70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Nowa ukraińska fala

Dziś coraz więcej osób przyjeżdża do Polski ze wschodu i południa Ukrainy. Z milionowych miast, takich jak Charków, Donieck, Dniepr. Są to przeważnie ludzie z wyższym wykształceniem, o dobrych kwalifikacjach zawodowych, którzy nie uciekają od bezrobocia, lecz szukają wyższych płac w swoich branżach i lepszych warunków życia.

Roman ma salon fryzjerski na poznańskich Jeżycach i nożyczki w kolorze ukraińskiej flagi na zdjęciu profilowym na  Facebooku. W przerwie między nałożeniem farby a umyciem głowy klientce mamy czas na rozmowę. – Byłem Ukraińcem w Polsce, zanim to stało się modne – uśmiecha się na wstępie szczupły 35-latek. Gdy tu przyjechał, Ukraińców w stolicy Wielkopolski można było policzyć na palcach jednej ręki. Dziś ukraiński i rosyjski na ulicach nikogo w Poznaniu nie dziwią.

Roman opowiada o dzieciństwie w Kołomyi na malowniczej Huculszczyźnie, które, choć wydarzyło się w chudych latach 80., wspomina z rozrzewnieniem i czułością. Nigdy nie myślał o sobie w charakterze emigranta. Do Polski pierwszy raz trafił w 1999 r., zaraz po osiągnięciu pełnoletności. Trzy miesiące na malinach w okolicach Lublina przyniosły mu dobre wspomnienia: pracodawcy okazali się w porządku, warunki życia znośne. Poznał przy okazji polskich kuzynów ze strony prababci. Mówił po polsku i w Polsce czuł się prawie jak u siebie.

Mimo to o wyjeździe na stałe ani myślał. Wrócił do Kołomyi, rok żył z dorywczej pracy, głównie fizycznej, spełniał się towarzysko, aż zdrowy rozsądek przemówił mu do rozumu: trzeba było wreszcie pomyśleć o przyszłości.

Wtedy zdecydował, że pójdzie do seminarium. Od małego służył do mszy, miał kontakt z chrystusowcami. Spakował rzeczy i tego samego dnia ruszył do Poznania. Do Wyższego Seminarium Duchownego Towarzystwa Chrystusowego dla Polonii Zagranicznej przyjechał bez zapowiedzi. Zostawił przełożonym załatwienie formalności tymczasowego pobytu. Marzył, że po święceniach będzie pracować w parafiach na Ukrainie.

Za murami seminarium spędził siedem lat: po dwóch latach nowicjatu rozpoczął studia teologiczne. Po pięciu następnych zdecydował, że to nie jest droga, której mógłby się oddać w pełni. Zrezygnował.

Wciąż był pewny, że wróci na Ukrainę. Lecz najpierw postanowił zdobyć fach, bo świecki absolwent teologii katolickiej miał małe szanse na znalezienie pracy w Kołomyi. Ktoś poradził mu szkołę fryzjerską. W salonie, gdzie miał praktyki, zarazili go zawodową pasją. Chciał otworzyć stylowy salon w swoim mieście, ale poznał przyszłą żonę, rodowitą poznaniankę.

Dla niej zamienił kartę tymczasowego na kartę stałego pobytu (w załatwieniu formalności pomogły polskie korzenie po prababce).

Gdy skończył 30 lat, pomyślał o własnym salonie. By ułatwić sobie prowadzenie biznesu, złożył wniosek o obywatelstwo. Procedura była prosta: zdał ustny i pisemny egzamin z polskiego, dostarczył wymagane dokumenty. Po niespełna roku otrzymał dowód osobisty. Założenie firmy również okazało się nietrudnym zadaniem. Kredyt na rozruch – zamiast w banku – zaciągnął u znajomego.

– Najważniejsze w tej branży jest takie opanowanie języka, które pozwala na swobodny kontakt z klientem – mówi Roman, gdy pytam o trudności. – Tego nie załatwi żaden egzamin. To umiejętność, którą nabywa się z czasem. Były robotnik sezonowy dziś sam zatrudnia. Także Ukraińców. Choć zadomowił się w Polsce, jest zaangażowany w sprawy Ukrainy.

Eklektyczna tożsamość

Historia Romana, jeśli pominąć wątek seminarium, jest charakterystyczną drogą dla pierwszej fali Ukraińców w Polsce. Od lat 90. przyjeżdżali do nas głównie mieszkańcy zachodniej Ukrainy, zaznajomieni z językiem, z którym mieli styczność w stowarzyszeniach polonijnych lub kółkach parafialnych. Przyjeżdżali z mocnym postanowieniem powrotu do siebie.

Związki z polską kulturą nie przeszkadzały bowiem czuć się Ukraińcem. Tożsamość eklektyczna to taka, w której różne dziedzictwa etniczne, religijne, kulturowe nakładają się na siebie jak przeźrocza, tworząc bogatą mapę pogranicza.

Tak było z Oksaną. Dzieciństwo spędziła we Lwowie, mówiła w trzech językach. Jej mama, historyczka sztuki, choć sama wychowała się w rosyjskojęzycznej rodzinie, z córką rozmawiała po polsku. Uczyła ją historii przedwojennego Lwowa, ale też pokazała niezwykły świat rosyjskiej literatury. Od babci dziewczynka najczęściej słyszała ukraiński. Dziś Oksana nie umiałaby określić, jaka płynie w niej krew. Nauczyła się czerpać z bogactwa kulturowego, które dostała w dziedzictwie od przodków.

Opuściła Lwów w 1995 r. Mimo ogromnej konkurencji zdobyła stypendium rządu polskiego, które pozwoliło jej studiować ekonomię w Krakowie. Jednak dopiero Warszawa – rozwijające się międzynarodowe miasto – stała się jej domem. Przeniosła się do Szkoły Głównej Handlowej. Odnosiła sukcesy w nauce, po obronie dyplomu nie aplikowała jednak do prestiżowych korporacji. Czuła się gorsza niż jej rówieśnicy z Polski – pełna lęków, obaw, kompleksów, które maskowała wyuczoną przebojowością. Wewnętrzna siła pchała ją do przodu. Zatrudniła się w polsko-niemieckiej firmie logistycznej. Odpowiadała za państwa byłego ZSRR – dzięki „eklektycznej tożsamości” nawet w Kazachstanie, dokąd woziła niezliczone ilości mięsa, czuła się swojsko. Zachodnie koncerny dopiero wchodziły na tamte tereny, logistyczne schematy trzeba było tworzyć od zera. Obudzona w środku nocy, w tej samej sekundzie potrafiła wyrecytować, jakie towary ma na torach, jakie w tirach oraz gdzie które się w tej chwili znajdują. Napędzała ją walka o byt. Wiedziała, że musi zapewnić bezpieczeństwo sobie i mieszkającej we Lwowie mamie. Ceną za finansową niezależność był permanentny stres. Logistyka, opowiada Oksana, to „męski” biznes, gdzie lało się dużo alkoholu. Po 10 latach uznała, że może trochę zwolnić.

Sukces, który osiągnęła, pozwolił jej poczuć się pewniej. Wysłała CV do jednej z topowych korporacji, których tak bała się zaraz po studiach. Przyjęto ją. Zaczęła od najniższych szczebli kariery, by wdrożyć się w branżę medyczną. Cieszy się, że ma pracę z misją: innowacje medyczne, które przedstawia polskim szpitalom, pomagają pacjentowi szybciej wrócić do zdrowia po operacji. Dodatkowo szkoli menedżerów, ćwiczy techniki oddechowe, bo wierzy, że zrelaksowany szef to szczęśliwsi pracownicy.

Dziś, gdy ktoś ją pyta, skąd ma tak oryginalne imię, mówi z dumą, że pochodzi ze Lwowa. Jej pochodzenie nie odgrywa już żadnego znaczenia w życiu zawodowym. Na 40. urodziny planowała wynajęcie wesołego autobusu, by zawieźć polskich przyjaciół do miasta dzieciństwa, ale planom tym przeszkodziła wojna na Ukrainie.

Najważniejszy jest język

Majdan, wojna i towarzyszący jej głęboki kryzys ekonomiczny na Ukrainie spowodowały duże zmiany również w Polsce.

– Od 2014 r. zmieniła się geografia ukraińskiej migracji – mówi Myrosia Keryk, prezeska Fundacji Nasz Vybir (Nasz Wybór) z Warszawy. – O ile we wcześniejszych latach dominowali przybysze z mniejszych miejscowości z zachodniej Ukrainy, o tyle dziś coraz więcej osób przyjeżdża ze wschodu i południa. Z milionowych miast, takich jak Charków, Donieck, Dniepr. Są to przeważnie ludzie z wyższym wykształceniem, o dobrych kwalifikacjach zawodowych, którzy nie uciekają od bezrobocia, lecz szukają wyższych płac w swoich branżach i lepszych warunków życia. Kiedyś dominował ruch wahadłowy – ludzie przyjeżdżali na tymczasowy zarobek, po kilku miesiącach wracali do siebie, by przyjechać znów, gdy skończą się oszczędności. Siłą rzeczy byli zatrudniani do prostych prac fizycznych. Teraz, sądząc po osobach, które się do nas zgłaszają, Ukraińcy myślą o Polsce jak o stałym miejscu zamieszkania. Nawet jeśli zaczynają od pracy fizycznej, planują swoją zawodową przyszłość. Inwestują w kursy językowe, studia, podyplomówki. Inaczej niż kiedyś, przyjeżdżają tu całymi rodzinami.

Anton, 27-letni programista, większość swojego życia spędził w Ługańsku. Tam się ożenił, pracował w dość dużej firmie informatycznej. Był zadowolony z życia. Do 2014 r. emigracja nie przeszła mu przez myśl.

Kiedy w centrum jego miasta pojawili się separatyści w sowieckich czapkach uszatkach, z rosyjskimi flagami w rękach, Anton miał jeszcze nadzieję, że cała awantura rozejdzie się po kościach. W maju ogłoszono referendum i proklamowano samozwańczą Ługańską Republikę Ludową. Transport łączący miasto z resztą Ukrainy wciąż jeszcze kursował regularnie, ale już chodziły słuchy, że separatyści strzelają do opuszczających Ługańsk samochodów osobowych.

Żona Antona była w ciąży. Ten fakt przyspieszył decyzję o wyjeździe. Firma, w której pracował, miała filie w różnych miastach Ukrainy. Młodzi nie przepadali za Kijowem. Winnica i Odessa były zbyt blisko Donbasu. Postanowili wyjechać możliwie najdalej na zachód. Tym sposobem wyprowadzili się do Użhorodu na ukraińsko-węgiersko-słowackim pograniczu, choć nigdy wcześniej nie byli w Karpatach (Anton przez pierwsze ćwierćwiecze swojego życia nie wyjeżdżał dalej niż do Kijowa).

– Trafiliśmy w oddzielny mikroświat, ze swoim narzeczem, pełnym węgierskich zwrotów, które trudno nam było zrozumieć. Przez pierwsze tygodnie nie mogliśmy wyjść z kulturowego szoku – wspomina.

Myśleli, że po trzech miesiącach wrócą do Ługańska. Czekali, aż nowa władza w Kijowie zrobi porządek z separatystami. Ale wkrótce w Donbasie wybuchła prawdziwa wojna. Dołączyli do nich rodzice. Teściowie Antona, którzy do aneksji mieszkali na Krymie, sprzedali mieszkanie w Jałcie, kupili w Użhorodzie.

W 2015 r. Anton zrozumiał, że opuścili Ługańsk na zawsze. Nie chciał zostać na Zakarpaciu – nie podobały mu się lokalne porządki. Bał się mówić, skąd pochodzi, miejscowi różnie reagowali na przybyszów z Donbasu.

Myślał o wyjeździe na Zachód Europy, ale żona słabo mówiła po angielsku, uznał, że łatwiej jej będzie nauczyć się polskiego. Znalezienie pracy dla programisty nie było żadnym problemem. Anton pojechał do Lwowa na rozmowę kwalifikacyjną w agencji rekrutacyjnej. Wrócił z trzema ofertami z Krakowa, Łodzi i Poznania. Na początku wybrał – rzecz jasna – Kraków (o pozostałych dwóch miastach nigdy nie słyszał). Jednak przyszły pracodawca próbował zmienić wstępne warunki umowy. To wystarczyło, by Anton uznał, że nie można mu ufać.

Wtedy wybrał Poznań na podstawie notek w Wikipedii (skusiło go zdanie, że stolica Wielkopolski jest najbardziej zielonym miastem w Polsce). Po dwutygodniowej delegacji w Łodzi wie już, że warto czytać Wiki.

Miał nadzieję, że nowa firma pomoże mu załatwić formalności – zatrudniała aż ośmiu Ukraińców. Okazało się jednak, że może liczyć tylko na siebie. Sam znalazł mieszkanie i przedszkole dla trzyletniej córki. Gdy wszystko było gotowe, sprowadził rodzinę.

Dostał półroczną wizę z prawem do pracy. Nie wiedział jednak, że zaraz po jej otrzymaniu powinien składać dokumenty na kartę pobytu, bo procedura jest czasochłonna. Gdy wiza się kończy, a karta jeszcze nie jest gotowa – cudzoziemiec ma prawo zostać w Polsce, ale traci prawo do pracy. Dopóki kontrolerzy pracy nie nałożyli grzywny, Anton nie wiedział, że jego firma nie zatroszczyła się o specjalne zezwolenie od wojewody.

– Urzędnicy na szczęście odnieśli się do nas, czyli pracowników, ze zrozumieniem – opowiada wciąż wzburzony sytuacją mężczyzna. – Wiedzieli, że zostaliśmy wprowadzeni w błąd. Musieliśmy zapłacić po tysiąc złotych, to był minimalny mandat. Firma, która dopuściła się zaniedbań, dostała 10 tys. kary za każdego z nas. W przyszłym roku mają wejść zmiany do polskiego kodeksu pracy – dodaje po chwili Anton. Jest doskonale zorientowany. – Jeśli kończy się wiza, ale procedura tymczasowego pobytu jest w toku, można będzie pracować dalej. To krok w dobrym kierunku.

Po przykrej przygodzie Anton stracił zaufanie do pracodawcy i postanowił rozejrzeć się za nowym miejscem pracy. Ale najpierw czekała go – tym razem miła – niespodzianka: wojewoda wielkopolski przyznał mu Niebieską Kartę Unii Europejskiej dla wysoko wykwalifikowanych pracowników. Taka karta daje większe możliwości: żona zyskuje prawo do pracy, można założyć firmę. I, co najważniejsze, dostaje się trzy miesiące na znalezienie nowej pracy, zamiast zwyczajowych dwóch tygodni.

Uzbrojony w Niebieską Kartę Anton ruszył na rozmowę kwalifikacyjną. W nowej pracy jest jedynym Ukraińcem, co przyspieszyło rozpoczętą na kursach naukę polskiego. Choć język poznawał od podstaw, dziś posługuje się nim swobodnie (rozmawiamy po polsku, choć moglibyśmy po ukraińsku lub rosyjsku). Anton planuje zdać egzamin na poziomie B2. Jest mu to potrzebne do starania się o obywatelstwo.

Oboje są zachwyceni Poznaniem i chcą tu zostać na zawsze. Obecnie największym wyzwaniem jest znalezienie pracy żonie, która jest graficzką, ale bez doświadczenia (gdy się poznali, była jeszcze na studiach, po obronie dyplomu urodziła dziecko). Od przeprowadzki na Ukrainie byli tylko raz, rok temu. Przylecieli samolotem do Lwowa i doznali szoku: – W dwie godziny znaleźliśmy się w innej galaktyce. Nasz świat jest w Poznaniu.

– Co jest kluczem do sukcesu w Polsce? – pytam. – Najważniejszy jest język – ocenia Anton. – Ukraińcy myślą, że nie muszą się uczyć polskiego, bo „jakoś się dogadają”. Tak sądził mój teść, który przyjechał do Poznania pracować jako elektryk. Na szczęście trafił na uczciwego pracodawcę, który załatwił za niego wszystkie formalności, ale równie dobrze mogli go oszukać, bo teść nic nie rozumiał. Bez języka jest się bezbronnym jak dziecko.

W świecie korpo
Wiktoria po przeprowadzce do Warszawy przeżyła szok językowy. – Wszyscy znajomi twierdzili, że polski jest tak podobny do ukraińskiego, że z miejsca wszystko zrozumiem – wspomina 31-latka. – W rzeczywistości nie rozumiałam nic. Koledzy z pracy nie chcieli dla jedynej w grupie cudzoziemki przechodzić na spotkaniach na angielski.

Do wiosny 2014 r. Wiktoria pracowała w Kijowie w międzynarodowej korporacji. Zimą podczas protestów po pracy pędziła na Majdan. Gdy dyrektor warszawskiego oddziału złożył jej propozycję pracy, zgodziła się przyjechać tylko na pół roku. Skusiły ją perspektywy częstego podróżowania i bezpośredni kontakt z klientami z najwyższego szczebla. Nie bez znaczenia był też fakt, że w Polsce nie będzie musiała pracować z Rosjanami.

Było jednak gorzej, niż myślała. Zdziwiła ją introwertyczność Polaków. – Nikt nie kwapił się do zawierania znajomości. Gdy przejmowałam inicjatywę, próbując nawiązać kontakt, np. podczas koncertu w Łazienkach, patrzono na mnie, jak na kogoś, kto zaraz poprosi o pieniądze. W porównaniu z Kijowem w Warszawie nie ma gdzie imprezować. W klubach sami smarkaci. Przywiozłam ze sobą pięć par ulubionych butów na obcasie, lecz nie mogę ich tu nosić, bo ludzie myślą, że jestem striptizerką. W pracy też cienko z integracją. W Kijowie wieczorne wyjście na drinka było oczywistością. Ktoś po prostu rzucał, że „dusza pragnie święta”, i już był powód. W Warszawie, gdy napisałam wspólny e-mail do 20 kolegów z propozycją wyjścia na piwo, nikt mi nie odpowiedział. Poza tym okazało się, że mój przyjazd odebrano z niechęcią – że ktoś z Ukrainy zabiera im stanowiska. W końcu koleżanka po pijaku powiedziała, że to nienormalne, iż tak sobie przyjechałam. A przecież objęłam niższe stanowisko niż w Kijowie, by nie drażnić polskich kolegów. Nie czułam się akceptowana.

Gdy jechała taksówką na lotnisko, kierowca narzekał, że tylu Ukraińców przyjechało. Polscy znajomi byli oburzeni, bo w Kijowie zmieniono nazwę ulicy. Wiktorię dziwi ten stosunek Polaków do Ukraińców. I te dyżurne, pachnące ksenofobią teksty, gdy ktoś dowiaduje się, że ona jest z Kijowa: „Nie mam nic przeciwko Ukrainie”, „Zawsze z szacunkiem odnosiłem się do Ukraińców”. Nie rozumie niechęci do przybyszów ze Wschodu, zwłaszcza w społeczeństwie, gdzie 1/3 żyje na emigracji w Chicago lub Londynie.

Pewnie by wyjechała, gdyby sytuacji nie skomplikowała miłość. Narzeczony jest na szczęście spoza Warszawy – urodził się w Koszalinie, studiował w Poznaniu. Poznań, w przeciwieństwie do polskiej stolicy, Wiktoria polubiła. Polubiłaby chyba każde polskie miasto, oprócz Warszawy.

Z przyszłymi teściami, którzy „czytają dużo historycznych książek”, miała twardy orzech do zgryzienia. – Czy wiesz, że zachodnia Ukraina była kiedyś częścią Rzeczypospolitej? – spytali ją na pierwszym spotkaniu. – Tak – odpowiedziała. – W naszych podręcznikach ten okres nazywa się „ruina”.

Za to Wiktorii podoba się, że polskie państwo całkiem dobrze działa. I czuje się tu bezpieczniej, bo kierowcy jeżdżą uważniej niż na Ukrainie. Jej kijowscy znajomi potrafili się chwalić wsiadaniem za kierownicę po pijanemu. Tu się to nie zdarza.

Ludmiła przyjechała do Warszawy w podobnym co Wiktoria czasie. Do kwietnia 2014 r. pracowała w międzynarodowej korporacji w Kijowie, aż polscy partnerzy, z którymi współpracowała w projekcie, zaprosili ją do Warszawy. Pierwszą ofertę odrzuciła. Uznała, że przeprowadzka nie będzie służyć jej dziecku. Lecz gdy 18 lutego 2014 r. sześć godzin stała w korkach, a centrum miasta zamieniło się w pole walki, zdecydowała się wyjechać właśnie dla córki.

Jej pradziadek był Polakiem, ale traktowała ten fakt jedynie jako ciekawostkę. Podobnie jak to, że ojciec mamy był Rosjaninem. Ludmiła od zawsze czuła się Ukrainką. W domu mówiła po rosyjsku.

Jej firma wzięła na siebie załatwienie pierwszej półrocznej wizy z prawem do pracy. Okazało się jednak, że jest kłopot z wizą dla córki. Polskie prawo nie przewiduje możliwości zabrania dziecka, gdy jedzie się do pracy na krótki okres. Ludmiła rozmawiała z konsulem, tłumaczyła, że jest samotną matką, która nie ma z kim zostawić córki. Pokazała umowę o pracę na czas nieokreślony. I specjalny list od szefostwa jej firmy, w którym obiecano natychmiastową pomoc w znalezieniu prywatnego przedszkola. Konsul w końcu wyraził zgodę na wyjazd małej. Gdy po pół roku wróciła do Kijowa, do konsulatu były takie kolejki chętnych do pracy Ukraińców, że na nową wizę musiała czekać dwa tygodnie. Na szczęście ukraińskie prawo pozwala na posiadanie dwóch paszportów. Gdy jeden leżakował w polskim konsulacie, zrobiła użytek z drugiego w Egipcie, gdzie pracowała nad kolejnym korporacyjnym projektem.

Polskiego nauczyła się szybko, choć pisownia wciąż jest dla niej wyzwaniem. Zaraz po przyjeździe do Warszawy próbowała rozmawiać po angielsku, ale współpracownicy uznali, że skoro jest z Ukrainy, na pewno zrozumie polski. W szkole jej córki nauczycielki nie mówiły w obcych językach.

Warszawa jej się podoba. Szczególnie parki. Mieszka w sercu miasta, zaraz obok swojej firmy. W Kijowie, choć nieźle zarabiała, nie stać jej było na wynajęcie mieszkania w centrum. Córka w mig chwyciła język, świetnie się uczy, ma mnóstwo koleżanek. W Warszawie czuje się jak domu. Ludmiła uczy ją angielskiego, by państwowe granice nie były dla niej przeszkodą.

– Nigdy nie spotkała mnie żadna nieprzyjemność z powodu pochodzenia – opowiada. – Mam jednak świadomość, że żyję pod kloszem. Pracuję z cudzoziemcami w międzynarodowych projektach. Mieszkanie i szkoła córki znajdują się w śródmieściu. Prawie nie wychodzę poza ścisłe centrum. Wiem jednak, że nie wszyscy mają tyle szczęścia. Mąż mojej kosmetyczki pracuje na budowie. Od niej słyszę czasem dramatyczne historie o traktowaniu Ukraińców.

Czasem stereotypowe podejście daje o sobie znać nawet pod kloszem.

– Mam panią do sprzątania i nianię – kontynuuje Ludmiła. – Obie są z Polski. Niania jest młodą dziewczyną, pracuje u mnie od początku, dobrze się dogadujemy. Po kilku miesiącach wyznała mi, że gdy szła do mnie na rozmowę kwalifikacyjną, jej znajomi ostrzegali, że na pewno jestem prostytutką.

Bo kim jeszcze może być samotna ukraińska matka, którą stać na wynajęcie mieszkania w centrum Warszawy?

Praca szuka Ukraińca

– Nikt dokładnie nie wie, ilu Ukraińców pracuje w Polsce – podsumowuje Myrosia Keryk z Fundacji Nasz Vybir (Nasz Wybór). – Wiemy, że w I poł. 2017 r. zapłacono składki ZUS za 300 tys. Ukraińców. Dane nie obejmują jednak ludzi z umową o dzieło oraz pracujących nielegalnie. Coraz większym graczem na rynku są agencje rekrutujące pracowników. Cała Ukraina jest dosłownie obklejona ofertami pracy w Polsce. I w całym regionie, bo spora liczba Ukraińców pracuje na polskich papierach również w Czechach. To sposób na ominięcie kwot obowiązujących w tym kraju. Agencje zdominowały rynek pracy. Trzeba uważać, bo część z nich nie działa w pełni legalnie.

O powszechności pracy na czarno przekonał się Aleksander, który w końcu marca 2014 r. uciekł rowerem z przejętego przez separatystów Słowiańska w Donbasie. Mężczyzna złożył na polskiej granicy tymczasowy wniosek uchodźczy i trafił do ośrodka w Białej Podlaskiej. Mimo zakazu pracował na czarno najpierw na Podlasiu, potem w Warszawie. Był budowlańcem, kelnerem w pięciogwiazdkowym hotelu, asystentem w dużej firmie, a nawet wykładowcą w prywatnej szkole wyższej. – Tam mi nawet nie zapłacili – wspomina. – Uchodźcy pracowali na czarno także przy budowie waszego metra.

Myrosia Keryk pociesza jednak, że przynajmniej jeśli chodzi o Ukraińców, liczba zatrudnionych na czarno maleje. – Ludzie są coraz bardziej świadomi swoich praw. Coraz częściej wymagają od pracodawcy legalności. Wiedzą, że w przeciwnym razie ich prawa mogą być bezkarnie łamane.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter