Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
- styczeń, nr 536
- luty, nr 537
- marzec, nr 538
- kwiecień, nr 539
- maj, nr 540
- czerwiec, nr 541
- lipiec, nr 542

 Fundacja


Gdzie byliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd idziemy?

Księga gości
Księga gości

Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej księgi gości.

    Dziękujemy!
WIDOKÓWKI
Z TAMTEGO ŚWIATA

Dariusz Nowacki



1. Czy zjawisko pod nazwą "proza polska lat 90. wobec PRL-u" w ogóle istnieje? Czy rzeczywiście w dziesiątej dekadzie pojawiły się u nas powieści i opowiadania, w których próbowano nawiązać do doświadczeń związanych z Polską Ludową, wymierzyć sprawiedliwość nieodległym czasom, a choćby przyjrzeć się im uważnie? Czy pisarze skorzystali z prerogatyw i narzędzi, jakie podsuwa im literatura, czy powiedzieli coś, czego wcześniej nie wyrazili ani publicyści, ani znawcy historii najnowszej? Słowem, czy temat jest czy go nie ma?
Jest, ale zaiste dziwna to obecność. W niniejszym szkicu zajmuję się przecież jak najbardziej realną substancją literacką, przyglądam się kilkunastu książkom prozatorskim ogłoszonym w latach 90., o kilku innych wspominam. Z drugiej jednak strony, w dość zgodnej opinii krytyków zajmujących się współczesną prozą, peerelowska przeszłość jako materiał tematyczny to bardziej apetyt na jutrzejszą narrację niż opowieści tej spełnienie, to zaś, co zdążyło się pojawić w ostatniej dekadzie - jak słyszę - jest co najwyżej serią kolejnych przymiarek naszych pisarzy do wyrażenia czy raczej zrekonstruowania tamtych doświadczeń.
Punktem wyjścia moich dociekań jest przekonanie, że nie istnieją - bo po prostu istnieć nie mogą - "niewinne" literackie przedstawienia Polski Ludowej. Oczywiście, mam na myśli te tworzone w dziesiątej dekadzie. Nie są zaś "niewinne" z tego powodu, iż tak czy inaczej angażują osobę wypowiadającą się nie tyle w dziele, ile poprzez dzieło. W prozie polskiej lat 90. temat PRL-u w zasadzie nie pojawia się inaczej niż jako problem "obecność w PRL-u" (problem uwikłania jednostki w tamtą rzeczywistość). Mówię "w zasadzie" i błyskawicznie dodaję: na szczęście, gdyż w przeciwnym razie, jak wolno mniemać, nawet najbardziej ambitne i doskonałe przedsięwzięcie pisarskie byłoby skazane na klęskę (komentarz krytycznoliteracki powstający w związku z tymże dziełem znalazłby się w tej samej sytuacji). Jeśli bowiem pisarz chce mówić o tym "jak było?", odwracając się od pytania "jak byłem?", nieuchronnie wchodzi w pole jałowego i w gruncie rzeczy niemądrego sporu o PRL; sporu tożsamego ze strukturą aktualnych rozgrywek partyjnych bądź mapą ideowych sympatii. Pułapka to najgorsza z możliwych. Ale też można się z niej wymknąć. Prozaicy lat 90. zorientowali się, że wystarczy w odpowiednim miejscu przyłożyć akcent: mówić o doświadczeniu PRL-u tak, jak się opowiada własną historię, nie wypowiadać innej prawdy poza prawdą jednostkową. Upieram się zatem, że zjawisko pod nazwą "proza lat 90. wobec PRL-u" - jeżeli w ogóle ma być przedmiotem dociekań wolnych od "partyjnych powiązań" - musi pozostać w polu determinacji podmiotowej.

2. Nie ma na to rady - teraźniejszość zawsze odciska się w obrazach przeszłości, deformuje je, a w konsekwencji zagraża ich wiarygodności. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy - paradoksalnie - mamy do czynienia z utworem niezwykle wiarygodnym, który swą wiarygodność zawdzięcza głównie temu, iż zainstalowano w nim naiwnego (nieświadomego) opowiadacza. Z tegoż właśnie punktu widzenia rozwijana jest narracja, i to konsekwentnie - autor trzyma się naiwnej perspektywy narracyjnej, dokłada starań, by jego dzisiejsza świadomość nie wdarła się do opowieści traktującej o mniej lub bardziej odległej przeszłości. Jak wiadomo, sprawdzonym chwytem pisarskim na tym polu jest posłużenie się figurą dziecięcego narratora-bohatera, który oczywiście nie zdaje sobie sprawy z tego, w jakim świecie przyszło mu żyć (dopiero później dowie się, że z kaprysu złowrogiej historii jego dzieciństwo przypadło na lata stalinowskiego terroru czy gomułkowskiej stagnacji), ani tym bardziej nie jest zdolny do jakiejkolwiek oceny rzeczywistości. Jako podmiot wrzucony w świat dorosłych jest rozbrajająco naiwny i zarazem zdumiewająco sprawiedliwy względem relacjonowanych zdarzeń. Ale nie do końca, gdyż oprócz niego istnieje jeszcze ręka, która go prowadzi.
Oto jedną z pierwszych scen powieści Wilhelma Dichtera Szkoła bezbożników (1999), której akcja rozgrywa się w latach 1947-1951, jest epizod zatytułowany Okulista, traktujący o wizycie dwunastoletniego chłopca (ów dziecięcy narrator-bohater) w gabinecie lekarskim. Diagnoza okulisty brzmi: krótkowzroczność ("Miopia - powiedział. - Widzi. Ale tylko to, co ma przed nosem".). To nie koniec diagnozy: "Daltonista - stwierdził. - Myli czerwienie". Jak to rozumieć? Byłby to - zbędny chyba - pęd ku jednoznaczności (zanim narracja zdążyła na dobre ruszyć z miejsca, doskonale wiadomo, że komunizm w Polsce jest pomyłką)? Chyba nie o to chodzi. Nie jest to też błąd w sztuce opowieści, gdyż fragment ten doskonale tłumaczy się w strukturze całości utworu jako prefiguracja. Według mnie ów epizod (symptomatyczny, jak sądzę) powiadamia o granicach chwytu pisarskiego, uświadamia czytelnikowi, iż - mimo największych starań - teraźniejszość, czyli wiedza o tamtej epoce, zawsze pozostawi swój ślad w obrazie przeszłości.
Inny przykład - tytułowe opowiadanie ze zbioru Niebieski szklarz (1996) Kazimierza Orłosia. Piętnastoletni bohater opowiada o wakacjach spędzonych z matką nad morzem w roku 1951. W utworze tym nie znajdziemy najmniejszych sygnałów zakłócających iluzję, że oto mamy do czynienia z wędrówką w przeszłość, która wyrzeka się dzisiejszej wiedzy na temat czasu minionego. To klasyczna opowieść inicjacyjna, spójna i konsekwentnie przeprowadzona rekonstrukcja niegdysiejszych wtajemniczeń (niezwykle przekonująca i w pełni wiarygodna). Jedyna wątpliwość, jaka rodzi się w trakcie lektury Niebieskiego szklarza, sprowadza się do tego, że nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie zadane temu tekstowi: czy to przypadek, że w dwa najważniejsze wtajemniczenia (w śmierć oraz w ciało), o których powiadamia chłopięcy bohater Orłosia, wplątani zostali brutalni i prymitywni WOP-iści - w domyśle, ale i w istocie! - strzegący morskiej granicy komunistycznego więzienia? Raz - kiedy chłopiec przygląda się zwłokom swojego rówieśnika zastrzelonego podczas próby nielegalnego rejsu, w drugim przypadku - kiedy miłosne uniesienie przerywa brutalna interwencja WOP-isty. Z ujawnioną tutaj wątpliwością (przypadek to czy nie?) czytelnik sam musi sobie jakoś poradzić.
Wspominam o tym, gdyż chcę powiadomić o syndromie lekturowej nieufności, zjawisku, które niczym natarczywy owad daje o sobie znać, ilekroć kontaktujemy się z, tworzonymi w dziesiątej dekadzie, literackimi przedstawieniami Polski Ludowej. To problem wspólny dla pisarza i czytelnika. Po co czytać, skoro "wiemy już wszystko", skoro peerelowski komunizm został zdemaskowany jako zło i, przynajmniej w planie symbolicznym, osądzony? Prozaicy lat 90. - jak łatwo się domyślić - znają tę przeszkodę od drugiej strony: trzeba pisać tak, aby uniknąć przedwczesnych rozstrzygnięć i nie wpaść w przepastną i okrutną pułapkę tendencyjności opisaną przenikliwie przez Przemysława Czaplińskiego jako realizm antysocjalistyczny (mowa o literackiej strategii kompromitowania PRL-u, szczególnie żywotnej w latach 80.). Jak zatem uniknąć antykomunistycznej agitki? Nade wszystko budować opowieść o PRL-u na fundamencie własnej biografii. Tak postąpili, wymienieni już, Dichter i Orłoś, którzy proponują beletryzację wspomnień z okresu dzieciństwa (w tym wypadku są to lata stalinizmu). Podobnie postąpił Julian Kornhauser, dając "opowieść sentymentalną" Dom, sen i gry dziecięce (1995). Nawiasem mówiąc, tutaj troska pisarza o wiarygodność relacji wyraża się jeszcze i w ten sposób, iż Kornhauser zastosował redukcję stylu - posłużył się zapisem niemal protokolarnym, czyli zrezygnował z wszelkiej językowej ozdobności, która mogłaby wikłać przedstawienie w literackość. Najdalej jednak ze wszystkich poszedł Janusz Krasiński jako autor zbeletryzowanych wspomnień z pobytu w ubeckich więzieniach Mokotowa, Rawicza i Wronek. Przy tych ostatnich warto się na chwilę zatrzymać, gdyż więzienna proza Krasińskiego podsuwa inny aspekt zjawiska lekturowej nieufności.
Wyraźnie widać - zaglądam do Twarzą do ściany (1996), drugiego tomu cyklu powieściowego, mającego za bohatera postać Szymona Bolesty, któremu Krasiński podarował własną biografię - że autor zaciera wszelkie ślady łączności między czasem powstania utworu (pod tekstem widnieje data: 1994) i czasem akcji zamkniętym tutaj wiadomością o śmierci Stalina (1953). Można oczywiście powątpiewać, czy na przykład więźniowie, dysponując jedynie lakonicznymi notatkami "Trybuny Ludu", mogli z taką przenikliwością dyskutować na temat wojny koreańskiej, można też zawzięcie tropić inne anachronizmy (których w tej akurat powieści pojawia się doprawdy niewiele), ale nie to jest najważniejsze. Otóż najbardziej istotne wydaje się przesłanie powieści Krasińskiego; to wcale nie zawoalowana, a zatem łatwa do zrekonstruowania, intencja pisarska łączy tę wypowiedź literacką z rzeczywistością aktualną. W trakcie lektury Twarzą do ściany nie sposób bowiem zagłuszyć w sobie myśl, iż autorowi nie tyle zależało na sporządzeniu "dokumentu", którego gwarancją wiarygodności ma być doświadczenie biograficzne samego pisarza, byłego więźnia stalinowskich katowni, ile na interwencji w nasze tu i teraz. Krasiński w przywołanej tu powieści daje do zrozumienia, że ubeckie zbrodnie to zbrodnie szczególne - przestępstwa bez kary. Opowieści poszczególnych więźniów (lub opowieści o ich perypetiach) łączy tedy wspólny motyw: podkreśla się w nich to, że ludzie są represjonowani niesłusznie. Owa "niesłuszność" staje się wręcz refrenem Twarzą do ściany. Co więcej - w świecie tej powieści w ogóle nie występuje antyteza "niesłuszności", czyli "słuszność" jako potencjalny sojusznik więzionych i dręczonych ofiar. Nie ma nadziei na zadośćuczynienie, na prawdziwą rehabilitację czy - mówiąc językiem dzisiejszych polityków - na rozliczenia. Za to konsekwentnie ogrywa się tu nadrzędny sens tytułu powieści: w warknięciu "twarzą do ściany!", w owej szykanie policyjno-więziennej chodzi o to, by nie widzieć. Nic więc dziwnego, że represjonowani nie mają złudzeń: "Tracił już nadzieję, że przyjdzie kiedykolwiek czas rozliczenia za zbrodnie, a jeśli nawet przyjdzie, to ich już dawno nie będzie, przysypią ich tu piachem jak resztki niezmywalnych śladów, więc jaki sens miało powracanie myślami do tego, na co wydano wyrok zatracenia w niepamięci?"
Powieść Janusza Krasińskiego to najlepszy dowód na to, że historia jest zawsze argumentem w nadrzędnym porządku naszego hic et nunc, od dzisiejszej zaś świadomości (w tym wypadku przekonania, iż zbrodnie stalinizmu nigdy nie zostały należycie osądzone, że zawisły niejako w próżni) niepodobna się odseparować.
Wbrew pozorom, nie jest to wyłącznie problem - by tak rzec - techniczny. Chodzi tu o sprawę o podstawowym znaczeniu, o to mianowicie, jak czytamy prozę, która traktuje o PRL-u? Czy w ogóle możemy zaufać literackim wyprawom w przeszłość podejmowanym po 1989 roku? Wydaje się, że tak, wszelako pod warunkiem, że akceptujemy to, co z rzeczywistości aktualnej przemycone zostało w rzeczywistość zrekonstruowaną. Tak naprawdę spieramy się nie o literackie przedstawienia Polski Ludowej, tylko o "ciało obce", o to, co z dzisiejszego świata mniemań i sympatii przedostało się do tamtego, obecnego na kartach powieści. Najwygodniej w tym miejscu odwołać się do utworu, który nie tylko stał się źródłem sporu o wiarygodność literackich przedstawień Peerelu, ale też chyba najpełniej uświadomił, że wyprawy w przeszłość pociągają za sobą jeszcze inne komplikacje. Mam na myśli powieść Antoniego Libery Madame (1998).
Oczami nastolatka, bohatera Madame, oglądamy Polskę roku 1966 oraz, również za jego pośrednictwem, odkrywamy niewygodne dla komunistów karty historii (m.in. prawdę o wojnie domowej w Hiszpanii, o KPP i zainstalowaniu nowej władzy w Polsce). Bohater Libery wie wszystko, przejrzał na wylot peerelowską maskaradę, potrafi obśmiać każdy propagandowy frazes, bezbłędnie rozpoznaje głupotę i zło komunistycznego systemu. Widzimy tedy funkcjonariuszy peerelowskich (choćby tylko w osobie przewodniczącego szkolnego ZMS-u) jako cyników i błaznów, pracowników uniwersytetu jako miernoty, upartyjnionych pedagogów jako deprawatorów na usługach totalitarnego państwa. W roku 1966 - sugeruje Libera - nie było już "wierzących i praktykujących" komunistów. Byli tylko zastraszeni i, ewentualnie, oportuniści. Obraz PRL-u epoki gomułkowskiej, jaki zaproponował pisarz w swej debiutanckiej powieści, błyskawicznie został rozpoznany przez pierwszych czytelników jako niewiarygodny i tendencyjny, sprzeczny nie tylko z potocznymi wyobrażeniami lub pamięcią o tamtych czasach, ale i ze zdrowym rozsądkiem, z wyczuciem już nie tyle prawdy historycznej, ile prawdy psychologicznej (figura przemądrzałego, nadświadomego maturzysty). Odpowiadając na te zarzuty, Libera wskazał na rzekome przeoczenie recenzentów, którzy nie uwzględnili faktu, iż w Madame istnieje opowieść drugiego stopnia: w finale utworu ujawniona została sytuacja narracyjna - bohater pisze o swoich chłopięcych przeżyciach jako człowiek w pełni dojrzały, a podejmuje tę czynność - co tu niezwykle istotne - w latach 1982-1983, w ciemną noc stanu wojennego. Mówię "rzekome przeoczenie", ponieważ ów fakt nie likwiduje poczucia skrajnej tendencyjności, wrażenia, iż obraz PRL-u połowy lat 60. został przez pisarza spreparowany wedle najgorszych wzorów "realsoca ŕ rebours". Nie likwiduje, ale za to w pełni tłumaczy. Oto jak przedstawiają się okoliczności pisania opowieści pierwszego stopnia (tj. właściwej opowieści, redagowanej przez fikcyjnego pisarza na początku lat 80.): "trwał w Polsce stan wojenny. Po raz kolejny, brutalnie, łamano ludziom kręgosłup; znów wybijano im z głowy marzenia o wolności i o godniejszym życiu. ťPowstanieŤ było stłumione, a łączność ze światem - zerwana. (...) Od dawna nie miałem złudzeń, gdzie żyję i czym jest władza, która tutaj panuje". Nie może zatem dziwić, iż porachunki z PRL-em przybrały w Madame postać agitki. Toż to wypowiedź fikcyjnego pisarza, który cudem uniknął internowania, a teraz (w chwili gdy układa historię licealisty zakochanego w pięknej nauczycielce) ukrywa się przed oprawcami na strychu. Powieść Libery należy do lat 90. Właśnie wtedy ją poznaliśmy, ale też w sposób jawny (chwyt opowieści w opowieści) mówi o PRL-u takim, jakim był on widziany przez ofiarę stanu wojennego. W tym sensie przychodzi ona jak gdyby z innej epoki - z czasów skrajnej polaryzacji politycznych stanowisk, bezkompromisowego pojedynku z komunistyczną władzą, kiedy to każda metoda walki (łącznie ze schematyzmem i tendencyjnością) była, jak się podówczas wydawało, dobra i skuteczna. Tą "inną epoką" są lata 80., zwłaszcza jej pierwsza połowa. Najkrócej mówiąc, nie idzie tu wcale o rekonstruowanie peerelowskiej rzeczywistości, lecz o jej preparowanie. Rekonstrukcja wpycha wypowiedź literacką w wieloznaczność i relatywizm, podpowiada slalom między racjami i stanowiskami, wikła powieściowe przedstawienie w kontrapunkt i debaty światopoglądowe. Co innego preparat - w jego przypadku wszystkie elementy przywoływanej rzeczywistości służą walce politycznej, zlewają się w jednoznaczną i nie znoszącą sprzeciwu deklarację ideowo-polityczną.
Czy to oznacza, że każda próba wyświetlenia prawdy o peerel- owskiej przeszłości, rozumiana jako podjęcie wysiłku rekonstrukcji, pociągałaby za sobą konieczność posłużenia się dyskursem "rozmiękczającym" ową prawdę? W dużej mierze tak. Przede wszystkim dlatego, że wypowiedzi literackiej stawiamy wymóg - jeśli wolno tak powiedzieć - komplikacji postaw i zachowań bohaterów literackich: chcemy gmatwaniny przekonań ideowych, złożonych ocen i poglądów, gdyż ów niejednoznaczny i rozchwiany stan rzeczy wydaje się nam bardziej adekwatny. Już nie poetyka kontrastu (białe-czarne), lecz poetyka odcieni. Jakakolwiek "jednoznaczność" natychmiast zostaje oprotestowana, prawdopodobnie dlatego, że żywimy przekonanie, iż - jak gdzieś zanotował Stefan Themerson - świat jest bardziej skomplikowany niż nasze prawdy o nim. Nie wdając się w szczegółowe rozważania na ten temat, warto w tym miejscu przywołać rozpoznanie Jerzego Jarzębskiego, który w artykule Poza realizmem: proza polska w poszukiwaniu prawdy pisał:
Wcześniej [w XIX w. - D.N.] najwyżej ceniona była prawda realistycznej opowieści o rzeczywistości, a więc kunszt wyboru typowych dla społeczeństwa i epoki faktów, postaci, konfliktów - teraz najistotniejszy staje się opis spotkania podmiotu z rodzącym się, nieznanym i nierozpoznawalnym w pełni zdarzeniem. Prawda takiego opisu zależy od tego, na ile dobitnie uda się autorowi przedstawić wieloznaczność owego zdarzenia, wielokształtność rzeczy, aurę nieokreśloności spowijającą podmiot - a zatem to wszystko, co raczej zamącałoby prawdziwość dyskursu realistycznego, tę prawdziwość, która opierała się głównie na umiejętności selekcji, wyboru faktów istotnych czy typowych.
Tak więc obraz PRL-u zawarty w Madame Libery został oprotestowany nie tylko z tego powodu, iż można mu było przeciwstawić inne obrazy zapisane w pamięci zbiorowej, ale głównie z tej przyczyny, iż sposób konstruowania tego obrazu, czyli metoda przyjęta przez pisarza, stoi w jaskrawej sprzeczności z dzisiejszymi wyobrażeniami czy raczej standardami espistemologii powieściowej. Wystarczyłoby wpuścić w tę powieść odrobinę poznawczego zagubienia, sfingować "aurę nieokreśloności spowijającej podmiot", to znaczy sprawić, by bohater powieści nie (przedwstępnie) wiedział, lecz się dowiedział (w jakiej rzeczywistości przyszło mu funkcjonować), niechby tylko odrobinę zniuansować portrety postaci pojawiających się w powieści, złagodzić kategoryczność sądów o charakterze aksjologicznym itd. Byłaby to wówczas inna powieść, o której nikt nie odważyłby się powiedzieć, że przedstawia wygodny, lecz niewiarygodny obraz peerelowskiej rzeczywistości. Nie taki był jednak zamiar Antoniego Libery, a i problem "nadświadomości politycznej" (możliwej obecnie, ale nie wtedy) nie jest w Madame, jak mi się wydaje, najważniejszy, nie mówiąc o tym, iż absurdem byłoby kwestionowanie prawa autora tej powieści do bezwzględnej i skrajnie negatywnej oceny PRL-u.
Powieść Libery naprowadza mnie na trop trzech spraw, które przyjdzie tu omówić osobno. I tak należałoby wyjść od tej oto oczywistości, że bohaterem Madame jest (niemal) rówieśnik Polski Ludowej, posiadający ponadto tę samą metrykę co autor; to jego (bohatera) widzimy na pierwszym planie, w samym centrum "widokówki z tamtego świata". Pora nawiązać do tego, co zasygnalizowałem we wstępie - do pytania "jak byłem?" dominującego nad pytaniem "jak było?". Oczywiście w wypadku utworu takiego jak powieść Libery - dzieła głęboko zanurzonego w strumieniu literackości, które traktuje przecież o tym, jak życie przeradza się w mit i odwrotnie - formułowanie hipotezy autobiografizmu byłoby co najmniej nierozsądne. Z drugiej jednak strony, co prawda w formie niezwykle skomplikowanej, istniejącej na antypodach prostolinijnej konfesji, Antoni Libera mówi w Madame o sobie. Prawdopodobnie nie wracałby do czasów, kiedy zarówno on, autor z krwi i kości, jak i jego bohater dojrzewali intelektualnie i organizowali się duchowo, gdyby nie to, że właśnie w drugiej połowie lat 60. doszło do ważnych rozstrzygnięć. Co to za rozstrzygnięcia - o tym za chwilę. Tymczasem przyjrzyjmy się innym przejawom determinacji podmiotowej.
Trzeci tom cyklu powieściowego Janusza Krasińskiego (Niemoc; 1999) przedstawia dalsze losy Szymona Bolesty - od chwili opuszczenia przez bohatera stalinowskiego więzienia w roku 1956 po rok 1968 (finał utworu zapowiada wypadki marcowe). Oto po odzyskaniu wolności Bolesta - tak jak sam Krasiński - podejmuje próby pisarskie. Jego doświadczenia jako literata - poety błyskotliwie debiutującego na łamach "Po prostu", autora opowiadań więziennych czy wreszcie "gorących" reportaży - składają się na najbardziej doniosłą warstwę problemową tej powieści, mówiącą o sytuacji pisarzy w drugiej połowie lat 50. i w dekadzie następnej. Niemoc, mimo pośrednictwa fikcji literackiej, jest spowiedzią, i to wypowiadaną w głębokim poczuciu winy. Owszem, narrator Krasińskiego dokonuje osądu epoki gomułkowskiej, powiadamia o tym, jak z roku na rok coraz mniej pozostawało ze swobód wywalczonych w Październiku, oddaje sprawiedliwość rzeczywistości, którą pilnie obserwuje, ale ów opowiadacz bynajmniej nie udaje, że istnieje gdzieś na zewnątrz, iż nie należy do świata, o którym opowiada. No właśnie... Bolesta wchodzi na drogę kariery peer-elowskiego literata. Za jaką cenę? Cóż, jest to cena naznaczona moralnym kompromisem, a właściwie zwykłym oportunizmem, zalecanym notabene przez ówczesne autorytety pisarskie. Bo oto na kartach Niemocy pojawia się między innymi Mistrz Julian (oczywiście należy w nim widzieć Przybosia), który młodszym kolegom po piórze dostarcza przykładu, jak układać sobie poprawne stosunki z partyjnymi nadzorcami kultury. Poza wszystkim jednak Krasiński dotyka w swej powieści sprawy o kapitalnym znaczeniu. Jak to się stało - pyta autor - że ludzie, którym udało się wyjść w jednym kawałku z ubeckich kazamatów i którzy nie powinni mieć żadnych złudzeń co do tego, w jakim kraju żyją, tak łatwo dali się kupić? A sprzedali się przecież najzupełniej świadomie. Dlaczego? Chyba dlatego - Krasiński daje zarys takiej odpowiedzi - że kij został zastąpiony niezwykle powabną marchewką. Być literatem w PRL-u to chwycić Pana Boga za nogi, to być na świeczniku i mieć cudowne poczucie siły i znaczenia. W końcu zjazdy pisarzy w latach 60. wizytują najwyżsi sekretarze, łącznie z Władysławem Gomułką, który - przemawiając na zjeździe w roku 1964 - mówi do zgromadzonych w Lublinie literatów: "W żadnym okresie naszej przeszłości pisarz nie miał tak wielkiego audytorium spragnionych prawdy i piękna, szlachetnych wzruszeń, widzów i czytelników, jak dziś, w warunkach stworzonych przez socjalizm". Był to miód na serca literatów - sugeruje Krasiński. I właśnie to poczucie władzy duchowej nad społeczeństwem, świadomość, że będąc peerelowskim pisarzem, jest się kimś lepszym, to dobra odpowiedź na pytanie, dlaczego Bolesta - po tym wszystkim, co widział i przeżył w ubeckich katowniach - dał się tak łatwo nabrać.
Nadrzędny sens Niemocy to właśnie oglądanie się za siebie równoznaczne z oglądaniem samego siebie ("jak byłem?"), w mniejszym zaś stopniu i niejako mimochodem - próba odpowiedzi na pytanie "jak było?". Jedyne, co w tej akurat wyprawie w przeszłość niepokoi, to ogromne, chyba przesadne, przywiązanie do determinizmu historyczno-politycznego. Bohaterowie Niemocy są tacy jak warunki, w których funkcjonują. Wydaje się, że Krasiński bez najmniejszych zastrzeżeń wpisuje się w pewien nurt myślenia o peerelowskiej przeszłości, w wątek chyba dominujący, jeśli idzie o wypowiedzi literackie pisarzy starszego pokolenia. Cóż to za wątek?
Najkrócej rzecz ujmując, idzie o myślenie w kategoriach ofiary, oczywiście ofiary bezlitosnej, opresywnej historii. Nie tylko Janusz Krasiński znalazł upodobanie w owym determinizmie. Równie wyraziście zjawisko to dochodzi do głosu w opowiadaniach Bogdana Madeja składających się na tom Półtraktat o lewitacji (1997), gdzie mamy do czynienia z "mocną", "twardą" i totalizującą znaczenia obecnością, a właściwie nadobecnością, historii. Tu każdy bohater, i to w siedmiu różnych opowiadaniach, jest - nieelegancko mówiąc - produktem trudnych i skomplikowanych czasów. Zrazu jest to "dziecko wojny", potem wychowanek szkoły stalinowskiej, a w kolejnych wcieleniach: młody budowniczy Polski Ludowej, entuzjasta Października, w opowiadaniu ostatnim zaś - ofiara dusznej, ponurej epoki końca lat sześćdziesiątych. Co prawda nie tak ostentacyjnie jak Krasiński, ale i autor Półtraktatu... daje do zrozumienia, że odwołuje się do własnych doświadczeń. Szkopuł w tym, że owe doświadczenia w niewielkim stopniu są "własne". Raczej "niewłasne", gdyż w zasadzie należą do historii. Stąd na przykład dzieciństwo sobowtórowego bohatera tej prozy (jako temat) istnieje o tyle, o ile można stematyzować wojenno-okupacyjną aurę. I dalej - czym byłyby perypetie młodego sportowca (Żydzi, Tatarzy, inni), zaopatrzeniowca (Prywatna rzecz Alfreda Cunga), poborowego (Wielka bitwa na trakcie do raju) czy wreszcie urzędnika w przemyśle budowlanym (Zmierzch w Bazylanach) bez "przygód", wybryków historii? Zapewne niczym. Tym samym Bogdan Madej podsuwa nam taką oto wątpliwość: kim jest bohater Półtraktatu o lewitacji, podmiotem czy przedmiotem (by nie rzec - nawozem) historii? Innymi słowy, kłopoty z istnieniem (w tym - z istnieniem w Peerelu) mają swe źródło zawsze na zewnątrz. Co tylko można (i jak tylko można), uniezależnia się tu od orzekającego o świecie podmiotu. Strategia ofiary, ów sprawdzony (zwłaszcza przez starszych pisarzy) tryb przywoływania i rozumienia przeszłości, ma się w prozie lat 90. całkiem nieźle.
Narrator Lasu Teutoborskiego (1995), powieści Jerzego Grundkowskiego, gdzie wspomniany tu tryb przywoływania przeszłości (strategia ofiary) został w pełni zaktualizowany, posługuje się obiegową metaforą łódki miotanej złowrogimi falami: "Co byśmy nie zrobili, fale i tak skierują nas, gdzie chcą. Przekonanie, że człowiek jest władny kierować własnym życiem, należy zaliczyć do najbardziej szkodliwych i otępiających iluzji. Społeczeństwo karmi nas tą brednią od dzieciństwa, aż uznajemy ją za swoją". W literackich przedstawieniach Polski Ludowej motyw osobistej odpowiedzialności za jakość owego "jak byłem?" (w PRL-u) na ogół tak właśnie jest rozwijany: po jednej stronie słaby, zdezorientowany człowiek, po drugiej - historia jako terrorystka, gwałcicielka lub co najmniej deprawatorka. Rzecz jasna, pojęcie "historia" to rodzaj skrótu myślowego. W istocie chodzi o zespół okoliczności politycznych, o zewnętrzne uwarunkowania, głównie społeczne lub środowiskowe, o całokształt spraw, które mogą być tematyzowane jako zjawiska sterujące losami bohaterów.
Powieści i opowiadania, które dałoby się podporządkować "strategii ofiary", łączy również to, że w utworach tych doświadczenie PRL-u, zwłaszcza, jeśli wolno tak powiedzieć, PRL-u politycznego, jest nie tylko totalizowane (hiberbolizowane), lecz także autonomizowane. Na przeciwstawnym biegunie znalazłyby się dzieła, w których doświadczenie politycznego PRL-u jest uniwersalizowane i wpisywane w inne porządki znaczeń. W różnym zresztą zakresie. Warto, jak mi się wydaje, wspomnieć o trzech takich książkach z lat 90.
I tak na wyróżnienie zasługuje powieść Izabeli Filipiak Absolutna amnezja (1995), w której jednym z elementów procesu "edukacji niesentymentalnej", ciągu wtajemniczeń, przez które przechodzi bohaterka tego utworu, Marianna, jest nabywanie - jak sama to nazywa - "świadomości politycznej". Laboratoria są tu dwa: echa strajku w Stoczni Gdańskiej i krwawych zajść w mieście oraz dom rodzinny Marianny pod despotyczną władzą ojca, występującego na kartach Absolutnej amnezji jako Sekretarz (od podrzędnej funkcji sprawowanej w aparacie PZPR-owskim). Lecz sprawy te układają się w gruncie rzeczy w wątek poboczny, stanowią dodatkowy kontekst w obrębie znaczeń zupełnie innego rodzaju - na przykład władza ojca i terror domowy przez niego podtrzymywany więcej mają tu wspólnego z władzą patriarchatu w rozumieniu feministycznym niż z despotyzmem partyjnie motywowanym. Obraz Peerelu wyłaniający się z tej powieści należy zatem do tła, jest składnikiem świata powieściowego, w którym rozgrywa się nadrzędny dramat edukacyjny: Marianna poszukuje praw rządzących światem, bacznie przygląda się postaciom ze swego otoczenia (matce, nauczycielce, mniej rówieśnikom) i na tej podstawie projektuje kształt swego przyszłego, dorosłego już, życia. Zdemaskowane przez nią uwikłania i wybory dorosłych łączą się z rzeczywistością polityczną, ale nie na zasadzie prostych zależności. Najkrócej tedy mówiąc, powieść Filipiak jest dobrą ilustracją zjawiska wchłonięcia doświadczeń PRL-u na drodze wprowadzenia tego tematu w krąg problematyki i szerszej, i chyba ciekawszej - psychologicznej, światopoglądowej, egzystencjalnej.
Bardziej skomplikowany wariant owej uniwersalizacji przynosi powieść Zbigniewa Kruszyńskiego Szkice historyczne (1996). Tytuł tego utworu wcale nie jest mylący - odniesienia do historii Polski Ludowej są jego bardzo ważnym składnikiem. Mamy tu do czynienia z próbą rekonstrukcji doświadczeń pokolenia ludzi urodzonych mniej więcej w połowie lat 50., a szczególnie eksponowanym wątkiem jest sprawa zaangażowania bohatera i innych osób ze środowiska uniwersyteckiego w działalność opozycyjną u progu lat 80. i w dniach stanu wojennego. Nie miejsce tu na streszczanie fabuły Szkiców historycznych, dość jednak powiedzieć, że bohater Kruszyńskiego dokonuje swoistego bilansu zysków i strat, usiłuje w dramatycznym momencie własnej biografii (jest więźniem stanu wojennego, skazanym za udział w konspirze) przyjrzeć się wcześniej dokonanym wyborom, ocenić je, zhierarchizować podług ważności i konsekwencji, jakimi obrodziły. Ów osobliwy rachunek sumienia wiedzie go ku banalnej w gruncie rzeczy rozterce: a może to nie ja, wybrawszy los opozycjonisty, człowieka zaangażowanego w słusznej przecież sprawie, mam rację, może racja jest po stronie bliskich zostawionych w potrzebie poza murami więzienia (żony, dziecka)? - zastanawia się bohater. Nie idzie tu wyłącznie o konflikt wartości, o przeciwstawienie tego, co publiczne, temu, co prywatne. Chodzi raczej o to, że doświadczenie PRL-u politycznego należy widzieć w odpowiedniej skali. Nie ma powodu, by sprawom politycznym i obywatelskim wyznaczać uprzywilejowaną pozycję. Najciekawsze jest jednak to, że obrachunków, o których tu mowa, nie dostajemy w formie gotowej, uporządkowanej. Przeciwnie - to zbiór "szkiców", które - tak naprawdę - nie układają się ani w biografię, ani w historię (wycinek historii PRL-u). Jeśli już w cokolwiek się układają, to raczej w opowieść o kłopotach z mówieniem zarówno o sobie, jak i o doświadczeniu ponadindywidualnym (pokoleniowym, historycznym). A zatem temat PRL-u jest tu uniwersalizowany nie tylko poprzez wpisanie tegoż tematu w dylematy obejmujące całokształt życiowych doświadczeń bohatera, ale przede wszystkim poprzez ujawnienie elementarnej trudności - braku wiarygodnego języka. Bo to język właśnie (matryce społecznej komunikacji, style wypowiedzi o przeszłości) wpycha podmiot mówiący w schematy opowieści "historycznej" czy pokoleniowej.
Kruszyński w Szkicach historycznych przedstawia ów nierówny pojedynek: z jednej strony podmiot, który chciałby powiedzieć coś o sobie i od siebie, a z drugiej - machina stylistyczno-językowa, która usiłuje pozbawić go własnego głosu. Czy można tę machinę zignorować? Oczywiście, że tak. Wówczas dostajemy dzieło - to trzeci przykład - takie jak Sny i kamienie (1995) Magdaleny Tulli. To przykład skrajnej uniwersalizacji, może najciekawszy, gdyż autorka oddaje w tej książce sprawiedliwość widzialnemu światu, nie poświęcając mu (wprost) żadnego słowa. Być może, jednym z powodów entuzjastycznego przyjęcia tej książki było to, iż autorka rozprawia się na jej kartach z utopią budownictwa socjalistycznego, wskazując nie na błędy "człowieka historycznego", lecz na ułomności tkwiące w naturze człowieka jako takiego - pychę, arogancję, przypisywanie sobie kreacyjnych talentów na miarę zmysłu Stwórcy, zwykłą głupotę. W poetyckim eseju o Warszawie Tulii nie dba o konkret czasu i miejsca. I chyba w tym tkwi siła tej opowieści.
Tymczasem wróćmy do miejsca, w którym rozstaliśmy się z powieścią Antoniego Libery. Pozwoliłem sobie na uwagę, że autor zapuszcza się w lata 60., bo to czas ważnych dla niego rozstrzygnięć. O co tu chodzi? Ano zapewne o udzielenie odpowiedzi na dość trudne pytanie: jak przetrwałem ten straszny czas, jak się zorganizowałem w PRL-u - w kraju, którego nienawidziłem niemal chorobliwie? Wedle Libery PRL to zło do potęgi, toteż tym wnikliwiej wsłuchujemy się w odpowiedź, jak można było przetrwać w rzeczywistości tak okropnej.
Można było po prostu uciec. Co prawda motyw ucieczki z więzienia zwanego PRL-em został w Madame wyeksponowany (głównie za sprawą tytułowej bohaterki, która o niczym innym nie marzy i wszystko podporządkowuje temu celowi), ale przecież ważniejsi są ci, którzy choć nie uciekli, to jednak przetrwali w zdrowiu i szczęściu. W jaki sposób? Schronienia udzielił mit Zachodu, a ściśle rzecz ujmując - zachodnia kultura. Życie jest gdzie indziej, tu zaś, nad Wisłą, istnieje duszne, nieznośne więzienie. Ale będąc w PRL-u, można być tam, gdzie nas nie ma, czyli na przykład nad Sekwaną. Właśnie w tym zakresie - jak wcześniej zasygnalizowałem - Libera opowiada o sobie, a przy okazji przedstawia historię części inteligencji polskiej, zwłaszcza artystycznej elity - było, nie było - peerelowskiego społeczeństwa. Również w zakresie, o jakim tu mowa, Madame poniekąd odzyskuje utraconą wiarygodność. Trudno bowiem zaprzeczyć, że tak sprofilowana opowieść wyraża prawdę o tamtej rzeczywistości, a właściwie o ludziach - wrażliwych, utalentowanych i kreatywnych - wrzuconych z wyroku metryki w peerelowski świat. To dzięki miłości do literatury i sztuki Zachodu - powiada Libera - proces sowietyzacji polskiego społeczeństwa, a przynajmniej jego elit, okazał się nieskuteczny. Trzeba było, jak chłopięcy bohater Madame, w odpowiednim czasie znaleźć dla siebie miejsce - uciec w język francuski i klasykę literatury światowej, w teatr i przyjaźnie z osobami mądrzejszymi do nas.
Nie zawsze jednak - należałoby dodać gwoli sprawiedliwości - "sposób na PRL", o jakim mowa w Madame, przynosił wyłącznie błogosławione skutki. Niekiedy efektem ubocznym tej metody była, niestety, schizofrenia. Na jej ślad trafić można w trakcie lektury powieści Lecha Majewskiego Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot Cudownej (1996). Bohater tego utworu co prawda ocalał w owym "schronie", ale wyszedł stamtąd jako człowiek duchowo okaleczony, jako ten, którego świadomość oblepiona została dziwną mieszaniną pojęć i obrazów, osób i fantazmatów. Widzimy go tedy jako człowieka zmagającego się z galerią upiorów, które nieprzerwanie go nachodzą: tytułowa B.B., ale też Gomułka z Cyrankiewiczem, Cézanne i tow. Jóźwiak z UB, Beatlesi i Caravaggio, Marylin Monroe i Picasso.
Kultura Zachodu to nie jedyny "schron" pozwalający - jakkolwiek dziwnie to zabrzmi - nie istnieć w PRL-u albo w najgorszym wypadku - istnieć połowicznie. W prozie lat 90. znajdziemy trzy inne kryjówki tego rodzaju. I tak bez wątpienia najbardziej malowniczy "schron" wybudował w swojej prozie Jerzy Pilch, szczególnie w powieści Tysiąc spokojnych miast (1997), której akcja rozgrywa się w pierwszej połowie lat 60. Okazuje się tedy - jeśli zaufać kreacji Pilcha - że istniały takie miejsca w PRL-u, do których miazmaty komunizmu nie miały dostępu. Tak jak gdyby trujące opary tamtego świata przesuwały się ponad szczęśliwą dolinką, w tym wypadku - doliną, w której leży miasteczko Wisła. Polska Ludowa swoje, a mieszkańcy polskiej luterańskiej enklawy swoje. Środowisko ewangelików zamieszkujących Śląsk Cieszyński - sugeruje Pilch - było doskonale impregnowane. Tu żadna peerelowska bzdura ani zepsucie nie miały dostępu. Dookoła świat się rozpadał i potworniał, natomiast w dolinie Wisły społeczno- -etyczny porządek, silne więzi rodzinne i małżeńskie, protestancka surowość obyczajów i nakaz, by po prostu zachowywać się przyzwoicie bez względu na okoliczności, ocalały po dziś (podobnie było w starszej o dwa lata powieści Pilcha Inne rozkosze, której akcja dzieje się po prawdzie współcześnie, ale też jakby poza czasem historycznym); wspomniany tu porządek nic sobie nie robi z kalendarza, jest wieczny jak góry okalające dolinę Wisły.
Tak więc Jerzy Pilch opowiedział jedną z najładniejszych bajek o PRL-u, a zarazem - co wiele wyjaśnia - bajkę o własnym dzieciństwie (chyba rzeczywiście najładniejszą spośród tych, jakie czytaliśmy w latach 90.). Ale uczynił coś jeszcze: znalazł świetny sposób na spacyfikowanie peerelowskiej przeszłości czy raczej na przepędzenie jej upiorów. Egzorcyzmuje ją (je) żartem. Bo przecież do świata odmalowanego w Tysiącu spokojnych miast wdziera się zło tamtego systemu, lecz jak tylko się wedrze - błyskawicznie oswajane jest żartobliwą anegdotą. W latach 90. wyraźnie zaznacza się to, co było zresztą do przewidzenia: komunizm w Polsce - po czasie, z perspektywy niespełna 10 lat - jest komunizmem w dykteryjce, zabawną opowiastką na kształt żarcików odnoszących się do epoki Franciszka Józefa.
Zjawisku nazwanemu tutaj ad hoc "komunizmem w dykteryjce" warto przyjrzeć się nieco uważniej, gdyż jest ono filarem innej konstrukcji wykluczającej (teza o nieobecności w PRL-u). Nim to jednak nastąpi, słów kilka o sprawdzonej, żywotnej co najmniej od końca lat 50., strategii unieważniania Polski Ludowej. Otóż w prozie lat 90. powraca - acz raczej bezwiednie - "mit lumpenproletariusza" (termin Jana Błońskiego) czy "etos lumpa" (pojęcie spopularyzowane przez Mieczysława Orskiego). Tyle że po roku 1989 ów "mit" czy "etos" daje się inaczej zinterpretować. Półświatek bowiem również dostarcza schronienia, pozwala nie istnieć lub istnieć połowicznie w świecie Polski Ludowej. Przed komunizmem (jak ongiś, np. w prozie lat 60.) ucieka się, wkraczając na drogę wykolejeńca, wybierając los outsidera. Dotyczy to zwłaszcza młodzieńców oddających się subkulturowym rytuałom: słuchaniu muzyki, piciu alkoholu, paleniu marihuany, nie kończącym się balangom i rozróbom, włóczęgom po mieście i po całym kraju. Obraz takiego funkcjonowania w PRL-u zawarł Andrzej Stasiuk w opowiastce Jak zostałem pisarzem. Próba autobiografii intelektualnej (1998). Dał tam niebywałą apoteozę wolności, autentyzmu i życia pozbawionego troski nie tylko o jutro, ale zgoła o cokolwiek. Życia, które przypadło na drugą połowę lat 70. i całą następną dekadę, kiedy to narrator-bohater Jak zostałem pisarzem oraz jego towarzysze swawoli, za nic mając peerelowską rzeczywistość, byli po prostu "szczęśliwi" ("Byliśmy ostatnim tak szczęśliwym pokoleniem"). Wizję tę uzupełnił wkrótce Jan Sobczak w powieści Dryf (1999), którą otwiera takie oto wyznanie: "W latach osiemdziesiątych żyłem w innej rzeczywistości". W innej, czyli jakiej? Wyłączonej, eksterytorialnej, do której polityczny PRL w ogóle nie miał dostępu, w rzeczywistości alkoholu i narkotyków, w świecie naznaczonym ucieczką przed szkołą i służbą wojskową, w rzeczywistości, którą z trudem i jakby od niechcenia kontrolowały organy porządkowe, notabene zajęte podówczas zupełnie czym innym - opozycją w podziemiu, niezależnym ruchem wydawniczym itd.
Ów świat młodzieńczego hedonizmu, uprawianego - jeśli wierzyć literaturze - w latach 80. na dużą skalę, bywa różnie oceniany: nostalgicznie i z czułością, jak u Stasiuka i Sobczaka, lub nader krytycznie, jak w powieści Krzysztofa M. Załuskiego Szpital Polonia (1999). W tym ostatnim utworze autor daje do zrozumienia, iż młodzi lat 80. wpadli w niezwykle groźny wir autodestrukcji. Ponieważ klimat społeczny był nieznośny, bez najmniejszych nadziei na lepsze jutro, a zapaść ekonomiczna faktem obezwładniającym, nie było innego wyjścia. Pozostawała - jesteśmy mniej więcej w połowie lat 80. - ucieczka w alkohol i rytuały, najwięcej mające wspólnego - co dość zabawne - z kontestacją typu bitnikowskiego czy hipisowskiego. Trudno zresztą istnieć w PRL-u, kiedy się rzadko trzeźwieje. Wówczas rzeczywistość znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jak na kartach Szpitala Polonia: "Dwudziestego drugiego lipca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego trzeciego roku we Władysławowie żadna ulica nie miała ani jezdni, ani chodnika. Nie miała także lewej i prawej strony ani naturalnie końca i początku (...). We Władysławowie czas najzwyczajniej nie istniał. I nie istniałaby również przestrzeń, gdyby nie pociągi, wpadające na peron nie wiadomo skąd".
Wracam do "komunizmu w dykteryjce". Trzeba powiadomić o jeszcze jednej metodzie unieważniania PRL-u. Okazuje się bowiem, że najzwyczajniej w świecie Polskę Ludową można było... przeczekać. Jak? Ano żyjąc wspomnieniami dawnej, przedwojennej świetności, najlepiej kresowej. W prozie lat 90. zjawisko to występuje w dwu wariantach: poważnym i przejmującym (np. w książkach Aleksandra Jurewicza) oraz krotochwilnym, który, jako bardziej niedorzeczny, bardziej rzecz jasna intryguje. U Jurewicza w Lidzie (1990) i minipowieści Pan Bóg nie słyszy głuchych (1995) gra się z czytelnikiem w otwarte karty: "Wziąłem za swoją czyjąś pamięć" - powiada narrator tej ostatniej. Oznacza to, że opowiadacz rozpoznaje rzeczywistość aktualną jako mniej atrakcyjną niż ta utracona. Jednak do tego, co utracone (kresowa Lida), dociera się poprzez zawłaszczenie pamięci starszych. We w pełni jawnym sposobie przywoływania kresowej przeszłości, jakim posługuje się Jurewicz, nie ma żadnych elementów hochsztaplerki. Co innego natomiast proponuje Włodzimierz Paźniewski jako autor powieści Skoro świt (1997). Utwór ten opowiada o wygnanych z Wilna bogatych mieszczanach, którzy po roku 1945 znaleźli się w Toruniu. Ich pomysł na przetrwanie w PRL-u polegał - najkrócej mówiąc - na tym, iż postanowili nie przyjmować do wiadomości faktu, że żyją w Polsce Ludowej. Nie tylko zaraz po przyjeździe "do gotyckiego skansenu nad Wisłą", ale i przez co najmniej trzy kolejne dziesięciolecia starzy i młodzi eks-wilniacy starali się funkcjonować tak, jakby nic się nie zmieniło. "Moją rodzinę - czytamy w Skoro świt - cechowało trzymanie fasonu i dbałość o styl bez względu na okoliczności". Zarówno członkowie tej rodziny, jak i znajomi "jeszcze stamtąd" oraz tacy też przyjaciele domu na co dzień przerzucają się setkami opowieści o wspaniałościach międzywojennego Wilna. O tym, co za oknem, nigdy nie dyskutują, a jeśli nawet któryś z przedstawicieli owego wileńskiego klanu rezydującego tymczasem (?) nad Wisłą, w drodze absolutnego wyjątku, splami się kolaboracją z czerwonymi, incydent oswajany jest właśnie przez figlarną anegdotkę; ma ów incydent ten sam status, co barwne opowieści dziadka traktujące o przygodach w przedrewolucyjnym Sankt Petersburgu czy Wiedniu przełomu XIX i XX wieku. Polska Ludowa wyłaniająca się z powieści Paźniewskiego to raptem niegroźny wybryk historii, dziwaczny epizod, który w zasadzie nie zrobił większego wrażenia na Polakach wyrzuconych z Wilna.
Nieco inny - rzekłbym: bardziej plebejski - wariant tej samej bajki o PRL-u przedstawia Marek Ławrynowicz w powieści Diabeł na dzwonnicy (1998). Tu również mamy narratora wsłuchującego się w dzieciństwie w opowieści snute przez "wilniuków". Po latach ten sam opowiadacz zdaje sprawę z tego, co usłyszał. Najważniejszymi dostarczycielami barwnych, przezabawnych historyjek są, oczywiście, dziadkowie. Oni to, a zwłaszcza dziadek Józef, widzą świat oczami Szwejka. Kolejne nieszczęścia, rozpoznawane przez wielu jako okrucieństwa XX wieku, tutaj układają się w antologię żarcików związanych z I i II wojną światową, koniecznością opuszczenia Wileńszczyzny przez Polaków, wreszcie - co nas najbardziej interesuje - z przypadłością zwaną Polską Ludową. Jaki płynie z nich morał? Ano taki, że okrutna polityka i równie bezwzględna historia na dobrą sprawę nie mają dostępu do porządku egzystencji, iż przywiązanie do życia i zdrowego rozsądku, podszyte ludowym sprytem, zawsze zwycięży. Owszem, od czasu do czasu pojawiają się na tych "widokówkach z tamtego świata" (Paźniewski, Ławrynowicz) elementy złowrogie i niepokojące, mignie na chwilę ubek, partyjny aktywista bądź ktoś równie niesympatyczny, ale ową niepożądaną obecność szybko przemienia się w żart, co jest o tyle łatwe, że owe persony-znaki PRL-u charakteryzowane są w jednaki sposób: funkcjonariusz peerelowski to, prawie bez wyjątku, idiota i/lub miernota, osobnik godny raczej politowania niż zasługujący na to, by się go bać.
Skoro mowa o przywoływaniu przedwojennej świetności, warto przyjrzeć się równie intrygującemu problemowi przejścia od PRL-u do III RP. Powiedzmy to wprost: z tym akurat problemem prozaicy lat 90. zupełnie sobie nie poradzili. No, chyba żeby potraktować poważnie rozwiązanie zaproponowane w powieści Hanny Kowalewskiej Tego lata, w Zawrociu (1998), a zarazem wygłosić pochwałę literatury obiegu popularnego, która nie tylko doskonale przechowuje wszelkie stereotypy, utrwala obiegowe mniemania na temat peerelowskiej przeszłości, ale przede wszystkim - i za to ją kochamy! - udziela niezwykle prostych odpowiedzi na najtrudniejsze nawet pytania. Tak więc jak jest/było możliwe przejście od Ludowej do Najjaśniejszej? Kowalewska rozwiązuje ten problem, posługując się motywem przestrzeni: w PRL-u bohaterka jej powieści mieszkała w okropnym socjalistycznym bloku, wraz z nastaniem III RP przeniosła się do dworku szlacheckiego, rodowej siedziby odziedziczonej po zmarłej babce ("Przestrzeń! Dużo przestrzeni! Znajdująca się na górze sypialnia była dwa razy większa od mojego pokoju w bloku".). Ponadto odkryła to, czego się wcześniej tylko domyślała. Że przez wszystkie lata PRL-u zachowała się "lepszość" przedwojennego, ziemiańskiego świata ("To nie była garderoba kobiety żyjącej w tandetnej, socjalistycznej Polsce. Nie ten zapach, nie ten styl, nie te tkaniny".). Jakim cudem ziemianie z powieści Kowalewskiej przetrwali komunizm? Ano - jak to bywa w literaturze tego rodzaju - dzięki potędze miłości. Matylda, bohaterka Tego lata..., wertując pozostawione w dworku papiery (zwłaszcza pamiętniki dziadków), dowiaduje się o Feliksie, niespełnionym kochanku babki. Przed laty na drodze Feliksa i Aleksandry (babki) stanęły przeszkody klasowe: on - syn chłopa, ona - należąca do środowiska ziemiańskiego. Po wojnie Feliks został aktywistą partii komunistycznej i, choć Aleksandra była już żoną innego, Feliks otoczył opieką dworek w Zawrociu, a także sprzyjał karierze lekarskiej swego dawnego rywala, Maurycego. Dzięki protekcji komunisty Feliksa stare szlacheckie gniazdo - zupełnie wyjątkowo - nie poddało się przemianom ustrojowym i mogło przetrwać w niezmienionym kształcie aż do lat 90.
Z tym samym problemem (z PRL-u do III RP) usiłuje sobie poradzić Paweł Huelle w opowiadaniu Ulica Polanki z tomu Pierwsza miłość i inne opowiadania (1996). Pisarz wychodzi od konkretu rodzinnego (autobiograficznego) - jego pradziadek bywał na audiencjach u Franciszka Józefa, dziadek z kolei zaszczycał swą obecnością bale u prezydenta Mościckiego, jest więc czymś oczywistym (tego chce logika ciągłości), że ostentacyjnie niefikcjonalny bohater tego opowiadania, czyli sam Paweł Huelle, przyjmie zaproszenie na bankiet w ogrodach domu urzędującego podówczas prezydenta, Lecha Wałęsy. O tym, by wziąć udział w balu urodzinowym pana prezydenta, zdecydowała powtarzalność zdarzeń, sztafeta pokoleń: bywali protoplaści, to i ja się stawię - powiada Huelle. Byłby to zatem wariant przejścia od II RP do III RP bardziej fantastyczny niż u Kowalewskiej, bo z pominięciem PRL-u. Nawiasem mówiąc, w opowiadaniu Ulica Polanki, osadzonym przecież w gdańskich realiach, pojawia się dzisiejszy prezydent, a swego czasu studencki aktywista działający na Uniwersytecie Gdańskim. Z punktu widzenia narratora tego utworu lokatora z ul. Polanki legitymizuje i "osadza w historii" kontynuacja tradycji rodzinnej (pamięć o przodkach Huellego), racją istnienia dzisiejszego lokatora Pałacu Prezydenckiego - powiada gdański autor - jest kłamstwo, demagogia i muzyka disco polo.
I znów - po raz ostatni - wracam do Madame Libery, gdyż powieść ta podrzuca jeszcze jeden, niezwykle intrygujący problem do przedyskutowania. Zapytajmy: co się dzieje wtedy, gdy powrót do peerelowskiej przeszłości jest jednocześnie powrotem do "genialnej epoki", kraju lat dziecinnych? Czyżby to oznaczało, że mamy wówczas do czynienia z - by tak rzec - podejrzaną i "niecenzuralną" Arkadią? Wypowiedź literacka utrzymana w poetyce wspomnieniowo-nostalgicznej rządzi się przecież własnymi prawami. Cóż ją (tę wypowiedź) obchodzi komunizm, cóż po PRL-u, skoro idzie o sprawę tak doniosłą jak wyprawa w poszukiwaniu straconego czasu? Co wtedy? Libera unieważnia tę wątpliwość. Wyposaża swą powieść w motto z Eklezjasty: "Nie mów: Jak to jest, że dni dawne były lepsze niż te, co są teraz? Bo nie z mądrości zapytujesz o to" - po czym umieszcza historię ucznia zakochanego w nauczycielce w ramie składającej się z dwu oznajmień: "Przez wiele lat nie opuszczało mnie wrażenie, że urodziłem się za późno" (to zdanie otwierające Madame). I przeczące pierwszemu zdanie drugie: "Przemknęło mi tylko przez myśl, kiedy chowałem pióro, że może jednak wcale nie urodziłem się za późno" (to zamknięcie opowieści). Wszyscy, którzy czytali tę powieść, wiedzą, że świat młodości bohatera Madame (no i samego Antoniego Libery) nie jest bynajmniej przywoływany z czułością i rozrzewnieniem. Wręcz przeciwnie!
Na tle powieści i opowiadań z lat 90. stanowisko Libery jawi się jako wyjątkowe, jeżeli nie wręcz odosobnione. Bo kiedy dochodzi do targu, podczas którego opowiadacze kładą na jednej szali swoje dzieciństwo i wczesną młodość, a na drugiej świat PRL-u, to waga właściwie zawsze przechyla się w stronę tego pierwszego, czyli bezpowrotnie utraconego. Nostalgia górą! - wolno zawołać. Oczywiście, powstaje problem, jak ten werdykt umotywować. Można na przykład powołać się na "mój/nasz czas", jak to uczynił narrator powieści Stanisława Esden-Tempskiego Kundel (1999): "Pragnęliśmy żyć poza historią. Wydawało się nam, że samo nasze istnienie jest dostatecznie ważne, by od tej chwili zaczynał się nasz czas. Beatlesi bardzo nam w tym pomagali". Można bez ogródek, nader prostolinijnie, jak Andrzej Stasiuk w Białym kruku (1995): "W drugim roku panowania Edwarda miałem jedenaście lat. (...) Cała polityka gówno mnie obchodziła i Gierek mógł się nazywać Bierut albo nawet Czomba". Niekiedy zaś przypływ nostalgii przechodzi w dramatyczny apel, głos wołającego na puszczy, i to niekoniecznie wykrzyczany teraz, w latach 90. Bolesną stratę - jeśli zaufać narratorowi Seansu (1997) Witolda Horwatha - odczuwa się szybko, już po kilku latach, a co najważniejsze - niepodobna tego wołania umotywować inaczej niż konstatacją, że wołającemu było najlepiej w słodkich latach 70. Tak więc na początku lat 80. - powiada bohater Seansu - "Napisałem (...), choć oczywiście nie wysłałem, list do Gierka z prośbą, żeby wrócił do władzy i na nowo zarządził lata siedemdziesiąte, lata długich włosów, rozszerzanych spodni, sobotnich prywatek przy Black Sabbath, Uriah Heep, Led Zeppelin i algierskim winie gellala. Panie Edwardzie - zwracałem się do niego poufale jak sam Iwaszkiewicz - epoka, która wiąże się z pańskim nazwiskiem, była moją epoką i innej podobnej już nie będę miał, więc może (a co nam szkodzi?) przeżyjemy to jeszcze raz".
W porządku, możemy podążyć za nauką Eklezjasty, czyli stać na stanowisku, iż pytanie, gdzież się podziały niegdysiejsze śniegi, bierze się z serca, nie zaś z rozumu, że rozterka ta pod mazgajstwo podpada itd. Ale co zrobić wtedy, gdy nostalgię wzmacniają argumenty odnajdywane w rzeczywistości aktualnej, wtedy, gdy czułe wspominanie Ludowej jest jednocześnie krytyką Najjaśniejszej? Tego Antoni Libera, rzecz jasna, nie przewidział. Zaglądam do opowiadania Włodzimierza Kowalewskiego Rude włosy nocą z tomu Powrót do Breitenheide (1997) i trafiam na taką oto refleksję:

Siedząc w klubie "Imperial", nie gadało się o Gierku, zniewoleniu, Rosji ani też o szarzyźnie, cenzurze i lichutkich sklepach. W dymie smakujących jak poszatkowana tektura ekstramocnych i carmenów, które każdy wtedy palił, trwała licytacja szpanów: Cortazar, Jung, Kępiński, Camus, Marcuse i Wojaczek, i nowe amerykańskie kino - Strach na wróble, Taksówkarz, Nocny kowboj. Pomiędzy jednym a drugim haustem "grudziądza" ze stożkowatych butelek, dziesiątkami zastawiających blaty, snuto doniosłe rozważania o tym, czy kontestacja może doprowadzić do triumfu woli, czy upadek jest warunkiem dostąpienia świętości, czy pożądanie seksualne to przejaw Boskiej wielkości, czy złośliwości? Nikt nie odczuwał głęboko śmierci Pyjasa. Mało co wiedziano o KOR-ze, opozycji, podziemnej prasie. Czasami ktoś opowiadał mit z marca sześćdziesiątego ósmego, jak to studenci sikali z parapetów na milicję szturmującą akademik, raz była to "piątka", kiedy indziej "ósemka" na Bielanach. Czas płynął klarownie i przejrzyście.

Owa refleksja nie pojawia się tu bezinteresownie, nie jest zwyk-łym (?) przywoływaniem "genialnej epoki", podejmowanym dla samego rozmarzenia, z mazgajstwa, czyli z podszeptów nostalgii, lecz pojawia się po to, by cudowne lata 70., lata studenckie bohatera tej narracji, ostro skonfrontować z rzeczywistością lat 90. To właśnie w nowej Polsce nie może się odnaleźć ów bohater, a to dlatego, że nie radzi sobie w rzeczywistości przesiąkniętej cwaniactwem, bezwzględną walką o pieniądze, krętactwem. Mniej więcej to samo mówi Stasiukowy narrator w Jak zostałem pisarzem oraz w powieści Dziewięć (1999). W tym pierwszym utworze pisarz przedstawia cały szereg argumentów przemawiających za tezą o - wspomnianym już - "ostatnim tak szczęśliwym pokoleniu". "Szczęśliwe", gdyż nie dotknięte piekłem kapitalizmu i mentalności obowiązującej w III RP. "Kiedyś w ogóle było inaczej. Wszyscy to mówią" - czytamy w Jak zostałem... Inaczej, to znaczy jak? Na przykład tak: "My zasadniczo nie popełnialiśmy poważnych przestępstw. A już na pewno nie z chęci zysku. Do głowy nam by nie przyszło, że możemy splamić się jakimś zyskiem". Ale nie tylko o piekło kapitalizmu w tej książce chodzi. Aż do końca lat 80. - powiada Stasiuk - można było bez obaw o własne życie lub zdrowie włóczyć się po Warszawie, bójki nie były tak brutalne jak dziś, oszustwo nie tak pospolite, szlachetność i bezinteresowność łazików i rozrabiaków były powszechną normą, "Wszędzie było blisko. Nikomu się nie spieszyło. Wpadało się do kogoś na chwilę i wychodziło rano. Spróbujcie coś takiego wykonać dzisiaj". Podobne wątki odnaleźć można w Dziewięć, gdzie Stasiuk próbuje między innymi uchwycić moment rozpadu (rzecz się dzieje na początku lat 90.) dawnego (lepszego!) świata, w którym jeszcze możliwe były silne więzi przyjaźni i solidarności, łączące "chłopaków" z warszawskich przedmieść. Przy czym - powiedzmy to otwarcie - Stasiuk nie jest w tej materii demagogiem, raczej skrupulatnym kronikarzem, który powiada: oto świat się zmienił (niekoniecznie na lepsze). W każdym razie trudno postawić akurat tę nostalgię za Peerelem w jednym szeregu z demagogią przebraną (zapewne dla lepszego efektu perswazyjnego) w kostium political fiction, z jaką przyszedł do nas Edward Redliński jako autor Krfotoku (1998).
Zapytajmy na koniec, jak peerelowską przeszłość przywołują najmłodsi, czyli ci, którzy ledwo ją pamiętają. Oto na przykład narrator debiutanckiej powieści Mariusza Sieniewicza (Prababka; 1999) próbuje zrekonstruować świadomość bohatera, który w chwili ogłoszenia stanu wojennego był "chłopcem w rajstopkach": "Cała telewizja skoszarowana. Nawet ten, który dotychczas tak ładnie się uśmiechał i zapraszał na dobranockę, założył mundur i patrzył przez ekran wzrokiem kaprala. Bajki niestety nie obejrzał (roboty ze świnią huk, matka zagoniła go do kręcenia przy kiszkach), czego żałował najbardziej, bo chciał zobaczyć Reksia w mundurze pułkownika, Bolka i Lolka w hełmach i z kałaszami, Uszatka jako dowódcę obrony przeciwlotniczej z pancerfaustem w łapie. Zdążył jedynie zobaczyć Ślepego". Schyłek PRL-u - bo tylko ten fragment przeszłości w wypadku najmłodszych wchodzi w rachubę - wchłaniany jest, co zrozumiałe, przez narracje wspomnieniowo-nostalgiczne. Prawdopodobnie, na co wskazują już dzisiejsze debiuty, zjawisko "ubajkowienia" obrazu PRL-u będzie się nasilało. Dziecięca wyobraźnia rządzi się przecież własnymi prawami i trudno mieć do niej pretensje. Łatwo natomiast zgadnąć, że na dużą skalę da znać o sobie zjawisko emblematyzowania peerelowskiej rzeczywistości. Już teraz pojawiają się, pisane przez autorów młodych (tzn. urodzonych u schyłku lat 70.), teksty prozatorskie, w których błąkają się smętne ikony tudzież inne znaki z socjalistycznego imaginarium. Jak na przykład postać dzielnego milicjanta, kapitana Żbika, w jednym z opowiadań Łukasza Gorczycy składających się na tom Najlepsze polskie opowiadania (1999). Jeszcze łatwiej zgadnąć, a właściwie wypowiedzieć myśl najzupełniej oczywistą, iż żywotność i atrakcyjność tematu wkrótce ostatecznie się wyczerpią. Po prostu na literacką scenę z wolna wstępują pokolenia, dla których Polska Ludowa to fenomen znany wyłącznie z lekcji historii.

3. Pora na wnioski czy - nieco ostrożniej - prowizoryczne uogólnienia. Po pierwsze, na palcach jednej ręki można policzyć książki z lat 90., które w całości traktują o latach istnienia Polski Ludowej czy też w całości mówią o "politycznym PRL-u". Cykl powieściowy Janusza Krasińskiego wydaje się pod tym względem cennym wyjątkiem. Ważna jest również wypowiedź literacka Antoniego Libery, co poniekąd tłumaczy fakt, iż właśnie Madame poświęciłem tu najwięcej uwagi. Po wtóre, co z kolei stało się lejtmotywem niniejszych rozważań, jestem głęboko przekonany, że zjawisko "proza lat 90. wobec PRL-u" widzieć trzeba w perspektywie podmiotowej, drążyć, nawet za cenę złamania konwencji lekturowej, figurę autora tak czy inaczej wpisanego w dzieło. Z prostego powodu - peerelowską przeszłość przywołuje się (i pewnie nadal będzie się przywoływało) przede wszystkim po to, by sformułować odpowiedź na pytanie "jak byłem?" (w PRL-u), poniekąd kosztem pytania "jak było?" (tamże). I wreszcie, po trzecie, polityka i najnowsza historia (w skrócie: doświadczenie PRL-u) pojawiają się w prozie lat 90. niejako na marginesie zupełnie innych spraw. Wskazałem raptem na kilka opowieści, w których doświadczenie PRL-u zostało wchłonięte przez inne, uprzywilejowane przez autorów tematy. Tymczasem lista książek podpadających pod to kryterium (PRL w tle) jest ogromna i w zasadzie pokrywa się z listą utworów prozatorskich ogłoszonych w latach 90., których fabuły osadzono we współczesnych realiach. Ponadto zjawisko uniwersalizowania doświadczenia PRL-u dominuje nad zjawiskiem odwrotnym - autonomizowania tegoż doświadczenia. Być może, jest to dobra wskazówka dla krytyków zajmujących się literaturą najnowszą, którzy z ubolewaniem konstatują, iż dzisiejsi prozaicy unikają tematów prawdziwie doniosłych (w domyśle: odwracają się od spraw polityki i historii najnowszej). Otóż wszystko wskazuje na to, że nie tyle unikają, ile podejmują te tematy nie wprost, mimochodem, cząstkowo. Myślę jednak, że z owych pojedynczych, artykułowanych na marginesach, wypowiedzi literackich dałoby się ułożyć, przynajmniej teoretycznie, Wielką Narrację, z której wszelako nie byłoby żadnego pożytku, gdyż w pierwszej kolejności - mnożąc za każdym razem odmienne historie - poinformowałaby nas ona o tym, że nie ma Jednej Prawdy o latach istnienia Polski Ludowej. Brzmi to nad wyraz banalnie, ale też żadna inna konkluzja nie wchodzi w rachubę: tyleż PRL-ów, ilu opowiadaczy.
Już zupełnie na koniec jedno usprawiedliwienie. Otóż nie zająłem się w tym szkicu dziełami, które być może dostarczyły najlepszych "widokówek z tamtego świata", tyle że, gdyby ściśle rzecz rozpatrywać, należałoby je zaliczyć do nurtu non-fiction. Mam na myśli przede wszystkim dwie książki z Gdańska, notabene spinające klamrą dziesiątą dekadę, bo też u jej początku dostaliśmy Krótką historię pewnego żartu (1991) Stefana Chwina, całkiem zaś niedawno Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy Jerzego Limona (1999). To oczywiście całkowicie "prywatne" historie PRL-u - pierwsza z nich obejmuje lata dzieciństwa autora (lata 50.), druga za to pełne 45-lecie Polski Ludowej. Wspominam o nurcie prozy dokumentu osobistego, ponieważ spodziewam się, że na tym polu dojdzie w najbliższej przyszłości do najciekawszych rozstrzygnięć. Nie bardzo wierzę w kreacje literackie traktujące o peerelowskiej przeszłości, natomiast wielkie nadzieje wiążę z - literacko uatrakcyjnionym, z wdziękiem ubranym w formę - pamiętnikarstwem. Jeśli rzeczywiście chcemy otrzymywać "widokówki z tamtego świata", to po prostu sami je wysyłajmy.

DARIUSZ NOWACKI, ur. 1965, krytyk literacki, asystent w Instytucie Polonistyki Uniwersytetu Śląskiego, redaktor kwartalników "Opcje" i "Fa-art". Wydał: Zawód: czytelnik (1999).

   1998-2000 Verbanet s.c.