70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

O co tyle hałasu, o co tyle zamieszania

Książka Bronki Nowickiej to opowieść o dorastaniu, dojrzewaniu, czyli o wychodzeniu z domu. Żeby jednak z niego wyjść, trzeba go opisać. Rodzinne, domowe zależności, które przedstawione są w kolejnych tekstach, odstają od sielskich wersji dzieciństwa. Trudno powiedzieć, czy mamy do czynienia z naprawdę „złym” domem, czy to wynik surowej, trzymającej się rzeczy perspektywy, przez którą wytracana jest wszelka „ładność”.

Życie w rytmie „hit czy kit?” może być pomocne jak forma podnoszącej ciśnienie gimnastyki. Dyskusje – czy też: utarczki – po przyznaniu ważnych (o ważności decydować może zarówno ekonomia prestiżu, jak i kwota wręczana oprócz statuetki) nagród literackich to stałe elementy życia literackiego. Zgiełk wywołany przez zderzające się głosy „za” z tymi głosami, które są „przeciw”, może przyprawiać o ból głowy, ale i świadczyć o tym, że współczesne życie literackie ma się nieźle. System binarnych opozycji zapewne daje poczucie uporządkowania (podział na tych, z którymi się zgadzamy i trzymamy, i na tych, z którymi zdecydowanie nie), ale – wydaje mi się – że to raczej pozór porządku rozumianego jako zjawisko pożądane. Bity „hitów i kitów” mogą wyznaczać rytm, ale niekoniecznie muszą. Więcej nawet: właśnie odstępstwo od wahnięć od strony „za” do strony „przeciw” wydaje się jedyną przestrzenią lektury. Nagrody to przecież tylko nagrody, o niemierzalności osiągnięć literackich powiedziano już dużo, ale z jakiegoś powodu nadal się przejmujemy, kto „wygrał”, a mniej tym, że to przecież nie zawody skoków w dal, wzwyż czy narciarskich. A może właśnie owa niemierzalność jest dla nas najistotniejsza? Z jej powodu możemy kłócić się bez końca – kłócić, bo ustalenie, która książka „naprawdę” to ta „najlepsza”, jest niemożliwe inaczej niż przez uznanie.

 

*

Mapa nagród literackich (jest ich sporo) może się przydać nie tylko jako temat do żywej dyskusji o zasłużonej czy nie wygranej. Znacznie bardziej interesujące są listy książek nominowanych do nagród. Praca jurorów i jurorek służyć może do wyławiania wszystkich tych tytułów, które nie dostały wystarczająco mocnego wsparcia promocyjnego, przepadły między jednym a drugim komunikatem prasowym. Niby można dotrzeć do każdej książki na własną rękę, bo wydawnictwa zwykle starają się prezentować swoje oferty nawet w mediach społecznościowych, ale łatwiej dać się złapać na lep sprzedażowych zachęt. Pomieszanie porządków krytycznych i promocyjnych to jedno z większych wzywań: jak oddzielić reklamę od recenzji?

Jurorzy i jurorki nagród literackich wykonują olbrzymią pracę przesiewową. Dzięki ich wysiłkowi czytelnicy i czytelniczki mają szansę zmierzyć się z nieoczywistymi propozycjami. Tak stało się w przypadku Nakarmić kamień Bronki Nowickiej, nagrodzonej ostatnią Nike. Ta debiutancka książeczka wydana w serii poetyckiej Biura Literackiego bez jurorskiego wskazania pewnie trafiłaby tylko do wybranych: po pierwsze, dlatego że nakład niewielki, po drugie, małe książki mają trudniej (a już książki debiutanckie na pewno), a gdy jeszcze dołożyć do kompletu poetyckość, to mamy rodzaj gwarancji na niepowodzenie. Był to podobno „kontrowersyjny” werdykt – jedni go popierali, inni się sprzeciwiali głośno i wyraźnie. Nie da się ustalić, kto „naprawdę” ma rację, ale dobrze przypomnieć, że często z takimi kontrowersjami mieliśmy do czynienia. Pamięć nas ostatnio zawodzi, zbiorowo zapominamy jakby z potrzeby przeżywania czegoś wyjątkowo złego albo dobrego, jakbyśmy rozsmakowali się w tym prostym a skutecznym chwycie sprzedażowym: „nigdy wcześniej!”, „po raz pierwszy w historii!”, „skandal!”, „wydarzenie bez precedensu!”, „nie mieści się w głowie!”, „wstyd i zgroza!” (wykrzykniki są kluczowe, hałas jest cenny). Ponieważ nic nowego się nie wydarzyło, a zasięg kłótni o werdykt jury jest przede wszystkim środowiskowy, może dobrze przyjrzeć się nagrodzonej książce?

 

Coś wam pokażę

To naprawdę drobna książka, ma niewiele ponad 50 stron. Wydana w serii „Poezje” jest raczej zbiorem poetyckich próz. Rajtuzy; Grzebień; Łyżeczka; Kamień; Pudełko; Guziki; Puch; Widelec; Parapet; Zlew; Poduszka do igieł; (skreślone Wiadro); Kieszenie; Siatka; Bryła gliny; Naftalina; Popiół; Próg; Worek; Statek; Patyk; Kłębek; Ziemia; / Stół; Pióro; Nożyczki; Poszewka; Okno; Zapałka; Latawce; Aparat; Furtka; Lustro; Drzwi; Firanka; Szafa; Fotografia; Studnia; Łyżka; Kasztan; Buty; Walizka; Skora; Mydło – ten „spis rzeczy”, nie spis treści (z rzeczy treść zostanie wyprowadzona / wypisana) następuje po nietytułowanym wstępie. „Smutek mnie uczy, że służę do życia” – takim zdaniem zaczyna się książka Nowickiej. Widać w nim porządek świata, w którym już nie człowiek najważniejszy: „ja służę smutkowi”, już nie „smutek służy mi”. Tutaj bezosobowe „się” napędza świat: „Bo widzisz, chodzi o to, że włosy rosną bez twojej pomocy, samo się oddycha i samo śpi, oczy wiedzą, co zrobią, żeby się zamknąć”. Wpływ tej, która służy do życia (a nie: „żyje” czy „używa życia”), jest ograniczony i nie jest to miłe odkrycie. „W zasadzie jesteś sobie potrzebna prawie do niczego”, pisze Nowicka, jakby wyłamując się z zarysowanego wcześniej obrazu: ten podział między „ja” a „ja”, czyli (jak można się domyślać) podział między ciałem a nieciałem, jednak o wpływie czy chęci wpływu coś mówi, czyli z perspektywy człowieka jako podmiotu, nie przedmiotu, nie tak łatwo zrezygnować. „Widok całymi godzinami używa mnie do patrzenia”, pisze dalej Nowicka i to kolejne kłopotliwe miejsce. Już nawet nie o „wzroku” (czyli zmyśle), ale „widoku” mowa: świat nie tyle na mnie patrzy, ile patrzy przeze mnie. Nie ma nic pogodnego w tym odkryciu, choć poczucie zbędności mogłoby być oczyszczające.

Lista – wspomniany „spis rzeczy” – to przedruk ręcznego zapisu (reszta książki wydrukowana jest już w „zwykły” sposób). Można domyślać się, że w ten sposób miał zostać uchwycony ślad / odcisk piszącej ręki, zachowany charakter pisma, choć użyte zostały litery „drukowane” – być może dla czytelności, codzienne używanie klawiatury odzwyczaja od pisania odręcznego, tracimy charakter „wyrobiony” pisma. Zwraca na tej liście uwagę zachowany błąd (przekreślone Wiadro). Zachowany ślad, nieusunięta niedoskonałość wydaje się rodzajem furtki do tej książki. Ten dowód na omylność wyostrza czujność: skoro można ufać pamięci, czyli „sobie”, tylko zwrot ku rzeczom może pomóc odpowiedzieć na pytania: co się naprawdę stało? „Jak rzecz” traktowane jest tutaj też ciało: użyte jako maszyna do pisania, wypisze to, co uparcie chowa się po kątach, trochę automatycznie, trochę wbrew świadomości, na pewno wbrew zasadzie stosowności i poczuciu wstydu. Nakarmić kamień to „pierwsza książka” trochę rozliczeniowa (bo przeszłość, czyli dzieciństwo), trochę deklaratywna (tak widzę świat i taki jest), ale przede wszystkim prezentacyjna (coś wam teraz pokażę).

Jak odpowiedzieć na ten spis? Może własnym spisem? Można go czytać z góry na dół (to dwie kolumny), ale i można próbować czytać wbrew domyślnemu porządkowi: od lewej do prawej. Wygląda ten spis jak lista zakupów (skojarzenie przez zachowane to skreślenie: spieszę się, zaraz wychodzę, nie ma czasu, by sięgnąć po świeżą kartkę) albo jak lista rzeczy do odnalezienia we własnym domu przed wyjazdem: po co sięgnąć? Co spakować? Co dla mnie ważne, bez czego nie mogę się obejść? Domowe i sklepowe półki łączą się w słowie „magazyn”: pierwszych odkryć, uraz, obrazów, których Nowicka, reżyserka i scenarzystka, używa do budowania opowieści.

 

Porządki poznawania

„Jedyną rzeczą, która oddziela człowieka od świata, jest skóra”, pisze Nowicka w Rajtuzach. „Oddzielać” to znaczy zabezpieczać, ale też i więzić. Skóra jest mapą, poligonem, na skórze świat się odciska, na skórze świat zapisuje (w Popiele czytany: „Pisało patykiem na ciele: czereśnie, czarodzieje, poranki. Ze znikających ze skóry słów można było powyjmować mniejsze”), ze skóry można odczytać, ale i na skórze można poczuć. Stopienie się ze światem uniemożliwiłoby poczucie świata, dzięki tej uzbrojonej w receptory granicy / barierze ochronnej / osobistym więzieniu dziecko uczy się, dotykając przede wszystkim. „Mrówka roztarta w palcach pachnie octem. Motyl ma puder.” Poznanie jest tutaj połączone z zabijaniem, więcej nawet: żeby poznać, trzeba zabić. Umierania / zabijania w Nakarmić kamień jest mnóstwo: dziadek, prababcia, zwierzęta. Dla dziecka, które podglądamy w tej książce, śmierć jest początkiem; śmierć naznacza i uczy (co prawda, dopiero z czasem i w opowieści z odległości). Powrót do utrat prowadzi przez wymienione w spisie rzeczy: w Grzebieniu dziecko zachowuje ten z przedmiotów po dziadku, który był najbliżej jego skóry (wyczesywanie było rytuałem zbliżającym dziadka i wnuczkę, a właściwie potwierdzającym bliskość). Sweter przestał być użyteczny, ponieważ po wypraniu stracił zapach. Nieumyty grzebień za to pamięta tamtą skórę, jeszcze żywą, zupełnie inną od tej woskowej, chłodnej, pośmiertnej (grzebień wraca tutaj często – we wspomnieniach wojennych sąsiadki, w ojcowskich próbach zaprowadzenia porządku). Ta, której trzeba dotknąć po śmierci, w niczym jej nie przypomina. Pamiętać zmarłych to rodzaj obowiązku, może nawet świętego. Trzeba karmić tę pamięć, najlepiej słodyczami, by zasypać gorycz utraty. W Łyżeczce mamy zatem cukier, szkło i kontrolowane tornado (w Łyżce będzie już tylko rozdzielenie matki i córki). Dziecko rzuca wyzwanie własnym ograniczeniom, przegląda się we własnych możliwościach wywoływania zamętu: po śmierci, która niezależna jest od człowieka, która „się” wydarzyła. Mieszanie łyżeczką w szklance herbaty to przepych i groza: ale jednak z poczuciem sprawczości. Pamięć o umarłych to opowieści, potrzebne do tego czy owego. Wspomnienie jest użytkowe, we wspomnieniu dziecko czuje władzę, moc stwarzania. Cukier nabierany łyżeczką idzie na wojnę ze łzami, dziecko miesza w szklance z rozmachem, bo przeczuwa, że tej słodyczy nie wystarczy na zawsze. Ale to przeczucie wcale nie wyhamowuje impetu – przeciwnie.

Dziecko z Nakarmić kamień chce wszystkiego, poznać wszystko właśnie dlatego, że to niemożliwe.

Kto powiedział, że świadomość niemożliwości ma powstrzymać dziecko przed podejmowaniem próby? Właśnie przeciw niemożliwemu (lub ku niemożliwemu) powstała ta książka – taką też ma dedykację. „Dziecko stoi w ogrodzie, ma otwarte usta, przez które dymi oniemienie światem”, pisze Nowicka w Kamieniu. Usta i oniemienie (nie-mienie to też nieposiadanie). Usta otwarte jak do krzyku? Jak do połknięcia świata? Skoro skóra chroni przed roztopieniem się w świecie, stopniem się z nim, może trzeba go połknąć? Dziecko aż drży z podniecenia światem, możliwościami związanymi z „tym wszystkim”, ale i choruje z osamotnienia. Kamień tyle znaczy: pamięć, śmierć, dostatek, można sobie wybrać to najporęczniejsze ze znaczeń. Dziecko kładzie kamień, towarzysza lepszego od misiów i lalek, na poduszce do igieł: poduszka jest stara, pełno w niej ran kłutych, trudno o lepszą parę. Dziecko wychodzi ze skóry, ale karmi kamień, nie otwiera się. Inkorporacja, to radykalne rozwiązanie, jest jedynym, choć połknięcie tylko podkreśla oddzielenie.

 

Na wieczną pamiątkę

Książka Nowickiej to opowieść (jednak) o dorastaniu, dojrzewaniu, czyli o wychodzeniu z domu. Żeby jednak z niego wyjść, trzeba go opisać. Rodzinne, domowe zależności, które przedstawione są w kolejnych tekstach, odstają od sielskich wersji dzieciństwa. Trudno powiedzieć, czy mamy do czynienia z naprawdę „złym” domem, czy to wynik surowej, trzymającej się rzeczy perspektywy, przez którą wytracana jest wszelka „ładność” (w Puchu Nowicka wyraźnie występuje przeciwko elementarzowi zmyślenia: „Kłamstwo. Jedno z wielu kłamstw powszechnego dzieciństwa”, a w Nożyczkach dorośli nie są w stanie dostrzec nic poza zabawą, gdy dziecko kaleczy i gwałci lalkę). Dom, okazuje się, to przede wszystkim relacje, ale takie relacje, w których wyznaczone są role, i to raczej na stałe. Jedynie naprawdę młodzi (dziecko) i naprawdę starzy (prababka) mają szansę na niezgodę (stara kobieta staje się dzieckiem swojej córki, „stare niemowlę” chce wykupić sobie prawo do umierania, by uciec z tego domu-więzienia, a prawnuczka z miłości połyka guziki udające pieniądze, by śmierć nadeszła jak najwolniej). Wychylenie w obie strony (w przód i tył) ukrócane jest surowo – wydaje się, że nawet zbyt surowo, ale gdyby zmienić punkt widzenia, kontury mogłyby złagodnieć, zezwyczajnieć. Najważniejszym z podziałów w tym domu jest ten na karmiące i karmionych. W Pudełku widać, jak matka trzyma władzę, karmiąc. W ten sposób jest bardziej matką niż żoną dla swojego męża – ten jest w jej władzy. Usta ojca są jak rozwarty dziób pisklęcia, karmiąca matka jest olbrzymia i nie patrzy w dół, nie ogarnia wzrokiem „właściwego” dziecka. I to ono wypowiada posłuszeństwo takiej roli: „Postanawiam, że nigdy nie będę kobietą. Jeżeli nawet wyrżną mi się piersi – z czasem wylecą, jak mleczne zęby”, pisze Nowicka w Parapecie, komentując obraz uchwycony w mięsnym sklepie.

W Zlewie ojciec zazdrości strudze wody, bo ta może uciec z domu, zmienić formę, wyciec. Przemoc, której ojciec dopuszcza się wobec dziecka (Kieszenie; Studnia; Kłębek), to jedyna możliwa (oprócz czesania się: „Robi przedziałek, jakby stwarzał planetę. Niszczy ją i powstaje nowa. Bardziej na lewo”) w jego roli forma buntu, manifestacji aktywności. Pochłania go niemożliwe do spełnienia marzenie, by przelać się i zniknąć. Dom jest śmiertelnie groźną pułapką, zasysającą siły i możliwość przemiany, rozwoju (potworna niedziela w Firance). Szansą, by nie dać się w nim zamknąć na wieczność, jest opowiadanie. Dzięki niemu czarna dziura rodzinnych fotografii przestaje zasysać, ruch opowiadania staje się przenośną, samoładującą się baterią, nie do wyczerpania.

_

Bronka Nowicka

Nakarmić kamień

Biuro Literackie,

Stronie Śląskie 2016, s. 55

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata