70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Oceany możliwości

Są takie książki dla dzieci, które kupuję głównie dla siebie. To te mistrzowsko ilustrowane, duże w rozmiarze, pastelami kolorowane wydawnictwa, których autorami są znani i lubiani pisarze dla dorosłych.

Warto przypomnieć tu choćby Niebieska zasłonę Virginii Woolf z rysunkami Julie Vivas (tłum. Magda Heydel), Domowe duchy Dubravki Ugrešić w oprawie graficznej Iwony Chmielewskiej (tłum. Dorota Jovanka Cirlić), Tata ucieka z cyrkiem Etgara Kereta i Rutu Modan, Garnitur na każdą okazję Sylvii Plath z ilustracjami Agnieszki Skopińskiej (tłum. Jagwiga Jędryas) oraz kilka polskich, jak Książę w cukierni Marka Bieńczyka i Joanny Concejo czy Obie Justyny Bargielskiej i Iwony Chmielewskiej. Ostatnio do książek ustawianych na półce okładkami do świata dołączyła Zagubiona dusza Olgi Tokarczuk, która jest przypowieścią wpisaną w oszałamiająco piękny kolaż Joanny Concejo. Niedawno w domu pojawiła się kolejna książka, która miast leżeć przy łóżku mojej córki, wędruje ze mną od biurka do kuchni i z powrotem.

W tak zwanym maminym niedoczasie między odprowadzeniem dzieci do żłobka, przedszkola i szkoły a korektą książki, między jednym praniem a siódmym, między przynoszeniem zakupów a cerowaniem dziur w spodniach gatunek „matka” posiada sekundy i ich ułamki do wykorzystania na co tylko sobie wymarzy (uwaga: ironia!). To wtedy Joanna Mueller zapisuje słowa, zdania i akapity. Nie pisze wierszy, ale notuje to, co wcześniej wymyśliło się w niej i pomiędzy nią a światem, kiedy przewijała niemowlę albo ze starszymi dziećmi rzucała się na fale podczas urlopu w Darłowie. Tak poetka tłumaczy sposób powstawania swojej pierwszej książki dla najmłodszych (w opracowaniu graficznym Marianny Sztymy) Piraci dobrej roboty i strofy o innych stworach. Ale ja jej nie wierzę! Bo poemat ten, czy kilka poemacików, jawi się jako przemyślana, misternie utkana, z namysłem zrymowana opowieść, której nie da się napisać na wyrywki, w „międzyczasie”, a tym bardziej w „niedoczasie”. Lecz którą, rzecz jasna, należy zacząć od dziecięcego pytania: „Po co są wiersze?”.

Dowiemy się, że wiersze są do wspólnego czytania na głos albo do czytania w samotności, żeby tę samotność oswoić. Wiersze są też po to, by znaleźć we wszechświecie swoje miejsce, a we wszechczasie swój czas. Ech, gdyby tak więcej dorosłych zechciało czasem zadawać te dziecięce pytania.

„Cywilizacja druku musi się ugiąć przed kulturą oralności”, napisała Mueller w Powlekać rosnące, esejach powstałych z inspiracji rozmowami i tekstami o macierzyństwie. Oralność była i jest dla tej właśnie poetki zakochanej w języku (a nie jak wielu współczesnych polskich poetów w sobie i swoich sprawach) najważniejszym źródłem pisania, studnią, z której wyławia kolejne wersy. Oto w poemacie dla dzieci, kiedy wszyscy już usiedli na kanapie, kiedy jeden wtulił się w drugiego, mama Asia zaczyna MÓWIĆ bajkę. Podczas gdy na jej ramieniu siedzą niewidoczni dla dziecięcych oczu Adam Mickiewicz i Tymoteusz Karpowicz i ci bardziej dla małych słyszalni: Konopnicka, Brzechwa, Tuwim i Wawiłow, ona, wsłuchując się w dawne strofy, snuje swoje. A w oczytaniu wierszami Mueller nie ma konkurencji, jest autorką wielu referatów, krytycznych tekstów na temat współczesnej i dawniejszej polskiej poezji, jest wreszcie korektorką, która dłubiąc po literce w cudzych tekstach, dociera do ich istoty. To dlatego tyle tu echa z wierszy, które dobrze znamy, brzechwowych zwierząt, tuwimowych rytmów, wawiłowych fikołków.

Można tę książkę traktować jak psychologiczny poradnik dla rodziców. W Zajęczance czytamy: „Zachwalają się ZACHWILE, że roboty mają tyyyyyle. (…) ZARAZY zaś z kolei zajęte przy niedzieli, w środę, czwartek i wtorek”. Dzieciom mówi wiersz: „jak dobrze cię rozumiem, kiedy narzekasz, że rodzice nie mają dla ciebie czasu”, mamie i tacie wyjmuje z ust „za chwilę” i „zaraz”, by niejako zawstydzić ich przed córką i synem. Zachwyca, zasmuca i pociesza długa bajka o zwlekaniu Manatkach manatki. Jej bohaterka, manatka z Florydy, dostaje zaproszenie od przyjaciółki foki do Bałtyku, ale zanim zdąży się wybrać, zakochuje się w manacie, szybko zostaje mamą, więc odkłada wyjazd raz i drugi. „Swej tęsknoty nie liczy latami, lecz ciążami i dzieci sprawami. Ledwie zdąży walizkę spakować, a już któreś dopada choroba”. Sytuacja dobrze znana każdej mamie. Mueller już wcześniej ją opisała, w wydanym w 2007 r. podwójnym tomie wierszy Zagniazdowniki / Gniazdowniki, w którym bycie w domu idzie i zarazem nie idzie w parze z byciem poza nim. Związane z rodzicielstwem stawianie sobie priorytetów i dokonywanie wyborów pojawi się również w wywrotowym, bo przewróconym w poprzek, wierszu Ódka na cześć morskiego konia, z którego dowiemy się, że u pławikoników to samce posiadające torbę lęgową wydają na świat potomstwo. Opisawszy opiekuńczość taty morskiego konika, mrugnie na końcu autorka okiem do koleżanek feministek: „Choć tak myślę… Czy nie nazbyt go czcimy za to, czym się w przyrodzie zajmują (bez pochwał!) dziewczyny?”.

Są w tym zbiorze także wiersze, które tylko z braku lepszego słowa nazwać wypada dydaktycznymi. Opowiadają o zwierzątkach, którym jest smutno, trudno i źle albo które same są trudne, złośliwe czy sprawiają innym przykrość. Mamy tu więc wychuchola, zwierzątko z rodziny kreciej, które za pomocą długiego ryjka wyniucha, zwęszy każdą plotkę, każdą nowinę i jak ta Skarżypyta z Brzechwy: „Aaa kaczka w czwartek dostała czkawki! Aaa nosorożec podeptał zabawki”. Jest tu i Wieloryb (wcale nie ten stary, co nosi okulary, choć pewnie to jakiś jego daleki krewny), który przez to, jak go nazwano, nie potrafi się znaleźć ani w świecie ryb, ani ssaków, więc w urzędzie morskim zmienia nazwisko na Niedoryba. Kolejna bajka jest jak ostrzeżenie, traktuje o Lewku, co łaził po levelach gry komputerowej i w kolejnych przegranych etapach tracił jakąś część ciała. Natomiast kończący tom Smuteczek o hienie Irenie stanowi przypowieść o inności, wyróżnianiu się z tłumu – oto mądrość, która dziś jest nam bardziej potrzebna niż kiedykolwiek. O takie mrugnięcia okiem czy raczej tupnięcia nogą na otaczający nas świat, który denerwuje, zasmuca, zawodzi, można by „posądzić” Mueller przede wszystkim w tytułowym poemacie, tym napisanym „na spółę” z czworgiem dzieci. Piraci dobrej roboty to opowieść o tym, że w nowych czasach warto przedefiniować nawet najbardziej zakorzenione idee (już w tytule poetka przywraca przymiotnikowi „dobra” jego pierwotne znaczenie, które jakoś nam się tak zabrudziło ostatnimi laty). Załoga małoletnich piratów przestaje więc rabować i porywać, napis na boku kutra przemalowują z RABOWANIA na RATOWANIE i głodni przygód, teraz ruszają tylko ku tym, które zmienią świat na lepszy: pocieszają ryby, żarłocznym stworom zmieniają menu na wegetariańskie, wyławiają z dna morza zagubione zabawki plażowiczów i zapraszają „do swych kajut tych, co już nie mają kraju, których w czas Wielkiej Ucieczki żaden statek nie pomieścił”

Adrienne Rich, wybitnej amerykańskiej poetce i czołowej feministce drugiej fali, macierzyństwo odebrało pisanie. Przez długi czas nie potrafiła łączyć pracy twórczej z opieką nad dziećmi. Na Mueller („bezetatową freelancerkę ze specjalnością kura domowa”) bycie mamą wpływa dokładnie odwrotnie. Pierwsza jej książka skierowana do młodego czytelnika dowodzi, że twórczość tej niespełna 40-letniej poetki ma się coraz lepiej.

Mam wrażenie, że język polski powstał po to, żeby Joanna Mueller mogła pisać wiersze. Albo inaczej: Joanna Mueller pisze wiersze, by udowodnić, że język jest nieskończonym systemem, którego misją jest wykonanie jak największej liczby fikołków, zanim dotrze do tej nieskończoności. Język jej jest kosmosem. Choć dla książki o piratach, manatach i wielorybach metafora oceanicznej otchłani będzie dużo trafniejsza.

_

Joanna Mueller

Piraci dobrej roboty i strofy o innych stworach

oprac. graficzne Marianna Sztyma,

Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017, s. 100

 

 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter