70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Museum für Kunst und Gewerbe, Hamburg

Tajemnica błękitnych potworów

Wieść niesie, że w latach 30. XVII w. wybuchła niebezpieczna choroba zwana tulipanową gorączką. Zaślepieni żądzą zysku Holendrzy mieli się wówczas zaangażować w spekulacje przypominające dzisiejsze piramidy finansowe i inwestować setki tysięcy guldenów w cebulki rzadkich okazów. Problem w tym, że tulipanowej gorączki nigdy nie było.

Magdzie Lewandowskiej

 

Ilekroć pokazuję ten przedmiot na wykładzie i proszę studentów, by odgadnęli jego przeznaczenie, za każdym razem słyszę coraz to inną i coraz dziwniejszą odpowiedź (aparat do dojenia krów, holenderska nargila, nocniczek dla wielodzietnej rodziny). Fajansowy dziwoląg jest zaiste niezwykły i składa się z dwóch części. Ta dolna to lekko pękaty, owalny rezerwuar mający po bokach uchwyty w kształcie rogatych smoczych łbów z rozdziawionymi paszczami, osadzonych na długich, pokrytych łuską szyjach. Na nim spoczywa zaś wypukła pokrywa, z której wystaje 10 głów uszatych, wielkookich potworów trzymających w ostrych zębiskach walcowate tulejki. Pośrodku pokrywy gałka do jej podnoszenia. Cacko jest całkiem spore: szerokie na 60, głębokie na dokładnie 45,50 i wysokie na 35 cm. Gdybym to ja był szczęśliwym właścicielem, a nie Muzeum Sztuki i Rzemiosła Artystycznego z Hamburga, zajęłoby mi połowę biurka. Biel fajansu wypełnia błękitna, kobaltowa dekoracja, istny horror vacui. Ornamenty kwiatowe, roślinne wici, kwietne girlandy, uskrzydlone główki puttów i wstęgi, a pośród tego myśliwi polujący z psami na jelenie i sarny. Prawdziwy świat zaczarowany w błękicie.

Gdy ćwierć wieku temu po raz pierwszy pojechałem do Niderlandów, z podróży tej przywiozłem sobie sześć rolek zdjęć, na których po wywołaniu pokazała się niemal wyłącznie biało-niebieska ceramika. Od tego czasu jestem absolutnie pewien: na świecie nie ma i nie będzie nic piękniejszego.

Fajans jest ciężki, ale gdyby naczynie odwrócić do góry dnem, zobaczylibyśmy sygnaturę, inicjały A.K. Znak, że ozdobił je Adrianus Kocx, malarz pracujący w II poł. XVII w. w warsztacie De Grieksche A (czyli Greckie A) w Delft, potem zresztą jego właściciel. Tyle że kolorystyka przedmiotu przywodzi na myśl zdobienia porcelany chińskiej; z Chinami kojarzą się też zębate potwory i występujące w roli uchwytów smoki. Dlaczego? Porcelana z Azji od średniowiecza cieszyła się w Europie ogromną popularnością, sądzono nawet, że wszystkie trucizny natychmiast tracą w niej swą zabójczą moc. Była przy tym tak kosztowna (najzupełniej dosłownie: na wagę złota), że początkowo pozwolić mogli sobie na nią jedynie królowie i książęta. Od XVI w. porcelana zaczęła jednak przybywać w większych ilościach na portugalskich statkach. W 1602 i 1604 r. holenderscy kaprzy, działający pod auspicjami wielkiego akcyjnego towarzystwa handlowego zwanego Kompanią Wschodnioindyjską, przejęli dwa okręty wiozące kruchy ładunek. Łupy sprzedano na aukcjach. Wtedy to w Republice Zjednoczonych Prowincji wybuchła moda na biało-niebieską ceramikę, która stała się synonimem wysokiego statusu społecznego, dobrego smaku i budziła nieustanne pożądanie kolekcjonerów. W efekcie Holendrzy zaczęli importować porcelanę w ogromnych ilościach, a Chińczycy wytwarzać na potrzeby europejskiego rynku wyroby-hybrydy. Widziałem nawet XVII-wieczne czarki i czajniczki zdobione sceną ukrzyżowania – azjatyccy malarze, zupełnie nieznający europejskiego kontekstu, ewidentnie uznali scenę z Ewangelii za atrakcyjny motyw zdobniczy, a na dodatek, żeby było bardziej „autentycznie”, nadali postaciom Jezusa i dwóch Marii chińskie rysy.

Ale nie wszystkich było stać na, wciąż przecież drogie, orientalne wyroby. Warsztaty ceramiczne z Amsterdamu, Utrechtu i Delft niemal natychmiast wprowadziły więc do swej oferty ich tańsze imitacje z fajansu – sekretu wyrobu porcelany nadal bowiem w Europie nie znano. Dalekowschodnie motywy szybko zaczęły się przenikać z dekoracjami typowo europejskimi – dokładnie tak, jak na hamburskim muzealium. Nie, po prostu nie mogę nie przywołać tutaj wdzięcznej książeczki dla dzieci Błękit z Delft, czyli wazon dla księżniczki (Delfts Blauw: een vaas voor de prinses) pióra i pędzla Ingrid i Dietera Schubertów. Mała chińska myszka Lin wybiera się w zamorską podróż, by odwiedzić swego drogiego mysiego przyjaciela Tytusa, mieszkającego wraz z rodziną w najlepszej pracowni garncarskiej w Delft. Podczas powitalnego przyjęcia wydarza się tragedia. W trakcie podstępnego ataku kota zniszczony zostaje przygotowany do wypału wazon, nota bene zamówiony przez samą księżniczkę. Dzielne myszy, chcąc pomóc zrozpaczonemu właścicielowi warsztatu, natychmiast biorą się do roboty. Efektem bratniej współpracy chińsko-holenderskiej jest wspaniałe dzieło, jakiego świat jeszcze nie widział. Tak właśnie narodził się styl chinoiserie.

Do czego jednak służyła waza z potworami? Jeszcze do niedawna odpowiedź na to pytanie była zupełnie oczywista – wciąż zresztą udziela jej strona internetowa muzeum. To Tulpenvase, wazon na tulipany, rośliny tak stereotypowo holenderskie, że aż nie wypada o nich wspominać. Zamknijmy oczy: pośrodku tulipanowych łanów stoi wyniosły wiatrak, a przed nim jasnowłosa dziewczyna na rowerze, w drewnianych sabotach, białym czepeczku i koronkowych podwiązkach (czyżby pracownica seksualna?); popija piwo, przegryza je żółciutkim serem i przepala grubaśnym skrętem. I nie jest to bynajmniej marihuanowa wizja – takie właśnie holenderskie imaginaria znajdziemy bez trudu w Internecie. Ba, w ich subtelniejszych wersjach pojawią się nawet biało-niebieskie fajanse z Delft. Z wyobrażeń tych żarłocznie korzystają biura podróży, a nawet ministerialne agencje ds. promocji i turystyki. Nic przecież nie sprzedaje się tak dobrze, jak kulturowe klisze. Ale prawdziwa historia jest znacznie ciekawsza.

Tulipan to kwiat Wschodu. Do Europy Zachodniej trafił on przez Turcję, z Konstantynopola do Wiednia, gdzie najprawdopodobniej przywiózł go w 1554 r. Ogier Ghiselin de Busbecq, ambasador cesarza Ferdynanda I. De Busbecq opisał też roślinę w swych Listach tureckich i jako pierwszy nazwał ją tulipam, co mogło być wynikiem swoistego qui pro quo. Sądzi się, że ambasador, nieznający języka tureckiego, mógł wskazać palcem i zapytać tłumacza o kwiat, który nad Bosforem wpinano wówczas w turbany. Ten, myśląc, że dyplomata pyta o nakrycie głowy, odpowiedział prawdopodobnie tülbend, nie zaś lale – tulipan. Dwie dekady później w Wiedniu tulipany hodował i badał flamandzki botanik Carolus Clusius (Charles de l’Écluse). Uczony zachwycał się smakiem ich cebulek, które zajadał na deser, usmażywszy je wcześniej w cukrowym syropie. Eksperyment chyba tylko cudem nie zakończył się tragicznie, biorąc pod uwagę trujące właściwości rośliny. Gdy europejskie elity II poł. XVI w. bezgraniczne zakochały się w tulipanach, te stały się znakiem bogactwa, pozycji społecznej i wyrafinowania ich właścicieli. Rosły one zresztą tylko w posiadłościach najbogatszych, choćby w augsburskich ogrodach Fuggerów, bankierów papieży i cesarzy.

Do niderlandzkiej Antwerpii pierwsze cebulki dotarły w 1562 r. Kiedy zaczęto je uprawiać, zdarzyły się rzeczy nieomal czarodziejskie – rośliny samoczynnie zmieniały swój wygląd. Z cebulek dających niegdyś kwiaty oczekiwane, czerwone lub żółte, niespodziewanie wyrastały nadzwyczaj piękne okazy wielobarwne, o płatkach dropiatych i plamistych, z poszarpanymi fantazyjnie brzegami. Za ów niepokojący wybuch urody rośliny płaciły jednak zdrowiem, odmieńcy byli bowiem znacznie słabsi niż ich zwyczajni bracia. Nikt nie potrafił wyjaśnić tego nieomal mistycznego zjawiska. Ogrodnicy odwoływali się więc do sił wyższych, nawozili plantacje w wybrane święta kościelne, rozkładali na ziemi kolorowe ryciny i tkaniny, wreszcie posypywali grządki pigmentami malarskimi, licząc na to, że kolory wnikną w tulipany – wszystko na próżno! W ramach kolejnych prób i błędów zdano sobie w końcu sprawę, że najlepiej sprawdza się brutalna chirurgia: krojenie cebulek, mieszanie ich i wiązanie ze sobą. Dopiero w XX w. okazało się, dlaczego ta właśnie metoda zadziałała – pstrość kwiatów tulipana powodował zaraźliwy, chorobotwórczy wirus.

W 1566 r. w Niderlandach wybuchło krwawe antyhabsburskie powstanie. W jego wyniku kraj rozpadł się na niepodległą Republikę Zjednoczonych Prowincji, nowe państwo na północy, w którym uprzywilejowanym wyznaniem stał się ewangelicyzm reformowany, oraz na Niderlandy Hiszpańskie na południu, dalej zależne do katolickich Habsburgów. Na północ wyemigrowała cała ówczesna elita, prawie 80 tys. zamożnych i wykształconych protestantów, kupców, bankierów, rzemieślników, artystów, teologów i uczonych. Wśród nich mistrzowie ogrodnictwa oraz wspomniany już Carolus Clusius. Uczony założył przy uniwersytecie lejdejskim ogród botaniczny, w którym oczywiście zasadził tulipany, te jednak zostały przez sprytnych złodziei wykopane, a potem rozwleczone po całej Holandii.

Wieść niesie, że w latach 30. XVII w. w Republice wybuchła niebezpieczna choroba, psychoza zwana tulipanową gorączką. Zaślepieni żądzą zysku Holendrzy mieli się wówczas zaangażować w spekulacje przypominające dzisiejsze piramidy finansowe, bezrozumnie zadłużać i inwestować setki tysięcy guldenów w cebulki rzadkich okazów. Gdy w końcu nastąpił nieunikniony krach, a ceny gwałtownie spadły, nieroztropni ryzykanci zaczęli bankrutować i popełniać samobójstwa, skacząc do kanałów, a tulipanowy armagedon przywiódł do hańby i nędzy niezliczone rzesze obywateli. Tę dramatyczną opowieść aż za dobrze znamy z podręczników dziejów gospodarki, filmów (żenująca Tulip Fever z 2017 r.), powieści (np. Czarny tulipan Aleksandra Dumasa), sztuk teatralnych i operowych librett, a zwłaszcza z Martwej natury z wędzidłem Zbigniewa Herberta. Problem w tym, że tulipanowej gorączki nigdy nie było. W owej poruszającej historii nie zgadza się zupełnie nic.

Spekulacje takie wcale nie były powszechne. Nie nastąpiła żadna fala bankructw. Ceny cebulek nigdy nie były aż tak drastycznie wysokie, jak chce legenda i najczęściej osiągały „jedynie” kilkadziesiąt guldenów (uwaga, rodzina stojąca na progu nędzy miała roczny dochód poniżej 200). Ale tulipany wszędzie wówczas kosztowały krocie. Za wyjątkowo rzadkie okazy kolekcjonerskie, by nie rzec „biżuteryjne”, żądano nawet powyżej tysiąca, te jednak rezerwowali dla siebie najbogatsi patrycjusze, dysponujący i tak dziesiątkami milionów, lub… ogrodnicy. W kraju powstała bowiem wówczas prężna branża tzw. bloemisten, czyli plantatorów luksusowych roślin. Nie tylko inwestowali oni w ciekawe okazy, ale nawet wydawali barwne katalogi skierowane na rynek krajowy i zagraniczny.

Owszem, znajdziemy XVII-wieczne pamflety, ryciny i obrazy podejmujące temat tulipanowego szaleństwa. W żadnym stopniu nie komentują one prawdziwych zdarzeń, ale są częścią programu dydaktycznego głęboko zakorzenionego w ówczesnej etyce reformowanej i teologii.

Motyw nabywania drogich tulipanów funkcjonował w pismach protestanckich moralistów jako pretekst do krytyki rozrzutnych obywateli, tracących pieniądze na grzeszne i bezużyteczne luksusy. Dysponujemy też dokumentem, w którym organizatorzy aukcji florystycznej w Alkmaarze w 1637 r. wyrażają nadzieję, że przyniesie ona aż 90 tys. guldenów. Dowód? Niekoniecznie, bo tak naprawdę wciąż nie wiemy nic: czy wymieniona kwota to obrót, a może czysty zysk; ile cebulek wystawiono (sto, tysiąc czy pięć tysięcy?); ile pojawiło się okazów rzadkich; jakie ostatecznie wylicytowano ceny; kim wreszcie byli sprzedający i kupujący. No i była to aukcja dobroczynna, z której procent przeznaczono na ubogie sieroty. Co więc nabywali licytujący? Cebulki czy też dobrą opinię, szacunek współobywateli i obietnicę zbawienia? Dla XIX-wiecznych historyków (głównie francuskich), nieznających nieomal zupełnie XVII-wiecznych realiów holenderskich (i najczęściej również języka niderlandzkiego), traktujących przy tym teksty literackie i dydaktyczne ryciny niczym wiarygodne dokumenty, handel cebulkami tulipanów urósł nieomal do rangi społecznego szaleństwa, skazy na racjonalnym, mieszczańskim portrecie oszczędnych kalwińskich kupców. Dodam: portrecie i tak z gruntu fałszywym. Tropem tym poszli potem pisarze i poeci, dramaturdzy i scenarzyści.

W XVII-wiecznej sztuce holenderskiej tulipan pojawiał się nieustannie, najczęściej jako bohater martwych natur. Niedługi czas jego kwitnienia wiązano z wersetem z Księgi Hioba: „Człowiek narodzony z niewiasty jest barzo krótkich dni, a pełen jest frasunków. Wyrasta jako kwiatek i bywa podcięt, przemija jako cień, a nie ostoi się” (to za moją ukochaną Biblią Brzeską). Toteż tulipany przedstawiane na obrazach odwoływały się zazwyczaj do idei vanitas. Piękne, cieszące oczy bukiety miały ostatecznie zgnić i zostać pożarte przez robactwo – taki sam los czekał przecież ludzkie zwłoki.

Około 1680 r., to jest ponad cztery dekady po rzekomym tulipanowym szaleństwie, w Holandii pojawiły się w ogromnej ilości dziwaczne fajansowe przedmioty, dokładnie takie, jak nasz wazon z błękitnymi potworami. Różniły się one kształtem (były bowiem kuliste, romboidalne, piramidalne), ale łączyła je obecność wielu, nawet kilkudziesięciu, otworków. Przez długi czas sądzono, że umieszczano w nich niegdyś cięte tulipany, chcąc w ten sposób z osobna podkreślić piękno każdej kosztownej rośliny. XVII-wieczni Holendrzy rzadko jednak zrywali kwiaty, zdecydowanie bardziej woleli cieszyć się nimi w swych ogrodach. Pora odkryć karty. Naczynia te raczej nie były wytwarzane z myślą o tulipanach, ale – to bardziej prawdopodobne – służyły kiedyś do wodnej uprawy hiacyntów, o czym świadczą dawne francuskie opisy takich właśnie przedmiotów: portebouquets avec huite tubes pour jacinthes (wazony z ośmioma tulejami do hiacyntów). Pod koniec XVII w. Republikę ogarnęła bowiem inna kwietna mania: modne stały się wówczas hiacynty, a bogacze i ogrodnicy zaczęli płacić za ich rzadkie odmiany ogromne kwoty. W dobrym guście było też założenie sobie eleganckiej hodowli w salonie. Ta „gorączka” zupełnie uszła uwadze literatów i historyków, a nieszczęsny hiacynt nigdy nie doczekał się swojego mitu.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter