70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Abraham i Izaak idą na górę Moria, ok. 1690 r., fot. zbiory prywatne autora

Ojciec i syn

W Holandii kobaltowa fliza jest dziś elementem narodowej tożsamości. Wykorzystuje się ją w projektach reklam, znaczków pocztowych, jedwabnych krawatów, biżuterii, klocków Lego przeznaczonych na lokalny rynek, a nawet piecze się przypominające ją kwadratowe ciasta.

Wychowałem się w domu, w którym od dzieci nadal (czyli w czasie złudnej gierkowskiej prosperity) wymagało się przestrzegania pewnych mieszczańskich zasad. Nie powinny się odzywać, jeśli ich wcześniej nie zapytano, na powitanie miały dygnąć (dziewczynki) lub szarmancko szurnąć nogą (chłopcy), przed gośćmi nieodmiennie wyrecytować „ambitny” wierszyk, a potem grzecznie udać się do łóżka (Przy piwoniach Miłosza prześladuje mnie po dziś dzień). Wreszcie winny odpowiednio zachowywać się przy stole. „Twój kuzyn Jurek tak pięknie jadł nożem i widelcem, gdy miał cztery lata!” – słyszałem raz po raz. Oczywiście od razu znienawidziłem wstrętnego Jurka z Rzeszowa; mało tego, do tej pory, chyba z wrodzonej przekory, eufemistycznie mówiąc, jem „mało elegancko”. Zawsze się czymś upaprzę, obleję, a do tego przy posiłkach czytam. Z tym czytaniem też był problem: dzieci nie mogły być przecież puszczone samopas w wyborze lektur. Byłem chłopcem nadwrażliwym i nerwowym, więc Mama za wszelką cenę broniła mi mocniejszych wrażeń. Na liście ksiąg zakazanych znalazła się choćby Balladyna, której rozpaczliwie pragnąłem, przeczytawszy Niesamowity dwór Nienackiego, któryś z kolei tom przygód Pana Samochodzika, gdzie dramat ten pełnił ważną funkcję. Balladynę i tak sobie niebawem sprytnie przyswoiłem, choć na raty i w przekładzie na czeski, w bibliotece cioci bohemistki przy ul. Brackiej, gdy ciocia i ma najdroższa rodzicielka raczyły się deficytową już kawą. I já se bojím… Lehni si hned!… k zemi! Lehni! (Zabíjí ji). No tak, już wtedy było wiadomo, co ze mnie wyrośnie.

Z kryminałami nie było tak łatwo. Wykradzionego Joego Alexa ośmioletni przestępca musiał czytać pod kołdrą, z latarką. W Jesteś tylko diabłem słynny detektyw trafił do arystokratycznej rezydencji w Norford. Łazienkę, którą oddano mu do dyspozycji, od podłogi po sufit zdobiły niebieskie holenderskie flizy z motywami mitologicznymi zaczerpniętymi z Metamorfoz Owidiusza. Nie za bardzo potrafiłem je sobie wówczas wyobrazić, ale byłem pewien, że musi to być coś wyjątkowo pięknego, a co więcej – coś dla mnie. Owe holenderskie płytki zobaczyłem po raz pierwszy dwa lata później, gdy w drodze na wakacje (mały fiat, talony na benzynę, herbata w termosie) zatrzymaliśmy się z rodzicami w Malborku. W krużgankach Zamku Wysokiego znajdowała się wyłożona kobaltowymi flizami Steinbrechtowska Umywalnia Cesarska. Do głowy mi nie przyszło, że 35 lat później wydam o niej książkę…

Holenderskie płytki to nie tylko wytwory rzemiosła – to wielkie zjawisko kulturowe.

Szacuje się, że od XVII do XIX w. warsztaty Republiki wyprodukowały ok. 500 mln sztuk, w najróżniejszych zresztą odmianach. Zdobiły je geometryczne i roślinne ornamenty, inskrypcje, herby, pejzaże, postaci ludzkie, wyobrażenia bawiących się dzieci i romansujących par, pasterze, żołnierze, martwe natury, kwiaty, zwierzęta, kupidyny, potwory morskie, ilustracje ludowych porzekadeł, wreszcie sceny mitologiczne i biblijne. Były też płytki erotyczne, z paniami podkasującymi do góry spódnice i pokazującymi „ucieszne sekrety”, oraz „fizjologiczne”, z Holendrami siusiającymi, plującymi i wymiotującymi. Prościej byłoby chyba powiedzieć, czego na flizach nie było, niż wymienić wszystkie tematy. Najpopularniejsze były płytki błękitne i czerwonawe, malowane manganem, ale występowały też wielobarwne. Często również robiono wieloflizowe obrazy przedstawiające klatki dla ptaków, wazony z kwiatami czy bitwy morskie. Wyroby te czasem nazywa się niesłusznie „kaflami z Delft”. W samym Delft ich produkcja była jednak marginalna, przodowały zaś manufaktury z Amsterdamu, Rotterdamu, Utrechtu oraz trzech miast fryzyjskich: Harlingen, Makkum i Bolsward.

W schludnej Holandii flizy początkowo miały zastosowanie praktyczne, wykładano nimi piwnice i klatki schodowe dla służby oraz robiono z nich cokoliki przy podłodze, tak aby zamaszyste ruchy miotłą i ścierką nie naruszyły nieskalanej bieli ścian – widzimy je na wielu obrazach Vermeera. Potem trafiły do chłopskich zagród. Inaczej było w reszcie Europy, gdzie błękitne płytki zostały skojarzone z modną wówczas orientalną porcelaną i jako element stylu chinoiserie zaczęły zdobić zamki, pałace i zamożne mieszczańskie kamienice. Nie mogło się obyć bez nich żadne szanujące się domostwo. Eksportowano je także do obu Ameryk, Afryki Północnej i Indii. Do Rzeczypospolitej płytki przybywały przez portowe bramy Gdańska i Elbląga, a potem trafiały do kamienic nad Motławą i magnackich rezydencji. W zamku w Wiśniowcu położono ich ok. 150 tys., zaś w Nieborowie – „jedynie” 10 tys. sztuk. Upodobali je też sobie mieszkający na Żuławach mennonici, potomkowie holenderskich imigrantów.

W Holandii kobaltowa fliza jest dziś elementem narodowej tożsamości. Wykorzystuje się ją w projektach reklam, znaczków pocztowych, jedwabnych krawatów, biżuterii, klocków Lego przeznaczonych na lokalny rynek, a nawet piecze się przypominające ją kwadratowe ciasta. Z każdego wyjazdu do Kraju Nizin przywoziłem sobie zawsze kilka płytek, ale niewiele o nich wiedziałem, do czasu gdy za sprawą szeregu naukowych przypadków poznałem Jana Pluisa, „papieża” w fajansowym flizowym świecie, autora kilkuset prac, w tym 30 monografii. Jan nie tylko jest moim przyjacielem i mentorem, ale także stał się poniekąd figurą ojca. Cierpliwie uczył mnie datowania, podsyłał książki i artykuły, a gdy zacząłem się już jako tako orientować w temacie, zaczęliśmy współpracować. Jako Janowy protégé wszedłem też na specjalnych prawach do hermetycznego świata holenderskich kolekcjonerów i… zaskakujących cen („Zmarł Henk, wdowa wyprzedaje wszystko, podesłać ci ofertę?”). Zacząłem więc zbierać. Wybór był oczywisty, interesowały mnie przede wszystkim motywy biblijne, crème de la crème.

W ciągu 250 lat Holendrzy namalowali na płytkach nieomal całe Pismo, przedstawili prawie 600 najważniejszych scen ze Starego i Nowego Testamentu.

Flizy takie należały niegdyś do najdroższych, a sporządzał je nieodmiennie tzw. pierwszy malarz w warsztacie, najbardziej utalentowany, potrafiący oddać zarówno postaci ludzkie, budynki, zwierzęta, jak i krajobraz.

Pytanie, którą z moich fliz lubię najbardziej, zawsze wprawia mnie w zakłopotanie. Jonasz wypluty przez wielką rybę o zębiskach ostrych jak noże? Wszak była w kolekcji pierwsza. Kazanie na Górze pędzla Cornelisa Boumeestera zwanego Rembrandtem holenderskiej ceramiki? Nawrócenie Szaula na drodze do Damaszku? A może wędrówka Abrahama i Izaaka? To akurat płytka wyjątkowo rzadka, trójkolorowa, z ok. 1690 r.

W podwójną ośmioboczną ramkę, białą i nakrapianą manganową farbą, wpisano błękitne wyobrażenie najbardziej chyba dramatycznej sceny ze Starego Testamentu. Bóg wystawia Abrahama na próbę, każe mu udać się na górę Moria i tam złożyć w ofierze swego jedynego syna. Ojciec i syn idą razem przez trzy dni, ręka w rękę. Izaak niesie drwa, na których ma zostać spalone jego zarżnięte ciało. Nie wie o tym, ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że zaczyna chyba coś podejrzewać: „I rzekł Ic’hak do Abrahama, ojca swego, i powiedział: »Ojcze mój!« I rzekł: »Oto jestem, synu mój!« I rzekł: »Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?« I rzekł Abraham: »Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój!«, i szli obaj razem”. To przekład Tory Izaaka Cylkowa z 1895 r., który przywrócił polszczyźnie zaginiony w chrześcijańskich tłumaczeniach starotestamentowy świat.

Wróćmy do Abrahama. Dobrze wiemy, że wszystko kończy się happy endem. Anioł ostatecznie zatrzymuje gotujący się do ciosu nóż, a w krzakach odnajduje się baran, który zastąpi związanego Izaaka. Ową historię nazywa się różnie, w tradycji żydowskiej to akeda (akedat Ic’hak, związanie Izaaka), mówi się też o ofierze Abrahama i ofiarowaniu Izaaka, a każdy z tych zwrotów sugeruje inną perspektywę i odmienną lekturę. Akeda to opowieść o zawieszeniu etyki, sytuacji granicznej, z którą wciąż nie umiemy sobie poradzić. O czym tak naprawdę mówi? O paradoksie i dialektyce wiary, moralności, wierności, odpowiedzialności, zobowiązaniu i śmierci, o Bogu czy o ludziach? Starotestamentowa narracja wystawia na próbę nas samych, skłania do zadawania tysięcy pytań i wymyślania bezradnych dopowiedzeń. Niepokoi rabinów, autorów midraszy i talmudycznych wykładni, spędza sen z oczu apokryfistów, Ojców Kościoła, chrześcijańskich i żydowskich teologów, filozofów, poetów i malarzy, biblistów i antropologów. Flawiusz, Kant, Kierkegaard, Sartre, Freud, Jung, Auerbach, Derrida. Owen, Brodski, Britten, Dylan, Cohen. Ghiberti, Caravaggio, Rembrandt, Tarkowski. Nazwiska można mnożyć bez końca, podobnie jak interpretacje. Ile lat mógł mieć Izaak: 7, 15 czy 37? Czy Bóg faktycznie zażądał od Abrahama ofiary z syna? Czy czasem nie nakłonił Go do tego sam szatan? Kto został wystawiony na próbę, Abraham czy Izaak? Co stało się na górze Moria – Izaak został oszczędzony, tylko zraniony nożem, a może zabito go, a potem wskrzeszono? Jest czy nie jest prefiguracją Chrystusa? Czy akeda nie mówi czasem o rytuale przejścia, o rozstaniu syna i ojca, o wejściu Izaaka w dorosłość? Dlaczego Abraham milczy? Wreszcie: czy Izaak zachował potem wiarę? Czy w ogóle wiedział, co się wydarzyło? Josif Brodski (przekład jego poematu ukazał się na łamach „Znaku” w 1988 r.) sugerował, że chłopiec spał, gdy ojciec układał go na ofiarnym ołtarzu.

Isaac Kalimi, badający dawną myśl rabiniczną, zastanawia się też, gdzie była wtedy Sara. W Leviticus Rabbah, homiletycznym midraszu z XI w., czytamy, że kiedy matka dowiedziała się, co miało miejsce na górze, krzyknęła sześć razy i umarła z bólu. Księga Rodzaju przemilcza też pewną kwestię, nie mówi, jak wyglądał powrót ojca i syna z Morii. Czy padły wtedy jakieś pytania? A może szli w zupełnym, martwym milczeniu? I najważniejsze: czy szli wciąż jeszcze razem czy już osobno?

Gdy patrzę na tę płytkę, zawsze myślę o najbardziej chyba mrocznej holenderskiej powieści, pióra Ferdinanda Bordewijka z 1938 r. Karakter; roman van zoon en vader (Charakter. Powieść o synu i ojcu) to opowieść o nienawiści, o walce pomiędzy ojcem – bezwzględnym komornikiem Dreverhavenem, i jego odrzuconym nieślubnym synem – nadwrażliwym Jacobem Katadreuffem. W nędzy kryzysu lat 20., w czasie brutalnego kapitalizmu, Katadreuffe, chcąc odegrać się na ojcu i udowodnić mu, na co go stać, robi spektakularną karierę. Z nizin społecznych dostaje się na same szczyty, kończy studia i zostaje wspólnikiem w znanej kancelarii prawnej. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że jest tylko pionkiem w perfidnej grze, którą prowadzi z nim wyzuty z uczuć ojciec. Katadreuffe, uparcie realizując ambicje swojego ego i lecząc kompleksy niekochanego dziecka, poświęca się bez reszty morderczej pracy. Zdobywanie prawniczej wiedzy okazuje się jednak iście faustycznym paktem – zaślepiony żądzą sukcesu Katadreuffe niszczy własne życie, odrzuca miłość i stopniowo upodabnia się do swego antagonisty Dreverhavena. Zarówno ojciec, jak i syn ostatecznie przegrywają w tragicznym starciu „charakterów”.

To książka mroczna (niemalże dickensowska), a przy tym magiczna. Jej suchy, „kalwiński” styl i staccata pozornie nieporadnych, szorstkich zdań raz po raz rozbijane są przez elementy, które wprowadzają w narrację treści symboliczne, odrealniające brutalny, naturalistyczny świat przedstawiony. Nazwiska bohaterów pozornie tylko wydają się holenderskie, ale nie występują w języku niderlandzkim. Katadreuffe budzi skojarzenia ze smutkiem i katastrofą, zaś Dreverhaven z drogą, dryfowaniem, portem i dziurawieniem. Powieść wpisuje się przecież w przedwojenny literacki nurt tzw. Neue Sachlichkeit, Nowej Rzeczowości, pokrewnej realizmowi magicznemu.

W 1998 r. Oscara za najlepsze zagraniczne dzieło zdobył Karakter w reżyserii Mike’a van Diema, ekranizacja powieści Bordewijka. Wiele scen nakręcono we Wrocławiu, którego XIX-wieczne dzielnice i nabrzeża udawały przedwojenny, nieistniejący już Rotterdam. Odzew był wielki. Jeśli się tylko nie mylę, film był jedną z inspiracji dla nazwania w ten sposób ambitnego krakowskiego wydawnictwa Karakter. Ja wyszedłem z kina ledwo żywy, przeżywszy chyba pierwsze w życiu katharsis. A potem przeczytałem książkę, przetłumaczyłem ją na polski i po wielu bezskutecznych staraniach włożyłem wydruk do szuflady. Tak dziwacznej i mrocznej rzeczy nikt nie chciał wydać.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter