70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Outsourcing powinności

Krytyka literacka, szczególnie ta skoncentrowana na książkach poetyckich, nie jest zjawiskiem jednolitym, dlatego i odpowiedź na pytanie, kto dziś jej potrzebuje, nie może być jednoznaczna.

Biorąc pod uwagę skrajnie niszowy charakter polskiej poezji, należałoby zastanowić się przede wszystkim nad tym, czy kładziemy nacisk na popularyzatorską funkcję krytyki, czy bardziej interesuje nas jej – nazwijmy to umownie – potencjał kreacyjny, zdolności do powoływania pojęć, które okażą się operatywne tak w dyskursie dotyczącym literatury, jak i w szeroko rozumianej przestrzeni społecznej.

Trudno mieć wątpliwości co do tego, że polska poezja po transformacji, mimo fatalnych uwarunkowań ekonomicznych, braku należnego jej wsparcia ze strony państwa, słabej obecności w mediach głównego nurtu, pozostaje w dużej mierze twórczością wysokiej próby. Obarczanie krytyki literackiej odpowiedzialnością za permanentny kryzys „widzialności” poezji – jako hermetycznej, niezrozumiałej dla przeciętnego czytelnika, niewalczącej o masowego odbiorcę – jest w moim przekonaniu nieporozumieniem: bez solidnego zaplecza instytucjonalnego, radykalnej zmiany systemu edukacji w zakresie obcowania ze sztuką, a przede wszystkim likwidacji ekonomicznych barier, które całkowicie (sic!) wykluczają z życia kulturalnego większość Polek i Polaków, poezja nie ma najmniejszych szans na trafienie do masowego odbiorcy. Podstawową funkcję krytyki postrzegam zatem zupełnie inaczej: nie sądzę, by mogła ona jeszcze „wyjaśniać” czytelnikom i czytelniczkom wiersze, czyniąc je bardziej przystępnymi – wynika to przede wszystkim ze zmiany charakteru poezji, którą to zmianę cynicznie ignoruje się i w mediach głównego nurtu, i wśród politycznych decydentów. Poezja nie jest elitarystyczna sama w sobie, a jednak instytucje odpowiedzialne za jej promocję wykorzystują ów kod „kultury wysokiej”, jakby zupełnie nie dostrzegały jego społecznej szkodliwości. Podstawowym punktem odniesienia dla współczesnej poetki może być punk rock, popkultura lub cyberprzestrzeń, nie odnotują tego jednak ciała odpowiedzialne za finansowanie literatury. Twórcy, tacy jak Adam Kaczanowski, Szczepan Kopyt czy Alex Freiheit vel Siksa, mają zatem dwa wyjścia: wejść w buty klasyków i służyć Ministerstwu Kultury za alibi, dowody jego wielkoduszności lub szukać nowych artystycznych kanałów komunikacji, jak performance czy muzyka. Poezja oczywiście pojawia się w mediach głównego nurtu przy okazji wydarzeń uświetniających zasłużonych autorów – z tym że przede wszystkim martwych. Jeśli zaś chodzi o poetów i poetki żyjących, zwykle ledwo wiążących koniec z końcem, można o nich usłyszeć wtedy, gdy instytucje kultury postanawiają podczas uroczystej, wystawnej gali nagrodzić któregoś czy którąś z nich; organizacja uroczystej, wystawnej gali kosztuje zwykle więcej, niż wynosi nagroda, a propozycje przeznaczenia podobnego budżetu na program stypendialny nie spotykają się z entuzjazmem decydentów. Dlaczego? Bo uroczysta, wystawna gala jest dla nich doskonałą okazją do publicznego zademonstrowania własnej wrażliwości estetycznej i – niestety, w pewnym stopniu – skorumpowania nagrodzonych. Przerzucanie odpowiedzialności za elitaryzację poezji na krytykę literacką w takich warunkach jest, mówiąc delikatnie, absurdem.

To, jak dziś wygląda krytyka literacka, jest, rzecz jasna, pochodną zarysowanych wyżej okoliczności: z jednej strony mamy „dziennikarstwo kulturalne”, które nawet nie stara się dotrzeć do szerokiego grona czytelniczek z najciekawszymi propozycjami, koncentrując się głównie na nazwiskach doskonale znanych, a dla polskiej poezji tak naprawdę nieszczególnie dziś istotnych (casus Marcina Świetlickiego, który – nie licząc martwych klasyków – od dobrych 20 lat zagarnia jakieś 80% całej medialnej „widzialności” dystrybuowanej w środowisku poetyckim).

Z drugiej strony mamy krytykę wyrastającą z przestrzeni akademickiej, która może – co prawda – pozwolić sobie na bardziej wnikliwe odczytania dorobku autorów słabo rozpoznawalnych, ale jednocześnie podlega coraz silniejszym procesom korozji: uniwersytet, który w neoliberalnym paradygmacie ekonomicznym staje się przedsiębiorstwem, nie daje już badaczom dużej swobody działania, dlatego grzęznąc w „punktozie”, przestają nadążać za kolejnymi zjawiskami wyłaniającymi się w polskiej poezji.

Pozostaje jeszcze trzecia, najmniej liczna i najsłabiej widoczna grupa krytyczek i krytyków, paradoksalnie, najszybciej reagująca na nowe zjawiska w poezji i zwykle najtrafniej je ujmująca – często ich rozpoznania z czasem przenikają do badań akademików, którzy zwyczajnie je kapitalizują i tworzą z nich nowe mapy poetyckiego środowiska (tak postrzegam np. interwencje krytyczne Rafała Wawrzyńczyka, autora dziś pisującego dla „Dwutygodnika”, a dawnej obecnego przede wszystkim w internetowym podziemiu).

To grupa absolutnych fiksatów, najsilniej sprekaryzowana, zwykle niezarabiająca na pisaniu o literaturze, a utrzymująca się z wykonywania innych zawodów. Wskazując na nią jako na najsprawniej wykonującą powinności krytyki, w żadnym wypadku nie chcę dowartościowywać zawodowej „elastyczności” typowej dla późnego kapitalizmu – wręcz przeciwnie.

Fakt, że ograniczenia związane z ideologicznym działaniem mediów głównego nurtu, a także z podporządkowaniem uniwersytetu hegemonicznej narracji ekonomicznej zostawiają najważniejsze zadania krytyczne hobbystom, uważam za sytuację skandaliczną. Jednocześnie, jak sądzę, mówi ona wiele o ostatniej kwestii, tzn. pozwala w jakimś stopniu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego głos krytyczny jest ważny.

Krytyczki literackie, aby sprawnie wykonywać swoje obowiązki, powinny mieć swobodę działania podobną poetkom: ich główne zadanie widzę jako w miarę możliwości najbardziej uczciwą i szeroką systematyzacja literackich prądów i powiązań istniejących między nimi. Domyślam się, jak zabawnie może to brzmieć dla większości czytelniczek, wierzę jednak, że dobrze skonstruowana mapa języków poetyckich może powiedzieć nam o obecnym stanie społeczeństwa znacznie więcej, niż zwykle sądzimy. Relacje między głównonurtową i pozostającą w podziemiu poezją lat 90. i początku lat 2000. są tego doskonałym przykładem: krytycy o najsilniejszych głosach dostrzegli w wierszach z tamtych lat pochwałę wolności, apolityczności i indywidualnej ekspresji – poetyckie dykcje przypominające o opresji wolnego rynku, pułapkach egoizmu i wykluczeniach społecznych (a dykcji tych nie brakowało) nie zajęły zasłużonego miejsca w ustanawianej na nowo tradycji.

Główny problem krytyki literackiej, mówiąc najkrócej, podobny jest do problemu samej poezji: nie dotyczy on świadomych zaniedbań, intelektualnego lenistwa czy skupienia na partykularnych interesach politycznych – to raczej problem systemu jej finansowania, widzialności i tworzenia odpowiedniego gruntu, na którym mogłaby ona funkcjonować. Bez odpowiednio przygotowanego odbiorcy, któremu ekonomiczne uwarunkowania pozwolą w pełni obcować z kulturą, praca krytyczna pozostaje bezsilna. Egalitaryzacja poezji jest procesem żmudnym i wciąż zaniedbywanym – krytyka literacka musi w nim uczestniczyć, ale w żadnym wypadku nie sprosta temu zadaniu sama.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter