70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. domena publiczna

Mapa ma moc

Mapy oferują nie tylko informacje, ale także sugestie, jak powinno być. To dlatego klasyczne wersje prezentowały Europę jako środek świata. Parę lat temu pojawiła się jednak mapa, określana przez wielu jako wzorcowa, na której centralnym punktem jest basen Pacyfiku – środek ciężkości ekonomicznej współczesnego świata.

Mapa to jest…

Narracja interpretacyjna otaczającego nas świata. Z taką definicją zetknąłem się kiedyś w opracowaniu naukowym.

Henryk Waniek w eseju Mappa mundi z książki Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca: 1257–1957 pisze coś przeciwnego: „Mapa to ostatni z istniejących gatunków obrazu – także artystycznego – który bez fałszywego wstydu chce opisać świat. Jest to obraz, który (uwzględniając jego proporcjonalność, czyli skalę) przedstawia ziemską rzeczywistość w formie obiektywnej, w minimalnym stopniu zniekształconą przez interpretację”.

Nie użyłbym słowa „obiektywny”. Jeżeli tak myślimy o mapach, jest to prawdopodobnie efekt złudzenia, które każe nam wierzyć, że wiedza pozyskiwana za pomocą metod nauk ścisłych czy przyrodniczych bardziej zasługuje na zaufanie niż wiedza humanistyczna.

Na czymś jednak musimy się oprzeć, jeśli mapa, przynajmniej z grubsza, ma nam pomagać poruszać się po świecie. Skąd wiedzę o nim czerpali twórcy najstarszych zachowanych map?

W Austriackiej Bibliotece Narodowej w Wiedniu jest przechowywana Tabula Peutingeriana – średniowieczna kopia antycznej mapy, prezentująca połączenia drogowe z czasów Imperium Rzymskiego. Obejmuje basen Morza Śródziemnego i część Bliskiego Wschodu. Mapa Europy jest tak przekształcona, że z punktu widzenia dzisiejszej wiedzy zgadza się niewiele, ale co innego wciąż w niej intryguje. Otóż Tabula… jest graficznym komentarzem do itinerarium – opisu przebiegu podróży, z szeregiem praktycznych wskazówek: miejsca zmiany koni, bezpiecznego noclegu czy zaopatrzenia się w żywność oraz z uwzględnieniem charakterystycznych cech mijanych miejscowości. Funkcjonalnie była zbliżona do dzisiejszej nawigacji samochodowej.

„Za pięć minut będzie przeprawa przez rzekę”.

Nieomal. Nazywam ją analogową wersją nawigacji satelitarnej,  bo nie odbija świata jak mapa, a jedynie pokazuje to, co jest istotne w podróży. Ale w starożytności sporządzano też mapy naukowe. Jedna z pierwszych znajduje się w syntezie Geografia autorstwa Ptolemeusza z Aleksandrii, powstałej ok. 160–180 r. n.e. Przedstawia cały znany ówcześnie świat: basen Morza Śródziemnego, wyspę Cejlon, Ocean Indyjski ze wszystkich stron otoczony lądem i duży półwysep, położony w miejscu Półwyspu Malajskiego oraz wysp Borneo i Sumatra.

Ważną dla swojego czasu mapą naukową była Tabula Rogeriana, powstała w 1154 r. na zlecenie króla Sycylii Rogera II. Jej twórca Muhammad al-Idrisi, arabski kartograf i podróżnik, pracował 15 lat nad stworzeniem opisu świata, który zawierałby dostępną wówczas wiedzę o położeniu krajów, miast i dróg, ale też rzek, gór i innych przeszkód naturalnych. Na mapie znalazły się również informacje o Bulunii (z łac. Polonii) i jej ważniejszych miastach: Krakowie, Gnieźnie, Wrocławiu, Sieradzu, Łęczycy.

Al-Idrisi nie poznał zapewne Sieradza czy Wrocławia osobiście. Jakie znaczenie miały cudze opisy albo nawet własne wyobrażenia?

Spore, dlatego dawne mapy pełne są nieścisłości, a nawet wymysłów. Można powiedzieć, że były nie tyle narzędziem ułatwiającym poruszanie się po świecie, ile odbiciem stanu ówczesnej wiedzy. W jej zdobyciu na pewno pomagały podróże. Bez nich trudno sobie wyobrazić powstanie np. morskiego atlasu nawigacyjnego – nieodzownej pomocy dla sternika czy kapitana. Na oko, przynajmniej szczura lądowego, mapa morska wygląda jak mapa niczego – pustka, z liniami zbiegającymi się w przypadkowy sposób… Ale tak właśnie oznaczano drogi morskie. Atlas zawierał  mapy z zarysem linii brzegowej i opisami jej profilu, by patrząc z morza na brzeg, łatwiej było sprawdzić, czy nawigacja jest prawidłowa i jest się we właściwym miejscu.

Twórcy map polegali na opinii tych, którzy widzieli, jak jest: podróżników, żeglarzy, kupców czy wojskowych. Jeżeli więc dwie, a może nawet trzy, osoby utrzymywały, że istnieje dogodne połączenie morskie między Europą a Indiami, trzeba jedynie płynąć na zachód, dlaczego kartografowie nie mieli oddać tego na mapie? Popatrzmy na najstarszy globus – sporządził go Martin Behaim, norymberczyk, mieszkający w Lizbonie, w 1492 r.

12 października Krzysztof Kolumb zobaczył ląd przekonany, że dopłynął do Indii Wschodnich. Na globusie Behaima Europa jest trochę koślawa, ale zbliżona kształtem do tego, co znamy. Za niezbyt odległym Atlantykiem jest… Azja. Jako tako znana dzięki XIII-wiecznym wyprawom Marco Polo. Na wysokości Afryki znajduje się Cipangu (ówczesna nazwa Japonii). Dziwne wrażenie nieobecności Ameryk na globie. Jakby ktoś je połknął…

Jest Hispaniola, czyli dzisiejsza Kuba. Kolumb prawdopodobnie nigdy się nie dowiedział, że przetarł szlak na nowy kontynent, a nie do wschodnich rubieży Azji. Zwracam też uwagę na informacje etnograficzne, np. o ubiorach mieszkańców poszczególnych krajów albo sceny z życia fauny syberyjskiej.

Nie wierzę, że Behaim mógł cokolwiek pewnego o tym wiedzieć.

Może i nie wiedział.

Na mapach rysowano też statki, które spadały z krawędzi świata – w otchłań. Albo potwory morskie, które porywały nieostrożnych żeglarzy. Wszystko dlatego że „białe plamy” na mapie traktowano przez wieki jako porażkę autora – pokazywały, że nie zdołał dotrzeć do jakichkolwiek informacji na temat danego miejsca na Ziemi.

Naturalnie, doskonali kartografowie swoich epok zawsze byli uczciwi i zaznaczali obszary niewiedzy. Mamy więc mapy XVI- i XVII-wieczne, na których tylko część lądu Ameryki jest zaznaczona, mniej więcej do Kalifornii. Potem pojawiają się niepokojące nieciągłości, np. urywa się linia brzegowa.

Podejście do mapy zmieniło się w Oświeceniu, kiedy rozwój nauki, w tym matematyki, zapewnił jej autorom nowe narzędzia pomocne przy tworzeniu map. Pojawiła się np. triangulacja – metoda określania kształtu i obliczania wymiarów Ziemi. I wtedy dopiero mapy zaczęły stawać się miarodajnym źródłem wiedzy geograficznej.

Pojawił się kiedykolwiek tak przenikliwy autor mapy, że ostatecznie twór jego wyobraźni stał się odbiciem rzeczywistości?

Wspomniany Ptolemeusz, kierując się przemyśleniami Arystotelesa, umieścił na mapie świata Terra Australis Incognita – Nieznany Południowy Ląd. Dla niego to była legenda, półtora millennium później okazało się, że mniej więcej w tym miejscu jest duża wyspa. Nazwano ją Australią. Z kwestii mniej spektakularnych: wielkość lądów czy mórz albo kształt linii brzegowej bywały, porównując je z dzisiejszym obrazem, mocno niedokładne. Dochowanie precyzji utrudniały skąpe źródła wiedzy o Ziemi i ograniczone możliwości trzech narzędzi – podziałki liniowej, kątownicy i cyrkla – za pomocą których przenoszono proporcje między obiektami na papier. Pierwsi kartografowie co prawda znakomicie posługiwali się wyobraźnią przestrzenną, dzisiaj skutecznie wypieraną przez udogodnienia techniczne, ale nawet ona nie uporała się z problemem przeniesienia trójwymiarowej bryły planety na płaski arkusz papieru. Zawsze coś się traci, bo geometria euklidesowa nie jest w stanie dać nam idealnego odwzorowania planety.

Wróćmy jeszcze na moment do globusa Behaima, a konkretnie: do jednego detalu. Otóż autor oznaczył na nim świat pozaeuropejski chorągiewkami jedynie dwóch mocarstw morskich: Hiszpanii i Portugalii, bo tylko one się wówczas liczyły. Aprioryczny podział niepoznanych jeszcze części świata przypieczętował traktat z Tordesillas, zawarty w 1494 r., który dzielił sfery wpływów w Nowym Świecie między oba kraje. To za sprawą tamtego traktatu np. w Brazylii czy na Wyspach Zielonego Przylądka mówi się dziś po portugalsku.

Zaznaczano hegemonię nawet za cenę kartograficznej dokładności?

To była powszechna praktyka. Przesądzanie na mapie o tym, kto jest na świecie ważny, dokonywało się zresztą nie tylko przez zaznaczanie pewnych terytoriów jako już opanowanych. Tego rodzaju informacje przekazywano też, np. umieszczając własne terytoria w centrum mapy. Zauważmy, że klasyczne mapy, do których jesteśmy przyzwyczajeni, prezentują jako środek świata Europę. Tymczasem parę lat temu pojawiła się mapa, sugerowana jako wzorcowa przez wielu cenionych kartografów, na której centralnym punktem jest basen Pacyfiku, łączący Stany Zjednoczone, Chiny i Japonię – środek ciężkości ekonomicznej współczesnego świata. Lecz nawet wówczas gdy obiektywizm mapy miałyby poświadczać akademickie autorytety, nie zrezygnowałbym z przekonania, że nie istnieje mapa pozbawiona subiektywnej wizji. W kartografii, tak jak w humanistyce, obiektywizm jest niespełnialnym postulatem. Można najwyżej dążyć do intersubiektywnego uzgadniania wersji rzeczywistości. Zbliżać się do prawdy, ale zdając sobie sprawę, że jej poznanie przekracza nasze możliwości.

Mapy powstałe w latach zimnej wojny przedstawiały ogrom Związku Radzieckiego w postaci czerwonej plamy, optycznie zajmującej połowę świata

To było w istocie największe państwo, choć na pewno w takim jego przedstawianiu była też zawarta sugestia, że to supergigant, a nie po prostu jeden z krajów Eurazji. Podobny zabieg wykonano

w 1939 r., kiedy Francja i Wielka Brytania wypowiedziały Niemcom wojnę, nic praktycznie nie robiąc w obronie napadniętej Polski. Niemniej w centrum Paryża i Londynu pojawiły się mapy świata, przedstawiające posiadłości kolonialne obu państw, zaznaczone kontrastową barwą. I malutkie Niemcy gdzieś tam w Europie. Nad tym umieszczono słowa premiera Francji Paula Reynauda: „Zwyciężymy, bo jesteśmy silniejsi”. Summa summarum tak się stało, ale o zwycięstwie nie przesądziła wielkość imperiów kolonialnych, tylko włączenie się do gry wojennej byłych kolonii, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Mapy, traktowane jak narzędzia do sprawowania władzy, stają się jednymi z pierwszych ofiar polityki. W jaki sposób zaznaczono na mapie np. roszczenia terytorialne?

Tego rodzaju aspiracje monarchów odczytywano z oficjalnej tytulatury, dlatego np. Zygmunt III Waza był nie tylko królem polskim i wielkim księciem litewskim, ale też tytularnym władcą Szwecji i carem Rosji. Nie miało to pokrycia w faktach, było jednak znaczącym listkiem w wieńcu chwały monarchy. I można przypuszczać, że wydane w tym samym czasie: w Polsce mapa Rzeczypospolitej, a w Wielkim Księstwie Moskiewskim mapa ich państwa, miałyby zupełnie inny przebieg granic. Na przykład tzw. dalekie Kresy – z Połtawą czy Smoleńskiem – byłyby u nas polskie, a u wschodniego sąsiada podporządkowane Moskwie. Obie strony nie byłyby pozbawione racji, bo w tamtym czasie nie istniały sztywno wyznaczone granice, a aspiracje terytorialne zaznaczano zgodnie z własną interpretacją ich przebiegu. Sprzyjała temu płynna tożsamość narodowa miejscowej ludności, która była lokalna, oparta na języku i wyznaniu, a nie na szlacheckim poczuciu przynależności do wspólnoty obejmującej całe państwo.

Na dawnych mapach zasięg władzy jednego rodu opatrywano herbami, co miało i ten walor – poza artystycznym – że ułatwiało polityczną orientację w czasach, kiedy umiejętność czytania i pisania była dostępna nielicznym. W XVII-wiecznych Niderlandach, w złotym wieku kartografii europejskiej, wydawano co prawda równolegle atlasy po łacinie oraz np. po niemiecku, angielsku, włosku czy francusku, żeby wyjść naprzeciw potrzebom ówczesnych wielkich rynków, ale zasadnicze znaczenie miała ilustracja. Przekaz niewerbalny, podobnie jak dzisiaj, był ważniejszy od wielu słów. Herby pełniły więc funkcję logo czy piktogramu, którym zaznaczano własność obszaru. Niekiedy pojawiały się na mapach szkice monet, kursujących na tym obszarze. Suwerenny pieniądz to też jest przecież atrybut władzy.

Jaką władzę odzwierciedlają granice krajów w postkolonialnej Afryce, wyznaczane w latach 60. przy użyciu linijki?

Geopolityczną. Zgadzam się, że taka mapa nie odbijała stanu faktycznego, bo granice nie przebiegały w zgodzie z tymi, które ustalili ludzie mieszkający tam od pokoleń. To była emanacja ówczesnej koncepcji politycznej państw, które miały władzę przeforsowania swojej woli. Dokładnie tak samo Francja i Wielka Brytania po I wojnie światowej podzieliły między siebie posiadłości tureckie, tworząc wzięte z cylindra ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii granice państw nigdy wcześniej niewystępujące. Nie miały one żadnego odbicia w demografii, historii czy ekonomii. Wypracowując kompromis na światowej szachownicy, mocarstwa nie pytały się o zdanie pionków.

A rzeczywistość trzeba było dostosować do ustalonej w gabinetach nowej mapy tej części świata.

Dzieje się tak za każdym razem, kiedy mapa staje się narzędziem propagandy i jej sporządzenie dekretuje zmiany polityczne. Czy nie tak właśnie było z obecną wschodnią granicą Polski? Lord George Curzon, brytyjski minister spraw zagranicznych (wcześniej m.in. wicekról Indii, więc nie przypuszczam, by znał szczegóły historii tej części Europy), za pomocą prostych narzędzi – ołówka i serwetki – zaproponował w 1919 r. wschodnią granicę Polski. W przybliżeniu miała ona wyglądać tak jak obecna. Taki drobiazg jak przynależność Lwowa – najjaśniejszej latarni w rozbiorowych mrokach – do Polski był dla niego nieistotny.

Najświeższy przykład traktowania mapy jak narzędzia propagandy to zmiany terytorialne, które zaszły w Ukrainie wczesną wiosną 2014 r. Przeważająca część produkcji kartograficznej na świecie nie uwzględnia aneksji Krymu i powstania tzw. republik autonomicznych, które nie tylko Ukraińcy nazywają z przekąsem Donbabwe i Ługanda. Autorzy tych map uważają, że nie powinno się legitymizować bezprawia międzynarodowego. Pojawia się jednak także inne myślenie, niepozbawione racji: jeśli taki jest stan faktyczny, dlaczego nie odzwierciedlać tego na mapie? Trzeba jednak stwierdzić, że sytuacja na mapie to nie jest tylko informacja, ale także sugestia, jak powinno być. A papier bywa pamiętliwy… Rozwiązaniem byłoby zaznaczenie tych obszarów jako terytoriów spornych, które de iure należą do jednego państwa, a de facto do innego.

Narzędziem propagandy są też tzw. mapy postulatywne, które często wywołują u nas nerwowe reakcje.

Bo mapa Polski ze Lwowem i Wilnem w naszych granicach ma siłę budzenia resentymentu, co nie służy dobrym relacjom z sąsiadami.

Lecz wciąż pozostaje jedynie hasłem politycznym, pozbawionym mocy zmieniania rzeczywistości. Niedawno kupiłem we Lwowie mapę postulowanego terytorium wielkiej wolnej Ukrainy – po Nowy Sącz na zachodzie i Pogórze Kaukaskie na wschodzie, z kawałkami Białorusi. Z kolei we Wrocławiu w latach 80. pojawiały się mapy drukowane w Niemczech Zachodnich, przedstawiające tereny przyznane Polsce po wojnie jako integralną część przyszłych zjednoczonych Niemiec. Też nas to niepokoiło, ale, jak na razie, bezpodstawnie.

Nie dalej jak rok temu widziałem naklejkę w tramwaju, gdzie w granicach Polski znajdowały się zarówno Kresy Wschodnie, jak i tzw. Ziemie Odzyskane. Traktuję to jak bóle fantomowe – odreagowanie traumy związanej z utratą terytorium, które przez wieki należało do Polski.

Doświadczenie porównywalne z tym, co przeżyli Węgrzy po zawarciu układu w Trianon po I wojnie światowej. Nie przegrywając wojny, bo na terytorium Węgier żaden przeciwnik nie wkroczył na długo, spadli z poziomu współtwórcy potężnego europejskiego imperium do rangi małego państwa w Europie Środkowej. Do dziś zdarza mi się w małych hotelach czy restauracjach gdzieś na prowincji spotykać mapę Węgier uwzględniającą kraje Korony św. Stefana. W przekroju wygląda jak jajko ugotowane na twardo: żółtko to terytorium Węgier współczesnych, białko – tereny obcięte w 1920 r. Ale nie jestem pewien, czy za przywiązaniem do mapy podąża u Węgrów realne życzenie powrotu tych ziem z ich dzisiejszą ludnością i problemami.

Dlaczego mapy były dziełami sztuki? Były na tyle istotne, że warto było dopuścić do ich wykonywania ludzi utalentowanych? A może znajdywali się mecenasi, którzy chcieli zapłacić za ładne rzeczy?

Wszystkiego po trochu. Dawne mapy wykonywali ci sami rzemieślnicy i tymi samymi metodami, dzięki którym powstawały artystyczne dzieła sztuki graficznej – miedzioryty czy drzeworyty. Nie znano innych technik wykonywania obrazu w sposób łatwy do powielania bez istotnych zmian. Ruchoma czcionka, zastosowana przez Johannesa Gutenberga ok. 1450 r., zrewolucjonizowała publikację tekstów, ale odtworzenie obrazu nadal wymagało rzemiosła artystycznego. Ręcznie wykonywano więc płyty bądź klocki, które służyły do uzyskania kilkuset, góra kilku tysięcy, egzemplarzy mapy. Potem trzeba je było poddawać regeneracji. Jeśli konieczna była korekta, na płytach metalowych zacierano miejsca do zmiany i nanoszono nową wersję. Z drewnianymi klockami (które z natury rzeczy szybciej się zużywały) praca była bardziej skomplikowana – wycinano fragment, który wymagał korekty, i wkładano w to miejsce plombę wyciętą z innego kawałka drewna. Dzisiaj mapy z korektą są cennymi, poszukiwanymi przez kolekcjonerów obiektami.

A dlaczego w ogóle mapy kolekcjonowano? Nie wszystkie są dziełami sztuki.

Wszystkie jednak starano się upiększyć. Wystarczy spojrzeć na zdobione kartusze, w których umieszczano legendę mapy. Albo na mapy barokowe, opatrzone alegoriami czy personifikacjami. Mapy nie były tanie i choć płacono przede wszystkim za wieloletnie, żmudne zbieranie informacji, które posłużyły do ich wykonania, dokładano starań, by także z uwagi na ich stronę graficzną były warte swojej ceny. O ile bowiem wojskowi, żeglarze czy kupcy używali map na co dzień, bo były narzędziem ich rzemiosła, o tyle edycje luksusowe, oprawione w pergamin, ze złoceniami, artystycznie kolorowanymi ilustracjami, były już elementem prestiżu. Ich zakup był podyktowany nie tylko głodem aktualnej wiedzy geograficznej. Był też lokatą kapitału i ozdobą bibliotek w rezydencjach czy pałacach.

W XVI w. pojawiły się w Niderlandach pierwsze nowożytne atlasy. Nie tylko w postaci edycji wyszukanych artystycznie. Wydawano je w nakładzie uznawanym wówczas za masowy, czyli kilku tysięcy egzemplarzy…

Współczesny nakład wielu książek.

… ale kilka wieków temu chodziło o nakład rozłożony na wiele lat. Edycje tańsze były zbiorem monochromatycznych odbitek. Druk tanich map upowszechnił się za sprawą rewolucji przemysłowej z XVIII i XIX w. Dzisiaj to właśnie one mogą być najbardziej pożądane przez kolekcjonerów. Ponieważ nikt się nimi nie przejmował, bo były zgrzebne i masowe, zachowały się – z reguły przez przypadek – nieliczne egzemplarze. Mapy, które już u zarania były kosztowne, chroniono i pielęgnowano, więc siłą rzeczy miały większą szansę przetrwania zawieruch dziejowych. Kolekcjonerzy cenią też mapy z błędami. W kolekcji Tomasza Niewodniczańskiego, który w ciągu zaledwie 40 lat stworzył jedną z największych w Europie prywatnych kolekcji map, znalazło się ponad 200 map i widoków Śląska. W 2002 r. kolekcjoner przekazał je Ossolineum. I w jego zbiorach takie właśnie mapy z błędami się trafiają, np. pola tarcz herbowych mają nieodpowiednie rysunki czy barwy.

Są też mapy, które więcej mówią o jej autorach niż o świecie, jaki chcieli na nich odtworzyć. W zbiorach Ossolineum znajduje się  m.in. szkic perspektywiczny Wrocławia, autorstwa Georga Heyera, z XVII w. Studenci z Politechniki Wrocławskiej, ustawiając dron pod wyliczonym kątem i na odpowiedniej wysokości, zrobili za jego pomocą zdjęcia tego fragmentu miasta, który utrwalono na szkicu. Porównanie fotografii z całkowicie wyimaginowanym obrazem zaskoczyło wszystkich. Szkic wyglądał nieomal jak odtworzenie zdjęcia z dronu, mimo że grafik, który stworzył widok centrum XVII-wiecznego Wrocławia, nie miał żadnej możliwości obejrzenia go na własne oczy. Pomogła mu posiadana wiedza geometryczna, a przede wszystkim fenomenalna wyobraźnia przestrzenna. My już jesteśmy innymi ludźmi – ukształtowanymi przez protezy technologiczne, które wspomagając oko i umysł, pozwalają iść na skróty.

„Przetarła się najpierw na złożeniach” – pisze Andrzej Stasiuk o jednej ze swoich map w książce Jadąc do Babadag. „Pęknięcia i załamania ułożyły się w nową siatkę, znacznie wyraźniejszą niż ta kartograficzna, którą naniesiono za pomocą delikatnych błękitnych linii. Miasta i wsie powoli przestają istnieć, zużywają się w miarę składania i rozkładania, w miarę upychania w zakamarkach auta albo plecaka”. Pan też jeszcze upycha mapy w torbach podróżnych?

Jak najbardziej.

Mapa stała się przeżytkiem wyłącznie dla tych, którzy podróżują z konieczności, więc starają się zminimalizować stratę czasu potrzebnego do przeniesienia się z jednego miejsca w drugie. Ale jeśli pokonywanie kolejnych kilometrów i oglądanie świata traktuje się jako cel sam w sobie, mapa jest niezastąpiona.

Nawigacja samochodowa, z której zresztą też korzystam, to za mało. Ona potrafi poinstruować, gdzie skręcić, ale nie podpowie, po co.

Czy mapa, która byłaby idealnym odzwierciedleniem świata, jest możliwa?

Możliwości technologiczne pomogłyby nam stworzyć mapę nawet doskonalszą od rzeczywistości.

I byłoby jak u Borgesa? W opowiadaniu O ścisłości w nauce umieszczonym w tomie Powszechna historia nikczemności pisze tak: „W owym Cesarstwie Sztuka Kartografii osiągnęła taką Doskonałość, że Mapa jednej tylko Prowincji zajmowała całe Miasto, a Mapa Cesarstwa całą Prowincję. Z czasem te Niezmierne Mapy okazały się już niezadowalające i Kolegia Kartografów sporządziły Mapę Cesarstwa, która posiadała Rozmiar Cesarstwa i pokrywała się z nim w każdym Punkcie”.

Czy nie żyjemy już w takim Cesarstwie? Satelity geostacjonarne, które krążą nad nami w przestworzach przez całą dobę, taką właśnie mapę – jeden do jeden całego globu – są w stanie stworzyć. Nawet większą, bo możliwości techniczne na to pozwalają. Tylko ludzki umysł, u większości z nas pozbawiony przenikliwości genialnego pisarza, chyba na dobre już pozostał w tyle.

Potrzeba posiadania precyzyjnej mapy – mam na myśli jej szersze znaczenie niż tylko kartograficzne – nie zmieniła się od czasów, kiedy sporządzano je po to, żeby zawładnąć światem bądź jego fragmentem. Tyle że dzisiaj nie podbijają globu karawele morskich potęg, ale dobra materialne, jeżeli zostaną tanio wyprodukowane i jak najszerzej sprzedane, oraz informacja, bo ta kształtuje świadomość. Mapa potrzeb i konsumpcji to nowa mapa władzy i dominacji.

Piotr Galik 

Historyk, były wykładowca akademicki, kierownik Działu Kartografii Zakładu Narodowego  im. Ossolińskich we Wrocławiu


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter