70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oddawanie świata

„Jednak rozważam bezustannie zagadnienie tęsknoty, zastanawiam się też, czy sprawia mi ona cierpienie” – wyznaje narrator Poczucia kresu, opublikowanej w 2011 r. powieści, którą Julian Barnes zadedykował swojej zmarłej trzy lata wcześniej żonie Pat Kavanagh. To zdanie brzmi jak nieświadoma zapowiedź Wymiarów życia, najnowszej książki brytyjskiego pisarza.

Na tę niewielką objętościowo prozę składają się trzy eseje, w których słowa „śmierć”, „żal”, „smutek”, „rozpacz”, „cierpienie” są przedmiotem nieustannej, wielostronnej analizy. „Stare słowa” – powiada o nich Julian Barnes, bo w sytuacjach granicznych tylko one oddają istotę rzeczy, tylko one warte są namysłu. Ale też słowa, na których zbudować można wielką literaturę – pod warunkiem że potrafi się tych słów odpowiednio używać. Albo inaczej – pod warunkiem że traktuje się je czule, z największą ostrożnością i pietyzmem, godnym archeologa dotykającego eksponatów sprzed tysięcy lat.

Julian Barnes, jeden z najsubtelniejszych współczesnych prozaików, po raz kolejny udowodnił, że wielka literatura powstaje tam, gdzie słowa tworzą wzory sumujące się ostatecznie w zapisaną językiem fikcji prawdę. Nowa proza autora Papugi Flauberta porusza przede wszystkim dlatego, że czysta jak destylat fraza odsłania naszą bezbronność wobec doświadczenia śmierci i utraty najbliższej osoby.

30 lat i 37 dni – pomiędzy tymi liczbami rozpięte są Wymiary życia. Trzy dekady spędził Barnes ze swoją żoną, nieco ponad miesiąc trwała jej choroba. A potem był już tylko tępy, niedający się oszukać ani niczym zagłuszyć ból. I martwy czas, bo przecież wszystko już się wydarzyło. O tym przede wszystkim opowiada angielski pisarz, ale także o nagiej, odartej z wszystkich religijnych obietnic śmierci, wzajemnej relacji żalu i żałoby, ocalającej sile pamięci…

Zanim jednak to zrobi, zmyli tropy, podsuwając nam historię o początkach aeronautyki, pionierskich lotach balonami i XIX-wiecznych próbach podbicia przestrzeni powietrznej. Oto w pierwszym eseju poznajemy Félixa Tournachona (nazywanego też Nadarem), dziennikarza, karykaturzystę, wynalazcę, baloniarza i fotografa – autora pierwszych zdjęć wykonywanych podczas lotów balonowych. Barnes jakby od niechcenia pomiędzy aeronautycznymi (często anegdotycznymi) historiami wspomina o Ernestine, którą Nadar poślubił jako 18-letnią dziewczynę i spędził z nią następne 55 lat. Zmarł niedługo później i „jeśli jego życie przebiegało według jakiegoś wzoru – pisze Barnes – to stworzyła go właśnie ona”.

Wśród wielu fotografowanych przez Tournachona osobistości znalazła się także znana ze swej ekstrawagancji aktorka Sarah Bernhardt. Miała rozlicznych adoratorów, jednym z nich był angielski kapitan, podróżnik i (znowu) baloniarz Fred Burnaby. Środkowy esej Wymiarów życia poświęcony jest właśnie romansowi tych dwojga, który nie zakończył się jednak małżeństwem. Zbyt cenię sobie poszukiwanie nowych wrażeń, przyjemności i nowych uczuć, mon cher capitaine Fred, powiedziała Sarah, gdy usłyszała miłosne wyznanie oficera Królewskiej Gwardii Konnej. Ale tak czasami bywa, bo „łączymy ze sobą dwoje ludzi, którzy nigdy dotąd nie byli połączeni; i czasem świat ulega zmianie, a czasem nie”. I nawet jeśli wszystko kończy się zbyt szybko, to przecież – tak jak w unoszącym się w przestworza balonie – słyszymy, że żyjemy. Bo warta zachodu egzystencja – przekonuje nas Barnes – rodzi się zawsze tam, gdzie łączą się różne wrażliwości i odmienne punkty widzenia. Bo warte zachodu życie rodzi się zawsze tam, gdzie pojawia się miłość, będąca – jak śmierć – zarazem banalna i wyjątkowa.

Ponieważ jednak, jak pisze Julian Barnes, „każda opowieść o miłości to potencjalnie opowieść o żalu”, nie zawsze słyszymy, że żyjemy. O ile więc konwencja dwóch pierwszych części Wymiarów życia przypomina (zwłaszcza w partiach poświęconych aeronautyce) fabuły przygodowe, o tyle esej końcowy stanowi intymną opowieść o żałobie, zapis życia w cieniu straty. Nie znaczy to wszelako, że każdy z tekstów jest całkowicie osobnym bytem; przeciwnie – wszystkie trzy dyskretnie się dopełniają, nawzajem oświetlają i przenicowują oczywiste zrazu metafory. Z wolna zaczynamy rozumieć, że tam gdzie Barnes opowiada o lotach balonem i związanym z nimi poczuciem wolności, mówi także o pełni życia u boku kochanej osoby, tam gdzie wspomina o człowieku, który spadł z wysokości kilkudziesięciu metrów i jego wnętrzności wytrysnęły z ciała, opisuje także siebie w chwili, gdy odeszła jego ukochana, tam wreszcie gdzie opowiada o powodującym ruch wietrze, opisuje w istocie bolesny powrót do życia po śmierci żony. Logiczny związek między kolejnymi esejami widać wyraźnie także w tytułach: ekspansywne, by tak rzec, konotacje wertykalne (Grzech wysokości) przechodzą w bardziej stonowane horyzontalne (W linii prostej), by ostatecznie ustąpić miejsca mówiącej wszystko o trwaniu w żałobie Utracie głębi – po śmierci Pat wszystko staje się płaskie i nieruchome, wielowymiarowe, barwne życie już nie powróci.

Julian Barnes poznał Pat Kavanagh w 1978 r. Dokładnie wtedy, z początkiem sierpnia, Roland Barthes zapisuje w Dzienniku żałobnym słowa, które, jak sądzę, angielski pisarz (nie tylko dlatego że jest zapalonym frankofilem) mógłby wziąć za swoje. „Moja żałoba – wyznaje Barthes – jest niewysłowiona, jednakże wypowiadalna”. Czytając Wymiary życia, zdajemy sobie doskonale sprawę, że spowodowana śmiercią żony (Barnes nieustępliwie walczy z eufemizmem „odejście”) rana nie zasklepi się nigdy. Ale właśnie dlatego należy ją bez końca wypowiadać, dopowiadać i opowiadać od nowa. Autor Papugi Flauberta robi to niezwykle subtelnie, prosto i bez zdarzającej się czasem Barthes’owi egzaltacji. W żałobnej narracji Barnesa nie ma jednego zbędnego słowa, roi się za to od zdań, które przeszywają niczym włócznia rozpruwająca szyję Freda Burnaby’ego w jego ostatniej bitwie pod Abu Klea. Chociażby to, w którym mowa o zaskakującym constans – „Dostrzegam dziwne ciągłości: dawniej wcierałem olejek w jej plecy, bo często przesuszała jej się skóra, teraz wcieram olej w wysychający dębowy nagrobek”. Barnes zatem nieustannie wypowiada swój żal, lecz jego pisarstwo jest czymś więcej niż klasyczną w takich sytuacjach autoterapią. Dla twórcy Nie ma się czego bać słowa są bowiem jedynym śladem metafizyki, jedyną nadzieją w świecie bez Boga i bez żadnych widoków (zwłaszcza z góry), w świecie, w którym nie słyszy się już, że się żyje, w którym śmierć to śmierć, i kropka. Tym bardziej że tryby „czasu przeszłego teraźniejszego”, osobliwej formy istnienia umarłych, napędzane są pamięcią. Ta zaś byłaby niczym bez słów, które pozwalają nam wypowiadać i zapisywać żal. Przy okazji angielski pisarz mówi wiele o żałobie jako przestrzeni paradoksu, niezrozumiałego dla tych, którzy nie wkroczyli w ciemną krainę żalu: „to, że ktoś umarł, może oznaczać, że nie żyje, ale nie oznacza, że nie istnieje”. Owszem, istnieje dzięki pamięci, dzięki słowom, także dzięki snom, lecz nie – w przypadku Juliana Barnesa – dzięki Bogu.

Wymiary życia to – mimo trawiącej narrację mrocznej linii śmierci – także pochwała życia i miłości. Bo „żal to negatyw miłości”: jedno bez drugiego nie istnieje, jedno drugie warunkuje. Najlepiej widać to wtedy, gdy Barnes próbuje na nowo odczytać mit o Orfeuszu i Eurydyce. Wszyscy, którzy go znają, stawiają sobie zwykle jedno pytanie: jak syn Apollina mógł się odwrócić, jak – pamiętając o konsekwencjach – mógł spojrzeć na ukochaną? Otóż nie, twierdzi angielski pisarz, pytanie nie brzmi: „Jak on mógł spojrzeć?”, lecz: „Jak on mógł nie spojrzeć?”. Kochałeś kiedyś naprawdę? Jeśli tak, to wiesz, że rację ma Julian Barnes, gdy kładzie na papier jedno z najpiękniejszych zdań w swojej najpiękniejszej książce: „Jesteś gotów oddać cały świat za jedno spojrzenie? Ależ tak. Po to właśnie jest świat: żeby go oddać w odpowiednich okolicznościach”. Może o tym – o oddawaniu świata, a nie oddawaniu życia – najbardziej są Wymiary życia. Kolejny paradoks znakomitej prozy Juliana Barnesa.

 

_

Julian Barnes

Wymiary życia

tłum. Dominika Lewandowska

Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2015, s. 156

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter