoła św. Wawrzyńca, jednej z niewielu zabytkowych budowli z centrum, które „częściowo” przetrwały hekatombę. Na dawnych zdjęciach osmolony kamienny szkielet wznosi się nad pogorzeliskiem miasta, miasta o urodę i znaczenie konkurującego kiedyś ze stolicą… Kościół odbudowano, ale miejsce gotyckich i manierystycznych kamieniczek czy magazynów zajęły biurowce, centra handlowe i mieszkalne bloki, najzwyczajniej szpetne (w większości) bądź zbyt głośno krzyczące oryginalnością (np. Kubuswoningen – kto nie zna, niech poszuka w „internetach”).

Dlaczego w końcu pojechałem do Rotterdamu? Po pierwsze, dłużej już nie wypadało mówić, że się nigdy nie było w muzeum Boijmans Van Beuningen… Po drugie, od jakiegoś czasu nie odstępował mnie pewien obraz, Wnętrze kościoła św. Wawrzyńca, namalowany w 1655 r. przez Anthoniego de Lormego. De Lorme był jednym z wielu malarzy specjalizujących się w kościelnych wnętrzach, by wymienić tylko Hendrika Corneliszoona van Vlieta lub niemal podręcznikowego Pietera Janszoona Saenredama, znanego z nagich, świetlistych przedstawień holenderskich świątyń. Dzieła te niewiele miały jednak wspólnego z rzeczywistością, były raczej wykoncypowanymi artystycznymi wizjami architektonicznymi, wielokrotnie przy tym zmienianymi, upraszczanymi i nieustannie oczyszczanymi z nadmiaru elementów, co staje się jasne, gdy spojrzeć na przygotowawcze szkice. By zacytować Jana Białostockiego: obrazy takie były raczej „wielką metaforą, symbolem wszechświata”, w którym „przypadkowości i chaotyczności, jakie znamionują świat ludzi, przeciwstawia się ład i doskonałość architektury”. Dla mnie praca De Lormego stała się jednak czymś innym, mianowicie symbolem intelektualnej rewolucji, która miała miejsce w XVII-wiecznej Republice. W prezbiterium kościoła św. Wawrzyńca za lektorium nie ma już ołtarza – miast niego pojawiły się dwie wielkie tablice z tekstem Dekalogu. Nie ma wizerunków świętych, scen z życia Jezusa i Marii, ba, nie ma nawet krucyfiksu – jest SŁOWO, i tylko SŁOWO.

Po wielkiej furii ikonoklastycznej w Kraju Nizin zaczął się kształtować nowy dekoratorsko-ideowy program zdobienia świątyń ewangelicko-reformowanych. Ogołocone z obrazów i rzeźb katolickie kościoły, mające służyć teraz protestanckim gminom, a także budowane kościoły nowe stawały się domami słowa, nie zaś obrazu. Nie chodziło przy tym jedynie o kwestie teologiczne, o doktrynę Sola Scriptura (czyli traktowanie Pisma jako najważniejszego autorytetu), ale także o reorganizację przestrzeni, wprowadzenie samego tekstu, w jego jak najbardziej materialnej postaci, do kościelnych wnętrz. I tak w świątyniach zaczęły pojawiać się tzw. kerkborden, rozmaite „tablice kościelne” z inskrypcjami w języku niderlandzkim. Do najczęściej spotykanych należały Credo, Dekalog, Ojcze nasz czy fragmenty psalmów i ewangelii. Dawne wizerunki katolickich świętych, często obwieszone dziękczynnymi wotami, skłaniające do ufnego oddania się w modlitwie Bogu i odwołujące się do emocji wiernych, zastąpiły biblijne wersety wymagające lektury i zrozumienia, czyli odbioru racjonalnego. O tym, że holenderski XVII-wieczny kalwin najczęściej potrafił czytać, nie muszę chyba wspominać.

W owej intelektualnej rewolucji bezsprzeczną rolę odegrała też tzw. Biblia Stanów, Statenbijbel. W 1618 r. na synodzie w Dordrechcie podjęto wiekopomną decyzję: zgodnie z wykładnią teologii reformowanej trzeba na nowo, z hebrajskiego, aramejskiego i greki, przełożyć na niderlandzki święte księgi. Statenbijbel była ogromnym projektem, nie tylko zresztą filologicznym i teologicznym, ale również politycznym. Tekst tłumaczenia konsultowano z przedstawicielami wszystkich prowincji Republiki i oparto na wielu dialektach. W rezultacie Biblia Stanów stworzyła solidne podstawy do powstania na północy ponadregionalnego, standardowego języka niderlandzkiego, a co za tym idzie – oficjalnego modelu kultury. Przekład nosił zresztą znamiona swoistej inżynierii społecznej, miał bowiem na celu zbudowanie narodowej i państwowej wspólnoty rozumianej jako zbiorowość ludzi posługujących się tym samym językiem. To właśnie za sprawą Biblii Stanów w protestanckich domach Republiki znajomość Pisma stała się powszechna; pod koniec XVII w. egzemplarz księgi znajdował się w prawie każdym, nawet ubogim, wiejskim domu i przy posiłkach odczytywano z niego kolejne fragmenty. Willem Teelinck w wydanej w 1639 r.  Huysboeck (Księdze domowej) opisywał ówczesne zwyczaje: „Tak gromadziła się cała rodzina, zarówno młodzi, jak i starzy, i czytali razem rozdział z Pisma Świętego, tak przygotowani przez czytanie Słowa, na kolanach wielbili imię Pana, potem przy stole (…) rozprawiali nad tym, co przykuło ich uwagę w tymże rozdziale; po posiłku odśpiewywali razem psalm, a uczyniwszy to, wracali do swych prac”.

W ten sposób XVII-wieczni Holendrzy systematycznie poznawali Biblię dzień po dniu, a jeśli tylko dane im było długie życie, Księgę Ksiąg mogli przeczytać od deski do deski nawet kilkadziesiąt razy. Powszechna, państwowa „kalwinizacja edukacji” wpływała także na upowszechnianie się znajomości Pisma wśród innych wyznań, np. wśród katolików. Praktyka ta w znaczący sposób oddziałała na zwiększenie się umiejętności czytania w społeczeństwie. W holenderskiej ikonografii XVII-wiecznej znajdziemy aż nadto przedstawień ludzi pogrążonych w lekturze grubych tomów.

Równolegle toczył się także proces nieustannej „biblicyzacji” życia codziennego, powszechnego wykorzystywania staro- i nowotestamentowych motywów w domach. Nie tylko same narracje biblijne przybierały „holenderski kształt” (np. na obrazach zmartwychwstały Jezus pojawiał się przed uczniami wśród fląder i turbotów na plaży Morza Północnego), ale i wyposażenie domostw konsekwentnie nawiązywało do Biblii jako nieustannego źródła inspiracji.

Tapiserie, meble, przybory toaletowe, naczynia i sztućce czy fajansowe płytki pokrywające ściany i paleniska nieodmiennie dekorowano motywami zaczerpniętymi z Pisma. Nierzadko przedstawienia te pełniły funkcję dydaktyczną i symboliczną – zdobiący szafę na bieliznę pościelową Józef odrzucający zaloty żony Putyfara podkreślał świętość małżeńskiego łoża, a wyobrażenie jedzącego ze świniami Syna Marnotrawnego na kuflu do piwa przestrzegało przed nieroztropnym nadużywaniem trunków.

To jeszcze nie koniec. Typowo holenderską specyfiką stało się także ówczesne postrzeganie Republiki jako „Nowego Izraela” (zjawisku temu książkę poświęcił mój drogi Mistrz prof. Antoni Ziemba). Wszelkie analogie starotestamentowe były dla XVII-wiecznych Holendrów niezwykle kuszącą propozycją, przyznawały im bowiem status narodu wybranego, nowych „Dzieci Izraela” cieszących się szczególnym poparciem Boga, za Jego pomocą też oswobodzonych z hiszpańskiego jarzma. Analogicznie, swych wrogów Holendrzy porównywali do Egipcjan, Filistynów czy Sodomitów, którzy zasłużyli na zagładę. O zajmowanych przez siebie ziemiach (choćby tworzonych zamorskich koloniach) myśleli zaś jako o należnym im „Kanaanie”. Czystość wyznania reformowanego umacniały opowieści o biblijnych bałwochwalstwach, fałszywych bożkach i złotych cielcach, pojmowanych oczywiście jako katolickie figury i obrazy, co legitymizowało akty ikonoklazmu. Ówczesna percepcja starotestamentowej, żydowskiej przeszłości niewątpliwie pozwoliła na wykształcenie się wśród mieszkańców Republiki Zjednoczonych Prowincji silnego poczucia odrębności i dumy.

To właśnie Biblia stała się jedną z podstaw kształtującej się wówczas narodowej tożsamości, znakiem nowego patriotyzmu jednoczącym zróżnicowane pod wieloma względami społeczeństwo. Od tej pory miało się ono kierować wersetem Psalmu XII: „Słowa Pańskie są czyste jak srebro…”.

Post scriptum. W 1890 r. Aleksander Brückner, przeglądając łaciński kodeks przechowywany w zbiorach Carskiej Biblioteki Publicznej w Petersburgu, ku swemu zdziwieniu odnalazł w jego oprawie 18 pasków pergaminu – zapisano na nich najstarsze, odkryte do tej pory prozatorskie teksty w języku polskim znane dziś jako Kazania świętokrzyskie. Podobne zaskoczenie chyba musiało towarzyszyć pracownikom Wydziału Konserwacji i Restauracji Dzieł Sztuki krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, do których trafił obraz z wyobrażeniem Madonny z Dzieciątkiem z głównego ołtarza w kościele pw. św. Jakuba Starszego w Szczaworyżu. Okazało się, że płócienne podobrazie naciągnięte było na dzieło dawniejsze, mocno uszkodzoną kościelną tablicę, na której przedstawiono Mojżesza trzymającego tablice Dekalogu z przykazaniami zapisanymi w języku niderlandzkim. To najstarszy zachowany obiekt tego typu na świecie. Można go datować na ok. 1570 r. i uznać za symboliczny początek czasu Słowa w Niderlandach. Wciąż liczę na to, że jakieś muzeum się nim zainteresuje.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter