Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
- styczeń, nr 536
- luty, nr 537
- marzec, nr 538
- kwiecień, nr 539
- maj, nr 540
- czerwiec, nr 541

 Fundacja


Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd idziemy?

Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
Żeby istniał żal

Kościół wobec Żydów

Michał Okoński


Komentatorzy pielgrzymki Jana Pawła II do Ziemi Świętej są zgodni: wizyta Papieża w Yad Vashem, modlitwa pod Ścianą Płaczu, krótkie przemówienie na spotkaniu z rabinami, codzienne relacje w światowych i izraelskich mediach (także te przypominające niedawny Dzień Przebaczenia w Watykanie) naruszyły głęboką nieufność Żydów wobec Kościoła katolickiego. Czy jednak zmieniły coś w nastawieniu polskich katolików do Żydów?


Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

Historia dialogu katolicko-żydowskiego w Polsce nie jest długa. W r. 1986 powstała Podkomisja, przekształcona kilkanaście miesięcy później w Komisję Episkopatu do Dialogu z Judaizmem (następnie, po reorganizacji w łonie Episkopatu, powstał, działający w ramach Rady Episkopatu ds. Dialogu Religijnego, Komitet do Dialogu z Judaizmem). W lipcu 1986 odbyło się pierwsze spotkanie w Genewie, mające rozwiązać narastający kryzys wokół klasztoru karmelitanek w budynku tzw. Starego Teatru w Oświęcimiu - uczestniczył w nim kard. Franciszek Macharski wraz z ks. Stanisławem Musiałem i Jerzym Turowiczem. Nowy etap dyskusji rozpoczęła publikacja w "Tygodniku Powszechnym" głośnego eseju Jana Błońskiego "Biedni Polacy patrzą na getto" (nr 2/1987) i późniejsze spotkania intelektualistów w Oksfordzie i Jerozolimie. W ciągu tych kilkunastu lat Kościół katolicki zorganizował dziesiątki konferencji (w Akademii Teologii Katolickiej sympozja "Kościół a Żydzi i judaizm" odbywały się co rok), ukazywały się książki i specjalne numery czasopism o Holocauście, antysemityzmie, stosunkach chrześcijańsko- i polsko-żydowskich. Powstała Polska Rada Chrześcijan i Żydów. 20 stycznia 1991 r., z okazji 25. rocznicy soborowej deklaracji Nostra aetate we wszystkich kościołach odczytano list pasterski Episkopatu. "Z żadną inną religią Kościół nie pozostaje w tak bliskiej relacji, ani z żadnym innym narodem nie łączą go tak ścisłe więzy" - przypomnieli biskupi. I dalej: "Choćby tylko jeden chrześcijanin mógł pomóc, a nie podał pomocnej ręki Żydowi w czasie zagrożenia lub przyczynił się do jego śmierci, każe to nam prosić naszych Braci Żydów o przebaczenie". W styczniu 1998, pod hasłem "Kto spotyka Chrystusa, spotyka judaizm", rozpoczęto coroczne obchody Dnia Judaizmu w polskim Kościele. Poszczególni biskupi niejednokrotnie potępiali wszelkie formy antysemityzmu.
Do Polski docierały także informacje o dziesiątkach gestów i słów Ojca Świętego, choćby o pamiętnej wizycie w rzymskiej synagodze w kwietniu 1986. Jan Paweł II mówi wprost, że antysemityzm jest grzechem. W Watykanie odbyło się kolokwium teologiczne o korzeniach antyjudaizmu w środowisku chrześcijańskim, opublikowano dokument watykańskiej Komisji ds. Kontaktów Religijnych z Judaizmem, a dwa tygodnie temu zorganizowano tzw. Dzień Przebaczenia, w którym podczas specjalnej liturgii Papież i kard. Cassidy wyznawali winy popełnione przez chrześcijan w stosunku do ludu Izraela.
Równocześnie nie ulega wątpliwości, że w ciągu ostatnich lat w polskiej debacie publicznej wytworzyły się pewne standardy. Trudno dziś wyobrazić sobie poważnego polityka, który sięgnie po oręż antysemicki w kampanii wyborczej: potępi go i lewica, i prawica, i media, a wreszcie elektorat - w kolejnych wyborach partie sięgające po argumenty tego typu dostają śladowe ilości głosów. Wydaje się, że lata mozolnej pracy rzeczników dialogu przyniosły efekty: nikogo nie dziwi ani obecność polityków i ludzi Kościoła w warszawskiej synagodze po próbie jej podpalenia, ani uczestnictwo premiera i kardynała Gulbinowicza w obchodach rocznicy "kryształowej nocy", ani listy prezydenta i premiera do Marka Edelmana po tym, jak na ścianie jego domu ktoś napisał "Jude raus", ani wreszcie niedawny apel Prymasa Glempa, który w Betlejem, podczas narodowej pielgrzymki do Ziemi Świętej wezwał do przeciwstawiania się wypisywaniu na murach naszych miast rasistowskich haseł. Do budzących nadzieję jaskółek można też zaliczyć zdecydowaną reakcję Senatu KUL na udział profesora tej uczelni w audycji radiowej, której bohaterem był oskarżany o "kłamstwo oświęcimskie" dr Dariusz Ratajczak.


Dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle?

A przecież - pisał Jerzy Turowicz - o tym, "jak głęboka i szczególna więź łączy chrześcijaństwo z religią mojżeszową, ogromna większość katolików polskich nie wie - po prostu - nic".
To cytat z artykułu sprzed dziewięciu lat. Nadal aktualny. Późniejsze wydarzenia: spór o oświęcimski Karmel, zakończony dopiero dzięki interwencji Papieża, skandal wywołany kazaniem ks. Henryka Jankowskiego, dyskusja wokół artykułu ks. Stanisława Musiała "Czarne jest czarne" ("TP" nr 46/97) i wreszcie konflikt o krzyże na Żwirowisku wiosną i latem 1998, kazały badaczowi najnowszej historii polskiego Kościoła napisać: "Skala antysemityzmu jest trudna do oszacowania, ale w świetle doświadczeń drugiej połowy kończącej się dekady trudno byłoby mi podtrzymać opinię wyrażoną w pierwszej wersji książki, iż stanowi on we współczesnym polskim katolicyzmie zjawisko marginalne" (Jarosław Gowin, "Kościół w czasach wolności", Znak 1999).
"Niechętny stosunek do Żydów nie opiera się na przesłankach racjonalnych" - uważa prof. Antoni Sułek, socjolog i doradca premiera Buzka do spraw społecznych. "Dlatego nie jest tak, że wystarczy przedstawić argumenty, opublikować najlepsze nawet dokumenty, i problem zniknie. Zjawisko ma charakter neurozy, z którą ludzie przyzwyczaili się żyć. Ta neuroza może ulec osłabieniu jedynie po długim procesie. Problem w tym, że incydenty takie jak ten na Żwirowisku mogą zniweczyć wieloletni wysiłek. Ich spektakularność jest przecież znacznie większa niż kolejnych cierpliwych kroków ku pojednaniu".
W dodatku wciąż pojawiają się kwestie sporne, np. dotyczące zwrotu mienia. "Jeżeli mamy problem z zaakceptowaniem samej zasady zwrotu mienia obywatelom polskim, to co dopiero cudzoziemcom, a jeszcze Żydom!" - mówi prof. Sułek.
"Politycznie poprawne" zachowania elit nie muszą przekładać się na zachowania ogółu. I nie muszą wiązać się z rzetelną wiedzą. W warstwie historycznej nie ulega np. wątpliwości, że 90 proc. ofiar Auschwitz-Birkenau było Żydami z Polski i innych krajów Europy. Tym niemniej w styczniu 1995 dla prawie połowy badanych przez CBOS Oświęcim był miejscem męczeństwa polskiego (dla zaledwie 7 proc. - męczeństwa żydowskiego). Jeżeli więc rzeczywista i symboliczna wyjątkowość Oświęcimia dla Żydów i szczególne miejsce Żydów wśród ofiar obozu ulegają w polskiej świadomości zatarciu, łatwiej zrozumieć to, co wydarzyło się na Żwirowisku. Tym bardziej, że próba racjonalnego tłumaczenia rzeczywistości napotyka na barierę w powszechnej świadomości: przekonanie o szczególnym męczeństwie własnego narodu.
Od r. 1995 znacznie przybyło (do 30 proc.) tych, dla których Oświęcim to przede wszystkim symbol Holocaustu, zaś nieznacznie ubyło tych, którzy to miejsce utożsamiają przede wszystkim z męczeństwem narodu polskiego (z 47 do 42 proc.) - to wyniki tegorocznych badań dra Marka Kuci, socjologa z UJ. Trudno jednak uznać tę poprawę sytuacji za wystarczającą. "Wolno się obawiać, że wielu katolików polskich nie wie, lub woli nie wiedzieć, że na przestrzeni wieków Żydzi byli ciężko dyskryminowani, a nawet prześladowani przez katolików" - pisał Jerzy Turowicz. Czy w związku z tym Episkopat nie powinien wydać jeszcze jednego listu pasterskiego, poświęconego grzechowi antysemityzmu, o co upominał się swego czasu ks. Stanisław Musiał? Być może ten wątek znajdzie swoje miejsce w, analogicznym do watykańskiego, akcie pokuty Kościoła polskiego.
O tym, jak kluczowe może być jasne stanowisko władz Kościoła, przekonała sprawa oświęcimskich krzyży: "po jasnogórskiej uchwale Episkopatu z 25 sierpnia 1998 (ťtakŤ dla krzyża papieskiego - ťnieŤ dla krzyży nowych) odsetek zwolenników nowych krzyży w Oświęcimiu w ciągu dwóch tygodni zmalał o połowę" - przypominał Antoni Sułek na łamach "Więzi". Tylko: czy można pewne rzeczy powtarzać w kółko? W 1991 r. biskupi napisali wyraźnie: "wszelkie przejawy antysemityzmu są niezgodne z duchem Ewangelii i - jak to ostatnio podkreślił Jan Paweł II - ťpozostają w całkowitej sprzeczności z chrześcijańską wizją godności człowiekaŤ".


Wielkie gesty zmieniają wiele

Ks. Stanisław Obirek, jezuita zaangażowany w dialog katolicko-judaistyczny i redaktor naczelny "Życia Duchowego", nie ma złudzeń: jedno wydarzenie, nawet tak spektakularne jak pielgrzymka Papieża do Ziemi Świętej, zmieni niewiele. "Dla mnie nie ulega kwestii, że polskie społeczeństwo jest społeczeństwem antysemickim, że antysemicki jest też, niestety, polski kler. Przemiana serc nie dokona się w nim szybko". Prof. Sułek jest większym optymistą: "Wielkie gesty zmieniają wiele, a to był wielki gest. Po pierwsze: nowego sensu nabrało pojęcie ťnasi starsi bracia w wierzeŤ. Widoczna bliskość między Papieżem a Żydami pozwoliła odczuć, że to są nasi bracia. A po drugie (choć niby wszyscy już to wiedzieli, nie była to wiedza żywa) - zobaczyliśmy, że kraj Żydów to ojczyzna Jezusa, a sam Jezus był Żydem".
Obaj moi rozmówcy zgadzają się co do jednego: po pielgrzymce Papieża do Ziemi Świętej, a także po wcześniejszym Dniu Przebaczenia, pewne słowa i gesty nie będą możliwe. "To wielkie, moralne zwycięstwo ks. Stanisława Musiała" - mówi ks. Obirek. "Ta wizyta onieśmieli środowiska, które - mówiąc najdelikatniej - nie przyczyniają się do dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Zanim usłyszeliśmy jasne stanowisko wielkiego autorytetu, więcej rzeczy uchodziło" - dodaje prof. Sułek.
Redaktor naczelny "Życia Duchowego" ma wątpliwości, czy kolejny głos Kościoła nauczającego coś zmieni. "Wszelkie działania bezpośrednie działają polaryzująco - mówi. - Więcej niż zarządzenia biskupa przynosi np. krakowski Festiwal Kultury Żydowskiej. Lepiej działać nie wprost. Tak jak do tej pory, starać się pokazywać bogactwo judaizmu i obecność Żydów w kulturze polskiej". Ważna byłaby reforma nauczania seminaryjnego, podjęta już przez abpa Henryka Muszyńskiego w Gnieźnie. A nade wszystko: należy stawiać na kontakt bezpośredni. "Coś takiego pokazał Papież w Ziemi Świętej: najmocniej zadziałało to, że Żydzi zobaczyli go w otoczeniu starych przyjaciół z Wadowic - uważa ks. Obirek - ludzi, którzy byli częścią jego życia. U nas powinno być podobnie. Żydzi to nie tylko rabin Weiss, ale np. Byron Sherwin, który mawia, że o Panu Bogu może rozmawiać normalnie tylko w Polsce. Dlaczego nie zorganizować mu np. serii spotkań w seminariach?"
"Dokumenty są dokumentami, one tylko tworzą przesłankę - mówi prof. Sułek. - Kościół jest odbierany na poziomie parafii. Oczywiście: bez Kościoła antysemityzmu w Polsce wytrzebić się nie da. Ale nie chodzi o najlepszy nawet list biskupa, tylko o to, żeby w miasteczku N., gdzie w czasie okupacji zginęło 50 rozstrzelanych chrześcijan i 3000 Żydów, Kościół pamiętał nie tylko o zabitych chrześcijanach. Wyobrażam sobie modlitwę za tych wymordowanych Żydów podczas Wszystkich Świętych. To byłoby oczywiście szokujące dla parafian, ale dopiero na tym poziomie mogłyby się przełamać wieloletnie stereotypy. Polska jest krajem wsi i małych miasteczek, gdzie żywa jest pamięć lokalna. Ale Zagłada została z niej wyparta. To bardzo boli tych Żydów, którzy teraz przyjeżdżają i widzą zaniedbane bezimienne groby, a do tego antyżydowskie napisy, które mijamy obojętnie. A przecież Żydom o to w gruncie rzeczy chodzi: żeby widzieli nasz żal".
Żal, ale może też jakieś konkretne działania? Czy np. oazy lub duszpasterstwa akademickie nie mogłyby podchwycić apelu Prymasa z Ziemi Świętej i pójść śladem łódzkiej akcji "Gazety Wyborczej", która zorganizowała akcję zamalowywania rasistowskich napisów na murach? "Spróbujmy to potraktować tak, jak np. wiosenną akcję ťSprzątanie świataŤ: podobnie jak trzeba zbierać odpady, trzeba zamalowywać śmieci tego typu" - mówi ks. Obirek.


Syndrom zawiedzionej miłości

"Najważniejszymi i najlepiej służącymi pojednaniu inicjatywami są nie te, które prowadzą do spektakularnych gestów przywódców, ale te, które służą zmniejszaniu obszarów wzajemnej niewiedzy" - pisał na łamach "Gazety Wyborczej" Jerzy Surdykowski, przez lata konsul generalny RP w Nowym Jorku, z racji urzędu często zajmujący się kwestiami stosunków chrześcijańsko-żydowskich. "Dlatego tak cenię zapoczątkowaną przez rabinów Jamesa Rudina i Jacka Bemporada z American Jewish Committee wymianę wykładowców między szkołami rabinackimi w USA a seminariami duchownymi w Polsce. Dlatego za ważne uważam zalecenia polsko-izraelskiej komisji do spraw podręczników szkolnych. Dlatego chciałbym wreszcie doczekać chwili, kiedy izraelska młodzież uczestnicząca w dorocznym Marszu Żywych w Oświęcimiu przyjedzie do Polski nie tylko po to, by - w otoczeniu ochroniarzy - przemaszerować przez wrogą i niezrozumiałą ziemię prochów, ale by zapoznać się z Ojczyzną swoich pradziadów, porozmawiać ze swymi polskimi rówieśnikami".
To jeszcze jeden, dyskretnie obecny podczas pielgrzymki Papieża do Ziemi Świętej, wątek: papieskie słowa o konieczności zmiany postaw niechętnych chrześcijanom wśród Żydów. "Są to oczywiście rzeczy niewspółmierne - mówi prof. Sułek - ale warto pamiętać, że Żydzi też mają uprzedzenia i urazy, z których powinni się leczyć". Tym bardziej, że kiedy dziś rozmawia się o polskim antysemityzmie, wśród jego odwiecznych, najczęściej irracjonalnych powodów, można odróżnić jeden nowy - niepokojący, bo stający się udziałem młodego pokolenia. To syndrom "zawiedzionej miłości": dla wielu szokiem przy wyjeździe za granicę jest kontakt z antypolonizmem, sformułowaniami typu "polish concentration camps" czy oskarżeniami naszego narodu o masowy mord na Żydach. Prof. Sułek jest jednak spokojny: z przejawami antypolonizmu stykają się najczęściej środowiska, których otwartość i poziom pozwala sobie z tym intelektualnie poradzić.


Nie bójmy się rachunku sumienia

Po watykańskich obchodach Dnia Przebaczenia pojawiły się jednak sygnały niepokojące. Redaktor naczelny "Myśli Polskiej" Jan Engelgard pisał: "Nie sposób nie zauważyć, że akt ten wpisuje się w dosyć niebezpieczną tendencję ciągłych ustępstw teologicznych i historycznych. (...) Jakoś nie słychać o podobnym wyznaniu grzechów przez protestantów czy Żydów". Z kolei katolicki tygodnik "Źródło", zamieszczając fragment papieskich przeprosin, skrócił wypowiedź Ojca Świętego tak, że wypadły kluczowe zdania i właściwie było nie wiadomo, za co Kościół prosi o przebaczenie.
Ks. Musiał ma rację, gdy pisze, że "to do nas należy wyjście im naprzeciw i próba zrozumienia ich historii". Na tym polega odwaga Jana Pawła II, forsującego rachunek sumienia bez oglądania się na reakcję świata. Cóż z tego, że taka postawa może zostać odebrana ze złą wolą, użyta przeciw Kościołowi, odebrana jako dowód jego słabości? Odpowiedzieć można: a czy katolik przeżywający Wielki Jubileusz powinien myśleć w kategoriach politycznej równowagi? Czy możliwe jest autentyczne pojednanie z wymierzaniem suwmiarką, kto bardziej ustąpi? W przykazaniu miłości bliźniego nie sformułowano warunków wstępnych. Miłość jest ważniejsza niż sprawiedliwość. "Z przyjęcia Bożego przebaczenia - mówił Papież podczas watykańskiej liturgii - wypływa dążenie do przebaczenia braciom i do wzajemnego pojednania". No i w końcu: jesteśmy grzeszni, mamy za co przepraszać. Zacytujmy modlitwę, odczytaną w czasie Dnia Przebaczenia przez kard. Cassidy: "Módlmy się, aby pamiętając o cierpieniach, jakich zaznał Izrael w ciągu dziejów, chrześcijanie umieli uznać grzechy popełnione przez wielu z nich przeciwko ludowi przymierza i błogosławieństw, a przez to zdołali oczyścić swoje serca".

   1998-2000 Verbanet s.c.