SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
- styczeń, nr 548
- luty, nr 549
- marzec, nr 550
- kwiecień, nr 551
- maj, nr 552
- czerwiec, nr 553
- lipiec, nr 554
- sierpień, nr 555
- wrzesień, nr 556
- październik, nr 557
- listopad, nr 558
- grudzień, nr 559
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
TAJEMNICE WIARY I NIEWIARY
Andrzej Osęka
|
1. Było to w końcu lat 70., w schyłkowym okresie rządów Gierka. O ponurych nastrojach wśród dziennikarzy, związanych z oficjalną prasą PRL, rozmawiałem z Jerzym Turowiczem. Mówiłem mu, że wolałbym nie pisać do gazet, opatrzonych zaklęciem "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!", lecz - na przykład - do "Tygodnika Powszechnego". Turowicz na to, że zaprasza. Niemożliwe, powiedziałem, jestem niewierzący. Redaktor "Tygodnika" odrzekł, że dla niego to nie przeszkoda.
Byłem zdumiony. Właściwie - nie przekonał mnie. Nie dopuszczałem myśli, że do pism katolickich mogą przyjść jako autorzy ludzie, którzy nie czują w sobie wiary. Może była to z mojej strony po części potrzeba porządku: niech poglądy katolickie wyrażają katolicy, nie zaś osoby, które się - z takich lub innych względów - przyplątały. Teraz jednak widzę, że w upartym oddzielaniu wiary i nie-wiary, tego, co związane z Kościołem, i tego, co z nim nie związane - ulegałem nawykom myślowym bardzo korzystnym dla ówczesnej władzy. Partia wciąż starała się religię i ludzi religijnych (skoro się ich zniszczyć nie dało) od reszty społeczeństwa odgrodzić. Nie było to całkiem skuteczne. Także i w laickich środowiskach czytano "Tygodnik Powszechny", "Znak", "Więź". Widzieliśmy, że oni, katolicy, mają swoje sprawy - Vaticanum II, zmiany w liturgii - mało związane z dramatyczną sytuacją w kraju. U nich przynajmniej jednak nie było kłamstwa, co stanowiło komfort godny zazdrości. Lecz żeby pójść tam pisać - trzeba było zrezygnować z pisania w prasie oficjalnej, wielonakładowej. Decydowało się na to niewielu. Ja do nich nie należałem.
Szkołę życia stanowiła też dla mnie sztuka - ta aktualna, nowoczesna. Awangarda artystyczna XX wieku cała była w zasadzie antyklerykalna, często w sposób niewyszukany. Według nadrealistów rewolucja wyzwalała wyobraźnię twórczą, religia zaś była dla niej więzieniem. Zwalczali więc religię. Przywódca ruchu, André Breton, demaskował na przykład Picassa, publikując fotografię, na której twórca Guerniki stoi obok biskupa. Nadrealiści znieważali słownie księży na ulicy - z pobudek ideowych. Robił to między innymi Philippe Soupault, skądinąd wybitny poeta. Niewątpliwie wybitny malarz Max Ernst desakralizował - czyli profanował - wizerunek Madonny z Dzieciątkiem, malując Matkę Boską dającą lanie Dzieciątku Jezus. Przedstawiciele polskich ugrupowań awangardowych drwili z Jerzego Nowosielskiego, że maluje anioły, jest więc fideistą, czyli kimś zacofanym, co go jako artystę nowoczesnego dyskwalifikuje.
Wobec tego rodzaju skrajności można zachować dystans, trudno się jednak - jeśli się jest kształtowanym przez dwudziestowieczną kulturę - uchronić przed edukacją z gruntu świecką, zazdrośnie świecką, jaką ona niesie. Artyści tak długo szukali całkiem nowego języka form, wolnego od kontroli sprawowanej przez rozum, przez moralność i religię - aż im się to w końcu udało. Współczesne galerie sztuki świetnie nadają się do profanacji, do dwuznacznego wykorzystania chrześcijańskich motywów ikonograficznych. Jeśliby ktoś jednak - powiedzmy: na Biennale w Wenecji - chciał mówić poważnie o swojej wierze w Boga, byłby tam nie na miejscu. Sztuka współczesna może być irracjonalna, może roztaczać mgliste uroki sacrum, odurzać dymami kadzideł - jeśli jest to sacrum niekonkretne i niezobowiązujące. Innymi słowy - póki nie przypomina się w nim o dekalogu. Póki sacrum nie stawia twardych życiowych wymagań.
2. Problem pisania do periodyków katolickich, kiedy się wierzącym nie jest, pojawił się w nowej formie w stanie wojennym. Poza oficjalną prasą i oficjalnym obiegiem kultury znalazło się wtedy bardzo wielu dziennikarzy, pisarzy, malarzy, aktorów - między innymi ja. Była to nasza własna decyzja, bo w praktyce, jeśli ktoś - nawet mając za sobą "antysocjalistyczne" wystąpienia - chciał pracować w instytucjach stanu wojennego, władze widziały go chętnie, gdy tylko się za swe grzechy pokajał. Otóż ci, co się nie pokajali, zaczęli wówczas ze strony niektórych ludzi Kościoła otrzymywać oferty. Były to na przykład zaproszenia do udziału w Tygodniach Kultury Chrześcijańskiej. Do mnie (a także do innych kolegów - Kazimierza Dziewanowskiego, Stefana Bratkowskiego, Bogdana Gotowskiego, Nawojki Cieślińskiej) z propozycją stałej współpracy zwrócili się oo. jezuici z redakcji "Przeglądu Powszechnego", który (paradoksalnie) właśnie wtedy, po blisko trzydziestu latach przerwy, został wznowiony. Przyszliśmy wszyscy na spotkanie, a potem zaczęliśmy się w domu na Rakowieckiej coraz bardziej zadomawiać. Zdarzało się nam bywać nawet w części gmachu objętej klauzurą.
Dla mnie było to nowe, mocne przeżycie, które przyjmowałem nie bez oporów. Przeszedłem kiedyś powierzchowną edukację katolicką, lecz księża-katecheci, których znałem, nie stworzyli mi nigdy okazji do rozmowy. Żądali wyuczenia się na pamięć - a to katechizmu, a to ministrantury. Za stawianie pytań zdradzających jakieś wątpliwości natychmiast obniżali stopień z religii, żadnej odpowiedzi nie udzielając. Było to wyraźnie niesprawiedliwe, a zarazem stanowiło znakomity pretekst, żeby się rozstać z religią. Co też - jako nastolatek - zrobiłem.
Przez długi czas utrzymywałem się później w przekonaniu, że to niezręczni księża pozbawili mnie wiary. O roli, jaką odegrało wielu księży w odstraszaniu (zwłaszcza młodych ludzi) od chrześcijaństwa, powiedziano niemało. Katecheci zbyt często nie zdają sobie sprawy, że z pytaniami, na które oni nie udzielą odpowiedzi, młody człowiek pójdzie gdzie indziej. Niekoniecznie do marksistowskich agitatorów, których teraz już nie ma, a wtedy nie wydawali się wiarygodni. Ja trafiłem na nauczyciela fizyki, który był też wojującym ateistą. Jako doświadczony pedagog, przystępnie wytłumaczył całej klasie, że nie da się pogodzić wszechwiedzy Boga z wolną wolą człowieka, więc jeśli chcemy być wolni, musimy przyjąć, że wszechwiedząca i wszechmocna Istota istnieć nie może. Czyli - na pewno nie istnieje.
Bardzo chciałem być wolny. W kulturze ostatnich dwustu lat ceniono wolność nade wszystko (znacznie wyżej niż dobro i sprawiedliwość) i wiele sobie po niej obiecywano. Właściwie dopiero od paru dziesięcioleci mówi się także o nieszczęściach wolności użytej błędnie. O tym na przykład, że z budowania nowego ładu na fundamencie rewolucji na ogół nic dobrego nie wychodzi. Dla wielu jednak z mojego pokolenia, podobnie jak dla ludzi z paru pokoleń poprzednich i następnych, nowy ład (przy wszystkich jego mankamentach) stanowił obietnicę wolności. Można było nie wierzyć w komunistyczną utopię, widzieć przemoc, zakłamanie, oczywiste zbrodnie systemu, marność i nadużycia jego funkcjonariuszy - jednak urzekająca wydawała się perspektywa, że się będzie obalać stare porządki, lekceważąc święte prawa i przykazania, zrywając więzy tradycji.
Między innymi dlatego pozbyłem się krępującej wiary, że liczyłem na jakieś nadzwyczajne uroki życia w zmieniającym się świecie. Było to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy zamykano "Przegląd Powszechny". Ściślej - kilka lat wcześniej, nie ma to jednak znaczenia, epoka była ta sama. Gdy po trzydziestu latach "Przegląd" wznawiano, miałem za sobą długi staż kogoś całkiem oderwanego od wiary.
Nie byłem w sytuacji, w jakiej znaleźli się niektórzy młodzi przedstawiciele "lewicy laickiej", wychowani w komunistycznych, ateistycznych domach. Gdy w pewnym momencie - na gruncie opozycji wobec systemu - nastąpiło zbliżenie między ich środowiskiem a środowiskami katolickimi, okazało się, że o chrześcijaństwie nie wiedzą rzeczy podstawowych. Nie wiedzieli, dlaczego Matka Boska jedzie z Dzieciątkiem na osiołku. Nie słyszeli o Ucieczce do Egiptu, Rzezi Niewiniątek, Zstąpieniu Ducha Świętego. Ja - dzięki katolickiemu wychowaniu i studiom historii sztuki - miałem odpowiednie informacje o podstawowych prawdach wiary, żywotach świętych, ikonografii chrześcijańskiej. Gdy jednak znalazłem się w redakcji "Przeglądu Powszechnego", musiałem zapytać redaktora - ojca Stanisława Opielę - jak mam się do niego zwracać, bo przez trzydzieści lat nie rozmawiałem z żadnym księdzem. Odpowiedział, że - jak chcę.
3. W stanie wojennym dialog wielu ludzi Kościoła z niewierzącymi układał się nad podziw dobrze. Nie dlatego, a w każdym razie nie tylko dlatego, że Kościół miał wtedy rozmaite rzeczy, ludziom bardzo potrzebne. Miał pomieszczenia, które stanowiły azyl dla szukających ucieczki od komunizmu. Klimat diametralnie różny od klimatu kraju z umundurowaną telewizją i wozami pancernymi na ulicach. Kościół miał pocieszycieli, którzy przychodzili do ludzi pociechy pragnących. Pewna internowana wtedy dziennikarka powiedziała do kogoś: Co to się dzieje, że ja, niewierząca Żydówka, tak czekam na katolickiego księdza?
Zamordowano wtedy kilku kapłanów, niejednego usiłowano zastraszyć, wielu szkalowano w gazetach - a mimo to nie było w Kościele atmosfery zagrożenia, psychozy oblężonej twierdzy, które dawało się odczuć po roku 1989. W stanie wojennym Kościół bez lęku otwierał się na myślących inaczej. To z jego strony wychodziła inicjatywa dialogu, gotowość rozmowy - a także pewne proste niby, a zdumiewające propozycje strategiczne, prawdy życiowe. Na przykład: "Zło dobrem zwyciężaj". Bez tej - wziętej wprost z Ewangelii - zasady pokojowego przeciwstawiania się przemocy, wcielonej w praktykę historyczną, kto wie, czy upadanie komunizmu nie skończyłoby się w Polsce jak na Bałkanach.
Nie chodzi mi jednak tylko o skuteczność w wydobywaniu ludzi z komunistycznej opresji, lecz o wymiar doświadczenia duchowego, które stało się wtedy udziałem wielu. Między innymi tych, którzy uczestniczyli w dość szczególnym ruchu - artystycznym i religijnym zarazem - jaki się rozwinął w wielu miastach Polski. W pomieszczeniach klasztornych, w nawach kościelnych, poza zasięgiem cenzury otwierano wystawy sztuki niezależnej. Wiele z nich mówiło o losie człowieka, który cierpi i wbrew cierpieniom stara się na nowo szukać sensu życia. Odnajduje go w miłości bliźniego, w miłosierdziu, które wymaga ryzyka, ofiary. Innymi słowy - w wartościach spisanych w Ewangelii.
Wszelkie informacje o tych wystawach cenzura państwowa konfiskowała, również moje recenzje przygotowane dla "Przeglądu Powszechnego" - z uzasadnieniem, że "nawołują do przestępstwa". Istotnie: nowe porozumienie między sztuką a Kościołem było dla ateistycznej władzy czymś wyjątkowo niepożądanym. Mój opis jednej z takich wystaw biorę więc z tekstu, który się ukazał już po roku 1989, w "Tygodniku Powszechnym". Moją współpracę z tym pismem uważałem już wtedy za coś całkiem naturalnego.
Wspominałem w "Tygodniku" ekspozycję, jaką w roku 1985 zorganizował w kościele pw. Miłosierdzia Bożego przy ul. Żytniej w Warszawie Marek Rostworowski. "Wystawę, zatytułowaną Niebo nowe i ziemia nowa, odczytywało się jako rozprawę o posłannictwie sztuki (może - posłannictwie człowieka), pisaną dziełami samych artystów. Teza zasadnicza, sformułowana w oparciu o Rzecz o wolności słowa Cypriana K. Norwida, brzmiała mniej więcej tak: sztuka (w oryginale: ludzkość) odarta z pierwiastka religijnego »sama siebie zdradza«; jej wielkość wraca, gdy pojawia się w niej Bóg. Skoro zaś wszystkie prace na tej wystawie były dziełami polskich artystów powstałymi (niemal bez wyjątku) w latach ją poprzedzających, sądzić należało - jak sugerował Marek Rostworowski - że oto w sztuce naszej (i w rzeczywistości duchowej) dokonuje się przemiana: mija zapatrzenie w doczesność, a przynajmniej przestaje być ono sprawą dominującą. Artysta coraz częściej myśli o wieczności oraz o chrześcijaństwie; tworzy - posługując się jego kryteriami, nawet jeśli nie składa takich deklaracji".
Dalej wspominałem ten czas, który był dla mnie czasem wyjątkowym, do dziś niezapomnianym, przez zbliżenie artystów - ludzi egotycznych, pełnych zazwyczaj pychy, lekkomyślnych w upojeniu wolnością - do zasad Ewangelii. Znowu cytuję tekst z "Tygodnika": "Prawdziwy cud polskiej sztuki lat osiemdziesiątych nie polegał na tym, że obrazy płakały (bo tak je czasem malowano), lecz na tym, że działanie twórcze stało się znowu czynem poważnym, odpowiedzialnym i mającym ludziom coś dać. Patrzyłem, jak artyści - gdy znaleźli się wówczas w zupełnie nowej dla siebie sytuacji - łatwo rezygnowali z myśli o oficjalnej karierze, dopuszczając, że to już na zawsze. Być może poczuli się po raz pierwszy w życiu naprawdę komuś potrzebni. Pewnie historia przymusiła ich do heroizmu, poświęcenia - jednak przystawali na to, składali sobie różne obietnice".
Sytuacja była poważna, a zarazem prosta. Znacznie prostsza, niż to się teraz czasem przedstawia. Z jednej strony manifestowała się - otwarcie, a nawet z ostentacją - przemoc. Z drugiej - istniały jej ofiary: uwięzieni, bici, wyrzuceni z pracy, pozbawieni środków do życia, na wiele sposobów terroryzowani. Deklaracje i śpiewy były w tych warunkach rzeczą znaczącą i słuszną, lecz niewystarczającą. Ojciec Stanisław Opiela nie tylko redagował wówczas "Przegląd Powszechny", lecz także jeździł jako kapelan do internowanych w Białołęce. Wyciągnął rękę do pozbawionych możliwości publikowania dziennikarzy - nie pytając, który z nich jest katolikiem, a który nie. Podobnie postępowało wtedy wielu kapłanów oraz katolików świeckich.
Dzisiaj, ponieważ nie doszło w końcu do masakry, jak na placu Tienanmen, odwaga z tamtych czasów może wydawać się łatwa. Ona nie była łatwa. Ci, którzy opowiadali się wtedy przeciw przemocy, starali się pomagać jej ofiarom, choćby okazując jawnie solidarność z nimi - nie wiedzieli, czym ryzykują. Sądzę, że nikt tego nie wiedział, również i sami autorzy stanu wojennego. Odwaga oznaczała więc naprawdę gotowość do poświęcenia, w granicach nieznanych. Ludzie Kościoła brali w tym ruchu udział bardzo aktywny, znajdowali dla niego odniesienia religijne, na które się wszyscy (lub prawie wszyscy) jego uczestnicy godzili.
4. Wielu wydawało się wtedy, że są jak pierwsi chrześcijanie - wystawieni na prześladowania za wiarę, która się spełnia w miłosierdziu, świadczonym potrzebującym. Był to w najnowszych dziejach Kościoła wspaniały epizod, jednak ludzie Kościoła powszechnego, czyli katolicy, nie po raz pierwszy się tak zachowali. Tacy jak ja uświadomili to sobie wtedy. Choćby non possumus kardynała Wyszyńskiego. List biskupów polskich do biskupów niemieckich o przebaczaniu - nieprawdopodobnie, jak dziś to widzimy, wykraczający w przyszłość. Dodałbym, spoza sfery polityki, ruch hospicyjny, który rozwija się w ogromnej mierze dzięki gotowości ludzi wiary.
W stanie wojennym Kościół mówił na co dzień językiem Ewangelii. Jest on konkretny i zobowiązujący. Nie tylko ze względu na postulowaną jasność sformułowań ("tak - tak, nie - nie"), lecz również na związek słów i czynów. W ślad za wyznaniem wiary idzie gotowość poniesienia konsekwencji, świadectwo potwierdzone zostaje własnym życiem. To - kiedy już się zdarza - robi wielkie wrażenie, także na ludziach, którzy na inne wyznania wiary pozostają obojętni.
Wobec zarysowanych wyżej postaw, które bez obawy o przesadę nazwałbym ewangelicznymi, wszelkie pokusy wolności, między innymi wolności od Boga - muszę przyznać - bledną, wydają się płoche. Ponieważ jednak człowiek często bywa płochy i pełen trudnych do opanowania wątpliwości, potrzebuje rozmowy z tymi, którzy widzą coś, czego on nie widzi.
Napisałem już kiedyś w dotyczącym agnostycyzmu tekście dla "Znaku", że gdybym miał sam gromadzić dowody na istnienie Boga, na pierwszym miejscu wymieniłbym fakt, że spotkałem ludzi wierzących w Niego, do których miałem pełne zaufanie. To byli, między innymi, Jerzy Turowicz, Józef Czapski, Marek Rostworowski, Andrzej Kijowski. Myślę o nich jako o Sprawiedliwych. Według znanych koncepcji żydowskich w każdym pokoleniu jest pewna - niewielka - grupa Sprawiedliwych, dzięki którym świat nie przepada. Ich ważną cechą jest gotowość do rozmowy z myślącymi inaczej - w taki jednak sposób, by im ich niedostatku sprawiedliwości nie okazać.
5. Przyczyn, dla których po upadku komunizmu nici porozumienia między ludźmi zaczęły się rwać, jest niemało. Objawiły się nagle interesy polityczne, na jakie do tej pory nie było miejsca, a więc prysnęło wiele postaw bezinteresownych. Przedtem odwaga i odpowiedzialność miały swą realną cenę. Po 1989 roku zaroiło się od osób prześcigających się w mówieniu o niezłomności, pobożności i patriotyzmie.
Radykalnie zmienił się język publiczny, ton dialogu zaczął w nim ustępować mowie nienawiści. Dialog z myślącymi nie tak samo stał się dla części Polaków rzeczą podejrzaną, naganną, wręcz zdradziecką.
Tygodnik "Nasza Polska" z 3 kwietnia tego roku cytuje notatkę, odnoszącą się do pisma, które mnie nadal żywo obchodzi: "Miesięcznik »Przegląd Powszechny« zawiera artykuły na temat przemian zachodzących w Kościele, otwarty jest dla autorów różnych światopoglądów... W »Przeglądzie« piszą m.in. E Bryll, bp J. Chrapek, ks. M. Heller, L. Kołakowski, R. Kapuściński". Komentarz "Naszej Polski" brzmi: "Dziękujemy, nie skorzystamy; czytaliśmy kiedyś »Przegląd«, gdy był jeszcze pismem katolickim, i to nam wystarczy". Co znaczy, że przestaje być katolickim pismo, które dopuszcza na swe łamy autorów zdeklarowanymi katolikami nie będących. Musi to dotyczyć również moich tekstów, drukowanych w "Przeglądzie Powszechnym", a także w "Tygodniku Powszechnym" i "Znaku". Wszystkie te periodyki wraz z ich redaktorami od dawna określane są zresztą przez "prawdziwych Polaków" jako "katolewica", i gorzej.
Można by bagatelizować to zjawisko, gdyby nie dotyczyło ono wielu pism, a także rozgłośni radiowych, określających się jako "katolicki głos w waszym domu". Dla życia duchowego, między innymi religijnego, w Polsce ma to poważne konsekwencje. Także dla dialogu wierzących i niewierzących. Dziesięć lat temu były to rozmowy prowadzone na co dzień, na ogromną skalę, w wielu parafiach, przy okazji różnych wspólnych zajęć, jak robienie paczek dla internowanych, organizowanie wystaw, dyskusji, uczestnictwo w uroczystościach, kiedy na przykład opłatkiem łamali się katolicy i nie-katolicy, co ich wzruszało, nie zaś odstręczało wzajemnie.
Obszar dialogu zmniejszył się dramatycznie. Próby jego kontynuacji, niewątpliwie wartościowe, mają obecnie charakter elitarny. W praktyce podejmowane są rzadko.
6. Uczestnikami dialogu sprzed dziesięciu lat były osoby takie jak Jan Józef Lipski - agnostycy, postępujący według najlepiej pojmowanych zasad miłości bliźniego. Wymieniam tylko Jana Józefa, stał się on bowiem postacią symboliczną: przyznawał, że jest agnostykiem (nie ateistą), a postępował w życiu w taki sposób, że (jak mówiono) mógłby stanowić coś na podobieństwo metra, który znajduje się w Sčvres pod Paryżem - wzorzec powszechny. Ściślej - wzorzec właściwego zachowania w najtrudniejszych okolicznościach. Jego biografia zbyt jest znana, by ją tu trzeba było przypominać.
W Komitecie Obrony Robotników pracowały (obok Lipskiego) osoby wierzące i niewierzące. KOR zaś - który działał wbrew wszechpotężnemu aparatowi władzy i wszystkim jego funkcjonariuszom z pałkami i piórami - polegał na świadczeniu wymagającego wielkiej odwagi miłosierdzia. (Nie na spisku, mającym na celu dojście do władzy po plecach robotników, jak twierdzą ci, co w tamtych latach palcem w obronie robotników nie kiwnęli).
Sprawiedliwi znajdują się bowiem także wśród tych, których nie obligują do właściwego postępowania tablice przykazań. Zdarza się, i to wcale nie tak rzadko, że ludzie poświęcają życie dla innych ludzi lub dla wspólnej sprawy, choć nie liczą na żadną formę istnienia po śmierci, na żadną wieczną nagrodę. Świadczą potrzebującym dobro, nieraz wielkim kosztem, choć nie czynią tego w imię Boże, lecz w imię przekonań o różnym rodowodzie, a nie związanych z żadną religią. Czasem mówi się wtedy - by uniknąć patosu - o poczuciu przyzwoitości. Zjawiska takie wielu wierzącym wydają się do tego stopnia niepojęte, że negują oni ich istnienie, podważają autentyczność. Przykładem może być niechęć niektórych środowisk katolickich do miłosierdzia nie związanego z Kościołem - choćby wobec działalności charytatywnej Jerzego Owsiaka i Janiny Ochojskiej. To od pewnego księdza usłyszałem, że niejednemu z wierzących wydaje się, iż dobre uczynki trzeba pokropić wodą święconą, inaczej są nieważne. Według mojego przekonania i doświadczenia Dobro rodzi się również bez święconej wody. Powstawać może nie tylko z wiary, lecz także bez niej. Jeśli więc dialog między wierzącymi i niewierzącymi ma ich zbliżać wzajemnie, należy uznać, że rzeczy tajemnicze zdarzają się po obu stronach.
ANDRZEJ OSĘKA, ur. 1932, krytyk sztuki, publicysta, dziennikarz "Gazety Wyborczej". Wydał m.in. Poddanie Arsenału; Mitologie artysty; Sztuka z dnia na dzień; Coś się kończy, coś się zaczyna; Jawa czy sen.
|