70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Patrycja Podkościelny

Pani Roma

Pani Roma była – jak mówi mój przyjaciel Michał – zegarem praskiej przestrzeni. Z domu wychodziła co najmniej trzy razy dziennie.

O którejkolwiek by się do niej zapukało, zawsze witała gości w sukni, w naszyjniku z pereł, z nie­nagannie ułożoną fryzurą.

Mieszkała na warszawskiej Pradze. Stara kamie­nica, klatka w oficynie, trzecie piętro, „z balkonikiem i widokiem na ścianę z winoroślą”. To prawie jak pod miastem – mówiła – tyle wystarcza, nie trzeba wiele.

Od ponad 30 lat mieszkała sama. „Stary”, któ­rego portret w mundurze wisiał w dużym pokoju jej mieszkania, pewnie ciągle tam wisi, „tak sobie po prostu umarł”.

„Wieczorem powiedziałam mu, że znajdę innego, żeby i on też sobie inną znalazł, młodszą nawet, bo może dzięki temu coś by nas w życiu jeszcze spo­tkało. Poszliśmy spać. A rano, jak się obudziłam, Stary leżał zimny jak cholera. Taki mi numer zrobił. Nikogo nie szukałam”.

Pani Roma była – jak mówi mój przyjaciel Michał – zegarem praskiej przestrzeni. Z domu wychodziła co najmniej trzy razy dziennie. Dwa spacery wydawały się najważniejsze. Pierwszy, około dziewiątej, „po gazetę i drobne coś na śniadanko”. Drugi, w południe, wyprawa do warzywniaka, „po jabłka i kartofelki”. Tłumaczyła: „Jabłka, bo Stary tak je lubił. A ja nigdy nie chciałam kupować! Wszystko przez to, że w Wilnie [wysiedlono ją po wojnie] bardzo mi śmierdziało gnijącymi jabłkami i bimbrem, który z nich pędzili. Ale jak Stary mi ten numer zrobił, to ja mu też codziennie numer robię i te jabłka żrę, i kwaszę się! A kartofelki to taki test na zdrowie. Jak mnie bardzo łupie w kościach, to kupuję kilogram, jak mniej – dwa kilo”. I dodawała: „Zrobić panu kartofelków z koper­kiem albo ze śmietaną?”.

Panu, czyli Michałowi.

Mieszkali naprzeciw siebie. Ona pod numerem 33, on – 31. Poznali się, kiedy pani Roma zapukała do Michała z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuje. Od tamtej chwili uważała, że zawsze potrzebuje, więc pukała codziennie. Przez kilka lat Michał poży­czał od niej żelazko. Kiedy przyznał, że ma już własne, pani Roma postanowiła „wymyślić jakieś inne sprzęty”. Telewizor? Nie, to nie to. („Raz włączyłam, nie wiem, jak wyłączyć, ale się przyzwycza­iłam, nie ma dźwięku, więc patrzę czasem na obrazki”).

Może więc telefon. Namawiała, żeby „sobie poużywał”, bo ona ma ich kilka, wystarczy podnieść słuchawkę, jest sygnał. A ona w tym czasie „kawkę zrobi”, a Michał może „sobie posiedzieć i podzwonić, bo ona to nie bardzo już dzwoni”.

Czasami w zamrażalniku trzymała „dyżurną kurę”, kawałek kurczaka, na szybki obiad dla gości.

Nie wolno było odmawiać, bo pani Roma głuch-ła. Któregoś dnia wyznała sekret: „Z nowych tech­nologii to najlepiej opanowałam szybkie wyłą­czanie aparatu słuchowego. I jak do mnie ktoś puka, a najczęściej to świadkowie Jehowy, to ja cyk aparat, oni mówią, mówią, ja nie słyszę, mam za to gimnastykę stania”.

Nigdy nie mówiła o smutku, jakby nigdy nie czuła się źle, jakby nie miała problemów. Za to często powtarzała, że jest stara albo głupia, ale nigdy razem, nigdy stara i głupia, bo to nie ma związku.

Głupia była najczęściej wtedy, gdy rozdawała pieniądze, wszystkim, którzy prosili. O starości mówiła rzadziej. Żaliła się tylko, że jej czasem tak smutno samej i samej. Z Michałem też spotykała się coraz smutniej. Obgadywali kolejne śmierci. Naj­pierw zmarł Andrzej, który mieszkał piętro wyżej, potem Dziadek, sąsiad z piętra. Odeszła Teresa, praska diwa w różowym polarze, „obiekt westchnień podwórkowych Romeów”, umiała w kilku języ­kach powiedzieć napotkanemu mężczyźnie, że jest bardzo piękny. Potem zniknął Pan Bez Nóg, pani Roma nie miała komu dawać już drobnych przy okazji spacerów.

Wiosną tego roku ostatni raz zapukała do drzwi mieszkania Michała. Prosiła, żeby kupił jej „liptonika, bo sama dzisiaj nie wyjdzie”. I żeby potem na tego „liptonika” przyszedł, bo ona długo już nie pożyje. „Lekarze mówią, że jeszcze długo, ale ja wcale nie jestem tego pewna”.

Pogotowie. Szpital. I w końcu ta kłódka na drzwiach.

Pani Romualda Modesta J. zmarła 19 maja 2017 r., ponad miesiąc później „poszła” leżeć koło Starego.

PS Tekst ten nie powstałby bez zapisków Michała P., mojego przyjaciela i sąsiada pani Romy.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata