70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Wawrzyniak/CAF/PAP

Pamięć o akcji „Wisła”

Zbrodnia przeciw ludzkości w przypadku akcji „Wisła” nie polega na eksterminacji, ale na odebraniu ojczyzny, w konsekwencji – na pozbawieniu kultury i tożsamości.

Urszula Pieczek: W tym roku przypada 70. rocz­nica przeprowadzenia akcji „Wisła”, w wyniku której przymusowo przesiedlono ok. 140 tys. osób pochodzenia ukraińskiego i łemkowskiego z terenów południowo-wschodniej Polski na tzw. Ziemie Odzyskane. Po raz pierwszy od 1989 r. polski rząd nie uczestniczył w obchodach oraz odmówił wsparcia finansowego.

Tomasz Stryjek: Tak, obecny rząd potraktował ukraińską mniejszość narodową tak, jakby to ona była odpowiedzialna za nie­przyjęcie polskiego obrazu zbrodni na Wołyniu i w Galicji Wschodniej przez historyków i władze pań­stwa ukraińskiego. Ze swego nie­uczestniczenia w obchodach rocznicy najważniejszej dla pa- mięci i tożsamości pewnej grupy własnych obywateli politycy uczynili narzędzie nacisku na sąsiednie państwo. Wyniknęło to z dwu źródeł, z których pierwsze doty­czy stosunków zewnętrznych, a drugie – wewnętrznych.

 

Jakich dokładnie?

Po pierwsze, władze skonstato­wały bezskuteczność poprzednio użytego sposobu wywarcia naci­sku na Ukrainę: uchwała Sejmu z 22 lipca 2016 r. kwalifikująca czystkę etniczną OUN-UPA na Polakach w latach 1943–1944 jako ludobójstwo została całkowicie odrzucona przez tamtejsze władze i opinię publiczną. W tej sytuacji polski rząd postanowił „podnieść stawkę” w konflikcie dotyczącym oceny przeszłości i przemilczał rocznicę zbrodni z 1947 r. popeł­nionej przez państwo, którego spadkobiercą prawnym – czy tego chce czy nie – jest III RP. W istocie władze użyły metody, której jedynym skutkiem jest naruszanie godności adresata.

Po drugie, Prawo i Sprawiedliwość stara się wykazać, że jego poprzednicy u władzy byli całko­wicie nieudolni, także w obszarze polityki pamięci.

U podstaw tego rozumowania znajduje się nega­tywna ocena wizyty prezydenta Bronisława Komorowskiego w Kijowie 9 kwietnia 2015 r., kiedy tuż po jego wystąpieniu w Radzie Najwyższej Ukrainy tamtejsi parla­mentarzyści przyjęli ustawę pozy­tywnie oceniającą wkład OUN­-UPA w walkę o niepodległość oraz chroniącą dobre imię jej członków bez względu na to, czy popełni- li zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciw ludzkości (a rzeź wołyńska niewątpliwie spełnia kryteria tejże). Trzeba się zgodzić, że bez wyłą­czenia uczestników rzezi na Pola­kach ukraińska ustawa nie jest zgodna z wymogami moralnymi oraz prawnymi. Trudno orzec, czy jej przyjęcie akurat w tym momencie było porażką ówczesnych władz Polski. Z jednej strony nie sposób dowieść, iż ten fatalny zbieg okoliczności można było w Warszawie przewidzieć, z dru­giej – wprowadzenie tej sprawy do obrad Rady Najwyższej tego dnia nie musiało być przejawem złej woli władz Ukrainy, lecz jedynie skutkiem błędnego przekonania, iż do tej kwestii polska opinia publiczna nie przywiązuje dużej wagi. W każdym razie z nieefek­tywności działań PO w zakresie polityki pamięci wobec Ukrainy PiS wyciągnęło wniosek, że tylko postawa absolutnej jednoznacz­ności, polegająca na nazywaniu rzeczy „po imieniu”, może przy­nieść zamierzony skutek. W partii rządzącej dominuje pogląd, że im bardziej będziemy kategoryczni, tym bardziej będą się z nami liczyć. Niestety, umiejętności dyplomatyczne obecnej władzy, jak widzimy m.in. w jej działa­niach na forum UE, są, łagodnie mówiąc, niewystarczające. W sto­sunku do Ukrainy polski rząd nie ma żadnych wyraźnych atutów, np. finansowych czy wojskowych. Dlatego wykorzystanie kolejnego wydarzenia historycznego, w tym przypadku akcji „Wisła”, jako karty przetargowej, która mia­łaby wymóc na ukraińskich wła­dzach coś w sprawie Wołynia, również będzie bezskuteczne. Polski rząd popełnia błąd, zmniejszając dotację na działalność dla organi­zacji mniejszości ukraińskiej i nie biorąc udziału w ważnych dla niej uroczystościach. Działania i zanie­chania władz spowodują po obu stronach jedynie dalszą eskalację konfliktu o przeszłość. Jednocześnie rządzący nie powiedzieli, że akcja „Wisła” była potrzebna czy niezbędna. Zachowując się w ten sposób, faktycznie przyczy­niają się do wzrostu nastrojów nacjonalistycznych w relacjach wobec mniejszości ukraińskiej i obywateli Ukrainy przebywają­cych na stałe w Polsce.

 

 

Rozwiązanie PiS nie wpływa na zmianę postaw rządu w Kijowie, tylko odbija się na mniejszości ukraińskiej i łemkowskiej w Polsce.

Mniejszość ukraińska staje się adresatem oczekiwań władz Polski wobec samej Ukrainy. Jej przy­wództwo, czyli Związek Ukraińców w Polsce, w oczach rządzących pośrednio odpowiada za milczenie rządu ukraińskiego. A przecież organizacja ta nie ma wpływu na to, że na poziomie decyzji władz cen­tralnych nie można się w sprawie Wołynia porozumieć.

Równocześnie mniejszość ukraińska w Polsce coraz wyraźniej traktuje krzywdę zbiorową z 1947 r. jako swój mit założycielski. Na dłuższą metę ta strategia nie wydaje się perspektywiczna. Nie jestem pewien, czy zorganizo­wanie Zjazdu Związku Ukraińców przy okazji obchodów akcji „Wisła” i łączenie wprost rytuałów podtrzy­mywania pamięci z pracą nad pla­nowaniem przyszłości było dobrą decyzją. Sądzę, że mądrzej jest te dwa obszary działania rozdzielać, starając się myśleć o położeniu mniejszości w kategoriach pro­spektywnych, a nie retrospektyw­nych. Nie znam przyczyn decyzji o tegorocznym połączeniu tych dwu wydarzeń i nie chcę jej kry­tykować wprost, niemniej sądzę, że działając w ten sposób, mniej­szość ukraińska daje się rządzącym „wciągać” w konflikt pamięci między dwoma państwami.

 

Można tego uniknąć?

Podjęcie pracy w środowisku ukraińskim w Polsce nad bardziej złożoną oceną działań OUN-UPA (która była nie tylko organizacją nie­podległościową), byłoby ze strony Związku strategią przyczyniającą się do poprawy relacji polsko-ukra­ińskich. Sądzę, że niektórzy publi­cyści ukraińscy w Polsce zbytnio „solidaryzują się” z jednostronnie pozytywną oceną OUN-UPA na Ukrainie. Jako obywateli polskich nie obowiązują ich akty dotyczące polityki pamięci tego państwa (takie jak ustawa z 9 kwietnia 2015 r.), stąd są w lepszej sytuacji, by móc wyrażać m.in. także opinie krytyczne. Finansowanie działalności mniejszości ze środków publicz­nych nie może jednak zależeć od zmiany dominujących w tym śro­dowisku przekonań – tak samo jak owa ewentualna zmiana nie może warunkować tego, czy władze Polski przyznają, iż ich poprzednicy dopuścili się w 1947 r. zbrodni masowej, czy też to przemilczają.

 

W tej logice akcja „Wisła” to wciąż rewanż za Wołyń.

W jakiejś mierze w płaszczyźnie psychologicznej w 1947 r. był to odwet. W każdym państwie powo­jennym w Europie dążono do sta­bilizacji. Patrząc z tej perspektywy, zabieganie władz o likwidację UPA w Polsce było zjawiskiem naturalnym. Nawet bardziej stanowcze działania wymierzone wyłącznie przeciwko partyzantom obroniłyby się także z perspektywy współczesnych systemów wartości. Państwo istnieje przede wszystkim po to, aby sprawować suwerenną władzę i dzięki temu zapewnić ochronę ludności cywilnej. Wtedy zastoso­wano „odwrócone” rozumowanie – potraktowano całą ludność ukraińską i łemkowską w Polsce jako odpowiedzialną za działalność UPA i uznano, iż problem partyzantki rozwiąże się wraz z jej wysiedle­niem. To było działanie na zasa­dzie odpowiedzialności zbiorowej i dlatego akcja „Wisła” nie znajduje usprawiedliwienia.

 

Czym różni się akcja „Wisła” od innych wysiedleń w Europie Środ­kowej i Wschodniej?

Po II wojnie światowej na tym obszarze wysiedlenia dotykające całe narodowości były niemal codziennością. Ci, którzy prze­żyli koszmar, traktowali przesiedlenia jako coś naturalnego (oczy­wiście o ile sami nie byli ich ofiarą). Ten „standard” rozwiązywania problemów wprowadzili Niemcy i Sowieci. Ale z tego, że ten sposób działania stał się powszechny, nie wynika, że państwo polskie można uwolnić od odpowiedzialności za takie praktyki w stosunku do własnych (czy nie własnych) obywateli.

Z lektury najnowszej pracy Jana Pisulińskiego (Akcja Specjalna „Wisła”) wynika, że władze, wywożąc pierwsze transporty w końcu odwet kwietnia 1947 r., nie były zdetermi­nowane do wysiedlenia wszystkich Ukraińców i Łemków. Rządzący oceniali, że członków tych mniej­szości na pograniczu z ZSRR i Cze­chosłowacją jest znacznie mniej: mówiono o 20 tys., następnie 40 tys., potem w trakcie akcji zaczęto pod­nosić tę liczbę i skończyło się na 140 tys., czyli praktycznie całej lud­ności ukraińskiej i łemkowskiej pozostałej w Polsce po tzw. repa­triacji do USRR w latach 1944–1946. Po stronie władz nie było pełnej wiedzy, ilu tych ludzi jest, a przy tym nie było świadomości prawnej, że wywiezienie wszystkich oznacza popełnienie zbrodni przeciw ludz­kości, gdyż nie była ona zdefinio­wana – zresztą do dziś precyzyjnie nie jest – w prawie międzynaro­dowym. Wprawdzie można ją było już wtedy wyprowadzić z wyroku Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze z 1946 r., ale trudno było przy­puszczać, iż taką zbrodnię może popełnić także państwo będące ofiarą III Rzeszy. Świadomość, że deportacje są zbrodnią przeciwko ludzkości, pojawiła się na szerszą skalę dopiero w latach 70. i 80., głównie dzięki działalności ONZ. Zbrodnia przeciw ludzkości w przy­padku akcji „Wisła” nie polegała na eksterminacji (wtedy byłaby to zbrodnia ludobójstwa zdefiniowana przez ONZ w konwencji z 9 grudnia 1948 r.), lecz na odebraniu ojczyzny, w konsekwencji na pozbawieniu kultury i tożsamości.

 

Nie uwierzę, że zrobiono to niechcący.

Pewnie, że nie! Na początku działań wydający rozkazy nie byli zdeter­minowani do pełnego zniszczenia odrębności mniejszości ukraińskiej i łemkowskiej w Polsce, ale zmieniło się to w ich trakcie. Kiedy gen. Stefan Mossor, dowodzący Grupą Operacyjną „Wisła”, pisał w maju 1947 r.: „rozwiążemy ostatecznie problem ukraiński w Polsce”, to wydaje się, że miał na myśli problem UPA, opór par­tyzantki, a nie likwidację mniej­szości. Ale kiedy już wywieziono wszystkich, to zaczęto myśleć w ten sposób – rozmieszczono deporto­wanych tak, aby zatracili poczucie przynależności grupowej, zaka­zano szkół i zgromadzeń w języku narodowym. Cerkiew greckokato­licką, odgrywającą w dawnej Galicji Wschodniej rolę narodotwórczą, w USRR już w 1946 r. na tzw. syno­dzie we Lwowie przymusowo połą­czono z Kościołem prawosławnym, co dotyczyło także parafii znajdują­cych się po zachodniej stronie linii Curzona. Wtedy władze zaczęły myśleć, że rozwiążą problem cał­kowicie, polonizując tę mniejszość. I choć wydaje się, że na początku akcji „Wisła” nie było planów likwi­dacji kultury etnicznej, to tych działań nie da się dziś obronić. Można popełnić zbrodnię prze­ciwko ludzkości, nie będąc tego świadomym. Z dzisiejszej perspek­tywy należy to wyraźnie stwierdzić.

 

Wyjaśnienie tej sprawy, paradok­salnie, jest coraz trudniejsze.

Po pierwsze, dziś wśród rządzących panuje przekonanie, że jeśli zro­bimy kolejny krok w stosunku do potępiającej wydarzenia uchwały Senatu z 1990 r. i zdefiniujemy akcję „Wisła” jako zbrodnię wyrokiem sądowym, to i tak nie doczekamy się potępienia OUN-UPA w kwe­stii wołyńskiej ze strony Kijowa. Po drugie, polityka pamięci i tożsa­mości w Polsce opiera się obecnie na przekonaniu o „czystości” i „nie­winności” historii narodowej. W tej logice prawne przyznanie się do odpowiedzialności byłoby ska­laniem wizerunku Polaków jako narodu zawsze walczącego „za wolność waszą i naszą!”.

Wize­runek Polski nie ucierpiałby na tym, gdyby akcję „Wisła” zdefi­niować w świetle międzynarodo­wego prawa karnego.

W historii Polski nie brak epizodów walk wolnościowych, zatem w ocenie każdego nieuprzedzonego obser­watora z zewnątrz jej pozytywny obraz nadal przeważałby nad epi­zodami negatywnymi. Uważam, że tylko poprzez rzetelną ocenę takich wydarzeń można budować silną pozycję międzynarodową. Kształ­towanie tożsamości wyłącznie w oparciu o pamięć heroicznych czynów i martyrologię własnej wspólnoty to postępowanie błędne. Zwolennicy tej strategii nie zauwa­żają innych „filarów” pamięci, na których bywają oparte współ­czesne tożsamości narodowe.

 

Jakie „filary” ma Pan na myśli?

Tożsamość państwa narodowego epoki globalizacji powinna być oparta przynajmniej na dwóch z trzech „filarów”. Pierwszy to historia przednowoczesna, która nie budzi sporów, przynajmniej międzynarodowych. Drugi to epoka II wojny światowej i zimnej wojny. W Europie Środkowej i Wschod­niej to okres od 1939 r. do 1991 r., czyli czas totalitaryzmów, okupacji, masowych zbrodni. Wszędzie na świecie, a szczególnie w naszym regionie, rodzi on najwięcej kontro­wersji i konfliktów. W końcu trzeci „filar” to historia najnowsza, czyli okres niezakończonych do dziś pro­cesów politycznych, gospodarczych, tożsamościowych. W przypadku Polski okres ten zaczął się w 1989 r. Obejmuje III RP i na tle całości pol­skiej historii zasługuje na miano epoki sukcesów indywidualnych i zbiorowych, które zniosły więk­szość negatywnych konsekwencji historii XX w.

W obecnej polityce pamięci wykorzystuje się w Polsce przede wszystkim „filar” pierwszy. Odnoś-nie do drugiego rządzący chcą jednoznaczności, czyli przyjmują, że godny zachowania w polskiej pamięci jest tylko opór, dążenie do odrzucenia zewnętrznej władzy czy ideologii. Nie biorą pod uwagę, że komuniści też byli Polakami albo że zwykli ludzie, którzy żyli pod rządami komunistycznymi, osiągnęli krajowe czy międzynarodowe sukcesy, nie wchodząc w kolizję z władzą i nie walcząc z nią, ale podnosząc potencjał osobisty i zbiorowy polskości, np. w nauce, spo­rcie czy kulturze. Takie postawienie sprawy, że Polakami byli tylko ci, którzy ryzykowali oddaniem życia, jest bardziej burzące niż budu­jące. Z kolei „filar” trzeci został dziś w zasadzie odrzucony, ponieważ twierdzi się, że w latach 1989–2015 budowano go na niewłaściwych „fundamentach”. To błąd. Tożsa­mość powinna być zbudowana także na prospektywnych elemen­tach, wizji osiągnięć cywilizacyj­nych na następne dekady. Obecny rząd trochę próbuje to robić, np. przedstawiając projekty inwesty­cyjne i modernizacyjne resortu wicepremiera Mateusza Morawiec­kiego. Wizja Polski jako jednego z głównych producentów elek­trycznych samochodów na świecie w perspektywie 2025 r. jest jak naj­bardziej potrzebna do budowania wspólnoty obywatelskiej (inna sprawa, czy to jest realistyczne od strony technologicznej, organiza­cyjnej, ekonomicznej, finansowej). Ale ten element to w polityce rządu wyjątek: dominuje orientacja retrospektywna.

 

Te same „filary” sprawdzą się, jeśli chodzi o ukraińską politykę historyczną?

Sprawdzają się odnośnie do każ­dego państwa w Europie. Pierwszy „filar” historiografia i państwo zbu­dowały jeszcze za prezydentury Łeonida Krawczuka i Łeonida Kuczmy. Współcześnie Ukraińcy uznają już za uzasadnioną wykładnię historii ojczystej od Rusi Kijowskiej (co nie odbiera prawa do Rusi Kijowskiej także współ­czesnej Rosji i Białorusi), poprzez Ruś Halicko-Wołyńską, przystą­pienie szlachty ruskiej do Korony Polskiej w akcie unii lubelskiej, Kozaczyznę, odrodzenie naro­dowe w XIX w., symbolizowane przez Tarasa Szewczenkę, po dzia­łania niepodległościowe w czasie I wojny światowej. Drugi „filar” zaczyna się po 1917 r. wraz z bolsze­wizmem. I w tym miejscu pojawia się problem, ponieważ dzisiejsze władze Ukrainy traktują ten okres podobnie jak nasze. Obecni decy­denci polityki pamięci w Kijowie próbują okres 1917–1991 absolutnie ujednoznacznić, a to jest jeszcze trudniejsze niż w Polsce, ponieważ, co tu dużo mówić, nie istniało for­malnie odrębne państwo (jak PRL), była tylko republika radziecka (USRR) i siłą rzeczy stopień udziału ludzi w systemie władzy podległym Moskwie był większy niż w Polsce. Zatem wykluczenie z antysowiec­kiej interpretacji historii Ukrainy dotyczy większości obywateli. Jeśli chodzi o trzeci „filar”, to pro­blem polega na tym, że nie ma za bardzo czym się chwalić – ta trans­formacja słusznie uchodzi za nie­udaną. Dwukrotnie zaczynała się i kończyła jakimś mniejszym czy większym fiaskiem (1991, 2004). W 2014 r. rozpoczęła się ponownie, tym razem z większymi, choć niedecydującymi, jeszcze nieprzeło­mowymi osiągnięciami. Reasu­mując, jeśli z trzech „filarów” ma się tylko pierwszy, z drugiego „wybiera się” zbyt jednostronnie, osłabiając jego potencjał, a trze­ciego prawie w ogóle nie ma, to trudniej budować wspólnotę i jej tożsamość. O ile z uwagi na sytuację wojenną nie dziwi mnie „anty­sowiecki zwrot” polityki pamięci na Ukrainie od 2014 r., to jestem zdumiony, że w Polsce od 2015 r. rezygnuje się z trzeciego „filara”, podczas gdy on na tle całej Europy Środkowej i Wschodniej zawiera naprawdę mocne zasoby. Dziś Ukraina nieposiadająca trzeciego „filara” ma silną skłonność do zaprzeczania, że OUN był do 1943 r. włącznie organizacją skrajnie nacjonalistyczną inspirującą się ówczesnymi państwami faszy­stowskimi, a UPA popełniła na Polakach zbrodnię przeciw ludz­kości, której metody, jeżeli chodzi o skalę okrucieństwa i mordercze czystki, znacznie przewyższały akcję „Wisła”. Dopiero później – od opanowania władzy nad zachodnią Ukrainą przez Sowietów – UPA stała się tym, czym chcieliby ją widzieć współcześni apologeci: ludową armią oporu wobec sys­temu totalitarnego.

 

Im więcej czasu mija, tym jesteśmy mniej zgodni. Inaczej wyglądała sytuacja w latach 90., kiedy historycy chcieli te kwe­stie rzetelnie rozwiązać, co miało odzwierciedlenie np. w serii seminariów Polska-Ukraina: trudne pytania. Dziś stereotyp narasta.

W stosunku do lat 90. rzeczywiście wygląda to tak, jakbyśmy się cofali. Nadeszła zmiana – w latach 90. w relacjach dotyczących historii w Polsce dominowało młode poko­lenie ukształtowane w duchu paryskiej „Kultury” i wizji ULB Jerzego Giedroycia (m.in. Bogu­miła Berdychowska, Mirosław Czech, Grzegorz Motyka, Ola Hna­tiuk, Piotr Tyma), które o wschod­nich sąsiadach mówiło w kontekś-cie relacji proeuropejskich. Więk­szości wydawało się, że jesteśmy, łącznie z krajami posowieckimi, na prostej drodze do integracji z UE, a w stosunkach politycznych przestała dominować Realpolitik i powszechne stało się myślenie w kategoriach bezpieczeństwa zbio­rowego. Dziś większość młodych ludzi już nie rozumie języka Gie­droycia, zgodnie z którym w rela­cjach z Ukrainą Polska powinna „ustąpić” bardziej niż jej partner. Do polityki międzynarodowej wróciła Realpolitik. Młodzi ludzie myślą, że w rozgrywce międzynarodowej nie ma sensownej alternatywy dla języka Putina, Erdog˘ana, Trumpa.

Poza tym nastąpiła zmiana medialna, która „zdemokratyzo­wała” dostęp do historii. Zajmo­wanie się historią w Internecie potwierdza prawo Kopernika–Gre­shama – moneta o gorszej zawar­tości kruszcu wypiera tę o lepszej zawartości kruszcu. W związku z tym jednoznaczny obraz prze­szłości jest bardziej atrakcyjny niż ten tworzony przez historyka, który uwzględnia różne źródła i konteksty. Bardzo cenię to, co o procesie pojednania mówi Jaro­sław Hrycak, że to jest jak jazda na rowerze: jeśli przestaje się peda­łować, to rower upadnie. I to poka­zuje, że problemem pojednania należy zajmować się stale, choć na tej drodze sukcesy i porażki przy­darzają się, by tak rzec, w układzie sinusoidalnym.

Koncentrujemy się przede wszystkim na stosunkach polsko­-ukraińskich, ale jednak podczas akcji „Wisła” ucierpiała najbardziej mniejszość łemkowska, dla której to wydarzenie jest przełomowe w określeniu własnej tożsamości.

Łemkowie są w Polsce podzie­leni – silniejsza orientacja uważa się za grupę regionalną narodu ukraińskiego, ale są także zwolen­nicy orientacji narodowej. Mówią o narodzie karpatorusińskim, który zamieszkiwał przed akcją „Wisła” tereny od Popradu w Polsce i Słowacji po Bukowinę w pół­nocnej Rumunii, czyli po kraniec obwodu zakarpackiego. W Polsce są dwie instytucje działające na rzecz Łemków, czyli Zjednoczenie Łemków przy Związku Ukraińców w Polsce oraz Stowarzyszenie Łemków, które definiuje tożsa­mość członków jako rusińską czy karpatorusińską.

Akcja „Wisła” była momentem przełomowym w kształtowaniu się tożsamości Łemków-Rusinów. Proces ten trwał już od około stu­lecia – od lat 40. XIX w.

Na Łem­kowszczyźnie w tym okresie trwała rywalizacja opcji ukraińskiej narodowej i rusińskiej. Było wielu duchownych łemkowskich, a stano­wili oni wtedy jedyną inteligencję na miejscu, którzy uważali się za część było widoczne w całym świecie zachodnim i – w pewnej mierze za pośrednictwem łemkowskiej diaspory w Ameryce Północnej – dotarło do potomków wysiedlo­nych w Polsce, przyczyniło się do tego, że orientacja rusińska wśród Łemków odżyła. Zainteresowanie Łemkowszczyzną w latach 80. objęło także młodsze pokolenie Polaków. Wiązało się z zaintere­sowaniem „światem utraconym”, czyli tradycjami premodernistycz­nymi, z czasów sprzed uprzemy­słowienia, urbanizacji i idealizacją minionej rzeczywistości. Atrakcyj­ności temu tematowi dodawał fakt, że Łemkowie i Ukraińcy padli ofiarą władz komunistycznych w Polsce, a ta władza od połowy lat 80. była wyraźnie w kryzysie. Łemkowie­-Rusini, gdy słyszą, że w Polsce o akcji „Wisła” mówi się wyłącznie w kontekście Ukraińców, odczu­wają to bardzo boleśnie. Podkreślają także, że o ile w stosunku do Ukraińców władza mogła mieć jakieś motywy (choćby zemsty za Wołyń), to jeśli chodzi o zachodnią Łemkowszczyznę, nie było pod­staw do oskarżeń o działalność UPA, a już tym bardziej o jakiekolwiek zbrodnie na Polakach. Nie docho­dziło na tych terenach do żadnych starć polsko-ukraińskich, więc próby uzasadnienia akcji „Wisła” są dla nich nawet bardziej dotkliwe.

 

Akcja „Wisła” miała rozwiązać sprawę partyzantki UPA w Polsce, ale ucierpiała przede wszystkim lud­ność cywilna. Czy można wyobrazić sobie alternatywny model, który pomógłby rozproszyć partyzantkę, ale nie krzywdzić cywilów?

Wydaje się, że tak. Zdaniem teoretyków wojskowości i historyków wojen działania wojskowe wobec partyzantki wymagają prze­wagi 10:1 wobec partyzantów. Do początku 1947 r. władze polskie takich sił nie miały, dlatego że zajmowały się zwalczaniem polskiego podziemia, a podziemie na połu­dniowym wschodzie uchodziło za problem poboczny. Za kwestię priorytetową uznano wprowa­dzenie przez aparat bezpieczeń­stwa i wojsko swojej władzy, m.in. poprzez sfałszowanie wyborów w styczniu 1947 r., co absorbowało ich uwagę w całym kraju. Dopiero po uzyskaniu takiej „legitymizacji” swych rządów skoncentrowały uwagę na południowym wscho­dzie. Można więc sądzić, że zdecydowana akcja wojskowa odniosłaby skutek w postaci zniszczenia UPA – podczas takich działań cywile też by ucierpieli (przecież jednak jakaś część z nich pomagała UPA), ale skala strat byłaby jednak mniejsza, a przede wszystkim uniknięto by deportacji.

Istniał sowiecki wzór rozwią­zywania tych kwestii nie przez oddzielenie partyzantów od lud­ności cywilnej i ich wybicie, tylko przez deportację wszystkich. Zgodnie z logiką totalitaryzmu w ten sposób rozwiązuje się pro­blem odrębności raz na zawsze. Tę praktykę sowieckich deportacji obserwujemy od 1940 r. w pań­stwach bałtyckich i wschodnich województwach II RP. W 1944 r. ten sposób działania powrócił w postaci zwalczania partyzantki UPA i partyzantki na Litwie, Łotwie i w Estonii poprzez przeplatające się akcje wojskowe i deportacje. Te ostatnie na skalę podobną do akcji „Wisła” (od kilkudziesięciu do 100 tys.) powtarzały się na Ukrainie Zachodniej – największe były w 1947 i 1949 r. Władze polskie sięgnęły po tę praktykę sojusznika­-protektora z Moskwy. Podsumo­wując: w całej Europie Środkowej i Wschodniej tuż po II wojnie świa­towej dochodziło wtedy do przy­musowego, masowego przemiesz­czania ludności, np. w Rumunii z Banatu wysiedlono ponad 100 tys. osób: Niemców, Węgrów, Serbów, ale nigdzie nie doprowadzono do tego, żeby całkowicie ogołocić teren, dokonać pełnego wykorzenienia kulturowego, jak w pasie przygra­nicznym od Krynicy do Włodawy.

Z zastosowania wzoru sowiec­kiego nie wynika, że odpowiedzial­ność za akcję „Wisła” ponosi cen­trum władzy w ZSRR. To musiało być zatwierdzone w Moskwie, ale nie ma żadnego źródłowego dowodu takiego nakazu i nie wydaje się, aby istniał. Wspo­mniana alternatywa pacyfikacyjna, omijająca większość ludności cywilnej, była do pomyślenia, ale w atmosferze powojennej trudno do niej przekonać: deportacja stała się w czasie wojny „normalną” drogą rozwiązywania problemów. To państwo polskie dało przyzwo­lenie na tę operację, więc twier­dzenie, że odpowiedzialność za nią spada wyłącznie na władze komu­nistyczne, czyli na czynnik całko­wicie „obcy” Polakom ( jak suge­ruje się w obecnej polityce pamięci w Polsce), to ucieczka od problemu. A tymczasem jeśli weźmiemy prasę z tamtego okresu, także tę PSL-owską, widać społeczne przy­zwolenie na to, aby rozprawić się z Ukraińcami. Nastroje antyukraińskie, postrzeganie ukraińskiego ruchu niepodległościowego jako skutku antypolskiej działalności Austro-Węgier, Republiki Weimarskiej i III Rzeszy, przewa­żały w społeczeństwie polskim, nie­zależnie od tego, czy byli to zwolen­nicy prawicy, centrum czy lewicy.

 

Dlaczego na zasiedlenie wybrano te, a nie inne tereny?

Na północy i zachodzie występo­wały jeszcze „luzy” osadnicze, acz­kolwiek do wiosny 1947 r. dużo ludności polskiej już tam napły­nęło. Założono, że „wymiesza” się ją z przybyszami z bardzo wielu miejsc, zarówno z Kresów, jak i z Polski centralnej. W związku z tym myślano, że powstanie nowa tożsamość silnie związaną z pań­stwem, czyli że polscy osadnicy wytworzą atmosferę wdzięczności wobec państwa polskiego, czemu stopniowo ulegną także przedsta­wiciele mniejszości.

 

W pierwszym pokoleniu mniej­szości podejmowały próby powrotu na utracone ziemie, ale później sytuacja się zmieniła.

W pokoleniu urodzonym nie­długo po wysiedleniu aż do zmiany w latach 80. dominowała ten­dencja do urządzenia się w nowych warunkach. PRL oferował lojalnym obywatelom udział w pewnej formie modernizacji społecznej. Ponadto w tym i następnym poko­leniu nie było już potrzeby prze­prowadzenia się na stałe, tylko bywania w miejscu pochodzenia. To już jest społeczność po moder­nizacji, w dużym stopniu inteli­gencka. Różni się stylem życia tak bardzo od społeczeństwa chłop­skiego, związanego z ziemią, że chce mieć związek z miejscem pochodzenia bardziej wyobrażony niż rzeczywisty: trochę na zasadzie kontaktu ze „światem utraconym”, w którym da się odpocząć od nadmiernego tempa współczesności, ale w którym nie można już żyć.

Akcja „Wisła” to jedyny przy­padek modelowego sowieckiego postępowania deportacyjnego wobec mniejszości narodowych przeprowadzonego poza grani­cami ZSRR, którego ofiarą padli wszyscy członkowie tychże mniej­szości. Oczywiście oprócz wysiedlenia Niemców decyzjami pocz­damskimi, za co odpowiedzialność spada jednak na wielkie mocar­stwa, a nie na państwa Europy Środkowej. Ten wyjątek „popełniło” właśnie państwo polskie.

 

Jakie znaczenie miał dla akcji „Wisła” Centralny Obóz Pracy w Jaworznie, w którym przebywali deportowani Łemkowie i Ukraińcy?

Nie miał on fizycznie zniszczyć, ale złamać opór inteligencji tej grupy – zarówno duchownych, jak i świeckich. Na krótką metę chodziło o to, żeby przez deportację tej ludności nie spowodować przeniesienia działalności UPA na Ziemie Odzy­skane – trzeba było oddzielić tych, którzy mieli jakieś kontakty z UPA (ci, którzy bezpośrednio współpra­cowali, od razu byli rozstrzeliwani). Ale w dłuższej perspektywie cho­dziło o zniszczenie elity, a w konse­kwencji poczucia odrębności grupy. W tym sensie obóz w Jaworznie był działaniem etnobójczym. Wpraw­dzie nie było to działanie ekster­minacyjne, bo w samym obozie ludzie umierali głównie z powodu złych warunków, a nie regularnych zabójstw, ale z pewnością o skutkach eliminujących grupę mniejszościową.

 

Co pozostało po miejscach, z któ­rych deportowano tę ludność?

Po wysiedleniu władze polskie zachęcały do przejmowania ziem rolnych, co nastąpiło w najwięk­szym stopniu w Beskidzie Niskim u Łemków. W Bieszczadach hale wypasowe, związane z gospodarką hodowlaną, opustoszały. Powód był prosty – polscy rolnicy nie nabyli umiejętności związanych ze specyficzną kulturą pasterską. Do dziś te tereny są wielokrotnie rzadziej zaludnione niż przed 1947 r. Trzeba pamiętać także o zniszczonym – częściej przez świadome zaniedbanie niż roz­biórkę – dziedzictwie kulturowym tych ziem, głównie o cerkwiach. Ich zachowaniem zaczęto się inte­resować dopiero w latach 80. Dziś zachodzi proces europeizacji dzie­dzictwa mniejszości narodowych. Z pomocą funduszy państwowych i zagranicznych odnawia się cer­kwie i cmentarze. Miejsca pamięci są udostępniane, co umożliwia dotknięcie tej skomplikowanej przeszłości tak turystom, jak potomkom wysiedlonych.

_

Tomasz Stryjek – Dr hab. nauk politycznych, prof. nadzwyczajny w Instytucie Studiów Politycznych PAN, wykładowca Collegium Civitas, autor książek na temat historii ukraińskich ideologii narodowych, ukraińskiej historiografii i współczesnej polityki pamięci.

 

 

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter